66daf33e9de631a15823e19234e7cbc3.pdf

Media

Part of Znad Buga. Szkic etnograficzny / Lud, 1897, t. 3

extracted text
-

7

Z IŇT-Ä-ID B T T O -^ ..
Szkic e t n o g r a f i c z n y
przez Z . S t .

S ły n n e z u ro d zajności H ru b ie szo w sk ie — z p ię k n ą s a n d o ­
m ie rsk ą ziem ią ró w n a n e — z pow odu o d d a le n ia od k o lei i bardzo
z ły ch dróg-, należy do ty c h z a p a d ły c h zak ątk ó w , k tó re p o d łu g
p rz y s ło w ia : „deskam i od św ia ta z a b ite “. N ie sp o tk asz tu n ig d y
ża d n eg o tu ry s ty , nie natrafisz n a żadnego ciek aw sk ieg o , uczonego,
lub b ad acza, k tó ry b y się zap ęd ził aż poza n asze b ło tn iste g o ­
ścińce, nie b acząc n a tru d y i nieb ezp ieczeń stw a n a w e t — ja k ie
g o n a ty c h d ro g a c h sp o tk a ć m ogą. — Z tąd też o g ó ł b ard zo m ało
zn a o k o lice tutejsze i lu d m iejscow y, — g d y ty m czasem i jed n o
i d ru g ie je s t m a te ry a łe m b ard zo w w ielu ra zac h ciekaw ym . N a j­
p ięk n iejsze w id o k i m am y tuż p o d sam y m B u giem , o liniach s p o ­
ko jn y ch , a h o ry z o n ta c h w m iarę szero k ich , b y je oko dow olnie
o b jąć m o g ło . N iw y pyszne, czarn e, z le k k a p o g a rb io n e m ałem i
falisto ściam i, b rz eg iem zw ykle o b ra m o w an e szerokim p ase m łą k ,
k tó re już to w ła g o d n y m S padku — już to czasam i w g w a łto ­
w nym o b ry w ie zb ieg ają aż k u sam ej rzece — leniw o toczącej
sw e sza re fale. T u i ów dzie zdala w idnieje ja k iś szm ate k lasu,
a co staj k ilk a — w ioska, p raw d ziw ie w io sk a po lsk a, sta ra , za­
sied zia ła tu od w ieków , zb ita w g ę s ty szereg, w y c h y la się z p o ­
śró d w ierzb ro s o c h a ty c h i grusz dzikich bujnie ro zro śn ięty ch .
D o n ajb ardziej m alow niczych w iosek w tej stro n ie i n a jc ie ­
k aw sz y ch ze w zg lęd u etn o g raficzn eg o n ależ y b ezsp rzeczn ie G ró ­
d ek n ad b u żn y .
G ró d e k w e d łu g tra d y c y i m iał b y ć k ied y ś g ro d e m — a lud
do dziś d n ia op o w iada, że n a p łaszczy źn ie „B ocianow ej g ó r y “
w zn o siło się p rz ed la ty m iasto W o ły ń , od k tó re g o to p o zo stała
n az w a W o ły n ia , p ro w in c y i — c iąg n ą cej się w łaśn ie po drugiej
s tro n ie B u g a . M ia ły tu b y ć w ielkie s k a rb y i b o g a c tw a n ie p rz e ­
liczone, ale w szy stk o to zginęło w czasie w ojny — w części zaś
za k o p a n e je s t w ziem i — n ik t ty lk o nie w ie gdzie. J a d ą c od
s tro n y H ru b ie szo w a, do k tó re g o niem a w ięcej niż pó ł m ili, w io sk i
n ie w id a ć w cale, g d y ż k ry je się za dość sporem w zgórzem i ro z­
s ia n a n a je g o s t o k u , p o d su w a się aż p o d sam b rz e g rzeki,
zo staw ia jąc w olnej p rz estrze n i ledw ie k ilk a se t k ro k ó w . B o k w z g ó ­
rz a s ta n o w ią c y w łaśn ie w ła śc iw ą w ieś, n a w ierzchołku — „ n a
t ł a j k o w i “, ja k m ów ią zw ykle, — m ieści w zw arty m sze reg u
w sz y stk ie sto d o ły m iejscow ych g o sp o d a rz y — a sto d o ły p ro ste,

— 8 p rz ew aż n ie w czw o ro b o k zb u d o w an e — n iew ielk ie, c h ru śc ia n e ,
o b ło żo n e p ę c z k a m i trzc in y , te zaś p rz y m o c o w an e są do śc ia n
listw am i d re w n ian em i — u g ó ry i u dołu. K o ło c h a t m ają j e d y ­
n ie ch lew y n a k ro w y i trzo d ę — rów nież ch ru ścian e, ziem ią od
d o łu obsy p an e, a zim ą od m rozów m ierz w ą lub słom ą z a b e z p ie ­
czone. W całej w si nie m a an i jed n e g o b u d y n k u g o sp o d a rsk ie g o
0 śc ia n a c h z ta rc ic — ty lk o w szędzie c h ra st i chrust. N a lew o
od sto d ó ł — n a d stro m y m u rw isk ie m c e rk ie w k a i p leb an ia ,
w śró d k ę p y d rz e w — ciek a w ie z a g lą d a ją c y c h w ciem ny, k ilk o s ą ż n isty w ąw óz, p o za k tó ry m m am y ów h is to ry c z n y „ B o c i a n “,
w zn o szący się w y n io śle n a d c a łą ró w n in ą i n ie m a l p ro sto p a d le
je d n ą b ia łą ś c ia n ą sp a d a ją c y w p ro st do rz ek i. W ra c a ją c się j e ­
szcze k u w z g ó rk o w i śro d k o w em u , n a k tó re g o sto k u stoi w ieś,
d ru g i sto k jeg o od s tro n y H ru b ie sz o w a — p rz e d s ta w ia b a rd z o
d o k ła d n ie n ajw y raźn iejszą fossę fo rte c z n ą — n a n ie k tó ry c h k a ­
w a łk a c h nic a n ic jeszcze nieuszkodzoną.
N a p raw o od w io sk i leży d w ór — o b ec n ie n a w e t sp a lo n y
1 n ieza m ie szk an y — poczem c a łe p ła sk o w z g ó rz e n a g le się u ry w a ,
zn ó w w ąw ó z i n a g le w y ra s ta p rz ed nam i „ h o r o d y s k o “, z jed n ej
s tro n y o b lan e w odą H u c zw y w p a d ające j n ie o p o d a l do B u g a,
z d ru g iej odcięte pow yższym w ąw ozem , k tó ry ja k się zdaje m u ­
s ia ł b y ć u m y śln ie zro b io n y m p rzek o p em , a z trz e c ie j o b ecn ie
łą c z y się d o sy ć p rz y k rą p o c h y ło śc ią z d ro g ą id ą c ą p rz ez w ieś •—
d aw n iej zas w ty m m iejscu m u siał b y ć m o st zw o dzony, lu b n a
w y so k ie m p o d m u ro w a n iu b ra m a w jazd o w a — d ająca je d y n y do­
s tę p dò zam czy sk a n a szczycie. S ta n ą w s z y n a w ierz c h o łk u „horo d y sk a * , m am y p rz ed so b ą d o sy ć dużą, k w a d ra to w ą p łaszczy zn ę
w o k ó ł o b w a ło w a n ą i z niej w id o k d alek i, p rz eślic zn y n a łąk i,
p o la, sam o tn e k u rh a n y , w ioski o koliczne i m ig o tliw ą w stę g ę
B u g a...
D o n ie d a w n y c h la t w ejście n a h o ro d y sk o b y ło p ra w ie niem ożebne, ty m i czasy je d n a k z n a la z ł się ja k iś p rz e d się b io rc z y w y ­
ro b n ik , k tó ry w y d z ie rż a w ił g ó rę od w łaściciela, ścież k ę b o k iem
ro z k o p ał, a p o w ierzch n ię m iędzy w a ła m i u p ra w ił i dziś n a m iej­
scu, g d zie on g i w znosił się ja k iś o b ro n n y zam eczek, zk ą d echa
s y g n a łó w i ogmie w ici sze rzy ły gro zę i a larm w śró d p rz e ra ­
żo n y ch m ieszk ań ców , zk ąd k u le m ężn y ch o b ro ń c ó w m oże n iera z
o d p ie ra ły zu c h w a ły c h T u rk ó w i T a ta ró w — dziś ro sn ą bu jn e
k arto fle , a w s p a n ia łe p ro so zw ab ia s ta d a szary ch w ró b li — je d y ­
n y c h te ra z niszczycieli, k tó ry m się w alk ę w y p o w ia d a w p o sta c i
sło m ia n y ch strach ów ...

— 9 U p o d n ó ża h o ro d y sk a w łaściciel zbudow ał p rzed dzie­
sięciu la ty m łyn a m e ry k a ń sk i n a H uczw ie i oddał go w dzierżaw ę
ży d o w i; ztąd też żyw ioł sem ick i ro z p an o szy ł się og ro m n ie
w G ró d k u i o d d ziały w a a rc y n ie k o rz y stn ie n a chłopów , k tó rzy nie
d o syć, że sam i z sieb ie m ają sporo w ad, ale jeszcze w b e z u s ta n ­
n y ch sto su n k a c h z żydam i, doucz iją się w szy stk ie g o złego.
Z w io s n ą , g d y B u g w yleje, część w ioski w oda za ta p ia,
a m ieszk ań cy w ów czas ch ro n ią się do sto d ó ł wyżej p o ło żo n y ch
i n iera z p rzez k ilk a ty g o d n i z dziećm i i d o b y tk iem koczow ać ta k
m uszą, p rz y m ie ra ją c g ło d u i chłodu, n a b a w iając się fe b ry i t y ­
fusu. — N iec h n o je d n a k w oda spadnie, w n e t w szy stk o w ra c a
do p o rz ąd k u , sta w ia się p o ro z w alan e k o m in y , le p i i b ie li ścian y ,
n a p ra w ia p o p su te p ło ty i ch lew k i i c h a ty znów czyste i w esołe
c z e k a ją ry c h ło , aż je zieleń drzew u stro i. — Z atam ow ane życie
z p o d w ó jn ą siłą s ta ra się po w eto w ać czas stra c o n y — k a ż d y u w ija
się żw aw iej ; m ężczyźni n a g w a łt k o ń cz ą ro b o ty zim ow e, k o ­
b ie ty b ie lą p rzędzę. D łu g ie p a sy szarego p łó tn a porozw ieszane
n a p ło ta c h w ia tr w ydym a, po ru sza, n ib y n a chlubę i p o k az lu ­
dziom . — A p łó tn o , to b o g a c tw o i ch w ała g o sp o d y ń tu te j­
szy ch i n a w iano daje się córkom i b ielizn y m oc się szyje co
ro k u — i jeszcze „h ro szy “ za nie b ęd zie „ k u p a “.
C ała zim a g łó w n ie schodzi k o b ieto m n a p rzęd zen iu — jestto
zajęcie, w o b ec k tó re g o w szy stk o staje n a d ru g im p lan ie. R a n iu tko, o trzeciej p o p ó łn o cy w stają n a t. zw. „ d o św itk i“ i g d y
g o sp o d y n i g o tu je je d z e n ie , c ó rk i, s y n o w e , w y ro b n ic e p rz ę d ą
aż do św ita n ia , k ied y kro w o m jeść dać trze b a, w ody p r z y ­
n ieść i sam em u się pożyw ić. W dzień ro zch o d zą się p rz ą d k i
p o sąsiad a ch , a n a „w e c z e rn y c ie “ z b ie ra ją się znów w g ro m a d k i
do jed n ej c h a łu p y i p rz y śp iew k a ch sm ętnych, p rz y o p o w ia d a ­
n ia c h i b a jk a c h tajem n iczy ch , p rz y „ro zh o w o ra ch “ z co d ziennego
życia, s z a ra n ić ta k szybko, ta k żw aw o się snuje, że n ie sp o j­
rzy sz, a już i w rzeciono p ełn iu tk ie .
P o d k o n iec zim y oddają przędziw o, zm otané w różnej w ie l­
k o śc i m o t k i , sto so w n ie do sw ego p rzezn aczen ia do tk acz a,
i p o d te n c z a s ta k i b y w a n a w a ł tej ro b o ty , że trzech , czterech ,
a n iera z i w ięcej tk a c z y w io skow ych nie są w stan ie n a d ą ż y ć z a ­
m ów ieniom . J e s tto dla n ich czas żniw a, g d y ż oprócz z a p ła ty p ie ­
niędzm i — po d w a gro sze od pasm a, b io rą jeszcze n a „sz lic h tę “
po b o c h e n k u ch leb a, albo coś z leg o m in , co zależy od um ow y.
T k ac zam i b y w a ją zw y k le b ied n iejsi g o sp o d arze — w y ro b n icy ,
k tó rz y w lecie zajm ują się innem i ro b o ta m i, a tk a c tw e m d o ­
d a tk o w o w zim ie. T k a c z ó w z p ro fe sy i nie m a w cale.

— to —
S k o ro ty lk o ziem ia rozm arznie i sło n eczk o co k o lw iek p rz y g rzeje, g o sp o d a rz e bez zw łoki w y ch o d zą w p o le z p łu g a m i do
zasiew ó w jary c h , a k o b ie ty z a b ie ra ją się do o g ro d ó w w a rzy w n y c h .
O g ro d y te zajm ujące od p ó ł do p ó łto ra m o rg a p rz estrze n i, b e z ­
p o śre d n io s ty k a ją się zaw sze z ch atą, s ą w szędzie d o k ład n ie
ch ru ścian y m i p ło tam i o g ro d zo n e i u trz y m y w a n e z n ajw y ższą s ta ­
ra n n o ścią i zam iło w an iem . G rz ęd y — p ro ste ja k strzelił, g ła d z iu tk o po b o k a c h o k lep an e , sp ra w ia ją w ra żen ie zag o n ó w in s p e k to ­
w y ch . — N ie dojrzysz tu n ig d zie n ajm n iejszeg o c h ru ścik a, ni
zio ła dzikiego, w szy stk o p o sian e, opielone, o b sy p a n e w e w ła ­
ściw ym czasie, daje też re z u lta ty św ietn e, g'dyż n iejed n a ro d zin a
żyw i się tem p rzez zim ę całą, co zb ierze z jed n e g o ogrodu.
Z w arzy w sad zą g łó w n ie ce b u lę i k ap u stę, dalej b u ra k i ćw ik ło w e,
fasolę, og ó rk i, g n ie n ie g d z ie bób, d y n ie i m arch ew , a p rz ew aż n ie
n ajlep sze k a w a łk i zasiew ają ln em i k o n o p iam i.
W y ro b n ic y , k tó rz y albo m ieszk ają k o m o rn ém , albo m ają
ch a tę bez g ru n tu , b io rą od b o g a ty c h g o s p o d a rz y k a w a łk i o g ro ­
dów n a o d ro b ek . I ta k : tu u te g o zasieje g rz ą d k ę p ro sa i za
to ty le a ty le dni o d ro b i w żniw a, ta m zasadzi ć w ia rtk ę k arto fli
i w y p ła c a się p o m ocą w czasie sian o k o só w , ów dzie p osieje co ­
k o lw ie k k o n o p i i za te aż w zim ie g o sp o d y n i odprzędzie, czasem
ca ły o g ró d d o staje p o d Zasiew je d n o ra z o w y to p ła c i zań g o ­
tó w k ą np. : p ięć ru b li za trz y c z w a rte m o rg a. — J e s tto w y so k a
za p ła ta, zw ażyw szy, że o g ró d sta n o w i zaledw ie ży cie i ch leb , a tu
trz e b a jeszcze i odzieży i k ro w in ę u trz y m a ć i za k o m o rn e z a p ła ­
cić — w ięc też ci z w y ro b n ik ó w , k tó rz y n ie u m ieją ż a d n e g o rz e ­
m io sła, lu b o b a rc z e n i są liczn ą rodziną, ż y ją b a rd z o b ie d n ie
i rzad k o k ie d y dochodzą do w łasnej c h a ty , lu b do k a w a łk a
g ru n tu .
G o sp o d arstw a ro ln e p ro w a d zą b ez w y ją tk u trzy -p o lo w e:
w jed n ej rę c e u g ó r, w d ru g iej ozim ina, w trzeciej ja rz y n a —
i zasiew y n a tu ra ln ie c a ła wieś. p ro w ad zi rów n o cześn ie w jednej
i tej sam ej rę c e , g d y ż p astw isk o u trz y m u ją w sp ó ln e. W u g o ra c h
od k ilk u la t n ie k tó rz y s ta ra ją się sadzić ja k o p rz e d p lo n k a r ­
tofle — sieją w y k ę , oraz g d zien ie g d zie k o n iczy n ę czerw oną,
ale w łaśn ie ze w z g lęd u w sp ó ln eg o p a s tw is k a m ało je s t a m ato ró w
tej in n o w ac y i, g d y ż p a s ą c k ilk a s e t sztu k b y d ła i ow iec w jednej
g ro m ad zie, n ie p o d o b n a ustrzedz, a b y ta k o w e nie zrobiło szkody
n a po jed y n czy m , w ązkim , a d łu g im k a w a łk u . Z w y k le też siew ają
w u g o ra c h c i, k tó rz y m ają p o le s k ra jn e , g d zieś o sta tn ie od
cudzej g ra n ic y , czasem m iędzy dw om a drog'am i --- w ogóle ja k o
ta k o za b ezp iec zo n e od szk o d y .

—и G ru n t ca łk o w ity n a je d n ą osadę stan o w iły p ie rw ia stk o w e
m o rg ó w •— o b ecn ie je d n a k zm ienił się d aw n y stan rzeczy —
je d n i p o tra c ili, d ru d z y p o k u p o w a li, inni p o ro z d aw ali dzieciom
i w łasn o ść g o sp o d arzy w aha się od trzech do trzy d z iestu m orgów ,
nie licząc w to o g ro d ó w p rz y chałupie.
Z narzęd zi u ży w an e p łu g i, często n a w e t w rzesińskie, b ro n y
i ra d ła , u d w óch b o g a tsz y c h m aszy n a rę czn a do m łócenia zboża,
z resztą ce p y — oto i n a tem koniec.
Z ew n ętrzn a fizyognom ia wsi — po bliższem zw łaszcza p rz y j­
rzen iu się, je s t n ad zw yczaj jed n o lita , gdyż c h a ty w e w szystkich
szczegó łach , p rócz rozm iarów , są p o d o b n e do sieb ie ja k dw ie
k ro p le w ody. S ta re ch a ty n k i, w ziem ię do p o ło w y zapadłe, z d a ­
ch am i zielonym i od m chu, o m alu tk ich jed n o -sz y b k o w y ch o k ie n ­
k ac h , z sio n k ą i izd eb k ą m ieszk aln ą, w ielk o ści sześciu k ro k ó w
w zdłuż, a p ięciu w szerz — ta k ie sta ru sz k i już w G ró d k u p ra w ie
z a g in ę ły — ale i dom kam i z gan eczk iem , z podsieniem , z o k ien ­
n icam i, z m ały m o g ró d eczk iem n a iro n c ie — G ró d e k tak że się
p o ch w ali. C h aty p rzew ażn ie sto ją szczytem do u licy i tw o rzą
fig u rę, k tó rą poniżej zam ieszczam dla d o k ład n iejszeg o o b jaśn ien ia.
W e jś c ie g łó w n e je s t przez o k ó ln ik z a b u d o w an y n a w y sokość c h a ­
łu p y — z b ra m ą od d ro g i i dachem w sp a rty m od śro d k a n a słu ­
p a c h — co sta n o w i poddasze, służące n a sk ła d drzew a, narzędzi
g o sp o d a rsk ic h , wozów, sań i t. p. J e d n a stro n a te g o p o d d asza
je s t za b u d o w a n a zup ełn ie, n a tu ra ln ie śc ia n ą c h ru śc ia n ą i tam
m ieszczą się ch lew y dla b y d ła i trzody. D om dzieli się n a dw ie
p o ło w y z sie n ią p rz ech o d n ią n a p rz estrza ł; Z je d n e g o b o k u jest
k o m o ra, czyli p o p ro stu sp iżarn ia , sch o w an ie n a m ąkę, k ru p y ,
sło n in ę, p sze n ic ę i t. d., z d ru g ieg o izba m ieszk a ln a — i p rib o k ,
s ta n e y a nie o g rz e w a n a , ciem na, za p ełn io n a sk rz y n ia m i, w iesza­
d łam i p e łn em i kożuchów , su k m an , k a fta n ó w — i jeżeli w chacie
są now ożeńcy, to n a w e t zim ą służy im za m iejsce noclegu, dopóki
d zieck a n ie m ają. P ó źn iej k o b ie ta śp i w izbie z rodzicam i, a m ąż
jej w stajn i, alb o w stodole. D zieje się to ty lk o w ów czas, g d y
n o w o żeń cy m ieszk ają p rz y rodzicach z ro d z eń stw em ; jeśli zaś
o d razu id ą n a sw oje g o sp o d arstw o , to zam ieszkują izbę głów ną,
chociaż do całeg o g o sp o d a rstw a w y jątk o w o tjd k o n ie k tó rz y d o ­
ch o d zą — b o daj je d y n ie z teg o w zględu, że p a ra złożona z 1 8
le tn ie g o m ęża i ló letn iej żony nie u m ia ła b y się rządzić, ja k
n ależy.
W c h a ta c h czysto i p o rząd n ie. P o d łó g niem a nigdzie, ty lk o
to k ró w n o u b ity , zam ieciony zaw sze stara n n ie , lek k o sk ro p io n y
w odą, a b y i k u rz u nie b y ło i zb y tn iej w ilgoci rów nież. K o m in y
18

— 12 p rz ed p iecem ch leb o w y m pod dużym o k ap e m — po d a w n e m u
służą do g o to w a n ia , g d y ż b la c h a n g ie lsk ic h zu p e łn ie nie zn ają
i ani jed n ej ta k ie j n iem a w całej wsi. K o m in y codzień po u g o ­
to w an iu jed ze n ia rano, w m iejscach o k o p co n y c h za b ie lają — p o ­
tra w y przezn aczone n a o b ia d ch o w ają do p ie c a ch leb o w eg o i za
ty k a ją d re w n ia n ą z a tu łą p o d o b n ież u b ie lo n ą — co s p ra w ia w r a ­
żenie n a d e r k o rz y s tn e i sch lu d n e. G o tu ją ty lk o dw a ra z y d z ie n ­
nie, ran o i w ieczór.

U

h '

1

Є

W

y

d ra b in a
na
stry c h

ko­
m o ra

i zba
P o d d a

Brams

D
P o tr a w y u tu tejszeg o lu d u są sm aczne, ale n ie w y k w in tn e
i g u ste m m iejskim bynajm niej nie z a raż o n e. B arszcz, k arto fle,
k lu sk i, ró żn e o d m ian y k ru p n ik ó w , ta k zw an e „ ju szk i", zu p a z s u ­
szonych u lę g a łe k czyli „ h a m u ła“, k asz a jęczm ienna, „ d ę b o w a “,
k a s z a g ry c zan a , „b rzo zo w a“, ja g la n a i chleb ra z o w y zazw yczaj
d o sk o n ały , oto codzienne jed ze n ie u R u s in a . N a jw ię k szy m p r z y ­
sm ak iem są p ie ro g i pieczone — z k asz ą ja g la n ą lu b z serem
i k a s z ą g ry c z a n ą , a w reszcie z serem , z k arto fla m i — po u p ie ­
czeniu n a g o rą c o o b sm aro w an e sło n in ą. P ie c z e się ty c h p ie ro g ó w
w n ied zielę — dajm y n a to , n a sześć osób — p ó łto rej k o p y ,
o b jęto ści p ó łk w a rto w e j — sztu k a. P o za p ie ro g a m i n ie m a już nic
lep szeg o , c h y b a m ięso w iep rzo w e i k ie łb a s a , k tó re to je d n a k
s p e c y a ły ja d a ją się nie p rz y b y le jak iej o k az y i — ale je d y n ie na
św ięta, n a w eselu, n a c h rzcin ac h i t. p. w ie lk ic h u ro c zy sto ściach .
Z n a b ia łu : m leko k w a śn e do k a rto fli, jedzą n ajch ę tn ie j i w dużej
ilości, sło d k iem za b ie lają k ru p n ik i i k lu sk i — s e r ja k o w ielki
p rz y sm a k ch o w ają n a swój u ży tek , a m asło z w y k le sp rz e d a ją .

—ІЗ —
W o g ó le m leko je s t je d n y m z najw ażn iejszy ch i n aju żyteczniejszych
a rty k u łó w sp o ży w c zy ch u R u s in a i a b y ta k o w e p o siad ać —
k a ż d y z n ich g o tó w w iele pośw ięcić. Co p ra w d a , że dobre p a s t­
w isk a i d o stateczn a ilość zimowej p a sz y dla b y d ła o p ła c a w cale
n ieźle k o szt u trz y m a n ia ta k o w e g o , p o d czas g d y ta n ia trz o d a c h le ­
w n a n ie z b y t c h ę tn y c h m iew a n ab y w có w — i d la te g o chodow la
jej n a b ard zo n isk im stoi sto p n iu . W H ru b ie szo w ie n. p. m asło
w zim ie b y w a i po 4 0 do 4 5 k o p ie je k fu n t — a ła d n ie u tu czo ­
n e g o w ie p rz a d o stan iesz i za
3 7 do 4 5 rs. ; ch ło p w ięc w oli trz y ­
m ać w ięcej k ró w i m ieć z nich c ią g ły d o c h ó d , aniżeli w y cze­
k iw a ć chw ili lep szeg o p o k u p u n a św inie. N a b ia ł najdroższy
b y w a w o statk i, g d y ż o sta tn i ty d z ie ń za p u st — zw an y „m a sn y c ią “,
lu d w iejsk i je ty lk o z sam em m lek iem i w ted y chociaż n a jb ie ­
d niejszy, m u si m ieć i se r i
m asło i „m o ło k o “, w ięc też p o k u p
n a te p ro d u k ta b y w a tak i, że cen y p o d n o szą się
do n ie p ra k ty k o w an ej w y so k o ści.
P o s ty zach o w u ją z c a łą ścisło ścią i je st to u nich je d y n y
g ię b s z y o b jaw g o rliw o ści re lig ijn ej, po za tem b o w iem n ab o żn i
n ie są w cale, i n ie rz a d k o m iędzy nim i s p o tk a ć m o żn a zu pełnych,
sk o ń czo n y ch n ied o w iark ó w szczególniej w m łodszej g e n e ra c y i —
czeg o n ajlep szy m d ow odem jest szeroko ro zp o w sze. h n io n e p i­
jań stw o , k o n io k rad ztw o , b r a k sza cu n k u d la rodziców i starsz y ch ,
zw ad y i k łó tn ie m ięd zy ro d zin ą, p ien iac tw o i ró żn eg o rodzaju
p o d ejścia w s to s u n k a c h sąsied zk ich , chciw ość, w obec k tó rej o d o ­
trz y m a n iu ja k ie jk o lw ie k um ow y — czy d an e g o sło w a — nie m ają
n a w e t p ojęcia, nieufność, ch y tro ść, zu chw alstw o w zględem d w o ­
ró w — jed n em słow em zu p e łn y b ra k za sad m o ra ln y c h . — M ów ię
tu g łó w n ie o G ró d k u, g d y ż choć całe H ru b ie szo w sk ie d a ło b y się
p o d c ią g n ą ć po d p o w y ższe s c h a ra k te ry z o w a n ie , to je d n a k ż e G ró ­
d ek pod w ielu w z g lę d am i p ry m trzy m a, żydzi bow iem m iejscow i
s ta n o w ią p o tę ż n y cz y n n ik ro z k ła d o w y —- a b lisk o ść H ru b ieszo w a,
ja k zazw yczaj b lisk o ść m iasta, p o d n o si fe rm e n t złych p ierw ia stk ó w .
W m ieście chłop od p o k ą tn y c h doradzców uczy się ró ż n y ch w y ­
k rę tó w n a o b ejście p ra w a, od żydów p a se rstw a , u rz ąd za n ia sp ó łek
zło d ziejskich, — b a b a zaś w y n o si z m iasta złe życie — z a tra tę
w sty d u i w szelkiej obyczajow ości. D z ie w k a w iejska, id ąca n a
słu ż b ę do m iasta, z g ó ry zostaje u zn a n ą za „ la d a c o “' i z ta k ą ża­
d en p o rz ą d n y ch łop się nie ożeni — a do w si swojej p ew n ie się
ju ż o n a n ig d y n a s ta łe nie pow róci, ch y b a n a starość, jak o
ż e b ra c z k a ; — n ie ty lk o bow iem u w ażają ta k ą „ w ie js k ą “ zą isto tę
u p a d łą , ze p su tą , ale jeszcze za p ró żn iak a, k tó ry nic zrobić nie
p o trafi i do n iczeg o się nie przy d a.

14 ^
Z o g ó ln y c h w ad w sp ó ln y ch m ężczyznom i k o b ieto m , n a jw ię ­
cej ro z p o w szech n io n e je s t p ijań stw o . N ie m a tu w całej w iosce
lite ra ln ie a n i j e d n e j duszy, k tó ra b y w ódki z u p e łn ie nie p iła.
N a w e t dzieci m a lu tk ie p rz y p ie rsi, m atk i sam e p rz y u c z a ją do
„ h o ry łk i“ i d ziec iak k rz y w i się, ale p ije, później też w y ro stk i
p ię tn a s to le tn ie zale w ają się już n a do b re, a sta rsi przez g o rz a łk ę
tra c ą całe m ienie, zo stają bez d achu i k ę sa chleba, b io rą się n a ­
stęp n ie do k ra d z ie ż y i w te n sp o só b sy n o w ie zam ożnych g o s p o ­
d a rz y k o ń cz ą w k ry m in a le . C zasem — siak i ta k i o d rzek n ie się
k ieliszk a, ale p o u p ły w ie k ilk u la t w ra c a z tem w ięk szą z a cie­
k ło śc ią do d aw n eg o n a ło g u i nie p o w strz y m a ją go n a tej z g u ­
b nej d ro d ze n ajd o tk liw sze p o c isk i losu. N ie k tó rz y znów , ci, k tó rz y
z n ie z w y k łą e n e rg ią , z n iezło m n ą w y trw a ło ś c ią i w ie lk ą p ra c ą
d o ch o d zą do m ajątk u , ty c h o g a rn ia is to tn y sz a ł n a b y w a n ia ziem i,
p o cz ę stu n k a m i w k arczm ie pow oli, pow oli w y łu d za ją g ru n ta od
n a ło g o w y c h p ijak ó w i p rz y tej sp o so b n o ści sam i p rz y u c z a ją się
do w ó dki, to p ią c w niej rozum z u p e łn ie lu b z a tra c a ją c p ie rw ia s t­
k o w e p rz y m io ty : siłę woli, ro z są d e k i pilność. — G o sp o d arzy
u czciw y ch , sło w n y ch , sza n u ją cy ch sam y ch sieb ie i w zajem b u d z ą ­
cy ch sza cu n ek , je s t b a rd z o n iew ielu w G ró d k u i z ro k ie m k ażd y m
u b y w a ich jeszcze — n ie s te ty !. K o b ie t, sk o ń cz o n y ch p ijacz ek je s t
n iew iele. N a w eselu, n a ch rzcin ac h , p rz y jak iej zdarzonej okazyi,
c h ę tn ie sobie p o d p iją, n a ro b o c ie w e d w o rze często g o rą c o u p o ­
m inają się o „ trin k ą l“ , je d n a k ż e n ig d y n ie ro z p ija ją się do
te g o sto p n ia, co m ężczyźni. W o g ó le k o b ie ty g ró d e c k ie stanow czo
w ięcej m ają p rz y m io tó w , niż ich m ężow ie i b ra c ia i g d y b y
n ie u p a d e k o b y cz ajn o ści, k tó ry ja k p ra w d z iw a zg n ilizn a ze z d u ­
m iew ają cą sz y b k o śc ią szerzy ć się m iędzy n iem i zaczyna, m o g ły b y
p o d w ielo m a w z g lęd am i słu ży ć za w zór in n y m okolicom . P r a ­
c o w ite są ja k m ró w k i, od trzeciej ra n o do dziew iątej w ieczór,
n ie u s ta ją w robocie, c h y b a p rz y jedzeniu. S am e g o tu ją , p iek ą,
tłu k ą w stę p ie ja g ły i p ę c a k , ro b ią w ża rn ac h k a sz ę g ry c z a n ą ,
p rzęd ą, b ie lą p łó tn o , szyją d o m ow ą bieliznę, sam e chodzą koło
k ró w , ow iec, św iń, k u r i gęsi, o b ra b ia ją o g ro d y w arzy w n e, len,
k o n o p ie i k a rto fle w' polu, p o m a g a ją p rz y sia n o k o sa c h i żniw ie,
ch o d zą n a za ro b k i do d w o ru i do m łyna, in n e jeszcze zręczniejsze
szy ją d ru g im k a fta n y o d św ię tn e i sp ó d n ice, oraz c ien k ie koszule,
a a n i je d n a g o sp o d y n i nie trz y m a słu g i, chociaż n ie je d n a n a
ta k i z b y te k p o zw o lićb y sobie m o g ła. P o rz ą d e k u n ich w zorow y,
zap o b ie g liw o ść o g ro m n a , sk rz ętn o ść d ro b ia z g o w a , u cz y n n o ść
szczera.

— 16 —
L u d m iejscow y przew ażnie d o ro d n y , a k o b ie ty b y w a ją b a r ­
dzo p rz y sto jn e, sm agde, ciem no-w łose, p raw dziw e k ra saw ice , bo
u ro d a ich nie ty le p o le g a n a re g u la rn o śc i rysów , ile n a p rz e d z i­
w nej św ieżości cery, n a b lask u oczu, n a uśm iechu o d słan iając y m
p y szn e b ia łe zęby, n a ty m u ro k u sw ojskości try sk ając ej zdrow iem ,
siłą i w d ziękiem . T a k a np. p a n n a m ło d a u stro jo n a w czerw oną
sp ó d n icę, ja s n y fa rtu szek , w b ia łą ln ian ą koszulę, w m oc k o ra li
i ró ż n o k o lo ro w y ch p a c io re k n a szyi, a w „ c z u b y “ z ponsow ej
tasiem k i, w stą ż e k i k w ia tó w n a ro zp uszczonych w łosach, to ty p
o w iele ciek aw szy od szab lo n o w y ch k ra k o w ia n e k , m azu rek itp.,
bo w ięcej tu b y w a o ry g in a ln o śc i k o lo ry tu lo k aln eg o , n iez a ta rte g o
częstem o b cieran iem się o ludzi o b cy ch i n a lec iało ściam i ze św iata.
U b ió r co d zien ny d la m ężczyzn stan o w i k o szu la z g ru b e g o
ale w y b ielo n eg o b a rd zo s ta ra n n ie p łó tn a, z szerokim k o łn ierz em
w y k ła d a n y m , za p ię ty m n a sz p in k ę m o siężną ze sz k la n n ą g łó w k ą,
lu b zaw iązan y m ró w n ież ja k ob szew k i rę k a w a n a cz erw o n ą w e ł­
n ia n ą tasiem k ę, zw an ą „ ż y c z k a “. D alej sp o d n ie z te g o sam eg o
p łó tn a śred n iej szerokości, k o ło k o s te k o bciśle szn u rk iem p rz y ­
w iązan e. W zim ie n a n o g a c h o k rę co n y ch onucam i, b u ty z c h o ­
le w a m i, w k tó re dla c ie p ła w k ła d a ją tro ch ę p ro ste j słom y,
a n a w e t w czasie w ielkich m rozów , jeśli w y p a d n ie ja k a ś d alsza
d ro g a, to i n o g i po o n u cz k ach o k rę c a ją sk rę tk a m i słom y raz koło
razu i do p iero n a to b u ty ; n a p łó cien n e sp o d n ie d ru g ie szersze
z su k n a, dom ow ej ro b o ty , tk a n e n a p o d sta w ie p łó cien n e j — t. j.
w je d n ą s tro n ę idzie nić k o n o p n a, w drug-ą zaś przędziw o w e ł­
n ian e ; — ta k ie sp o d n ie zow ią „h o łu śn i“, uży w an e ty lk o w zimie,
sta rc z ą n a la ta całe. S p o d n ie zaw sze k ła d ą w b u ty . K a fta n z b a ­
w e łn ia n e g o siw eg o m a te ry a łu , z m ały m i w yłogam i, o b lam o w an y
n ao k o ło cz arn ą ta s ie m k ą i lek k o p o d w a to w an y , śc iśn ię ty w p asie
„re m ie n ia k o m “, tj. rzem ien n y m pasem , m niej lub więcej szerokim
(od 2 cali do 6 ), ozd o b io n y m m osiężnym i gw oździkam i, d e se ­
n iam i w y c is k a n y m i, dziu reczk am i, k tó ry m a z jednej stro n y
zap ięcia, a z d ru g iej w e w n ątrz m ałe s k ry tk i n a p ien iąd ze. P rz y
p asie ty m p rz e c ią g n ię ty je s t u g ó ry rzem ien n y sznurek, a n a nim
w isi „ k o z ik “ alb o „ c y g a n e k “, nóż s k ła d a n y w d rew n ian ej okładce.
M łodzi n o szą ta k ie p a s y węższe, n a dw a cale — a n a w e t dziś
zu p e łn ie od m ien n e zaczy n ają w p ro w ad za ć w użycie, b o czarne
la k ie ro w a n e ze św iec ącą k la m rą w śro d k u do zap ięcia. N a w ierzch
n a to k o żu c h b a ra n i z dużym k o łn ierzem , ale n a p ie rsia c h tro ch ę
o tw a rty , i g d y jeszcze p o trzeb a, su k m an ę „su k m á n “ z siw ego su ­
k n a , lu b z c z arn e g o — ze sw ojej w łasnej w ełn y , d łu g ą do
k o s te k , z ty łu złożoną od p a s a w sześć fa łd , po trz y do

— 16 —
ś ro d k a — z p rz o d u w sam y m p a s ie z a p ię tą n a dw ie duże h aftk i,
bez w y ło g ó w , ale w y c ię tą n a p ie rsia c h . N a g ło w ie siw a, duża
b a ra n k o w a czap ka, a u m ło d y ch m niejsza, o k rą g ła lub s p ic z a s ta
i czarn a. — D aw niej noszono o g ro m n e czap y su k ie n n e z w y ło ­
giem b aran im , ro z cięty m z p rz o d u n a d czołem , dziś już tru d n o
sp o tk a ć ta k i o k az — c h y b a za B ugiem .
W lecie chodzą b o so — zw łaszcza m łodzi, k o szu lę noszą
n a w ierzch u sp o d n i, d łu g ą do k o la n i k a p e lu sz sło m ia n y o k rą g ły ,
d o sy ć n isk i — u k a w a le ró w o p a sa n y c z erw o n ą |(ż y ć z k ą “, — u żo­
n a ty c h Czarną. D o d o p e łn ie n ia stro ju n ależ y ró w n ież k rz y ż y k
m osiężn y , zaw ieszony n a szy i n a tasiem ce i sp a d a ją c y do ś ro d k a
p iersi.
W św ięto b ierz e się w szystko czy ste — sp o d n ie z ciem nej
b a w e łn ia n e j m a te ry i, k u p n e, k a fta n cz a rn y lub p o p ie la ty , rów nież
k u p n y , o b la m o w a n y tasiem k ą, lu b w elw etem cz arn y m z tak iem iż
k la p k a m i u rę k a w ó w i u k ieszo n e k — a n a w ierzch zaw sze s u ­
k m a n ty lk o n o w y , w lecie. n ie z a p in a n y w cale. K a p e lu sz ta k i
sam ja k n a codzień, ty lk o św ieży — od św iętn y . S ta rz y sp o d n i
k u p n y c h n ie noszą, ale n a koszulę w p ro st su k m a n ę n o w ą i n a
tem k o n iec.
K o b ie ty n a codzień noszą k o szu le z te g o sam eg o p łó tn a
co m ężczyźni, n ie z b y t d łu g ie , bo do k o lan nie sięg ają ce, r_malow a n k i“, t. j. sp ó d n ice p łó cien n e , d ru k o w a n e w ciem no n ieb iesk i
deseń . W ty m celu n io są k o b ie ty p łó tn o już w y b ielo n e do m iasta,
do ży d a, k tó ry się m alo w an iem zajm uje, w y b ie ra ją so b ie u n ieg o
w zór i te n im p o d łu g te g o w zoru m aluje. W z o ry zaś są to b la c h y
o d p o w ied n io p o w y c in a n e, k tó re p rz y k ła d a się do szty w n o w y c ią ­
g n ię te g o p łó tn a i p o w ierzch u sm aru je się p en d z le m olejną ciem n o -n ieb iesk ą lub ż ó łtą fa rb ą — n a s tę p n ie się b la c h ę odejm uje
i już ro b o ta sk o ńczona. P o w y sc h n ię c iu ry su n k u szyją z te g o
sp ó d n ice, b ard zo m ocne i d o b re do „ c h o d u “, bo się n ie ta k ł a ­
tw o b ru d z ą ja k gdzieindziej p łó c ie n n e b iałe. D e se n ie b y w a ją n a j­
ro zm aitsze, ж każdej w iosce in n e g o rodzaju.
O b ecn ie w G ró d k u już „m a lo w a n k i“ p ra w ie że z a g in ę ły —
g d y ż eg z y stu ją je d y n ie s ta re z a b y tk i — n o w y c h zaś n ik t nie
sp ra w ia, g d y ż b a rc h a n k u p n y z a s tą p ił dom ow e p łó tn o . A szkoda
w ie lk a — bo m alo w an k i b y ły b a rd zo p ra k ty c z n e , sch lu d n ie
w y g lą d a ły , trw a ły d łu g o , czego w szy stk ieg o nie m ożna za­
sto so w ać do b a rc h a n e k . T e ra z w ięc noszą b a rc h a n k i b rą zo w e,
p o n so w e z c z arn y m , b ia łe z cz arn y m , d o syć długie, do k o ste k ,
u dołu o b szy te czerw o n ą lu b zieloną n a p ó łto ra c a la sz e ro k ą
ta sie m k ą , dalej „ z a p a s k a “ czyli fa rtu ch z b ia łe g o p łó tn a i k a fta n

— 17 —
m alo w an y , zap in an y p o d szyję. N a g ło w ie czerw o n a w d eseń
c h u stk a p erk alo w a. „O n u czk i“ i b u ty ta k ie ja k u m ężczyzn.
W lecie chodzą boso — w sam y ch ko szu lach — a idąc w pole,
fa rtu sz k a m i p e rk alo w y m i za stę p u ją „ z a p a sk i“.
N a św ię ta czeszą s ta ra n n ie g ło w y , b io rą czystą b ieliznę, now e
b a rc h a n k i, fa rtu szk i zw y k le ponsow e, lub różow e, czasem b iałe,
a n ig d y n ieb iesk ie, k a f ta n czarn y , lu b p o p ie la ty , zaw sze w a to ­
w an y , n a szyi p a c io rk i szk lan n e czerw one, żółte, zielone, czasem
p a rę szn u rk ó w k o ra li, razem w szy stk ie tuż ko ło szyi i sp ad a ją c
poniżej n a p iersi, zw ią zan e z ty łu czerw oną, zieloną lub fiole­
to w ą „ży czk ą“. K rz y ż y k osobno zaw ieszony — a ró żn e m ed ale
p o p rz y c z e p ia n e w śro d k u do p ac io rek . N a g ło w ac h m ężatk i m ają
c h u stk i w iązan e n a „ k im b a łc e “, a d ziew czy n y zup ełn ie ta k sam o,
ty lk o bez „ k im b a łe k “. „ K im b a łk a “ p o trz e b u je ob jaśn ien ia. D z ie w ­
czy n ie id ącej za m ąż, p rz e d ślu b em ro z p lą tu ją w ło sy — i w ro z­
p u szc zo n y ch ch odzi p rzez c a łe w esele aż do oczepin. N a ocze­
p in y zaś zd ejm u ją jej k w ia ty , w stążk i i czuby, w ja k ie b y ła p rz y ­
b ra n a , a n a ow e ro z p u szczo n e w ło sy n a k ła d a ją k ó łk o zro b io n e
z p rz ęd ziw a i o b szy te p łó tn em , dopasow m ne do g ło w y w te n s p o ­
sób, że p rzech o d zi p rzez śro d e k ciem ienia, ko ło uszów i n a d d o ł­
k iem z ty łu g ło w y , g d zie do k ó łk a p rz y cze p io n e są dw a d łu g ie
szn u rk i. S k o ro k ó łk o , czyli w łaśn ie k im b a łk a je s t założona —
sz n u rk a m i w sz y stk ie w ło sy zw ięzuje się n a d k a r k ie m , m ocno
dalej ro zd ziela n a dw ie połow y, p rz e p ro w a d z a w dw ie przeciw ne
s tro n y k o ło k im b a łk i n a przód, znów ty m i sam y m i szn u rk am i się
tu ta j p rzy w ięzu je — p o tem znów do ty łu się b ierze i to ty le
ra zy , ile d łu g o ść w łosów w y m ag a. G d y w ło sy już n a k im b ałce
um o co w an e, n a k ła d a się n a to „czep iec“ tej objętości co k im b a łk a ,
b ia ły p e rk a lo w y , lu b szydełkow ej ro b o ty , śc ią g a n y szn u rk iem —■
i d o p ie ro n a tem w szystkiem w iąże się c h u ste c z k a nieduża czer­
w ona, zach o d ząca n a uszy — w iązan ie m ająca w ty le n ad k a r ­
k iem — i b a rd z o zręczn a w u k ład zie . M ężatki w ięc n ig d y już
w łosów n ie p ie tą i z k im b a łk ą n ie ro z sta ją się n a w e t n a noc do
sp an ia. D z ie w cz y n y rzad k o k ie d y ch odzą z g o łą głow ą, ch y b a
czasam i w św ięto w lecie do c e rk w i — zw y k le zaś w ch u stk ac h
w iąz an y ch ja k u m ężatek , lub k o ń ce p rz e k rę c a ją p o d b ro d ą
i w iążą z ty łu . S u k m a n y ta k ie ja k m ęzkie, ko żu ch y podobnież.
S u k m a n y z ty łu k o ło fałd, n a k o łn ierzu , koło w y k ro ju n a p ie r­
siach aż do h afte k , k o ło kieszeni, p rz y b ra n e w ełn ian y m czerw o­
nym , g ra n a to w y m lub zielonym sznureczkiem . K iesz en i w łaśc i­
w y ch w su k m a n a c h n ie m a, ty lk o o tw o ry w ich m iejscu, w k tó re

2

— 18 w k ła d a się rę ce od zim na, k o b ie ty zaś p rzez nie w y c ią g a ją s p ó ­
dnice, ch cąc u ch ro n ić je od b ło ta lu b od śn ie g u w zim ie.
U b ra n ie św iąteczn e p odniszczone, p rz ech o d z i zazw yczaj n a
codzienne.
K o b ie ty p o s u k m a n a c h p rz e p a su ją się dla c ie p ła „ k ra jk ą “
tj. w ązkim 2 -cało w y m p ask iem , różnokolorow ym , w ełn ian y m , k tó ry
w y ra b ia ją sam e n a m ały m b ard zo p ro s ty m w arsztacik u . T a k ą
k ra jk ą p rz y p a su je się też w św ięta fa rtu szek , a fre n d z la od niej
w y g lą d a z p rz o d u z p o d k a fta n a . S p ó d n ic e p e rk a lo w e u w ażan e
są ja k o rzecz z b y tk u — i noszone ty lk o n a św ięta, w esela,
n a „ m u z y k i“, tj. n a ta ń c e w k arczm ie, a p o d o b n ie ja k fa rtu sz k i
b y w a ją ty lk o czerw o n e i różow e.
Ż ało b ę n o szą ty lk o k o b ie ty . U m ę ż a te k tem się odznacza,
że n a g ło w ie c h u stk a je s t b ia ła — d ziew czy n y zaś nie no szą p a ­
ciorek. Ż ało b a je d n a k nie je s t ob o w iązk o w a i zależy od dobrej
w oli jed n o stk i.
K o lo r b ia ły je s t k o lo rem żałobnym . K o b ie ty i d zieci do
tru m n y zaw sze u b ie ra ją k o m p le tn ie biało.
R o zw ó j fizyczny idzie w p a rz e z w ro d zo n em i zdolnościam i
i w ie lk ą p o jętn o ścią. S a m o ro d n y c h m ajstró w : stelm ach ó w , s to ­
la rz y i in n y c h te g o ro d zaju rz em ieśln ik ó w je s t sporo w e wsi,
a zm y sł a rty s ty c z n y i w y o b ra źn ia, ja k k o lw ie k nie ro zb u d zo n a,
tleje n iew ą tp liw ie u w ięk szo ści te g o ludu, śp iew a ją ceg o śliczne,
tę s k n e dum ki i p ieśn i łzam i b rz m ią ce, a koch ająceg ' 0 się w czy­
sto ści i p o rz ą d k u do ch o d zący m już do poczu cia sy m e try i, co b y w a
rz ecz ą n a d e r rz a d k ą m ięd zy w ieśn iak a m i ze stro n in n y ch . P rz y tem lu d to n iezw y k le p rz e b ie g ły , c h y try , u m ie ją c y w szy stk o w y ­
z y sk a ć n a sw o ją k o rz y ść, a w łaściw o ści te w p o łącz en iu z c h c i­
w ością, g ra ją n ie m a łą ro lę w ich życiu — p ra w ie, że rz ą d z ą nim i.
M ałże ń stw a n p ., to je d y n ie m niej lu b w ięcej k o rz y stn y in ­
te re s, to ś ro d e k do z d o b y c ia k ilk u m o rg ó w ziem i, do p o w ięk szen ia
w ch a cie liczb y p ra c u ją c y c h bez p o trz e b y w y d a n ia g o to w e g o
g ro s z a n a n ajem n ik a, to w zajem n a n ad zieja u ta rg o w a n ia co śk o l­
w ie k z jed n ej, a o c y g a n ie n ia z d ru g iej stro n y . U czucie nie w chodzi
w g rę zupełnie, co najw yżej jeszcze uroda, p o w ierzch o w n o ść m a
tro c h ę zn aczen ia, a i to p rz ew aż n ie ty lk o u k o b iet. Z darza się
bo w iem często, że d ziew czy n a m im o p ró śb i p e rsw a z y i uie chce
ja k ie g o ś c h ło p a k a — bo się jej n ie p o d o b a —• g d y ż „ r a b y “ tj. dzió­
b a ty n a tw a rz y — albo „ ś le p y “, tj. k ró tk o w id z ■
— a lb o za m a ły ,
alb o „ ś w in d ro w a ty “ czyli k ę d z ie rz a w y ja k żyd — szczególniej
zaś n ie zn o szą u p o śled zo n y c h od n a tu r y : k u law y c h , g a rb a ty c h ,
z e zo w a ty c h i ru d y c h — a ru d y c h za nic!

-

J9 -

M ów iąc o w a d ach , tru d n o przem ilczeć o przy m io tach , zw ła'• szcza, że ten , sam R u s in ch ciw y i w y rach o w an y , dla k ilk u ru b li
p ra w u ją c y się po sąd a ch , ch o ćb y z rodzonym i „b a t’k a m i“ — te n
sam je d n a k je s t g o ścin n y m w dom u, m iło siern y m dla ż e b ra k a
i siero ty , rz eteln y m dla n ajem n ik a i słu g i. J e s t tu n p . w e zw y­
czaju, że w ad w en cie b ie d n e ko m o rn ice, w y ro b n ic zk i itp. „chu­
d z in y “ ch o d zą po „n a w a ln e m “, tj. idą od c h a ty do chaty, czę­
stu ją g o sp o d arzy w ódką, a za to d o sta ją : chleb, słoninę, k aszę,
m ąk ę, zboże, przędziw o, co k to da ; —■ otoż zb ierają zaw sze ty le
ty c h rozm aitości, że i k o szt n a w ó d k ę w y d an y , w ra c a się im
w d w ó jn asó b i w d o d a tk u p o ży w ie n ia m ają jeszcze n a p a rę
m iesięcy .
A lb o znów in n y p o d o b n y s ta ry obyczaj — zw an y „pom yn a ln y c ią “, a m ający n a celu w sp arcie jałm u żn ą że b rak ó w , o d m a­
w iając y ch p ac ie rze za dusze zm arłych. — „ P o m y n á ln y c ia “ obchodzi
się doro czn ie w p o n ied zia łe k po przew o d n iej niedzieli. W te n
d zień g ro m ad zi się około ce rk w i ta k a ilość dziadów , k a le k , sieró t
i ró ż n y ch w łóczęgów , że fo rm a ln ie p rz e c isn ą ć się m iędzy nim i
nie m ożna, a jed n ak o w o ż ca ły ten tłum że b rac zy p o d k o n iec
dnia led w ie je s t w sta n ie u n ieść sw oje w o rk i i sak w y , a g d y
dziadów z jed n ej ro d z in y je s t p a rę osób, to n az b ie raw szy p a rę
w o ró w c h leb a — w iep rze nim w y p a sa ją. D aje to pojęcie o ofiar­
no ści pow szech n ej.
Z w yczaje sw oje daw ne, o b ch o d y i za b aw y zachow ują w ie r­
n ie p o d łu g tra d y c y i z w y jątk iem u b ra n ia , k tó re w o statn im
d z ie s ią tk u la t zaczęło się silnie z w raca ć k u m odom m iejskim ,
R d z e ń ich w ierzeń w ro sły w p rz e k o n a n ia i w p ra k ty k ę codzienną,
nie o d m ien ił się o w iele, chociaż w y d a ć się m oże n a oko, że je st
inaczej. N a tu ra ln ie , że z konieczności s ty k a ją c się z m iastem ,
z ko leją, m ając do w y b o ru m asę n o w y c h a ta n ic h to w aró w , ł a ­
tw o ść w zbliżeniu się do lu d zi in te lig e n tn y c h w o so b ac h d o k to ­
rów , ad w o k ató w , k tó ry c h daw niej albo w cale nie b y ło w okolicy,
alb o b ard zo b y li nieliczni, a dziś ta k i H ru b ie szó w p o sia d a ich
do d ziesięciu — n ieo d zo w n ie m u siał się lud te n co k o lw iek w y ­
p o lero w ać, n a b ra ć n o w y ch g u stó w i p rzy sw o ić so b ie nieco o d ­
m ien n e pojęcia, w g ru n c ie je d n a k zm iany te są jeszcze bardzo
n iezn aczn e, w ięcej p o w ierzch o w n e i w ła śn ie d la te g o n a razie
u d e rz a ją c e n ie k tó ry c h . D a jm y n a to, chociaż jed en , d ru g i i dzie­
s ią ty ch ło p rad zi się już te ra z doktora, zn a n a w e t k ilk a śro d k ó w
ap tec zn y ch , ja k : chininę, olej ry cin o w y , jod y n ę, z p ew n o śc ią d a ­
le k o silniej w ie rz y w znachorów , zam aw iaczów i leki, przez nich
z a d a w a n e . D o d o k to ra u d a ją się d o p iero w o statec zn o ści i to
*

— 20 —
zaw sze z p o w ą tp iew an iem , czy on co k o lw iek pom oże, k ie d y ten
lu b ów n ic ju ż p o ra d z ić n ie p o trafił. L e k a rs tw a a p tec zn e, w zglę­
d n ie n ajp rzy jem n iejsze w użyciu, b u d zą w ch ło p ie w strę t, odrazę,
b ie rz e je n ie c h ę tn ie — je d y n ie z ra c y i w y d a n y c h p ien ięd z y ; p rz e ­
p is a n e je d n a k p rzez znaC horkę n a jw strę tn ie jsz e m ie sz a n in y ły k a ją
bez sk rzy w ien ia, a n ajb o leśn iejsze o p e ra c y e w y k o n y w u ją w iern ie
co do jo ty .
P rz e d k ilk u la ty c h o ro w ała w G ró d k u k o b ie ta n a tyfus.
P rz e z k ilk a ty g o d n i b y ła m ięd zy życiem a śm iercią, b ez w ład n a,
n iep rz y to m n a , bez żadnej o p ie k i i p o m o cy — cudem p o d n io sła
się n areszcie z łóżka. A le w y c z e rp a n a ch o ro b ą, a n a s tę p n ie b r a ­
kiem w szelk ich w y g ó d w czasie re k o n w a le sc e n c y i, s tra c iła z u ­
p e łn ie siły i p a rę m iesięcy u p ły n ę ło już od chw ili p rz e sile n ia ,
a p rzez izbę p rzejść jeszcze n ie m oże o swojej m ocy — n o g i p o d
n ią d rżą, u g in a ją się i bó l d o k u czliw y nie u stę p u je z nich.
R a d z i się b a b y . B a b a ta k p o w ia d a : T rz e b a w ziąć d ro b n y c h
g a łą z e k z ta rn in y w iązeczk ę sp o rą , b y licy , p io łu n u , m acierzan k i,
ro zch o d n ik u , m ięty, p o k rz y w y i ró ż n eg o ziela, w osku n ieto p io n eg o cały p la ste r, k ilk a n a ś c ie trz a s e k żyw icznej sosny, to w szy stk o
u ło ży ć n a ś ro d k u izby, p o k ro p ić św ięco n ą w odą, i d o tąd przez
te n o g ie ń b o sem i n o g a m i przech o d zić, p ó k i się w szy stk o nie
sp ali —: a c a łą niem o c z n ó g „o g ień św ięty w y c ią g n ie ". C hora,
k tó re j c h o ro b a do b rze do k u czy ła, zw łaszcza, że ja k o w dow ie
z d ro b n e m i dziećm i ciężko szła g o s p o d a rk a , c h w y ta się tej rad y ,
ja k o d esk i ra tu n k u , ro z p a la ogfień p o d łu g p rz ep isu i z a czy n a c h o ­
dzić, n ie bacząc, że n o g i p a rz y , że dym g ry z ą c y tam u je odd ech ,
że ch w ilam i m ro k z a sła n ia jej oczy. S p o ro czasu u p ły n ęło , nim
k to ś p rz y s z e d ł i zob aczy ł, co się dzieje. O k a zało się, że ch o ra
m a stra sz liw ie p o p a rz o n e nogi, p aleó zu p e łn ie zw ęglone, g o rą ­
czkę i w e w si n ik t n ie podejm uje się jej dozorow ać. O dw ieziono
b ie d a c z k ę do s z p ita la w H ru b ie szo w ie, z k ą d po sześciu ty g o d n ia c h
w y szła bez p alcó w u o b y d w ó ch nóg... ale z n a c h o rk a p o c ie sz a ła
ją, że g d y b y n ie jej o g n io w a k u ra c y a , b y ła b y n ie o d z y sk a ła m ocy
w n o g ac h , a ta k chociaż b ez p alcó w chodzić m oże. T łó m acz en ie
trafiło w idocznie do p rz e k o n a n ia poszk o d o w an ej, g d y ż nie o d zy ­
w a ła się o b a b ie z żalem lub urazą.
M im o w iary , ja k ą o tacz a lu d m iejscow y sw oich „ z n ający c h “,
m iru oni a n i sza cu n k u n ie m ają, ow szem u w a ż a n i są za coś
zb liżo n eg o do czaro w n ic i s tra c h ty lk o ch ro n i ich p rz e d jaw n e m
lek ce w aż en iem i w zg ard ą.
T a k sam o m a się i z g-usłam i różnem i. W ie rz ą w nie św ię­
cie, sto su ją się zaw sze do sw oich zab o b o n ó w , a le czarow nic,

— 21 —
w k tó ry c h ześro d k o w uje się c a ła ow a w ład z a cudotw órcza, boją
się, a w g łęb i duszy u w a żają je za is to ty w strętn e, n ik czem n e,
złe, b rz y d zą się niem i i w y m y ślają ty s ią c e sp osobów ku zniw e­
czeniu ich „złej“ m ocy.
B aśn i o „w ied źm ach “ i szczegółów o zd o b y w an iu przez nie
siły nadp rzy ro d zo n ej, je s t m n óstw o w p o d a n ia c h lu d u tu tejszeg o ,
ale o p o w iad ać o tem nie lubią, a b y nie ro zb u d zić „ z łe g o “ i b ied y
nie śc ią g n ą ć n a siebie, lub swój d o b y te k . — C zarow nice lu b u ją
się p rz ed ew sz y stk ie m w po rze nocnej, bezksiężycow ej, w ietrznej
i zim nej ; w ted y b u jają sobie w esoło po św iecie, szukając, k o m u b y
szkodzić m o g ły . N a g ra n ic a c h wsi, n a rozdrożach, zb ieg a ją się
o p ó łn o c y w k ilk a i ze „z ły m “ n a ra d z a ją się n a d sw em i d y a b e lsk iem i sztu k am i. Tu, w jed n em m iejscu trz e b a k ro w o m m leko
o d eb rać, tam d ziecku zad ać „na p ła c z e “, w innem „ p o sw a rz y ć “
z so b ą m ałżeń stw o lu b „ u ro k i“' rzu cić — i ta k dla k a ż d e g o coś
znajdą, do k o g o ty lk o złość czują — a sk o ro k u r p ierw szy za­
pieje, w ra c a ją do dom ów i k o m in em W suwają się do izb}-, a b y
n ik t z d o m ow ników nie p o d ejrzy w ał, że ze „z ły m “ m ają „poznaom ienie.
W dzień W n ie b o w stą p ie n ia ra n iu tk o p rz e d w schodem sło ń ca
czaro w n ice zu p ełn ie ro z e b ra n e b ie g n ą do lasu, gdzie ro śn ie j a ­
rz ęb in a i o b ry w a ją z niej w szy stk ie m łode p ęd y , drzew o trzy
ra z y w k ó łk o o b latu ją i w ra cają co prędzej do siebie, g a łą z k i
chow ają p o d strzech ę, a te za d aw a n e p o tro szk u kro w o m , sp ro w a ­
dzają ty le m lek a, że go p rz ejeść nie m ożna — k u szalonej z a ­
zd ro ści sąsiad ek , k tó ry m znów p o d rz u c a ją do o b ó r g a łą z k i z d rze­
w iny, użytej n a „ m aje n ie“ św iąty n i w Zielone Ś w ięta, a b y ich
k ro w y c a ły ro k m lek a nie d aw ały .
N a o d b ie ra n ie m lek a p o szk o d o w a n e g o sp o d y n ie s ta ra ją się
so b ie ra d zić i szu k ają ró ż n y ch sposobów , a b y złem u za p o b ie d z;
a w ięc n ajp ierw , żeby się dow iedzieć, k to je s t s p ra w c ą szkody,
ta k się p o stęp u je : trz e b a w ziąć cedziłko płócienne, zw ykle do
c ed zen ia m lek a u ży w an e, trz y ra z y po trz y k o le k z ta rn in y , tyleż
ig ie ł i g o to w ać to razem w g lin ia n y m g a rn u sz k u — k łu jąc ciąg le
w rzecio n em i m ieszając niem w m iejsce łyżki.
P o n ied łu g iej chw ili niezaw o d n ie te n k to „coś p o ro b ił“ k r o ­
w ie, p rzy jd zie do c h a ty i sta n ie p rz y p ro g u , a ta k się będzie
m ien ił n a tw a rz y , ta k g-о będzie w szędzie k łu ło , że w k o ń cu nie
w y trz y m a i zacznie p ro sić, a b y d ali pokój i p rz e sta li g o to w ać
cedziłko, to on im „odczyni" krow ę, n ig d y m lek a n ik o m u nie da
o d eb rać, i ty le obiecuje a obiecuje, że go i p u śc ić trz e b a — bo
n u żb y jeszcze później przez złość_co g o rszeg o zadał...

22



In n y sp o só b n a p o w ró c en ie m lek a je st ró w n ież cie k a w y —
choć rzadziej p r a k ty k o w a n y , g d y ż tru d n iej sk u tk i p o żą d an e
p rz y n o si. — S k o ro k ro w o m „co ś“ m leko o dbierze, zm aw iają s ię
trz y d ziew czy n y z jednej wsi i k aż d a z n ic h osobno do d n ia
idzie po w odę, ale w trz y oddzielne m iejsca. N a c z e rp n ą w sz y
w o d y , p ęd e m w ra c a ją do wsi i p o w in n y się razem zbiedz w je ­
d n y m p u n k c ie jed n o cz eśn ie, poczem w odę do jed n ej c h a ty za ­
n oszą i d o b rze chow ają. N a d ru g i dzień te sam e d ziew częta z pod o b n em i o stro żn o ściam i id ą n a trz y g ra n ic e po je d n a k o w e ziele,
na trz e c i d zień n a trz y d ro g i ro z sta jn e po ta rn in ę lu b ja k ik o l­
w iek p a ty c z e k — w ra c a ją do w si i w sekrecie, przed w szy stk im i
g o tu ją w owej Wodzie z e rw an e ziele i p a ty c z k i, a o d w a r te n b ę ­
dzie ta k i żó łty i g ę s ty ja k olej... W te d y ro z b ie g a ją się n a trz y
g ra n ic e — rę k o m a w y k o p u je k aż d a d o łek w ziem i i sw oją część
o d w a ru w lew a. W jed n y m z ty c h d o łk ó w czaro w n ic a m usi się
u to p ić — u ro k zatem m in ie i k ro w o m m leko w róci. D z ie w cz ęta
ty lk o p o w in n y p am iętać, a b y w ra cają c z w y cieczek sw oich po
w o d ę, ziele i ta rn in ę , p o d żad n y m p o zo rem n ie o g lą d a ć się za
sieb ie i nie p o tk n ą ć się n a drodze, bo c a ła w y p ra w a b ęd z ie n a nic.
P o d o b n ie ja k o d b ie ra n ie m lek a krow om , ta k i „ p ła c z e “ n ie ­
m o w ląt b y w a u w ażan e stale ja k o s p ra w a czarow nic. D zieck o
w te n sp o só b u rzeczone, c a ły dzień zachow uje się sp o k o jn ie, ale
od zm ierzchu do ś w ita n ia p łacz e i p łacz e bez o d p o cz y n k u i niczem u tu lić g o nie m ożna. — P e w n e j k o b ie c ie dziecko p ła k a ło
p rzez d w a n aście ty g o d n i. S tra p io n a , ra d y już so b ie d ać n ie m o ­
g ąc, p o szła użalić się p rz ed sw em i k re w n ia c z k a m i i ro z p y ta ć się
m ięd zy starsz em i k o b ietam i, co b y n a to ra d zić?
— Id ź cie do starej U sac zy ch y , o n a w am najlepiej sk aż e —
zak o n k lu d o w ały b a b y . A s ta ra U saczy ch a, to są sia d k a strap io n ej
m atk i, „w ied źm a“ o sław io n a n a w iele o k o liczn y c h w iosek.
K o b ie ta o czyw iście u s łu c h a ła ra d y i idzie p ro sto do owej
„ z n ające j“ sąsia d k i ze sw oją p ro śb ą, p o p a rtą k a w a łk ie m sło n in y .
U sa c z y c h a d a r sch o w a ła i p o sz ła zaraz za p ro sz ą c ą do jej ch aty ,
s ta n ę ła n ad k o ły sk ą , p o sz e p ta ła k ilk a n a śc ie słów , trz y razy się
w ko ło ro z ejrza ła po izbie, a w yszedłszy n a dw ór, z n a d drzw i
w ch o d o w y ch ze strz e c h y w yjęła trz y szm atk i : b ia łą , czerw o n ą
i n ieb iesk ą , za „ p a zu ch ę“ w su n ę ła i nie o g lą d a ją c się o d eszła,
dziecko zaś od te g o d n ia p ła k a ć p rz estało .
T e i ty m p o d o b n e p rz y k ła d y , w k tó ry c h p ro s ty p rz y p a d e k ,
traf, z b ieg o d p o w ied n ich okoliczności, u ch o d z ący c h u w ad ze n ie ­
św iad o m y ch — p rz y c z y n ia ją się do u tw ie rd z e n ia w ia ry w te z a ­
b o b o n y , chociaż siła ty c h w ierzeń nie je s t ró w n a w całej m asie.

-

23 -

J e d n i p rzy jm u ją ow e f a k ty z uśm iech em w ątp liw o ści, a n a w e t
lek cew ażen ia, lecz ty c h n ie w ie lu , in n i z n ajg ięb szem p rz e k o n a ­
niem , z p rześw iad czen iem o n iezbitej ich p ra w d ziw o ści i m o cy
i p różno się silić, a b y im te g u sła w y b ić z głow y. O w a U sa czycha n. p. um arła, o ile przypuszczam z op o w iad an ia, n a ra k a
w żo łąd k u , otóż o niej rozpow iadali mi, że jej k iszk i b o k iem w y ­
szły, bo je k rz y w d a lu d zk a w y p c h n ęła. S ta ra ła m się s p ro s to w a ć
to m y ln e m n iem an ie, p rz y to c zy łam ja k o dow ód k ilk a zn a n y ch im
sam y m id e n ty c z n y c h w y p a d k ó w u osób n a jza cn iejszy c h , ale
w szyscy m ieli je d n ą odpow iedź: „Ej... to co in n eg o , tu b y ł d o ­
p u s t Boży, n ieszczęście, a tam złe w y p a rło i ju ż “.
W ia r a w u ro k i o g ó ln ie najsilniej je s t zak o rzen io n ą p o m ięd zy
tu tejszy m i m ieszkaricam i. U ro k o m p o d le g a w szy stk o : ludzie, ich
sp raw y , zdrow ie, in tere sa , „ c h u d o b a “, tj. w szelki ży w y d o b y te k ,
u ro d zaje, je d n e m słow em w szystko. — K to ś się ożeni, a po ślubie
zobaczy, że p o d ja k im k o lw ie k w zględem zły w y b ó r zrobił, u trz y ­
m uje, że go d ru g a stro n a u rz ek ła. Z achoruje n a g le , zaziębi się —
już g o urzeczono ; je d n a b a b a m a len p ięk n y , k a p u s tę w dużych
g ło w ac h , d ru g a o b o k n a za g o n ie jed n o i d ru g ie lich e — to nap ew n o , że jej u ro k i rzucono — i ta k w każdej rzeczy, jeśli je s t
ty lk o g o rsz ą od o g ó ł” , u p a tru ją zaw sze „ u ro k i“.
N iem niej jedna.c n a in n e w ierzen ia i zab o b o n y pozostaje
d o sy ć jeszcze m iejsca w u m y śle R u s in a i oto dla p rz y k ła d u za­
m ieszczam tu najro zm aitsze, ja k ie m i się ze b ra ć u d ało :
— P o d k u rę do w y sied zen ia jaj nie liczyć, b o się k u rc z ę ta
źle b ę d ą lę g ły — ty lk o od ra z u z czapki w y sy p ać w siedzenie,
to lę g b ęd zie ró w n y i k u rc z ę ta duże.
— Jaj a n i żad n eg o n a sie n ia nie o dm ieniać, bo się d ró b a lb o
d an y g a tu n e k zboża „zw iedzie“, tj. p rzep ad n ie, zbiednieje.
— P ro s o siać po zachodzie sło ń ca, to w ró b le nie b ę d ą n a
niem siadać.
— G ro ch u n ie siać n a now iu, bo b ęd zie ciągde k w itł zam iast
iść w strączk i, siać g o zaś w dnie, w k tó ry c h n iem a r, to nie
b ędzie ro b a c z n y ■
— a w ięc w p o n ied ziałek , p ią te k i sobotę.
— K o b ie ta — m yszy an i zabić, ani w ziąć do rę k i nie m oże,
bo się jej ch leb n ie u d a.
— K o śc i z m ięsiw a w ie lk a n o c n e g o za k o p ać w p o lu w m ie j­
scach , g d zie ro śn ie o set „ b o d ia k i“, to całk iem w y g in ie.
— W B o że N aro d zen ie w sk rz y n i odzienia n ie ruszać, to
k re tó w „ k rę tó w “ i m yszy w p o lu nie będzie.
— P a p ro ć zb ierają d ziew częta w n o cy w w ig ilię św . J a n a
i z a k ła d a ją za strze ch ę n a szczęście, ale „ n ie sp ra w ie d liw a “ dziew ka



M



(tj. ta k a , k tó re j dziew iczość jest w ątp liw ą), n ig d y ta k ie j p a p ro c i
nie urw ie, bo choć ją znajdzie, to p a p ro ć w ziąć się nie da, g d y ż
co rę k ę po nią w y c ią g n ie , to jej u ch w y cić n ie m oże, a p otem ja k
się rozw idni, to już i u rw a n a n a nic —• już „ m o c y “ n ie m a.
— Za w y c h o d ząc y m i ze sp rz e d a ż ą n a ja rm a rk p o zo stają cy
w dom u — sy p ią śm iecie i trza sk i, żeby się ta r g udał.
— G d y żeń cy przy żniw ie s ta n ą dla odp o czy n k u , lub dla
zw iązan ia snopa, czy dla uło żen ia p ó łk o p k a odejdą n a b o k —
nie m o żn a przechodzić m ięd zy nim i a zbożem stojącem jeszcze n a
p n iu ; — ta k ie „z ach o d zen ie“ szkodzi, sp ro w a d za o k aliczen ie ręk i
sierp e m , alb o n a g łą , ch o ro b ę ; trz e b a w ięc zaw sze p a m ię ta ć , a b y
zboże nie ścięte i żeniec w y p a d ły po jed n ej i tej sam ej s tro n ie
id ąceg o .
—• K a p u stę , a b y ła d n ie ro sła, p o d lew a ć trz e b a w odą, z e ­
b ra n ą w m arc u i p rz e c h o w a n ą aż do lata.
— W W ie lk ą S o b o tę, c h ło p i m ający p szczo ły , s ta ra ją się
u k ra ś ć w k o ściele w o d y używ anej przez c a ły ro k do św ięcen ia
i k a w a łe k w o sk u z p a sk a łu ... P szcz o ły p o k ro p io n e tą w odą i o k a ­
dzone w o sk iem — b ę d ą zdrow e i d a d z ą dużo m iodu.
— B a b ie w p o w ażn y m stan ie nie m o żna n ic odm ów ić, sk o ro
p ro si — inaczej z a r a z m ysz d ziurę w y g ry z ie w u b ra n iu , albo
w ja k im sp rz ęcie g o sp o d arsk im , a w ielkość tej d ziu ry zależn a je s t
od o k re su sta n u , w ja k im się znajduje p ro sząca.
— Za ta k ą ż k o b ie tą rzu cić chlebem , to dziecko, k tó re się
urodzi, b ędzie całe życie sy te i zam ożne, a rzucić ziem ią, to tosam o, co sk az ać g o n a g łó d i p o n iew ierk ę.
— G ło s k u ry p o d o b n y do p ia n ia k o g u ta , je s t zapo w ied zią
ch o ro b y lu b śm ierci w d o m u ; a b y zły p ro g n o s ty k unicestw ić,
k u rą o w ą m ie rz y się d łu g o ść c h a ty n a ś ro d k u od o k n a do drzw i
w c h o d o w y ch ; je ś li n a p ro g u w y p a d n ie g ło w a, to się u c in a gło w ę,
je śli ogon, to og'on. P o tej o p e ra c y i, złe już się u w a ża za zaże­
g n an e , a „ k u re jk o “ , c h o ć b y się ty lk o sk o ń czy ło n a u cięciu ogona,
zw y k le już więcej nie pieje.
— G ro b y w isielców i to p ielcó w za b iją aż do tru m n y m o­
cn y m k o łk iem dębow ym , żeby nie w staw a li w n o cy i ludziom
n ie szkodzili.
— G d y k o m u p ien iąd z e z g in ą — znajom i s k ła d a ją się po
p a rę g ro sz y i u z b ie ra n ą ty m sp o so b em su m k ę je d e n z nich n aj­
śm ielszy, alb o sam p o sz k o d o w a n y n iesie w n o cy do c e rk w i i k ła ­
dzie n a m arach . P o s p e łn ie n iu te g o a k tu — m ają to p rz e k o n a n ie ,
iż złodziej i ca ła je g o ro d z in a zb ied n ieje i pow oli w ym rze. N a ­
zy w a się te n zw yczaj „noszeniem n a m a ry “ i sto su n k o w o do

- -25 g ľ o z y j ja k ą b u d zi w ludzie — dość często się p ra k ty k u je . — P o ­
d o b n y m do p o p rz e d n ie g o je s t też zw yczaj zm uszania p o d ejrz y w an y ch o k rad zież do leżen ia k rzy żem w cerk w i p o d czas n ab o ż eń ­
stw a — p rzy czem w ierzą św ięcie, że jeśli iniędzy leżącym i b y ł
złodziej, to on już nie w stan ie więcej, a zrobi się po śm ierci
cz a rn y ja k ziem ia.
*
#
*
O zb o czen iach um ysłow ych, w a ry a c y i, szaleństw ie nie m ają
n a tu ra ln ie żad n eg o pojęcia i w szystkie te g o rodzaju chorobliw e
o b jaw y , u w a żają jak o do w ó d sto su n k ó w ze zły m duchem , albo
też o p ętan ia . -— O p o w iad an o mi n p . , że w jednej z o k o liczn y ch
w io sek je s t k o b ieta, k tó ra g o n i za ludźm i, ja k k o g o złapie, to
b ije, d ra p ie , dusi, że tru d n o jej ta k ą ofiarę o d e b ra ć z rą k ■

a choć zw y k le je s t z a m k n ię ta n a k łó d k ę w chlew ie — jed n ak że
czasam i ta k a siła ją n ap ad a, że w y łam u je drzw i i u c ie k a z za m ­
knięcia. K o b ie ta ta poprzednio u m ia ła „ z m a w iać“’ u k ąsz en ia p sa
w ściek łeg o , a te ra z sam a je s t g-orzej psa.
W G ró d k u je s t k o b ie ta , k tó ra w s k u te k złeg-o o bejścia się
m ęża z n ią — b ic ia i różnej p o n iew ierk i, d o sta ła u d e rz e n ia p o ­
k a rm u n a m ózg i te ra z m a n ie k ie d y n a p a d y p o m iesza n ia zm y­
słów , zu p ełn ie d la n ik o g o nieszkodliw e. M ąż wyg-ania ją n a noc
z dom u — n ik t p rz y ją ć do siebie nie chce, w ięc z m alutkiem
d zieck iem p rz y p ie rsi nocuje w dołach, zk ąd g lin ę w ybierają...
b ita, g ło d zo n a, p o n ie w ie ra n a , ośm ieszona żyje je d n a k ż e i żyje
n a sw oje nieszczęście. K o b ie ty , są sia d k i jej litu ją się n a w e t n ad
n ią — n ie je d n a dziecko jej w y k ą p ie , n a k a rm i, m lekiem p o czę­
stuje, ale s tra c h p araliżu je d o b re p o p ę d y i n a s ta łe n ik t się tą
b ie d o tą zająć nie chce.
Zam aw iania, czyli „z m ó w ia n ia“, ja k zw ykle się w yrażają,
w k ażdej ch o ro b ie są w użyciu — chociaż n ajsk u teczn iejszem i
m ają b y ć : po u k ąsz en iu przez p sa szalonego, od bolu zębów , od
ró ż y i od ła m a n ia po kościach. W ty c h w y p a d k a c h „z m ó w ie n ie“
je s t śro d k iem n iezaw o d n y m — a zam aw iacze zn an i są daleko
w około, lu d się do nich schodzi o k ilk a i k ilk a n a ś c ie mil. C hłop
z sąsied n iej w ioski C zerniczyna — u m iejący zam aw iać w ściekliznę,
d o b re in te re s a ro b ił n a tej sw ej p ra k ty c e — g d y ż za k a ż d ą b u ­
te lk ę cu d o w n eg o le k a rs tw a i jed n o ra zo w e zam ów ienie b ra ł po
3 0 k o p .,
w o b ec zaś znacznej liczb y p rzy jeżd żający ch do nieg o
po p o ra d ę —• sądzę, że sporo z a ra b ia ł rocznie. L ek a rstw o , k tó re
d a w a ł p o k ą sa n y m ludziom i zw ierzętom ta k do picia, ja k i do
p rz e m y w a n ia ra n — o ile m ożna b y ło dojść n a oko, sta n o w ił



26



b arszcz d zieżny z ch le b a ra z o w e g o i niew iad o m o ja k s p re p a ro ­
w a n y M aik p o sp o lity (M eloe p ro sc a ra b a e u s), g d y ż cząsteczki jeg o
btirdzo w y ra źn ie ro zróżnić m o żn a b y ło — s k rz y d e łk a , czasem
g łó w k a źle ro z ta rta ; w jak i jed n a k ż e sposób w szy stk o razem
p rz y rzą d zał, n ie p o d o b n a się b y ło dow iedzieć. F a k ty c z n ie zaś le ­
k a rstw o to p o m ag ało ; sp ra w d ziliśm y to i u sieb ie n a p o k ą sa n y c h
p sac h i k ro w a c h i p o tw ie rd z iło to w iele zu p e łn ie w ia ro g o d n y c h
osób. F o rm y za m a w ia n ia nie m ożna też w y d o b y ć n ig d y - m im o
w ielu n a jro z m a itsz y c h fo rte li, u ży w an y ch w ty m c e lu ; sło w a zaś
d o ry w czo p o d słu c h a n e są n a p o z ó r słow am i bez zw iązk u i sensu,
i u k aż d e g o zam a w iacz a zd ają się b y ć zu p ełn ie różne.
R u s in tu tejszy, chociaż je st ro zm o w n y i to w a rz y sk i — choć
sam lu b i się w y p y ty w a ć — i z c iek a w o ścią w szędzie w g ląd a ,
0 sobie nie w iele p o d aje szczeg ó łó w i ja k ty lk o sp o strzeże —
a sp o strzeże szy b k o , że je s t b a d a n y , zaraz zacznie u d a w a ć g łu ­
p ieg o , i nic się od n ieg o n ie dow iesz. W in n y c h stro n ac h , g d zie
lu d u m ie czytać, gdzie p o je d y n c z y am atorow i© trzy m a ją , lu b
p rzy n ajm n iej czy ta ją g a z e tę — m ożna d ziała ją c n a a m b icy ę —
zach ęcić do o p o w iad a n ia , czy z a śp ie w an ia jak iej p ieśni, gd y ż
d la w ielu .je st to w ielk i za szcz y t b y ć p o d p isa n y m w g a z e c ie —
1 ch ę tn i b y w a ją do w sze lk ic h objaśnień; b y le te g o zaszczy tu d o ­
stą p ić . W G ró d k u ato li an i je d e n chłop nie um ie n a w e t sy la b i­
zow ać — a o „g a zec ie“ n ik t d o tą d n ie s ły sz a ł — w ięc o b ietn icą,
iż p ieśn i je g o z o sta n ą w y d ru k o w a n e — a on sam z im ie n ia i n a ­
z w isk a w y m ien io n y będzie — w y w o łu ją le k ce w aż ący uśm iech,
a n a w e t n iech ęć — i nie n a c ią g n ie się n a o p o w ia d a n ie n ik o g o
n ad zieją owej ch w ały .
N ie k tó re w szakże z a b a w y i zw yczaje m ożna sam em u łatw o
zo b aczy ć, g d y ż zu p e łn ie się z niczem n ie k ry ją — ow szem b a r ­
dzo ra d zi są k ażd em u g o ścio w i zaw sze, n a w e se la za p rasz ają
i częstu ją aż do znudzenia, ty lk o d etalicz n ie o p o w iad a ć nie lubią,
a n i śp iew a ć n a zaw ołanie, a n i w d ra żać zb y t c ie k a w e g o w sw oje
sp ra w y , o b rz ęd y , g u sła, a tru d n o znów z d ru g iej s tro n y — bez
tej od nich p o m o cy , w n ik n ą ć w n ajd ro b n ie jsz e z codziennego ż y ­
cia szczegóły, p o zn a ć np. w esela, c ią g n ą c e się po trzy , cz te ry
i p ię ć dni, tru d n o z a p am iętać se tk i p ieśn i, b a je k i k le c h d i ty c h
p rz eró ż n y ch d ro b iaz g ó w m oc n ie p rz e b ra n ą .
C hrzżciny p rócz su ty c h lib acy i, n a g ro m a d z e n ia ja d ła , śp iew ó w
d o sy ć sw o b o d n y ch — nic c iek a w eg o nie p rz ed staw iają. W d ru g i
d zień W ie lk ie jn o c y zato u rząd zają ś m ig u s, ro z m a ite g r y , za­
b a w y w spólne, ch u śta w k ę — c h io p a k i w y p ra w ia ją ró żn e figle
i p s o ty dziew czętom , ta k , że te fo rm a ln ie nie m o g ą się p o k az ać

— 27 n a dw orze, a w y k u p u ją się od zbytniej dok u czliw o ści p isan k am i,
k tó ry c h po p ó ł k o p y n a ten cel p rz y g o to w u ją . Z araz po n a b o ­
żeństw ie, jeśli p o g o d a sprzy ja, zb ierają się n a najo b szern iejszy m
p la c u w e w si, sta rs i o b sia d a ją do koła, a m łódź h u śta się, g ra
w rodzaj „k o tk a i m y szy “ — albo „w p rz e p ió rk ę “, ápiewaj¿^c:
P e re p y ło ń k a , pe repylczyk ide,
T u t buła, t u t nema, perepyłońka. — 2 razy.
P e re p y lc z y k ide, czerew yczki nese,
T u t b u ła .. itd.
P erepy lczy k ide, spidn yczo ńk u nese,
T u t buła... itd.
P e rep ylc zyk ide, fartu szo k nese,
T u t buła... itd.
P e r e p y l c z y k i l e , a k orali nese,
T u t buła... itd.
P erep y lczy k ide, wisiom kouy wede,
T u t buła. . itd.
W is io m kony wede, p e re p y ło ń k u woźme,
O wże je, o wże je, p erep yłoń ka.

N a jch ętn iej zaś śp iew a ją „Z elm an a“, tj. p ie śń o jak im ś Zelm an ie, w y sła w ia ją c ą je g o b o g a c tw a i znaczenie — a k tó ra się
za czy n a od słów :
Jęd zie, je d zie nasz pan Zelraan,
Je d z ie , jed zie jego b rat,
Jed zie, jedzie Zelm anow a cała r o d z in a —■ itd.

N u ta te g o Z elm ana je st b rz y d k a , m on o to n n a, w a ry a n ty
w te k śc ie n ajró żn o ro d n iejsze — ale d la te g o zasługuje n a w s p o ­
m n ien ie, że ty lk o ona i p ieśń p rz y odjeździe p a n n y m łodej do
dom u m ęża b y w a śp iew a n a po p o lsk u — zresztą zaś w szystkie
in n e bez w y ją tk u po ru siń sk u .
Z in n y c h zab aw u rząd zają jeszcze „o c h o ty “ i k o b ie ty zam ę­
żne, „ k o ło d k i“, a g d zien ie g d zie po d w o ra c h dożynki.
„O ch o ty “ lu b inaczej „o c h ó t“, je s t to za b aw a w rodzaju n a ­
szy ch „jęd rzejk ó w “, do k tó rej należą je d y n ie ch ło p cy i dziew ­
częta, żąd n i d o w iedzenia się swej przyszłości. D z ie w cz y n y sk ła ­
dają się razem na słoninę, m ąkę, kaszę, m ięso, ch ło p a k i n a m u ­
zykę, w ódkę, piw o i w spólnie z e b ra n e p ro w ia n ty zanoszą do
jednej ch aty , g d zie g o sp o d y n i, zn an a z gościnności i „dobrej w o li“ ,
za p ra sz a w szy stk ich do siebie, ob iecu jąc zająć się przy rząd zen iem ,
czego p o trz e b a do zabaw y.
W w ig ilię te d y N ow ego R o k u zg ro m ad za się ca ła m łoda
d ru ż y n a i w śró d śm iechów , a n ib y to w ielk ieg o zażenow ania m iędzy

— 28 —
p łc ią p ię k n ą zaczy n a się „o c h o t“. N a jp ierw te d y w n o szą n ie c k i
p e łn e w ody, a d ziew częta w rzu cają w nie p ie rśc io n k i. K tó r y
c h ło p a k złap ie p ierśc io n e k w w odzie, nim te n do d n a doleci, te n
się z w łaśc ic ielk ą tegoż ożeni w ty m ro k u . W y b u c h a ją zaraz
w esołe śm iech y , ża rty i d ow cipy ; — c h ło p a k jeśli ra d z p rz y s ą ­
dzonej m u trafem żony, chce ją g w a łte m p o ca ło w ać, — dziew ­
czy n a się b ro n i, a re sz ta p a trz y z zadow oleniem . N a stę p n ie ch ło p cy
rzu cają do n iece k zło tó w k i, a dziew czyny się o nie dobijają
i to z n iem ały m zapałem . G d y się ta część za b a w y s p rz y k rz y —
sp rz ą ta ją nieck i, a w sta w ia ją n a śro d k u izby ław k ę , n a niej zaś
rzędem „ p a lu c h y “, tj. p o d łu g o w a te k a w a łk i p iecz o n eg o ciasta ,
u ło żo n e ró w n o w jednej lin ii i jed n ak o w ej o d le g ło śc i m iędzy sobą.
G d y już k a ż d a d ziew czy n a m a sw ój „ p a lu c h “ n a ław ce, w p u ­
szczają do izby p sa i z a ch ęc ają go do sk o szto w a n ia o w y c h eia
stek . P ie s tro c h ę p rz e g ło d z o n y nie o p ie ra się — a g d y w eźm ie
je d n ą sztu k ę — w n et p o w staje k rz y k , zam ęt. Czyj p a lu c h zo sta ł
w zięty, ta n a jp ie rw w te g o ro c z n e z a p u sty za m ąż pójdzie. Lecz
p ies zjad ł je d e n k a w a łe k , w ięc su n ie po d ru g i — zap an o w u je
cisza, oczy w sz y stk ic h n a w y b o rcę zw rócone... bierze p a lu c h M a ­
ry n y i n iesie g o p o d stó ł — o, to d o b ry z n a k ! M a ry n a n a j e ­
sien i za sto łem n a sw ojem w eselu zasiąd zie ; dalej idzie p alu ch
K a śk i... o! p ies go n iesie p o d k o m in w p o p ió ł — źle! K a ś k a
z m ężem m ieszk ać nie b ęd zie .. A le p ies się już n a ja d ł i nie chce
w ięcej p alu ch ó w — w ła śc ic ie lk i ich sm u tn ie p a trz ą , bo to znak,
że w ty m ro k u za m ąż nie w y jd ą — w ięc p sa za drzw i — a now a
p ró b a. D zie w cz y n y w ych o d zą do sieni, a. g o sp o d y n i u sta w ia n a
stole dnem do g ó ry ty le m isek, ile je s t d ziew ek i p o d k a ż d ą m i­
seczk ę k ła d z ie albo Czepiec, albo p acio rk i, alb o „p o ja s“ (pas w e ł­
n ian y ). G d y p o d w sz y stk ie m i podłożone, w pu szcza d ziew czy n y —
n iech w y b ie ra ją . S ta ją b ie d a c z k i do o k o ła stołu, p o g ląd ają , m yślą,
n areszc ie k a ż d a się w k o ń c u d e c y d u je — i cóż? ta m a czepiec,
to ślub, ta m ta pojas, to zaręc zy n y , trz e c ia p acio rk i, to p a n ie ń ­
stw o ! P ó źn iej p a lą jeszcze k u lk i z p rz ęd ziw a — a g d y się już
p ró b y szczęścia w y c zerp ią , m u zy k a za czy n a g ra ć i ta n ie c daje
zap o m n ien ie o p rz y szło ści — śpie\v z a g łu sz a w szy stk ie tro sk i...
P o p ó łn o cy ro zch o d zą się m łodzi — ale d ziew czy n y jeszcze ra z
p ró b u ją i biegm ąc k u dom ow i, liczą k o łk i w p ło cie i w ołają: „mołodeć, w dow eć, m ołodeć, w d o w e ć “, a co n a o s ta tn i k o łe k w y p a ­
dnie, m a zn aczyć, czy d o sta n ie n a m ęża k a w a le ra lub w dow ca.
„ K o ło d k a “, to znów z a b aw a k o b ie t m ężatek, n a k tó rą n ig d y
n ie p ó jd zie ża d n a dziew czyna, chociaż nie m a w niej nic n i e ­

-

29 —

p rzy zw o iteg o —• ale ta k ze zw yczaju nie uchodzi, a b y się m iędzy
m ężatk am i d ziew częta znachodziły.
U R u s in ó w z a p u sty k o ń cz ą się nie ta k ja k u n as w raz
z Ś ro d ą p o p iele ow ą, lecz od N iedzieli środę tę poprzedzającej.
O tóż w p o n ied zia łe k po zapustnej niedzieli — k o b ie ty zb ie ra ją się
u jed n ej z są sia d e k w ieczorem -— śpiew ają, tańczą, p iją w ódkę,
p rz ech w a lając się sw ym i teg o ro c zn y m i zbioram i — p rzy czem z a ­
k o ń cz ają zaw sze śpiew ając :
„K ołodeczka, k ołodka, w koho hu ba sołodka,
W koho idna, w myni dwi, sołodkije ob yd w i“ .

Z ab a w n y je s t w idok, ja k p o d p ite b a b y w y sk a k u ją w g ó rę
i k laszc ząc w ręce, w o ła ją : „o! nechaj tylij lon u ro s n ę “ — tj. nib y
ta k i w y so k i, ja k w ysoko b a b u la p odskoczyła.
D o ż y n k i m ało już gdzie b y w a ją obchodzone hucznie i z m u ­
zyką, ta ń c a m i i ja d łe m — je d y n ie przodow nice p rz y n o szą w ian k i
z p sze n ic y i z ż y ta p rz e p la ta n e ow ocam i, jarz ęb in ą i czerw oną
ży czk ą (w ą sk ą w e łn ian ą tasieiriką), przy czem je d n a .m a do p a ń ­
stw a przem ow ę, w inszującą o b fity ch zbiorów — re s z ta zaś śp iew a
z ro z m a ity m i d o d atk am i i zm ianam i, m niej w ięcej co n astęp u je :
D oży naj kozy, dożynaj, P a n a Je z u s a wspominaj !
Jużeśm y kozy dożęli, P a n a Je z u s a wspomnieli.
Oj krężele, k rężele, ju żeśm y pszenicę dożęli.
Ne chowaj się p anoczku p re d nami,
Bo my tebe baczym hoknamy.
C h o d y ť nasz p an eńk o po sini,
N o sy ť ta la ry w kiszyni,
W si po idnom u wyjmuje,
I żniw aczehkom daruje.
T o wam żniw aczeńki za toje,
Szczośte pszaniczke wyżęli moje.
Z a ry z a j nam p anoczku .hindyka,
T o n am bude d o b ra muzyka.
Z ary z aj nam pane k aczora,
T o bude d o b ra ja weczera.
Z a ry z a j nam p an e ba ran a,
Budem p ra cio w aty do ran a.
A n asz a pan i domu je,
D o bre weczere gotuje.
W ż e nam w eczera ne myla,
Bo nas uyw ońka stumyła, (zmęczyła).
N e ta k ny w o ń k a j a k horońki,
Bośmy zajm ały szyrokii zahonki.
In s z y żniw aczeńki leniwe,
Stoi psz a n y c z e ń k a na niwie.

- зо —
A nasz p an eńk o ra n o wstał,
W y ż ą ł pszanyci całyj łan.
O tw órz nam p an e worota,
Nesem w inoczok ze złota.
Ż ę ł a go n asza diwoczka,
Do ja s n o h o słoneczka.

J e s t tu w iele jeszcze in n y ch d o d atk ó w — przyczem p ie śń
ta zw ra c a u w ag-ę, że te k s t n ie je s t je d n o lity ru siń sk i, lecz sil­
nie m ięszan y z p o lsk iem i sło w am i — co p o d łu g m nie je s t do w o ­
dem , że daw niej d o ży n k i m u siały b y ć śp iew a n e zu p ełn ie p o
p o lsk u , g d y ż ja k o z a b a w a czy sto d w o rsk a — i p o c z ą te k swój
m u sia ła b ra ć ze d w o ru — a w ięc i ję z y k rów nież. T e ra z np.
w w io sk ach g ra n ic z ą c y c h z W o ły n ie m — g d zie ję z y k a p o lsk ie g o
c h ło p i p ra w ie nie ro zu m ieją — d o ży n k i są śp iew a n e z p rz e w a g ą
ru s iń s k ą — dalej zaś od B u g a, do tej p o ry jeszcze śp iew a ją
z u p e łn ie p o p o lsk u.
W ięcej zab aw m iędzy R u sin a m i tutejszym i sąd zę że n iem a
w cale — m ieszk ając tam bow iem przez la t dw adzieścia, m u sia ła ­
b y m się o nich dow iedzieć. T a n ie c zaś, k tó ry lu b ią n am iętn ie,
je s t w ielce ro z p o w szec h n io n y i z tą d też śp iew a ją m asę k ró tk ic h ,
sk o czn y ch p io sn eczek , zasto so w an y ch do taiica, czasem rz ecz y ­
w iście w b ard zo w eso łem tem p ie i z d o sk o n a łe m zacięciem . P o ­
niżej um ieszczam te k s t k ilk u :
Oj! du, du, du, du,
J a k ż e ż j a bu du ?
P r o b y ł a m nu żo ń k u
N a suchoj bru d u .
Ne ta k n a b ru d u
J a k na ta r u y n u ,
Poicbaw mij myłyj
N a U k ra in u .

A tam w polu new ka
S am a m a te re ń k a ,
T a m J u z i u n i a żito żała
S a m a c z a rn o b rew k a.
Ic b a w H iłu n io ,
A,Pomahaj*v ii rzecze,
Ona jo m u o tk aza ła,
Bywaj zdorow serce.



ЗІ



Oj diwezyno, diwczynońku, szczo s k a ż a j a tobi,
Ne k a z a ła maty braty, ne majesz chudoby.
— M ene m aty ne choduje, ani pry k r y waje,
N echaj mini ch ud ob oń ki ne wypomynaje.
— J a k j a budu B o h a hodeń, ty budesz szczasływa,
D orob ím sia chudobońki, to bude n a m myła.

T y diwezyno, panno panno,
L ubyw j a tebe dawno,
Jeszcze ty nie raczkowała,
J a k tyś mi sia spodobała.

Ozerez recz eń k u , czerez bołota,
P odaj ru c z e ń k u diwezyno złota.
Czerez re c zeń k u , czerez bystroju,
P o daj rucze ń k u , podaj druhoju.

S tepan , Stepan,
P ow o li stupaw,
Od chaty, do chaty,
Nauczyw sia b rech aty. (kłam ać).

H o ry łk u piju, bo ii lublu,
A k tó ż -ż e ii bude pyty, j a k ija wumru.
B u d u t ’ pyty spomynaty,
A k to ż naszu chu do bo ńk u bude zahaniaty.
W o grodoczku r u t a drobnyje kwitie,
Z a ż e n u t’ ti chudo bo ńk u drobnyje ditie.

Sztyry woły, j a k sokoły
E o b a m y sia e z esu ť ,
W y d a j m aty doczku za muź,
Bo wsi lu de b re s z n ť .
Nechaj b r e s z u ť , nechaj b re s z u ť ,
J a ich ne boju sia,
Koho lublu, pociłuju,
Szcze taj p ry tu lu sia .

Oj ! m am uniu bu de złe,
J a k win mene ne woźme,
C ałkom lito obejm ał
A n a zymu odehnal.

A j a ne choczu S yd ora, Sydora,
Bo S y d o r w druliyj buł wczora.
W o ź m u j a sobi Iw a n a ,
Bo win podobnyj na pana.
— A mini lu de k azały , kazały,
Szczoś do ro b o ty nezdała,
Szczo lubysz dołho se spaty,
Ne choczesz świtom wstawaty.
Ne słuchaj ludy Iw ane. Iw a n e ,
W o n e ta k b r e s z u t’ n a m ene ;
J a chutnij od w sich se w stanu,
J a k tw iju żinku ostanu.

P o ś re d n ie m ięd zy w esołem i a tę sk n e m i p io sn k a m i
n a stę p u ją c e :

są znów

Oj ! ty diwezyno z aruczen aja,
Czomu ty chodysz zasm ucze naja ?
Czomu ty płaczesz, czomu ty nudysz,
Czomu ne skażesz, koho ty lubysz ?
Oj ! znajú, znajú, koho kochajú,
T o lk o ne znaju , z kim żyty maju.
Koho k och ajú , to za płeczyma,
Z kim żyty maju, to p r e d oczyma.
Oj ! ty diwezyno zaruczenaja,
Czomu ty chodysz z a s m u czen aja?
J a k ż e ne m aju s m u tn aja buty,
K o h o m kochała, tru d n o zabuty,
Kohom k och ała , kohom lubyla,
T oho p o k ry ła c zo rn a mohyła.
Oj ! ty diwezyno czaro wnyczeńko,
O czarowałaś moje łyczeńko,
O czarowałaś serce i duszu,
T e p e r j a teb e k o c h a ty muszu.
Bodaj ty ne znał ste ż k ie do chaty,
J a k j a ne znaju j a k czarow aty,
U mene cza ry zaw szy hotowy,
Biłoje łyczko, czornyje browy.

R e s z ta p io sn ek , k tó re poniżej p odaję, są to w szy stk ie sm u ­
tn e d u m k i — p rz e c ią g le śp iew a n e — i z ta k ic h p rzew ażn ie s k ła d a
się c a ła p o e z y a ru siń sk a. C hoć m elodye te są b a rd z o jed n o stajn e,
n u tą w ielce do sieb ie zbliżone, to je d n a k ty le m ieszczą w sobie
jak iejś b ezb rzeżn ej tę s k n o ty — ty le rzew n o ści i sm utku, że za
serce c h w y ta ją i m ają u ro k n iezw y k ły .
P ły n y ły hu soń ki b y s tru ju wodoju,
W y jd ę, wyjdę diwczynońko, rozm ow se ze mnoju.
W yjdę, wyjdę diw czynońko, j a k e ś wychodyła,
Skazy, skaży wsiu p raw d o ń k u , j a k e ś howoryła.

-

33 —

— Ne raz bo j a ne dwa z toboju stojała,
N y hd y j a ti nyhdy praw dy ne skazała.
W to c z ą j a ti wtoczą wsiu p raw d o ń k u skażu,
O! j a k miju biłu ru c z k u i z twojeju zwiaźu.
P id em do cyrkowci, stanem n a koberci,
P i d u ť tyi myśli po naszom u serci.
Myśli moi, myśli, na szczoż wyśte wyszli,
Szczo po d ko zaczo ń k o m sywyj k o n y k bystryj.
Sywyj konyk bystryj z zołotoju zbroju...
— H ejże diw czynońko szczo dum asz ze mnoju ?
— D umaju, du m aju w toj D unaj plynuty,
Nyż w tebe wraży syn u ze myłuju buty.
D u n a j p erep ly n u , siedu, odpoczynu,
A za tebe pidu, to na wiki zhynu.

Czyś ty mene m oja mamo id nuju m ała ?
D ałaś mene za toj za miż newirnyj ludynie.
A ja k ż e j a m o łod aja bydy ne znała,
P is z ła m sobi do korczmońki, ciłkom nycz p y la.
J a (a) p e rs z y i k u ry p ij u t’, j a do ko rcz m y iidu,
J a druh yi k u r y p ij u ť , j a b ory łk u pju,
J a t r e ti i k u ry p ij u t’, to j a tańciuju,
C zetw ertyi k u r y p ij u t’, j a do domu iidu.
Czetw ertyi k u r y p ij u t’, j a do domu iidu,
Z d y b a ła m sia z diw iroń ko m w wysznewym sadu.
— A tyż m oja b rato w aja, deżeś ty b u ła ?
— A bułam j a o w ko rczm ońci, h o ry łk u m pyła.
Ach ! ty m oja bratow aja, budesz bytaja,
W y s y ť , w y syt’ n a h a jo ń k a , d ru to m szytaja.

— A mij mylyj d iw irońku, b oro ny mene,
W y sz u ju ti szalko m c h ustk u wmysne d la tebe.
— A j a m oja b rato w aja, j a k m aju ne d aty,
T eb e bude twij muż byty, to j a pidu z chaty.
A mij myłyj za ho ro d o m k o u y k i pase,
A po dn is win hołowońku, wysłuchał win wse.
— A j a tuju szalkom c h ustk u, to j a sam woźmu,
A j a twoje biłe tiło n a p a p e r spyszu...
C horasz to ja, chorasz to ja, ponoś j a wumru,
P o slijte sz mi po k ap łan a , nech ro z p o re d ż u
K ap ła n e w i sztyry woły, a djakew i dwa,
Szczob win czytał su p e ro ń k n z w e czera do dnia.
A ja moim susidońkom k o re ć pszanyci,
Coby mene w spom ynały n a pijatyci.
A j a tom u szy n k arew i ra b u ju swyniu,
Czerez joh o horyłoiiku j a ze św ita idu.

„ Id u “ w potocznej m ow ie w y m a w ia ją ta k ja k
się pisze, ja k o
w y raz d w u zg ło sk o w y — śp iew a ją c zaś, zlew ają „ i“ z „ d u “w je d n ą
z g ło sk ę : „jd u “.
3

-

84 -

K a ż a t lude, szczom szczasływa.
J a z to ho śmiju sia,
Ne ra z bo j a n e dwa,
Ślozam i m yju sia.
N y m a k o m u zapy taty,
Czoho oczy p ła c z u t’,
Ni do pola, ni do chaty,
S e rc ia ne p ry w ia ž u ť .
C hodżu, nudżu, chodżu, nudżu,
J a k m ała detyna,
J a k n e baczu, kohoj lublu,
To ro k o m hodyna.
Chodżu, nudżu, chodżu, nudżu,
J a k sło n ie ń k o w krózi,
J a k ne baczu, kohoj lublu,
To se r d e ń k o w tuzi.

Daw nom , daw nom w swoho ro d u buła,
W ż e t a j a d o ro ż eń k a te r n o m zarosła,
T e rn o m zarosła, łysto m p ry p a ła,
Czerw o nu ju k a ły n o ń k u ponaw yszała
J a k j a schoczu te r e ń wysiczu,
T a k iż bo j a do swojoho ro d u w ho styn u zajdu .
T e re ń wysiczu, ly s ti zh ro m adż u,
T a k iż bo j a do swojoho ro d u w hosty nu zajdu.
E y sti zh ro m a dżu , ric zk u zahaczu,
Czerw onuju k ały n o ń k u w wizoczku zwiażu,
T ak iż
bo j a do swojoho r o d u wh o sty n u zajdu.
Oj ! h u k m am o, hu k, k u d a ehłopci i d u t ’,
W e s o ł a ja ta ja d oroże ńka , h de one i d u t ’.
I d u t ’, i d u t ’, a wsio bez broszy,
Uwaź m oja m a m uń dziu niu, k o try j horoszy.
Bo m o ja u ro da, j a k b y stra ja woda,
Moje łyczeńko rum in eńk oje j a k ćw it — jaho da.
D b a j m am o dbaj, mene za miź daj,
A ne
daj mene za hulaszczoho,
A ne
daj m eue za pijaszczoho,
Bo mi b ud e żel.
M a m a w h adała i ne w hadała,
D a ła mene za ladaszczoho,
T e p e r m ene żel.

P ie śń n ad k o le b k ą , śp ie w a n a ró w n ież w czasie chrzcin.
Oj ! lu, lu, lu, lu, lu, lu, lu,
J e d n u j u doczku m a t in k a m ała,
D ałeczeń ko ii dała,
1 za kaz ała, zapow edała, ne buwaj do niu w mene.
T e r p l u j a roczok, te r p lu wże druhyj, a wże sia t r e t i j toczy,
Oj! mam uńdziuniu, oj! rid n e ń k a ja , wże w yp łak ałam oczy.

ř e r e k i n u sia w sywuju zazulu, do m atin k i połeczu,
P e r e k i n u sia w sywuju zazulu, do m atinki połeczu,
Siedu j a sobi pod okienońkom na suchojij leszczynie,
B udu kowala, ziel zad aw a la swoii własny rodynie.
W y s z ła m atink a, wyszła rid n ę ń k a z konowoczku po wodu,
A sio, a puha, sywaja zuzula, ne łomaj mini ziołeńka.
B udu łom ała, budu suszyła,
Bom ho tu nasadyła.
Ne tyś sadyła, ano d o n ia moja,
T a szczo w dałekij storonie.
W y sz e d ł b ateń ko , wyszedł rid n e ń k ij z konow oczku po wodu,
A sio, a puha, syw aja zuzula, ne łomaj mini ziołeńka.
B u d u kow ala, budu sid a la n a s u c h u ju łeszczynu,
A mij bateń k u , a mij rid n eń k ij, woź m ene n a hostyn u.
H desz sia podiło, hdesz sia podiło, toje biłeńkoje tiło ?
A mij bate ń k u , a mij rid n eń kij, od k ij a obłetiło.
H desz sia podiły, hdesz sia podiły tyi biłeń kii nohy ?
T a k u sw ekruchy, t a k u sw ekruchy poobyjały prohy.
H d esz sia podiły, hdesz sia podiły tyi biłeńkii ru k i ?
W yro b y ły sia, wyrobyły sia u sw ekruchy n a muki.
H d e sz sia podiły, hdesz sia podiły tyi sywyi oczy?
W y p łak a ły sia, w ypłakały sia taj u sw ekruchy w noczy.

M elo d y a tej p ie śn i je s t n iezm iern ie sm u tn a — p rz e c ią g le się
śp iew a — p rzy czem sto so w n ie do słów zm ienia się ta k , że w ła ­
ściw ie ch cąc ją p o d a ć zu p ełn ie w iernie, trz e b a b y m uzykę p o d ­
łożyć p o d c a łk o w ity te k st, a i to jeszcze w ątp ię, cz y b y w yszło
ta k , ja k z u st tu tejszy ch śpiew aczek.

A p idu j a p o n a d Buhom,
T a m mij myłyj ore pluhom,
P o n e su j a jo m u isty,
Czy ne skaże mini sisty.
P o n e s u j a jo m u pyty,
Czy ne schocze howorytyI n aiw sia i napywsia,
Kole p łu h a położywsia.
— Czoho leżysz, czem ne horesz,
Gzem ze m noju ne h o w o ry s z ?
— O j a łeżu i dumaju,
Szczo p o h a n u žinku maju.
— P o h an am sia ro d y łam sia,
H o ro sz e m u sudyłam sia.

Zaśw iczy m aty św iczku, nech ja s n e ń k o h o r y ť ,
N ech j a baczu, z kim j a sedżu, bo m ne se rcie bołyt'.

-

86 -

W e s e ln e p ie ś n i n ie k tó re s ą p rześliczn e — a m e lo d y a ich
p rzew ażn ie, ja k zw y k le, sm u tn a i m ało uro zm aico n a. D aw n o , d a ­
w no, ja k ie ś dziesięć, a m oże i w ięcej la t tem u, sły sz a ła m pieśń,
w k tó re j śp iew a n o coś o K u p a le , te ra z je d n a k n a w e t n a śla d tej
p ie śn i trafić nie m o g łam . N ie dow odzi to je d n a k ż e , a b y p ieśń ta
z a g in ę ła , ty lk o p o d cz as w e se l je s t tu ta k a m asa p rz eró ż n y ch p ie ­
śni, że p ra w ie k a ż d a je d n o s tk a śp iew a in n e w a ry a n ty , a re sz ta
za n ią w tó ru je -w danej c h w ili; — n a razie zatem m oże b y ć tr u ­
dno p rz y p o m n ie ć so b ie — i z tąd n ik t m i nie u m iał p ie śn i o K u ­
p a le za śp ie w ać . N a to m ia st „oj Ł ad o , Ł a d o “, p o w ta rz a s ię w p ie ­
śn iach w e seln y ch b a rd zo często. R ó w n ież często p o w ta rz a się
c h a ra k te ry s ty c z n e „z te re m a do te re m a “. N ieraz też w y p y ty w a ła m
się, co to m a znaczyć, co on i ro zu m ieją p rzez to w y ra żen ie ?
W s z y s c y zaw sze o d p o w ia d a li: „ a bo znaim o, w si ta k s p y w a ju t’,
to i m y t a k “. T e ra z m ieszkając w p ow iecie jan o w sk im , m iędzy
B y c h a w ą a K ra ś n ik ie m — k ie d y ś słyszę, ja k b a b a w o ła : o będ zies m i łazić „z te re m a do te re m a “' — a b y ło to p o w iedziane
w sen sie — to tu, to tu — ty lk o n a tu ra ln ie po ru siń sk u a k c e n t
leży n a „ m a “, a w m azu rsk iej w y m o w ie n a „ r e “.
C a łk o w ity c h p ieśni, d łu ższy c h , p rz e śp ie w y w a n y c h p rz y p o ­
szczeg ó ln y ch m o m en tach w esela, je s t b a rd zo n iew iele, p rz e w a ż n ie
k ró tk ie zw ro tk i w ro d z aju n a stę p n y c h :
P r z y p iecz en iu k o ro w a ja :
C zerw onoje raczę,
F o p ry p e c z k u skacze,
A w picz z ahled aje,
Czy sia k o ro w a j do piekaje.

J a k k o ro w a j u p ieczo n y , n io są do sta ro ś c in y już u b ra n y :
Z n a ty K a siu n iu znaty,
Szczo ro d y n o ń k u m aje,
K o ro w a j d arow any,
H o r o s z e ń k o p ryb yran y,
T o w leliju, to w szelwiju,
T o w zelenoju r u t u .

P r z y k ra ja n iu k o ro w a ja :
Z te r e m a do t e r e m a k o ro w a j k r a j te ,
R o d u n e o m yn ajte,
B o w K asieńk i r o d u mnoho,
Żeby obdelity wsioho — (częściej : k a ż d o h o ),
Z te r e m a do t e r e m a nasz d rużb o ń k o k o ro w a j k ra je ,
Z ołotyj no żik maje,

-

37 —

S re b r n u ju to rebońku,
I wysi,ytuju ch ustońku.
Z te r e m a do te re m a , buw korow aj j a k wiko,
A hde jo bo podito,
To w żminie, to w kiszynie,
A d rużoczkara n a wieczere.

P o d ie k u j K a s ie ń k a swojomu bateńkow i za toj wełykij dar.
Z a toj pszanycznyj korowaj.
— Ny m a za szczo diekow aty tylo mojoho d a rà ,
Pszany czno ho korow aju,
Tylo moi wysłużbonki
Od ridnołio bateńki.

G d y p a n n ę m ło d ą u b ra n ą do ślubu w y p ro w ad zą z k o m o ry
do izby, śp iew ają :
S z ła K a s i e ń k a na posażońku,
J a k dwa rożowycb ćwity,
Ne m o źet’ sia n a n e ju n a h la d ity .
Och ! te p e r żeś mi myła,
A żeś moju sw itłońku swoim łyczeńkom oswetyła.
C b o d y t’ paw ońka, rabe p ió ro ń k a ,
P o zełenyj dumbrowie,
R o z p u sty ła p ió r o ń k a po sobie.
Oj n e żel mini pircia,
Szczom joho ro zpu sty ła,
Je n o żel mini dumbrowy,
Szczom je i p obrudyła.
C b o d y t’ K asień k a po noweúkij komore,
R o zpu styła ru s u ju ko su h o ro s zeń k u po sobie ;
Oj ne żel m ini ru su ju kosu, szczom i j a rozp u styła,
Ino żel mi b a te ń k a , szczom jo ho zasm u ty ła.
Oj n a seło K asiu n iu , n a seło,
B ude tw ojom u b a te ń k u weseło,
Oj n a seło K asieńk o, n a seło,
B ude twoii m a tinońci weseło.

K ie d y p a n m ło d y p rz y je d zie w n ied zielę p rz ed
m łodej.
Z te r e m a do te r e m a n ajechały hości
Z czudżyj majętności,
K o neć sto łu posidały,
K a sie ń k u namowlały.
Ne stuj zietiu za dweryma,
N e ćweti hoczyma,
U nas diw ka dorohaja,
U nej ko sa zołotaja.

dom p a n n y



38



Z te r e m a do t e r e m a oj ! ty zietiu dohadaj sia,
D o k isz en i siehajsia.
M a t y na p eczi, a nohy n a płeczy,
Czerw onych czub it chocze.

P rz e d w y jazdem do ślu b u :
K ła n ia j sia K asiun iu , kłaniaj sia m ołodaja
N ysko, p o k o rn e ń k o , szczob buło horoszeńko,
W o jc u i p a n i m atce, wojcu i p a n i matce,
W o jcu i p ani m atce i wsij swoi rodynońce,
S ta ro m u i m ołodom u, sta ro m u i mołodomu,
S ta r o m u i m ołodom u i każ do m u szczo w ty m domu.
K ażdyj tobi zm o w iť, każdyj tobi zm ow it’,
K ażdyj to bi zm o w iť , n ech to bi B o h bło ho sław it’.

J a d ą c do ślu b u :
Z te r e m a do terem a , n ym a k s io n d za w doma,
P o ich aw do Lwow a,
K luczyków kupow aty,
C erkow ciu odm ykaty,
Mołodym ślu bu daw aty.

Po ślu b ie :
Z t e r e m a do te re m a , p odiekuj ksiondzuńkow i,
J a k rid n o m u ba teńkow i,
Szczo nas zwiazał,
Ne wełyczko wziął,
I n o sztyry zołotyi.
P o sła ła K a s iu n i a p e re d je z d o ń k u
D o swojoho b ateń k a ,
N ech sia spo do baje łuboho z ch ustońku
Swojoho zia teu ka,
N echaj z a s tie ła je sto le tisowyje,
N echaj n a k ła d a je chliby p szan yczn yje,
N echaj n asta w la je k u b k i zołotyje.

G d y w ra cają c od ślubu, za stają drzw i od c h a ty za m k n ię te :
Z t e r e m a do te r e m a , wyjdę m a ty z chaty,
W y jd ę m a ty z chaty, sw o ich d ito k w ytaty.
Z pow nymi z p o w n uń kam i,
Z biłymi rucze ńk am i.
Z te r e m a do terem a, czy wy nas ne lubyte,
C zy wy nas ne lubyte, szczo do nas ne wychodyte.
Z pownymi z pow nuńkam i,
Z biłymi ru c z e ń k a m i ?

Po

39 —

za m k n ię c iu m łodej p a r y w k o m o rz e :
P ry s n y ł mini sia bateńko w rewnyj son,
H ej Hado, Ł a d o ! w rew nyj son.
A że sedił na nebie z mesicom.
Hej Ł a d o , Ł a d o ! z mesicom.
Z o r o ń k a m u j a s n a j a swetyla,
H ej Ł ad o, Ł a d o ! swetyła.
D ajże mini B o że toho tow arysza, k o tr o h o by j a lubyła,
Oj Ł a d o , Ł a d o ! lubyła.

G d y p a n n a m ło d a m a ju ż je c h a ć d o m ę ż a :
Oj wsiadaj, wsiadaj moje kochanie,
J u ż ci nie pomoże twoje p ła k a n i e ;
A ni n ad a, n i pomoże,
Stojo konie, stojo w wozie
P o z a k ła d a n e .
Jeszcz e j a nie bede z wami wsiadała,
deszczem swemu ojcu nie dzieńkowała.
D zień k u ję ci a mój wojcze,
Chował ty m nie w przódy w złocie,
T e ra z nie bedziesz.
W sia d a j i t. d.
J eszcze j a nie bede z wami wsiadała,
Jeszc zem swoi m atce nie dzieńkow ała.
D z ie ń k u je ci moja matko,
Chowałaś mie bard zo gładko,
T e r a z nie bedziesz.
W siad aj i t. d.
Jeszcze j a nie bede z wami wsiadała,
Jeszczem swoim braciom nie dzieńkow ała.
Dzieńkuje ci miły bracie,
B yła j a ci n a zaw adzie,
T e ra z nie bede.
W sia d a j i t. d.
J e s z c z e i t d.
D zień ku je ci m oja siostro,
B yłaś n a m nie b a rd zo hostra,
T e r a z nie bedziesz.
W sia d a j i t. d.
Jeszcze i t. d.
D zień k u je ci m oja rodzino,
Chowałaś mie bardzo uczciwo,
T e ra z n ie bedziesz.
P ie ś ń p o w y ż s z a c o ra z rzad ziej b y w a ś p ie w a n a ,
ju ż m o że z u p e łn ie z a g in ę ła
d u b iec.



d o sta ła m



z

a w G ródku

d ru g iej w si

z

Za-



Ś p ie w s ta ro ś c in y , g d y
m ęża.

40

~

m a odw ozić p a n n ę m ło d ą do dom u

O j! wyjdę, wyjdę m oło daja sw aneczko,
P o h leń na nebo, czy wysoko soneczko ?
, 0 j a k wysoko, śzcze sia poweselimo,
A j a k nyżeńko, to do domu sia kw apymo.
Oj, oj n yżeń ko , soneczko u chmary,
Oj wsiadaj źe ty K a siu n iu z nami.
Oj r a d a by j a z wami uw siadaty,
A ne chocze mi b a te ń k o wseho p o sa h u daty.
Szczo maju, to tobi daju,
T o lko tobi d ołeńki ne whadaju.
K ow ała zuzula, kow ała syw eńkaja,
l)o sadu p rip a d a la , do sadu wyszniawoho,
P la k a la K asiun ia, do s to la pripad ala,
Do sto la cisawoho.
Oj stołeć, mij stołeć, tyś m oja ro złu czeńk a,
T y mene rozłucz ajesz od mojoho b a teń k a .

„N a z ru k o w in y ", czy li n a z a rę c z y n y m ają też sw oje p ieśn i
o d p o w ie d n ie , n ie ty le je d n a k co n a w esela, a to g łó w n ie z p rz y ­
czy n y , źe b ied n iejsi h u cz n y ch za ręc zy n n ie w y p ra w iają.
O to d w ie p ró b k i :
W y jd ę Iw an iu m ołodeńki i z n ow eńki komory,
P o h le ń po nebe, czy wsi ja s n y i zori ?
W s i jasny i, ridnyj bateńku,
Tyło id na tem n e ń k a ja w tyj storonońce, hd e m o ja milenka.
J a k budcsz ichaw molodyj Iw aniu diw ońki uam ow laty,
H leń n a ja łe n u i n a czerw o n u kalen u.
T a ja k a le n a z różo ju prekw itaje,
T a m se teb e te s te ú k o spodywaje.
P r y j ď , p r y j ď ziateń k u w h o sty no ńk u,
D aju j a tobi swoju d etynońku.
N e pyjże te p e r perszyho p erepo jk u,
No tyło wylej koniewi na h ry w oń kn ,
Szczoby se koniewi h ry w o ń k a swetyła,
To tobi b ud e tw oja K a s iu n ia myła.

J a k sw aty z p anem m ło d y m p rz y jd ą n a zaręczy n y .
W K a siu n i n a zmowinońki
Med i wyno sp o w n ia ju t’,
A K a siu n iu m oło deń ku ju do rożeczki o d m a w la ju t’.
M y starszy je u naszoho b a te ń k a ,
Szcze budem sedyty,
A ty młoda j a k ja h o d a ,
W że budesz k n ia z ity .

— 41 —
Z n ap re tiw k a c h a ty ste ż k a ide w sad,
Sije K a siu n ia wynohrad.
J a k n a łec zu t’ ra jsk ii p ta s z k i, stały w ynohrad pyty.
T a m K a siu n ia hodyła,
R ajsk ii p ta sz k i zhanieła.
A sio, a sio! ra jsk ii p ta s z k i, ne py jte w y n o h ra d a ;
O, b aczy ť H o sp o d B ih z neba,
Szczo mini medu i wyna treba,
N a perszyj dań na sobotońku,
S w ek o rk a czenstow aty w hostynońku.

W Z ad u b cach , w iosce oddalonej o dw ie m ile od G ró d k a
w stro n ę C hełm a, p o d an o m i d łu ższą p ieśń p o lsk ą, a śp iew a n ą
n a n u tę z u p e łn ie o d rę b n ą niż w szy stk ie m elo d y e tu tejsze. U d e ­
rz y ło m ię to w ielce, gd y ż Z adubec je stto w ieś rd z e n n ie ru siń sk a ,
n a w e t d w o ru tam nie m a, z k tó re g o od s łu g m o żn ab y w n io sk o ­
w a ć, że się pieśń o w a p rz e d o s ta ła n a w ieś ; — czyżby w ięc nie
b y ła ja k im d aw n y m za b y tk ie m ?
P I E Ś Ń .

E j ! ty p ta s z k u krężylaszku,
W y s o k o latasz,
Pow iedz ty m nie szczere praw dę,
G dzie sie obracasz ?
Powiem ci j a szczere prawdę,
Smutne, n ie wesołe,
Że ju ż twoje najm ilejsze
Do ślubu strojo
N iechaj strojo, niech prowadzo.
B ó g im szczęście da,
K t ó r y sie ii nie zalicał,
T en jo beńdzie miał.
P rz y j e c h a ł j a na podwórze,
J a jo nie widzę,
Z ap ytałb y sie służońcy,
Ale sie wstydzę.
Id zie wona do kościoła,
D ro bniu śk o stąpa,
A j a za nio n a k onik u,
S e r c e mi p enk a.
P r z y s z ła wona do kościoła,
Ju ż i ślub bierze,
A j a za nio po d ra g u s a c h
Jes z c z e nie wierze.
W y sz ła wona z k ościołeń ka ,
J u ż i ślub wzięła,
A j a młody mlodziusieńki
S tan o ł j a k ziemia.

— 42 I d z i e wona z ko ściołeńka
G dyby lelija,
A j a za nio na k o n ik a
Szablo wywija.
— W yjd źcie, wyjdźcie pach o lik i
Z a zielonyj dw ór,
S tańcie, stańcie, wyglądajc ie,
Czy nie jedzie wun.
— Jed zie, jedzie, p a n i m atko,
W ten zielonyj dwór,
W yśpiew uje, wyświstuje,
P o d nim wronyj k u ń .
— Otw órzcie mu pacboliki
T e nowe wrota,
Ż eby jego wronyj konik,
N ie d e p ta ł błota.
Z a śc ie lc ie m u pacholiki
D ywan zielonyj,
Ż e b y mu by ł n a tym stole
K ap łan pieczony (pow inno b y ć : k ap ło n).
P y ta j c ie sie pacholiki^
Czy on m a nóż swój,
J a k wun nim a no ża swego,
T o m u dajcie mój.
— Czem ty nie isz, czem nie pijesz
K o c h a n e ń k u mój ?
— Ż eby j a j a d , żeby j a pił,
T o ni b ed e twój.
Sięde j a se n a konika,
P o jad ę za nio,
B ede j a sie przyp atryw a ł,
Czy ł a d n a panio.
Siedzi wona za stolikiem
M indzy p an am i.
T a k j a k miesionc n ajjaśniejszy
Miendzy gw iazdam i.
I n a la ła szklan ki wina,
P ije do niego ..
— W ychodź, wychodź Ja s iu serce,
Z k o c h a n ia mego...
— Czy p am ien tas z śliczna K asiu,
J a k e ś była panno,
O tw ierałaś okieneczko,
I p a tr z a ła ś za mno.
T e r a z o k n a n ie otw orzysz,
Z b la d n a licz k u kw iat,
A j a siadam n a k o n ik a,
I p o ja d ę w świat.



43



Przysłowia.
— Czem dałyj w haj, to w ien c drow p ry n esem .
— O d św iato h o S p asa, tr a ru k a w ic do pasa.
— D o św iatoj P o k ro w y , to d iw k ie hotow y.
— D o św iato h o G m y tra, to d iw ó ń k a ch y tra .
— C hto iść chlib, to druhoho b e re za czib.
— R a z m aty ro d y ła i id n a m ohyła.
— N a d sero to ju B ih z k a łe to ju .
— Szczo in sza wieś, to insza piśnia.
— C zudżu b y d u to i ru k a m i rozw edu, a n a sw uju to i ro ­
zum u ne m aju.
—- J a k n e b u ło szczo w a ry ty , n a u c z y ła sia w rużyty.
— J a k d w ę ry w do łu ty c h o ch o d iať, to w h o ry s k ry p ia t’.
•— N i z juszki, ni z p ietru szk i.
— Szczo żentoje to w ziatoje, szczo k o szo n e to proszone.
— J a k b r a ty to hotow y, a o d d a ty to n e m aje hłow y.
Wyrazy c z y s to rusińskie, tj. takie które nie są wzięte
ani z polskiego ani z rosyjskiego jązyka i m iejscow e wyrażenia.
C i o t k a , czyli fe b ra .
C z ó b o t y , b u ty .
C z e r e w á c z , o belżyw a nazw a.
D i e ď к o, wuj.
D i e d y n á lub g i e d y n a, w u jen k a ; p rz y te m o gólnie s t a r ­
szym ludziom , m ło d zi m ó w ią zaw sze: d ie ď k u , died y n o .
H o ŕ o d n ý k , ry d el, w k tó ry m rą c z k a i ło p a tk a są w y ro ­
b io n e z jedneg ‘0 k a w a łk a drzew a i o k u te na ostro żelazem . D a ­
w niej ty lk o ta k im i k o p a n o ogTody, dziś k u p u ją ło p a tk i żelazne
i o sad zają rą czk ę w dom u, a h o ŕo d n ý k służy jed y n ie do oklepyw a n ia g rz ą d e k .
H a m u ł a, zupa z u lę g a łe k suszonych.
L u l k a , fajka.
T a c h o m a, chom .
H a b u z i e , ło m aki, ro so c h a te g a łę z ie su ch e.
K a c i e t y , m a g lo w a ć ; po k aciej, zm agluj.
K u r , odra, ch o ro b a dziecinna.
K l u j d u b a , dzięciół.
K a r t o h l a , k arto fel.
K n i e h i n i , k niaź, n arzec zen i od czasu zaręczy n do ś lu b u .

K o r o m e s ł a , nosze do noszenia k o n ew ek . J e s tto p ro s ty
k a w a łe k lip o w eg o drzew'a, o b ro b io n y sta ra n n ie , w śro d k u p łask i,
n a k o ń ca ch o k rą g ły ; do ty c h k o ń có w p rz y c z e p io n e są m o cn y m i
s zn u rk am i d re w n ian e kluczki, t. j. m ocno za k rzy w io n e n a tu ra ln e
h aczy k i. T y m i zacze p ia się o uszy od k o n e w e k , lip o w y p o p rz eczn iak p łask im śro d k iem z a k ła d a się n a k a r k i ta k się n iesie k o ­
n ew k i z w odą, p rz y trz y m u ją c je z le k k a ręk am i, żeby się nie
k rę c iły .
M a k i t r a , donica, w k tó rej w ie rc ą m ak, sér.
M o t ú z , m otuzók, p o w ró z
N e w i s t k a , sy n o w a .
P i w e ń, k o g u t.
P o ł ń d e ń , o b ia d ; p o lu d n io w áty , sieść do o b ia d u ; ta k sam o
m ów ią : śn id a ty , w e cze raty .
P o ł a t k i , ta p c z a n do sp an ia.
P e c z a , p iec.
P o p e r é k, k rz y ż w czło w iek u , czy w zw ierzęciu, k rz y ż zaś
d re w n ia n y zo w ią: figurą.
P r y s o c h a , słu p w ro g a c h sto d o ły . S to d o ły tu tejsze ch ru ścian e b u d u ją w te n sposób. C ztery p ris o c h y , n a k a ż d y m ro g u
je d n a ; w d w ó ch szc zy to w y ch śc ia n a c h , p o śro d k u p o je d n y m s łu ­
pie, w śc ia n a c h zaś, w ty ln ej : słu p ó w odpow iednio do d łu g o śc i
2 —3 ) w e fro n to w ej zaś, p o śro d k u w ro ta, założone w m ocne uszak i,
a n a te słu p y n ao k o ło z a k ła d a się p ła te w i n a nich s p ie ra się
d ac h ja k zw y k le. Ś c ia n y zaś m iędzy słu p a m i sta n o w i płot, op o d al
osobno p lecio n y z leszczyny, n a stę p n ie p rz y s ta w ia się g'o do s łu ­
pów , a przy m o co w uje się do n ic h d re w n ia n e m i „ k n a g a m i“, r o ­
dzajem z a k rę te k sta le zam o c o w an y c h i od ziem i co k o w ie k się je
zakopuje, a b y lepiej stały . Ż eb y zaś p rzez p ło t, czyli przez ta k ą
p lecio n ą ścianę, śn ieg n ie n a d y m a ł w zboże, w iąże się p ęc zk i
trzcin y , k tó ra je s t tej w y so k o śc i co śc ia n a — i listw ą d re w n ia n ą
jed en p ę c z e k o b o k d ru g ie g o przym ocow uje się n ao k o ło b u d y n k u ,
co zu p e łn ie w y starcza ją co o d p o w iad a sw em u zad an iu . S to d o ły ta k ie
są b ard zo trw a łe , sto ją d łu g ie la ta i w zu p e łn o śc i za stęp u ją t a r ­
cicow e.
R u b e l , d rą ż e k do p rz y c is k a n ia sia n a n a furze.
P o d á r o k , c h u stk a n a g ło w ę o d „m ło d e g o “ d la „m ło d ej“.
P o s a g , p łó tn o , k tó re p a n n a m ło d a d o staje id ąc za mąż.
P a r a n i n a, u g ó r.
P ł a t , k a w a łe k p łó tn a ln ian eg o , m niej w ięcej dw a ło k cie,
k tó ry p rz ew iesz ają u p a s a : sw at, s ta ro s ta i d ru żb o w ie w czasie
w esela.

-

45 —

S z m a t i e , bielizna.
S o r ó c z k a , koszula.
S m a ż e n y c i a , k a w a łk i m ięsa i sło n in y razem ug'Otowane,
p o tra w a w eseln a.
S z c z e r a , u czynna.
S z u l á k , ja strz ą b .
S t a t k i , n ac zy n ia k u ch e n n e i dom ow e.
T у к ł ó, stożer, sto g aży sk o .
W e r t e ń, w e r t u c h , w a łe k d re w n ia n y do k rę c e n ia m ak u
w donicy.
Z o r i, gw iazd y.
Z a p l u s z c z y ć oczy, za m k n ą ć oczy.
D i w i r, b r a t m ęża.
D ú s z к a, su k ie n k a dla m ały ch dzieci — sp ó d n iczk a razem
ze stan ik iem , z ty łu za p in an a.
Niektóre wyrażenia dziecinne.
K o k i , k arto fle.
C i u c i a , pies.
P a p u , chleb.
H a m u, jeść.
C i u с i u, cu k ier.
P r - p r u , w oda, pić.
L u l u , spać.
T i u t i a, k u ra .
D i a d i a, d ziad ek i b ie d n y że b rak .
B a b a , o b ca sta rsz a k o b ieta.
L a l a , o b ca o so b a ład n iej u b ra n a.
K i c i a , kot.
В a ś - b a ś, owce.
Nazwy dawane zwierzętom.
K o n ie ro b ecze zow ią „kuni", zaś ź re b ię ta „ło sie" w liczbie
p o jedynczej, „ ło sz ć ta “ w -licz b ie m nogiej. W o ła ją n a k o n ie z d a ­
le k a : ścieś, ścieś, ścieś ! k ie ru ją c n a p ra w o „ h e ťta " , n a lew o
„ w iś ta “, zach ęcając do b ie g u „w io! w iu l“.
K ro w y n az y w ają : k ra su la , szadocha, szm ata ła ch a, ra b ája, r a ­
bu la, k alin a, żukola, k w ie to c h a , ły sa ja , boczula, m alo w an k a, a w o­
ła ją c do sieb ie „na, na, na żukola, na, na, n a ] u
P s y : b u k ie t, k ru c zek , b u re k , k u sy , ra b u ś, ra b y j, ły s e k i t. p.
N a m a łe szczen ięta, odpęd zając, w o łają: „a do k u czy , do k u c z y “!



46



sZczując p sa m i „huzia, h u zia — a huź, huź !“ W o ła ją c k u so b ie :
tu, tu, tu , tu !
Nazwiska dawno tu osiadłych gospodarzy.
S a w k a C zerniak, H o ry sz k o , W a s y l S te rn ic z u k , H ilk o S ydoru k , M ak sy m R o m a n iu k , S te p a n M atw iejczu k p rz ezw a n y L ipka,
W a s y l L u lk a, S te p a n S o n sia d k a , a żonę je g o zow ią S u sia d czy c h a,
H ilk o P o d h o ro d y ń sk i, M ikołaj D ech , Iw a n F la k , S em en F ra n czuk, M ikołaj P a n a s iu k , H ry ć S obko.
Im io n a m ęzkie najp o sp o litsze s ą : H ry ć , Iw a n i M ikołaj,
Ż eń sk ie z a ś: K a ś k a , H a ń d z ia i M a ry n a — trafia ją się też b ard zo
n iezw y k łe , j a k : D a rk a , H a p k a , P a ła s z k a .
W io s k i o k o liczne n azw am i sw em i zazn aczają ró ż n ic ę w daw nem p o ło żen iu spo łeczn em G ró d k a . Oto n ie k tó re z n ich po tej
i d ru g iej stro n ie B u g a : K o sm ó w , C zum ów , T ep tik ó w , S trzy żó w ,
C iućniów , A m b u k ó w . N a w e t dzisiejsze m ia ste c z k a m ają z a k o ń ­
czenie n a „ó w “ : H ru b ieszó w , K ry łó w . G ró d e k ta k się n azw ą sw ą
o d szczeg ó ln ia, że p ra w ie m ożna n a p ew n o w ierzy ć o p o w iad a n io m
lu d u o o w ym g ro d z ie w ielk im n a „B ocianow ej g ó rz e “, gdzie
w ielk ie p a n y m ie sz k a ły i o „ h o ro d y sk u o b ro n n e m “, u k tó re g o
stó p k o ści lu d zk ie po dziś d zień w y k o p u ją.

ANTYSEMITYZM
w p o w ia stk a c h i fa rs a c h ludowyct^.
(M ateryały

do

d y a le k t o lo g i i p o ls k iej, z e b r a n e
ko ło T a r n o w a ) .

we

w si

Śmignie

C ichy, d o m o ro sły a n ty se m ity z m , z n ie n a w iśc i rasow ej w k rw i
już p ły n ą c y , tr a d y c y ą p rz e k a z y w a n y z p o k o len ia p o k o len iu , n u r­
tu je dziś, b ard ziej niż k ie d y indziej, p o d s y c a n y sto su n k a m i e k o n o ­
m icznym i, w śró d sz e ro k ic h w a rstw n a sz e g o lu d u w iejskiego. Z a ­
m ia s t d aw n eg o h asła, sp a d k u po r. 1 8 4 6 ., k tó re dzięki p ro m y k o m
ś w ia tła w ied zy i cy w ilizacy i, za c ie ra się i n a ła g o d n ie jsz e schodzi
to ry , w y stąp iło now e, n a szero k im św iecie od n ie d a w n e g o czasu,
ty lk o w łag o d n iejszej nieco form ie p o p u la rn e : „ b i ć ż y d a ! “
N a p o d sta w ie d łu g o letn ie j o b se rw a c y i doch o d ę do p rz e k o ­
n an ia, że ta k je s t w isto cie, choć n a p o zó r p a n u je tu i ów dzie
m ięd zy c h a tą a k a rc z m ą n a w e t p e w n a zażyłość, a w ogóle h a r ­
m o n ijn a zgoda.
N ajlep szy m dow odem — p o m ijając m ilc zen iem d ra sty c z n e
z ży c ia ep izo d y — lite ra tu ra te g o ludu, zw łaszcza pro zaiczn a,

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.