4135bda35b5263333da706e2fbd11984.pdf

Media

Part of Wierzenia ludu o chowańcu, farmazonach, płanetnikach, miesięcznikach i błędach / Lud, 1896, t. 2

extracted text
W

252 —

I К R % K N

! Л

о c h o w a ń cu , farm azonach, płaneinikach, m iesięcznikach
i błędach.

Je śli jak iem u człow iekow i dobrze się pow odzi, je śli m u in ­
te re s a u d ają siej bez w zględu na to,, czy uczciw ym , lub n ieu czci­
w ym sp o so b em , zaraz zazdrośni sąsiedzi m ów ią iż .czło w iek ten
m a „ c h o w a ń c a “. C how aniec je s t to c h ło p c z y k m a leń k i ; m ieszka
zw y k le w m ysiej norze ; je zą p a ro b k a , ale za d ziesięciu ro b i,
a d o b rą ra d ą g o sp o d arzo w i we w szy stk iem p o m a g a . . .
S ą o so b n i ćh p w ańcy do p asiek i, (sp ecy aliści) d o .g o s p o d a rk i
ro lnej, do m ły n ó w w odnych i do. m ły n ó w p aro w y ch . O bcym
rz ad k o k ie d y w idzieć się daje. G o sp o d y n i m usi m ú codziennie
d ać m iskę g o to w an ej k aszy , lecz niesolonej, g d y ż zaraz się mści.
U p ew n eg o g 'ospodarza b y ł C how aniec i d ziew k a w ied z ia ła o tein.
R a z ze Zbytków w rzu ciła do m iski z k a sz ą k a w a łe k Soli. K a sz a
p o zo stała n ie tk n ię tą . L ecz w no cy ta k zbił C how aniec dziew kę
kijem , że d ziew k a p rz e s tra s z o n a u c ie k ła ze słu żb y i w ięcej nie
w ró ciła, Chociaż .m iałą służbę b ard zo k o rz y stn ą .
C ho w ań ca m o żna m ieć ta k im sp o so b em : W e ź jajk o ód c z a r­
nej k u ry i od czarn eg o k iig u ta i n o ś -g o przez dziew ięć dni pod
p ac h ą. P o dziew ięciu dn iach w y k łu je się z ja jk a C how aniec (na
p rz ed m ieściac h L w o w skich n az y w ają go „in k lu ze m “). J e s t to duch
n ieczy sty , m ały d y ab lik , z k tó re g o później d y a b e ł w y rasta.
E a rm a z o n i m ają tak że ta k ie g o chow ańca, ty lk o już m ędrszego ;
chodzi on w czerw onej czapce i w p o lsk ię m u b ra n iu . P a li fajeczkę
na: k ró tk im cy b u szk u i p rz eb y w a po w ięk szy ch fo lw a rk ac h , lub
w fa b ry k ac h , o so b liw ie w p a ro w y c h m ły n ach . F a rm a z o n i s ą to
ludzie b o g ac i, najczęściej fa b ry k a n c i, lecz n iem a im czego b o g a c tw
ich zazdrościć, bo ich dusze już za ży cia n ależą do d y ab ła. F a r ­
m azoni ch cą u chodzić za ludzi u czciw y ch i ro b ią n iera z w iele
d o b re g o , lecz w szy stk o ro b ią d la sław y , b y o n ich dobrze m ów ili.
D la za m y d le n ia oczu poczciw ym ludziom . chodzą n a w e t do k o ­
ścio ła, lecz się nie m odlą. K to chce zo stać farm azo n em , m usi
jech a ć do jak ie g o ś m iasta w N iem czech. T am m ieszk a n ajstarsz y
farm azon. J e s t to sza ta n w p o staci cz ło w iek a i z in n y m i ludźm i
b a rd zo g rzeczn ie ro zm aw ia, n a w e t p rzez m y śl nie przejdzie., że to
sam d y a b e ł. W p ro w a d z a on czło w ie k a całkiem n ag ieg o , ta k ja k
g o m a tk a n a św iat u ro d ziła, do czarnej sali. T am m usi się w y ­
p rzeć P a n a .B oga i w szy stk ich Ś w ięty ch , przy siąd z, iż n ig d y n ie
pójdzie do spow iedzi, ja k o te ż iż n ig d y nie będzie żałow ał, iż zo ­
s ta ł farm azonem . P o te m w ysuw a się z k ą ta o g ro m n y zielony wą?

-

253 —

i op asu je czło w iek a od stóp do głów , a n ajstarszy farm azon m aluje je g o obraz, a to w tym celu. Czasem trafi się, iż ta k i czło­
w iek żałuje sw ego k ro k u i ch c ia łb y s i ę n a w r ó c i ć do praw dziw ej
w iary , ale o braz zaraz go zdradzi, g d y ż zaczyna blednąć. T ed y
ów n a jsta rsz y farm azon p rzeb ija go nożem . W tej sam ej chw ili
czło w iek ów bez w zględu n a to, że m óg łb y b y ć oddalonym od
teg o miejsca: ch o ćb y ty sią c mil, zostaje p rz e b ity nożem w sam o
serce i g in ie g w a łto w n ą śm iercią. P e w ie n farm azon żałow ał, iż
w y p a rł się B o g a i poszedł do spow iedzi. K siąd z w iedząc, kogo
m a p rz ed sobą, k a z a ł m u w leźć do św ięconej wody. F arm az o n
z a n u rz y ł się w wodzie. W tej chw ili nóż go u d erzy ł po głow ie
i s k a le c z y ł go. D o serca je d n a k nie d o stał się, bo nóż stra c ił
w św ięconej w odzie sw ą w ładzę.
W so k alsk im pow iecie je s t dw óch ludzi, k tó rz y m ają nazw ę
farm azona. Jed e n z nich, p ro s ty szarlatan , m ieszka w K om arow ej
W oli су i leczy ludzi ziołam i i zam aw ianiem chorób. M a on w ię­
cej p ac y en tó w , niżeli p aten to w a n i lekarze, gdyż chłop prędzej ta ­
k iem u p ro sta k o w i u w ierzy, niżeli lekarzow i. D ru g i z nich je st
b u d o w n iczy , b ard zo uczciw y ćzłovviek i rozum ny, dobrze się ma,
d lateg o przez zazdrość m ów ią chłopi, iż m a „panicza".
N ie dziw ota na wsi, ale w e L w ow ie naw et, nazw a farm azona
d o sta ła się jed n em u z n ajzacn iejszy ch o byw ateli, w łaścicielow i
m ły n a p aro w eg o . W e m ły n ie tym w idują ro b o tn icy „ p a n ic z a “,
w czerw onej czapce z fajk ą w zębach. P e w ie n ro b o tn ik p o trą c ił
go u m yślnie, te d y ów panicz ta k go codziennie bił, iż ro b o tn ik
m u siał za p ra c ę podziękow ać.
G dy farm azo n um iera, k o n a tak długo, dopóki go kto za
rę k ę nie w eźm ie. T em u zo staw ia on swój m ajątek , szczęście i p a ­
nicza.
W pew nej wsi m ieszk ała b ard zo b o g a ta gospodyni i. m iała
ch o w ań ca. W tej sam ej wsi m ieszkał- gospodarz, p o siad ają cy m ałe
g o s p o d a rstw o i m łodą żonę. N ajął się on je d n a k za fu rm an a do
p an a, g d y ż w o lał jeździć z p an e m po św ięcie, aniżeli pilnow ać
g o sp o d arstw a i swojej żony! O djechał więc furm an ze sw ym p a ­
nem w d alek ie k ra je . Żona zostaw szy słom ianą .wdową, bardzo
się z m a rtw iła i p o szła do owej g o sp o d y n i z p ro śb ą o p o rad ę, za
co p rz y n io sła jej k w a rtę w ódki. B a b a n a rw a ła ziela dziew anny
i zaczęła nim k u rzy ć, zjaw ił się chow aniec, a b a b a m u m ów i:
„S łuchaj mój lu b czy ku, ja rzucam ziele do k o tła , nim ono trzy
ra z y zakipi, m asz mi fu rm a n a sp ro w a d zić“.. C how aniec zniknął.
W ty m że sam y m czasie, furm an b y ł w polu i za le cał się do żniw iaczki K a ś k i, á ona n ie b y ła m u k rz y w a, bo fu rm a n m iał

— 254 w ielk ie zło te g u zik i p rz y k ab a cie. F u rm a n a coś g n io tło w nogę,
zd jął w ięc b u t i zaczął z n ie g o w y trz ąsać . W tem zaw iał koło
n ieg o w ia tr i fu rm a n a p o rw a ł razem z b u tem w g ó rę, a d ru g ie
d ziew k i w id ząc to , za w o łały :
«O ja k n asz a K a c h a
P o k o c h a ła g a c h a ,
P o p a trz c ie się jeno,
J a k on od niej m acha«.
F u rm a n p o m iark o w aw szy , iż z nim coś zie, zaczął m ów ić
w d u c h u : „ K to się w o p ie k ę “. Z araz te d y w ia tr n ió sł go niżej
i p o sta w ił g o n a p odw órzu, nim d ziew an n a trz e c i ra z z a k ip ia ła .
F u rm a n u b ra ł się n a p o d w ó rzu , a ty m czasem b a b a d ru g ą stro n ą
w yszła. Ż ona je d n a k nie p rz y z n a ła się, jakim sposobem g o s p ro ­
w adziła.
P ła n e tn ik i są ludzie, k tó rz y m ają w ład z ę ro z p ro w a d z a ć w p e ­
w ne o k o lice deszcze, pogodę, bu rze i g rad . W pew nej w si m ie­
s z k a ł ta k i p ła n e tn ik jeszcze za czasów p ań sz czy ź n ia n y ch . W tej
w si n ig d y g ra d u nie b y ło , a deszcze p a d a ły ty lk o w tedy, g d y
b y ły n a p ra w d ę p o trz e b n e . T rafiło się, iż b y ł a se n te ru n e k . P a n
o d d a ł s y n a p ła n e tn ik a do w ojska. P o sz e d ł p ła n e tn ik do p a n a
z p ro śb ą , b y mu s y n a nie z a p is y w a ł do w ojska, ale p a n nie u s łu ­
ch ał. R o z ż a lo n y p ła n e tn ik rz e k ł te d y : „ Ja k d łu g o mój sy n b ęd zie
p rz y w ojsku, d o p ó ty p a n nie będzie ja d ł sw ego c h le b a “. P a n się
śm iał z g łu p ie g o ch ło p a. A le g d y zboże d o ścig ło i m iały b y ć
żniw a, p o sze d ł p ła n e tn ik za c h a tę i g d zieś zn ik n ął. Za chw ilę
p rz y sz ła cz arn a g ra d o w a c h m u ra i p a ń s k ie zboże n a p n iu zbiło,
zaś n a ch ło p sk iem an i je d n o źdźbło nie złam a ło się ; n a d ru g i
ro k znow u ta k sam o. P o m ia rk o w a ł p a n i sy n a p ła n e tn ik a w y k u ­
p ił z w ojska.
P ła n e tn ic y w o g ó le nie są zły m i ludźm i, a g ra d y zan o szą n a
lasy , lu b za k a r ę niszczą g o sp o d a rz o w i plon. N ie p o słu g u ją się
w cale zły m i ducham i, są b a rd z o p o b o żn i i p raco w ici. W pew nej
w si m ieszk ał ch ło p n a w iarę z w ła sn ą có rk ą. T rafiło się, iż
z tejże sam ej w si szed ł ja k iś g o sp o d a rz i pod lasem zo b aazy ł
c z te rec h p ła n e tn ik ó w , ja k m ło ta m i ro zb ijali o g ro m n ą b ry łę lodu.
Z aciek aw io n y z a p y ta ł, co oni ro b ią. „ R o b im i g ra d n a tw o ją wieś,
bo tam ojciec z c ó rk ą n a w iarę m ie sz k a “. „O m o jeściew y ! nie
ró b cież m i szk o d y , cóż ja w am złego zro b iłem ?“ „Idźże do dom u,
po dro d ze narw ij leszczy n y i otycz sw oje pole, a spiesz się, g o ń ! “
Z aled w ie ty lk o czło w iek ów z a ty c z y ł sw oje pole, ja k nie ru n ie
g ra d , (ulew a, deszcz lu n ie) w y m łó cił w szy stk o do szczętu, ty lk o

— 255 —
n a oznaczonem p o lu g ra d u nie b yło. Zaráz te d y p o rw ali go sąsied zi i zap ro w ad zili do sta rsz y z n y . W ó jcia się zeszli i p y tali, co
to m a znaczyć. G ospodarz te d y opow iedział w szystko, poczem
ow e n ieg o d n e s ta d ło rozpędzili.
D ziw n ą ta k ż e w łasność m a posiadać księżyc w p ełn i n a n ie ­
k tó ry c h ludzi zw an y ch „m iesięczn ik am i“. L udzie ci są bardzo
nieszczęśliw i. G dy księżyc w p ełn i, oni w stają, u b iera ją się, śpiąc
zu p ełn ie, p otem w y chodzą n a podw órze, n a ulicę i w yłażą na naj­
w yższe szczy ty dom ów , kościołów , lub in n y ch bud y n k ó w , chodzą
p e w n ą n o g ą po najbardziej n iebezpiecznych m iejscach, a potem
złażą i id ą do łóżka. R a n o o niczem nie w iedzą. P o d czas takiej
w ę d ró w k i nie w olno ich w ołać, bo m o g lib y sp aść i zabić się.
M iesięczn ik iem może zostać k aż d y czło w iek , jeśli się b ard zo
w księży c w p a trzy , lu b śp i do k siężyca.
N ieraz zd arzy ło mi się słyszeć, jad ąc em u na chłopskiej furze:
„O t tu, proszę p a n a nauczyciela, czepia się człow ieka b łą d ! “
p rzy czem ch ło p d o ty k a się k ap e lu sz a i żegna. „Jak i b łą d ?“ p y ­
tam za ciek aw io n y . N a tu raln ie, śm iać się przy tak ich rozm ow ach
nie m ożna, bo ch łop nic nie pow ie, trz e b a w ierzyć i dziw ić się,
a n aw et p o tak iw ać . „O t D u ch św ięty przy nas, to nieczy sty
ludzi opanow uje, a b y im zro b ić pakość, a b y poczciw y człow iek
p rz ek lin ał, w odzi człow ieka po m an o w cach przez c a łą noc, do­
p iero n ad ra n em obejrzy się człow iek, a on pod sw oją w sią —
А р е к ci m ara ! —- m ów i tedy. N ajlepszy sposób dla o d p ęd z en ia
takieg'o b łę d u je s t obrócić n a g ło w ie kapelusz, lub czapkę i p rz e ­
że g n ać się., to czasem nieczy sty zlęk n ie się, taj pójdzie n a szum y
i w ich ry . L ecz g o rsz ą od n iecz y steg o je st dusza w isielca, k tó ry
g d zieś n ied alek o p o w iesił się, a dusza je g o p o k u tu je i n a p a d a
p o czciw eg o czło w iek a (zw ykle sp iteg o ja k b e la — dopisek). N a
w isielca pom oże ty lk o , jeżeli człek rzuci m u z woza g a rś ć siana,
lub słom y. P rz y sian ie tem w y g rzew a się dusza w isielca w czasie
m rozów ,
R zec zy w iście n a drodze, zw anej S a p o rty nied alek o W a ręż a,
b y ł przez d łu g i czas o p alo n y p ień starej w ierzby, n a k tó rej m iał
się k to ś p o w iesić. K a ż d y c h ło p , ja d ą c tą dro g ą, rzu cał koło
w ierzb y g a rść słom y, lub siana.
P o d o b n y b łą d czepia się ludzi n a polu, zw anem S zczutków
w e w si H u lcze w pow iecie S o k alsk im . Lecz o tem m iejscu je st
in n e p o d an ie.
„M oże p rz ed d w u stu laty , b y ło tu m iasto S zczutków . M ie­
szk a ń cy te g o m iasta b ard zo grzeszyli, w ięc P an B ó g ich ukarał,
iż się za p ad ło p o d ziem ię. N a św ięta W ie lk a n o c n e słychać, ja k

— 256 —
tam p o d ziem ią b iją dzw ony. C hłop je d e n z L ise k , ń azw isk iem
K o ro l, człek nad zw yczaj pobożny, p rz y s ię g a ł się przed em n ą, iż
sły sz a ł ję k ty c h dzw onów . M iały ta m b y ć o g ro m n e s k a rb y , lecz
p iln u je je sam d y a b e ł cz arn y i on to zw odzi ludzi n a b ezdroża.
P e w ie n dziad szedł tą d ro g ą o p ó łn o cy , p a trz y a d y a b e ł siedzi
n a k u p ie zło ta. D ziad, zn ający dobrze sw oje rzem iosło, (żebranie
n azy w ają rzem io słe m j u k ło n ił się i p ro si o jałm użnę, a d y a b e ł
m ó w i: „ W sz y stk o b ęd zie tw oje, ty lk o p rzy jd ź tu z p ro c esy ą, a nie
zap om nijcie n ic z e g o “. D ziad p o b ie g ł do k sięd za i zaraz w yszła p ro c e sy a, w zięli ze so b ą ch o rąg w ie, k rzyż, k ad z ie ln ic ę i św ieczki.
P o d c h o d z ą do d y ab ła, a d y a b e ł ja k nie w rz aśn ie : „A szczypce
g d z ie ? czem b ęd z ie cie św ieczkom k n o ty o b c ie ra ć ? p a lc a m i! ? 1'
i z a p a d ł się p o d z ie m ie . H o, h o ! z d y a b łe m nie ta k ła tw a s p r a w a “.
Źe m iejsce to b y ło n ieg d y ś za m ieszk ałe i b y ła tam ja k a ś s ta ­
ro ż y tn a o sad a, w sk azu je to, że w y o ru ją tam c e g ły , k u le k rzem ien n e,
jak o też k rz em ien n e to p o ry i noże.
Co się ty czy rz u can ia słom y, t o ’je s t pow szech n em u żydów .
G d y ży d zo b aczy k siędza, rz u ca za nim z w ozu g'arść sło m y lub
sian a, c h o ć b y ty lk o źdźbło, w nadziei, że w iara ch rz e śc ia ń sk a z n i­
k n ie, ja k to źdźbło. C hłopi w idząc to, m ów ią : „A to d u rn e żydy,
to n asz a w ia ra ta k się ro zn iesie po św iecie, ja k w ia tr tę słom ę
ro z n o si“.
A ntoni Siewiński.

Kichame, m ą d i dswonieaie,
P rz y z b ie ra n iu m atery ałó w etn o lo g ic z n y c h zw raca m y zaw sze
u w a g ę i g ro m ad z im y za b o b o n y , zw yczaje, obyczaje, o b rzęd y
i p ieśn i n aszeg o ludu, W s z y s tk o to dzieje się p o za o so b ą czło­
w iek a. P ie śn i zaś są w y razem je g o w y o b ra żeń , uczuć, m yśli, sąd u
i p ra g n ie ń .
N ie w iem ale, czy k tó ry z etn o lo g ó w zw ró cił dotąd u w a g ę
n a za b o b o n y , p o w sta łe u lu d u z zw y k ły ch objaw ów ñzyologiczn y ch — n a p ły w u k rw i do oka,, uszu lub dłoni i. k ich an ia , k tó re ,
ja k w iadom o, po w staje s k u tk ie m siln eg o p o d ra ż n ie n ia b ło n y ś lu ­
zowej w nosie.
A przecież zab o b o n y te są ro z p o w szech n io n e u n a s , n ie ty lk o
m iędzy lu d em p ro sty m , ale i w śró d in te lig e n c y i zn ajd ą się je d n o ­
stk i, k tó re ró w n ież p e w n ą w agę do ty c h objaw ów , jako w różby
złeg o lub d o b reg o , przyw ięzują.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.