e7074747c52722cb68c805d9c2568391.pdf

Media

Part of Bajka o trzech zaklętych królewnach/ Lud, 1896, t. 2

extracted text
-

163 —

L e g e n d ę o p o w stan iu g rzy b ó w , o p o w ia d a n ą mi p rzez Ż em ełę,
p rz y to c z y łe m w a rty k u le p. t.: „G rzyby w w ierzen iach lu d u “.
Istn ie je śm ierć k ro w ia . N ie k tó rz y ludzie m o g ą ją w idzieć.
J e s t to s ta ra b ab a , z k o łtu n e m we w łosach, bez zębów . W e w si,
do k tó rej ta śm ierć przyjdzie, b y d ło p a d a m asam i.
G d y p ierw szy g rz m o t u sły szą, rzu cają k am ieniem , m ó w iąc:
„k am iń h o ło w a “, a b y g ło w a n ig d y nie b o la ła ; dzw onią k lu czam i
i p o trz ą s a ją p ieniędzm i, a b y p lo n y b y ły obfite i p rz ew ra cają k o ­
ziołki, żeb y k rz y że nie b o lały .
N a Z w iasto w an ie żad n eg o n a sie n ia ru szać nie w olno.
O d św. J a n a do M. B oskiej siew nej ln u i k o n o p i trz e ć n ie
m ożna, bo b ę d ą deszcze.
Ś w iń m io tłą b ić nie m ożna, bo schną.
W so b o tę w ieczorem śm iecia w y n o sić n ie m ożna, bo m oże
b y ć nieszczęście.
N a k tó ry m dom u sow a usiędzie, tam w k ró tc e k to ś um rze.
G w iazd y s ą dusze m a ły c h dzieci, k tó re p rz y św ie c a ją sw ym
rodzicom n a ziemi.
G w iazda sp ad ająca, je s t to d y ab eł, z e p c h n ię ty przez an io ła,
d la te g o też n a g w iazd y sp ad a ją ce p a trz e ć niebezpiecznie, g d y ż
d y a b e ł sp ad łszy n a ziem ię, m oże się do człow ieka p rz y p lą ta ć .

E. Kolbuszów ski.

ІЗ A J К А

@ t r i a d i zaikiętpft) kràïewnaeft.
B ard z o daw no już tem u ży ł kró l, im ieniem W e n e t w raz ze
sw oją żoną, k ró lo w ą W e n e tą . M ieli oni p ię k n y i w ielki zam ek
m u ro w an y . Z am ek te n b y ł b ard zo o b ro n n y , g d y ż b y ł zb u d o w an y
z sam eg o m arm u ru , a m u ry b y ły ta k g ru b e , że m ógł on stać
w ieczn ie. B y ł n ad to otoczony szero k ą fosą i w ieżam i, w k tó ry c h
sied zieli je g o w aleczn i w ojow nicy i ry cerze. D ość, że zam ek ów
b y ł nie do zd o b y cia.
D o k ró la teg o n a le ż a ły rów nież obszerne pola, g ó ry i lasy,
p a s tw is k a i łąk i, m iasta i w si. L udzie, p o d d an i jeg o , znosili m u
p o d a te k , k ró l zaś m iał za te p ie n ią d z e u trz y m y w a ć w ojska. A b ali
się n iep rz y jaciele k ró la teg o zaczepić, g d y ż w ielk ą b y ła jeg o po­
tę g a i znaczenie.
M iał on tro ja k ie w ojsko: p iech o tę , k o zak ó w i ry c e rz y . W o j­
sko b y ło w aleczn e i w iern e k ró lo w i, d la te g o k ró l b y ł p o stra c h e m
*



164

-

dla w ro g ó w . P ie c h o ta m iała dzid y i kosy, szable i ta rc z e , a na
sobie d ru cian e u b ran ie. K o z a c y siedzieli n a ko n iach , a b y li u z b ro ­
je n i w szable, p ik i i strze lb y , a zw ijali się n a sw y ch k o n iach ,
ja k ja s k ó łk i w p o w ietrzu . Za to ry c e rz e b y li u b ra n i w żelazne
zbroje, n a w e t k o nie ich b y ły w żelazo zak u te. W rę k u m ieli
strasz n e w łócznie i ciężkie •m iecze, g d y lecieli do b itw y , ziem ia
d rż ała p o d nim i, a żad n a w św iecie p o tę g a nie m ogda im się
o p rzeć. K a ż d e z ty c h w ojsk m iało sw eg o n aczeln ik a, m łodego,
p ię k n e g o a w a le czn e g o m łodziana. W o js k a te b y ły ro z lo k o w an e
po k ra ju , bo w zam ku n ie b y ło dla nieg o m iejsca.
A m iał te n k ró l trz y c ó rk i : D z iew o n k ę, S a sa n k ę i Ł ad o szk ę.
W s z y s tk ie trzy b y ły b a rd zo urodziw e, p ię k n e a b o g a te , zw y ­
czajnie k ró lew sk ie córki. K ró lo w a W e n e ta d a ła im najlepsze w y ­
ch o w an ie, a k ró l k o c h a ł je n a d życie, bo nie m iał sy n a, a po
je g o śm ierci ca ły m a ją te k o jcow ski n a nich sp a d a ł. D ziew o n k a
b y ła ro s ła i z g ra b n a ja k so sen k a. S a s a n k a b y ła m ąd ra , ja k S a ­
lom on, a Ł a d o sz k a p ię k n a ja k lilia, a w szystkie trz y sk ro m n e
ja k fiołek. N ie dziw , że sław a ich ro zeszła się d alek o po św iecie,
aż d o szła do uszu stra sz n e g o cz a rn o k się ż n ik a C zordysza, k tó ry
m ieszk ał w o g ro m n y ch la sa c h n a w ysokiej górze. B y ł to stra sz n y
czło w iek ; m iał aż po p a s d łu g ą cz arn ą b ro d ę , d łu g ie czarne w łosy
sp a d a ły m u k ęd z io ram i n a plecy, m ałe cz a rn e oczy la ta ły ja k
b ły sk a w ic e , a do tęg o no sił o k rą g łe w ielkie o k u la ry i d la te g o
lepiej w szy stk o w id ział, niż in n i ludzie. N a g ło w ie m iał w y so k ą
czapkę, a d łu g a c z a rn a su k n ia, p rz e p a sa n a żelaznym pasem , p o ­
k ry w a ła je g o ciało. C iągle c z y ta ł w k się g a c h czarn o k sięzk ich ,
trzy m a ją c w rę k a c h lask ę cz arn o k sięzk ą. Za p o m o cą tej lask i
d o k o n y w a ł ta k ic h rzeczy, k tó ry c h żaden śm ie rte ln y człow iek d o ­
k o n a ć n ie m ógł.
C zarn o k siężn ik ów p rz y s ła ł p o słó w do k ró la z żądaniem , b y
m u król d a ł je d n ą ze sw y ch c ó re k za żonę. K ró l p rz e lą k ł się
b ard zo , a k ró lo w a tak że , k ró le w n y z b la d ły zé strach u , g'dyž k a ż d a
z n ich k o c h a ła p o tajem n ie jed n e g o ż n ac zeln ik ó w sw y ch w ojsk,
a cz a rn o k się ż n ik a b a rd zo się b a ły . D o w ied zieli się o te m n a c z e l­
n ic y w o jsk i ch cieli n a ty c h m ia s t p o słó w p o z a b ija ć , a potem
w p aść do k ra ju cz arn o k sięż n ik a i tam m u zrobić ko n iec. K ró l
je d n a k n ie p ozw olił n a zabicie po słó w , g d y ż po seł je s t o so b ą n ie ­
ty k a ln ą .
W ró c ili te d y posłow ie do dom u z niczem i opow iedzieli
cz arn o k sięż n ik o w i c a łą sw ą p rz y g o d ę i m ów ili, że g łó w n ą p rz y ­
c zy n ą ty c h n ie p o m y śln y c h sw ató w b y li k ró le w sc y n ac zeln icy
w ojsk, k tó rz y n a w e t chcieli posłów pozabijać, ale k ró l ich obronił.



165



N aczeln icy ci zb ierają się n a w y p ra w ę w ojenną do k r a ju
C zordysza, a b y g-о zaw ojow ać, a C zordysza z a b ić . N a te w ieści
zaśm iał się czarnoksiężnik, lecz ta k strasz liw ie , że aż się g ó ra od
te g o śm iechu zatrzęsła. — „T ak, k rz y k n ą ł, m ów icie, ża d n a z k r ó ­
lew ien m nie nie ch ce? H a ! to ci nccz.elnicy tem u w inni, lecz ja
im tu zaraz pokażę, co to znaczy m nie zaczepić i w d ro g ę
w chodzić !“.
— W złości straszliw ej ch ciał ich zniszczyć, zupełnie, lecz
nie m iał p ra w a i m ocy życia ich pozbaw ić. P o d n ió sł w ięc ty lk o
sw oją straszliw ą lask ę do g ó ry i u d erzy ł n ią w k sięg ę. W tej
chw ili c a ła p ie c h o ta k ró le w sk a w raz z sw ym n aczeln ik iem z a ­
m ien iła się w w ilki, a n aczeln ik w w ilk o łak a. D ru g i raz p o d n ió sł
sw ą lask ę i u d e rz y ł nią w ksieg'e, a całe w ojsko k o za ck ie zam ie­
n iło się w strasz n v ch k u d ła ty c h niedźw iedzi. P o d n ió sł znów sw oją
lask ę do g ó ry i u d e rz y ł n ią w k sięg ę, a w szyscy ry c erz e że la­
zem okuci, p rzem ien ili się w tu ry , t. j. w ta k ic h strasz n y ch w ie l­
k ic h czarn y ch w ołów , a ta k siln y ch w ołów , że pod u d erzen iem
ich łb a, w a liły się n ajg ru b sz e d ęb y na ziem ię. Z n ik ły w si i m iasta
z ca łe g o o b szaru k ró lew sk ieg o , a z a p e łn iły je ty lk o dzikie z w ie ­
rzęta, k tó ry c h ry k i i w ycie p rzeraźliw e ro z le g a ły się po całej
o kolicy. W zam ku nic się nie stało, lecz g d y straż k ró lew sk a
d ała zn ać k rólow i, że. w ojsko znikło, a n a to m ia st p o jaw iły się
w ok o licy ta k stra sz n e zw ierzęta, k a z a ł k ró l b ra m y pozam ykać
i straż w zm ocnić. P om im o teg o w szyscy d rżeli od stra c h u i nie
b y ło śm iałka, k tó ry b y się o d w aży ł w yjść z zam ku.
— A ż tu p ew n eg o p o ra n k u sta n ę ło p o d zam kiem k ilk a ty ­
sięcy w ilków i z w yciem przeraźliw em k rą ż y ły n ao k o ło m urów ,
a m iędzy n im i n ajstarsz y w ilk o łak g ro m k im g ło sem n a w o ły w a ł
ich do p o rz ąd k u i u staw iał w szeregi. Grdy się uciszyło, w y szed ł
n ap rzó d i za w o łał n a k ró la, k tó ry w łaśn ie s ta ł n a m u rach z całą
sw ą zdziw ioną i p rz era żo n ą ro d z in ą : „ K ró lu ! daj m i sw oją n aj­
sta rsz ą có rk ę D ziew o n k ę za ż o n ę “. K ró l zd u m iał się n a ta k ie
dzikie żądanie. Jak to , sw oją najp ięk n iejszą có rk ę D ziew onkę,
sw oją p e rłę m iałb y dać w ilkom na pożarcie? N ie w iedział tedy,
co m iał o d p ow iedzieć, lecz w ilk o ła k k rz y k n ą ł: „Cóż to jeszcze
n am y ślasz się? P rzecież lepiej, że mi ją oddasz dobrow olnie, niżelib y ś sam zg in ął w raz z c a łą rodziną, k rz y k n ę ty lk o n a moje
w ilki, a m u ry ci nie pom ogą, bo się p o d nie p o d k o p iem y p o p o d
ziem ię i zginiecie w szyscy pod n aszy m i k ła m i“.
K ró l jeszcze się n am y ślał, lecz D ziew o n k a p rz y s tą p iła do ojca
i rzecze : „Ojcze, spuść m nie n a szn u rach m iędzy te dzikie bestye,
p rzecież czy tak , czy sia k zg in ąć muszę, a lepiej m nie sam ej,

-

166 —

n iżeli w szy stk im tu o b e c n y m “. Z a p ła k a li k ró l i kró lo w a, k az ali
p rz y n ie ść sznur, o p asali ją d o k o ła, a g d y D z ie w o n k a pom odliw szy
się, p o ż e g n a ła się ze w szystkim i, sp u ścili ją słu d zy po sznurze za
m ur. P rz y s k o c z y ł w ilk o łak w ielkim susem do niej, lecz nic złego
jej n ie zro b ił, ty lk o n a sta w ił jej swój g rz b ie t. O na sia d ła n a n ieg o
ja k n a k o n ia, a w ilk o ła k za w ró cił do lasu. Za nim w szy stk ie
w ilk i p o d ąży ły . O jciec i m atk a, sio s try i d w o rzan ie p a trz a li n a to,
a łzy ja k g ro c h s p a d a ły im po tw arzy.
D ru g ie g o d n ia ra n o , nim jeszcze sło ń ce z a b ły sło n a nieb ie,
o b u d ził m ieszk ań có w zam ku jeszcze strasz n ie jsz y ry k , niż d n ia
p o p rzed n ieg o . Z erw ali się w szy scy n a ró w n e no g i, p a trz ą z m u ­
ró w , a tu, ja k d alek o oko sięg ało , w id ać b y ło m nóstw o s tra sz li­
w y c h niedźw iedzi, oczy ich b ły sz c z a ły i k rw ią p ozachodziły, a n a
czele ty c h p o tw o ró w w yszło ja k ie ś o g ro m n e nied źw ied zisk o i w rz a ­
snęło, że aż m u ry zam ku z a d rż a ły : „H ej ty k ró lu ! oddaj mi
tw o ją d ru g ą có rk ę S a s a n k ę za żonę, bo jeśli jej nie dasz, zginiesz
i ty i c a ła tw o ja ro dzina. M am y o stre szpony, nie p o m o g ą ci
i tw oje m u ry , b o się n a nie w y d ra p ie m y ; n ie p o m o g ą
ci m łoty
i k am ien ie, bo się z tem dobrze z n a m y “.
P rz e ra ż o n y k ró l nie w iedział, co odpow iedzieć, aleć s ta n ę ła
p rz e d nim m ą d ra S a s a n k a i rz e c z e : „D ro g i ojcze i ty m atk o !
w id zieliście w czoraj p rzecie, że w ilk o ła k n ajstarsz ej sio strz e D ziew o n ce nic złeg o n ie zrobił, p o d a ł jej ow szem swój k a rk , uznając
jej w yższość n ad so b ą; te n stra sz n y niedźw iedź nic m i nie zrobi
złego, a lepiej b ędzie, g d y ja sam a do n ieg o zejdę i u ra tu ję w as
tem od n iech y b n ej ś m ie rc i“.
P o ż e g n a ła się z rod zicam i S a s a n k a i z m ło d szą sio strą, z ca łą
d ru ż y n ą zam k o w ą i k a z a ła się sp u ścić po szurze n a dó ł z m uru
zam k o w eg o . P rz y s k o c z y ł ów niedźw iedź i s ta n ą ł p rz e d k ró le w n ą
p o k o rn y ja k b a ra n e k , p o d a ł jej swój k a rk , a S a s a n k a u sia d ła na
n ieg o ja k n a k o n ia, trzy m ając go m ocńo za k u d ły , p o d ra ło w a ła
do lasu . Z zam k u zaś p a trz a li n a to i p łak ali.
T rz e c ie g o d n ia rano, jeszcze p rzed w schodem sło ń ca, u s ły ­
szano w zam k u ja k ie ś dziw ne a strasz n e trzę sie n ie ziem i. Z erw ali
się w szy scy n a ró w n e nogi, m y śląc, iż za m e k w g ru z y się ro z ­
syp u je. P a trz ą , aż tu pod zam kiem sto ją u szy k o w a n e c a łe sze reg i
tu ró w o g ro m n y ch , a strasz n y ch , z d łu g iem i k u d ła m i n a g rz b ie cie.
S ta ły one cicho, lecz w y g lą d a ły ja k cz arn a ch m u ra, z k tó re j
w każd ej ch w ili m oże g ro m w y p aść. Cisza ta w łaśn ie b y ła d alek o
straszn iejszą, n iżeli ow e w y c ia i ry k i w ilk ó w i niedźw iedzi. N a
czele stał o g ro m n y tu r, z a trz ą sł sw ą b ro d ą i z ca łą p o w a g ą ,
k t ó i a g ro z ą n a p e łn iła se rc a w szy stk ich , m ów ił p o w o li: „K ró lu



167

i w ład co nasz; przyszliśm y tu ciebie p ro sić, b y ś nam o d d ał swoją,
n ajm ło d szą có rk ę Ł ad o sz k ę n a n asz ą w ładczynię, a m oją ż o n ę “.
K ró l u sły szaw szy te słow a, o d p o w ied ział: „Jakto, w ięc i tę o sta ­
tn ią najm ilszą có rk ę m iałb y m dać ty m strasz n y m turom n a p a ­
stw ę? o n ie! nic z teg o nie będzie, nie dam swej có rk i Ł a d o sz k i“.
T e d y tu r p o trz ą s ł sw ą lw ią g rz y w ą i r z e k ł: „D arem n y twój upor,
mój k ró lu , m ó g łb y m ją so b ie sam w ziąć i bez tw eg o p rz y zw o ­
len ia, lecz ja k o n ac zeln ik ty c h szlac h etn y ch tu ró w nie chcę za­
b ie ra ć ci có rk i siłą, jeśli je d n a k n ie zechcesz m i oddać swej
c ó rk i d o b ro w o ln ie, te d y ro zkażę m ym p o d w ład n y m u d erzy ć g ło ­
w am i o m u ry , a m ów ię ci, że za p ierw szem u d erzen iem cały twój
zam ek pom im o ty c h g ru b y c h m urów zam ieni się w gruzy. —
A co w te d y b ę d z ie ? “
Z płaczem te d y w yszła Ł ad o sz k a i rzecze: „Mój ojcze! nie
op ieraj się dłużej, czyż nie lepiej, żebym ja sam a za w as się p o ­
św ięciła, a w szy scy m oi zostali zdrow i, czyż m am b y ć go rszą od
m y ch sta rsz y c h s ió s tr? “
U ścisk ali te d y k ró lestw o sw oją najm łodszą Ł adoszkę i p o ­
zw olili jej w yjść z zam ku. Z arżał tu r, a za nim ca ła g ro m ad a ,
a w zam ku m yśleli, że to g ro m y biją. W y s z ła Ł ad o szk a, tu r
n a d b ie g ł, u k lą k ł p rzed nią n a k o lan a, n a g ią ł swój k a r k tw ard y ,
a Ł a d o sz k a u sia d ła n a nim i p o je c h a ła daleko, d alek o w las.
D łu g o p a trz a li ro d zice za nią, a choć już im daw no w szystko
zn ik n ęło z oczu, oni jeszcze p a trz a li i w ra cać nie chcieli — bo
zdjęci boleścią, sta li ja k n ieruchom e g łazy .
M inęło la t w iele, w iele się zm ieniło i p rzeb o lało , lecz o j­
co w sk ie i m atczy n e serce nie m ogło przeb o leć s tra ty d ro g ich
sw y ch có rek . P a n B ó g jed n a k ż e o b d a rz y ł k ró le w sk ą p a r ę synem ,
k tó re g o nazw ali Buj ; ch o w ał się on zdrow o, a ćw iczył się c iąg le
w ła d a ć b ro n ią, ja k to n a królew skieg'O sy n a p rz y sta ło , aż w y ró sł
n a m łodzieńca. B y ł siln y ja k dąb, ro sły ja k sosna, a z g ra b n y ja k
jeleń . Z. dum ą p atrz ało serce ro d zicielsk ie n a sy n a, k tó re m u w z rę ­
czności ro b ie n ia b ro n ią n ik t nie d orów nał.
R a z po w ieczerzy p rz y p o m n ia ł sobie ojciec daw n e czasy
i nieszczęsne sw e có rk i i za d u m a ł się. T e d y sy n z a p y ta ł: „Czem u
ta k tu rzy sz mój o jcze?“ P o długim n am y śle o p ow iedział ojciec
sy n o w i nieszczęsn ą p rz y g o d ę z córkam i. W y słu c h a w sz y to Buj,
rz e k ł do o jca: „O jcze! pójdę ja szu k ać m oje sio stry i p rz y p ro ­
w adzę je n a p o w ró t do d o m u “. O jciec je d n a k bojąc się, a b y m u
te n je d y n y sy n ró w nież nie zg in ął, zaczął go odw odzić od te g o
zam iaru , lecz d arem n ie. W id z ą c te d y rodzice, że p ro ś b y i b ła ­

-

168



g a n ia nie p o m ag ają, zezw olili mu n areszcie szu k ać sw oje sio stry
i udzielili m u na d ro g ę sweg'o b ło g o sła w ie ń stw a .
U zb ro ił się te d y królew icz po rząd n ie, sia d ł n a konia, do
to rb y w ziął c h le b a i s e ra i w yjechał. N ie ta k to się p rę d k o jedzie, ja k to się m ów i. J e c h a ł już k ilk a dni, m usiał nieraz w czystem p olu nocow ać, w to rb ie w y c z e rp a ły m u się zap asy , ta k że
m u już n ic nie po zostało i b y ł g ło d n y . D ro g a p ro w a d ziła przez
w y so k ą g ó rę, k ró lew ic z b ę d ą c g ło d n y , z b ie ra ł po dro d ze o rzech y
lask o w e, g d y ż c a ła g ó ra b y ła z a ro śn ię ta p ra w ie sam ą leszczyną.
N a z b ie ra ł już c a łą to rb ę. W y s z e d łs z y n a w ierzch o łek g ó ry , sp o ­
strz e g ł dw óch m ło d y ch ludzi, k tó rz y p o rw a w szy się za b a ry , sta­
ra li się je d e n d ru g ie g o p o k o n ać. O b o k n ich zaś leżał płaszcz,
k ap e lu sz i b u ty . N a w id o k k ró lew ic za za p rze sta li w alk i i p o k ło n ili
się jem u. Z a p y ta ł ich k rólew icz, o co im w łaściw ie idzie i o co
się biją. T e d y jed en z nich p o w ied ział : „ W ie lc e ła s k a w y k ró le ­
w iczu ! je ste śm y b ra ćm i; nieb o szczy k ojciec zo staw ił nam o to ten
płaszcz, k a p e lu sz i b u ty do ró w n e g o p o d ziału . R z e c z y te je d n a k
nie są ta k b łah e, ja k b y to się k o m u n a p ie rw sz y rzu t o k a w y ­
dało. K to się w płaszcz zaw inie, m oże la ta ć po p o w ietrz u ja k
p ta k , k to w dzieje te b u ty , zrobi co k ro k m ilę, . a' ja k vkoczy to
dw ie, zaś k a p e lu sz kto w dzieje n a siebie, stanie, się niew id zialn y m
i n ik t go n ie obaczy.
K ró le w ic z o g ląd ają c te rzeczy, p rz y p o m n ia ł ' sobie n au k ę
sły sz a n ą w m łodości, iż z k łó tn i dw óch k o rz y sta trzeci; rz ek ł te d y
do n ic h : „Ej o co też b ędziecie się b ili, m am tu w to rb ie orzechy,
rzu cę g a rść orzech ów n a dół, k tó ry z w as p o b ie g n ie i w ięcej
orzechów n a z b ie ra i p rz y n ie sie , będzie w łaśc ic ielem ty c h rz e c z y “ .
„ Z g o d a “ ! k rz y k n ę li obaj. K ró le w ie z rz u cił g a rś ć orzechó w n a dół,
b ra c ia p o b ie g li n a dół i nuż je zb ierać. G dy k ró lew icz sp o strz e g ł,
iż oni ju ż dość d alek o od n ieg o odbiegli, rozzuł się czem prędzej,
a w d ział ta m te b u ty n a n ogi, u b ra ł się w płaszcz, w ziął k ap e lu sz
n a g ło w ę, rzu ciw szy im n a ziem ię sw oją zło tą czap k ę i k iesę
z d u k atam i i czek ał. W k ró tc e p o w ró cili b ra cia, a n ie sp o strz e g łs z y
k ró lew icza, b ard zo się zasm ucili i p rz ep ro sili. Z n alazłszy zaś n a
ziem i k ró lew ic za b u ty ze złotem i o stro g a m i, cz ap k ę i k ie sę z d u ­
k atam i, p o d zielili się, a u siad łszy n a k ró lew ic zo w sk ieg o k o n ia,
w eso ło o d jechali.
K ró le w ic z zaś za p o m o cą sw eg o p ła sz c z a u n ió sł się w ysoko
w p o w ietrz e i p rz y p a try w a ł się okolicy. W tem s p o s trz e g ł w jednem m iejscu obóz, a w nim m nóstw o w ilków . N a ty c h m ia st
s p u ś c ił się w to m iejsce. W sz e d ł do n ajw ięk sz eg o nam io tu , p a ­
t r z y ł a ś je g o sio stra D z ie w o n k a siedzi n a k a n a p ie i trzy m a g ło w ę

-

169 -

w ilk o ła k a n a sw y ch ko lan ach i isk a go t. j. szu k a p c h ły . P o
chw ili w ilk w y szed ł z nam iotu, b y w y d ać ja k ie ś ro z k azy podw ład n y m . Buj zd jął te d y k ap e lu sz z głow y. S io stra ujrzaw szy
m łodzieńca, zdziw iona z a p y ta ła g o : „K to ś t y ? “ — „Je ste m tw ój
b r a t B uj, ale ty m nie nie znasz, bo m nie jeszcze nie b y ło na
św iecie. g d y cieb ie w ilcy p o rw a li“.
S io s tra poznała, że on p ra w d ę m ówi, bo b y ł całkiem do
o jca p o d o b n y . P o często w ała go w ięc p rz y sm a k am i i innym i f r y ­
k asam i, lecz p rz e strz e g a ła , b y się nie n arażał, g d y ż m ó g łb y go
w ilk o ła k zjeść. Buj je d n a k odpow iedział, że p rz y sz e d ł ich w y ra ­
tow ać, ty lk o nie wie jak im sposobem . D z iew o n k a k a z a ła m u te d y
u d ać się do sw ej starszej sio stry S asan k i, k tó ra b y ła m iędzy
n ied źw ied ziam i na w schód sło ń ca. P o sz e d ł te d y królew icz, a co
k ro k to ro b i milę, co skoczy to dwie, czasem u n o sił się w p o ­
w ietrze,. aż n areszcie doszedł do sied zib y niedźw iedzi. W s z e d ł do
n am io tu , p atrzy , aż S a sa n k a czesze n a niedźw iedziu k u d ły . G dy
niedźw iedź w yszedł, d a ł się królew icz poznać S asan ce. S io stra
u cieszy ła się b ard zo i p o cz ęsto w ała go, lecz nie w ied z ia ła s p o ­
sobu, b y ich osw obodzić, ty lk o rz e k ła : „Mój b ra c ie B uju ! idź
dalej n a w sch ó d słońca, tam zobaczysz n aszą n ajm ło d szą sio strę
Ł ad o szk ę, może o n a da ci rad ę, a b y n as/w y sw o b o d z ić.
P o szed ł znów królew icz, to idąc, to skacząc, to w znosząc
się w p o w ietrze, aż s p o strz e g ł ogrom ne p astw isk o , a n a niem
m nóstw o p asą cy ch się turów . W sz e d ł do najp ięk n iejszeg o nam iotu,
tu sp o strz e g ł leżą ceg o n a k o b ie rc u tura, a Ł ad o sz k a rę k ą g ło w ę
m u g ład ziła. Z aczekał chw ilę. G dy tu r w yszedł, zd jął k ró lew icz
k ap e lu sz z g ło w y i p rz e d sta w ił się siostrze. Ł ad o sz k a u ciesz y ła
się bardzo, objęła b ra ta rączk am i, n a k a rm iła czem m ogła, a co
się ty c z y w y b a w ien ia sw ego rz e k ła : „Mój B uju! nie wiem , ja k b y ś
n a s m ó g ł u ra to w ać, ale od n as n a w schód sło ń ca jest c h a tk a p u ­
steln ik a. J e s t to człek nadzw yczaj p o bożny i b ard zo m ą d ry , on
w ie w szy stk o , za p y ta j go, a on ci d opom oże“. I u c a ło w a ła go na
drog'e.
W y le c ia ł znow u królew icz w górę, ro z g lą d a się, aż w śró d
lasó w s p o s trz e g ł m ałą c h a tk ę zro b io n ą z n iecie san y ch pni. C h ata
b y ła s ta ra i c a ła p o ro sła m chem , n ap rzec iw tej c h a ty na m ałym
p ag 'ó rk u s ta ł w ielk i krzyż dębow y, a p rz ed nim k lęcz ał p u ste ln ik
i m o d lił się. P u s te ln ik ten b y ł to sam Ś w ięty A ntoni, lub bliski
je g o k re w n y , a m oże Ś w ię ty O nufry, dość że b y ł b ard zo s ta ry
i m ąd ry . B ro d ę m iał aż po ziem ię, w łosy także ta k ie sam e,
a w szy stk ie b ie lu tk ie ja k śn ieg . Żył ty lk o k o rz o n k am i, a d zik ie'
zw ierzęta m u służyły. L ew s trz e g ł dom u, zając zn o sił k a p u s tę ,

— 170 —
b o rs u k k o rzo n k i, p ta sz k i m u śp iew a ły n ajp ięk n iejsze, pobożne
p ieśn i, a h a ! w iew ió rk a p rz y n o siła m u orzechy, a pszczoły m iód,
dzik znosił m u żołędzie, a je le ń zro b ił m u p o sła n ie z m chu
i liści. P u s te ln ik b ło g o s ła w ił im za to, a żad n e z ty c h zw ierząt
nie p o p a d ło w żadne nieszczęście, ty lk o żyło do późnej staro ści.
P u s te ln ik sp o strz e g ł k ró lew icza, chociaż m iał n a sobie ów
cu d o w n y k ap elu sz. Buj je d n a k zd jął g o zaraz przez u sza n o w an ie
i u k lą k ł o b o k p u ste ln ik a . T e n te d y po niejakiej chw ili w sta ł
i rz e k ł: „Mój sy n u ! w iem , po co tu p rz y b y łe ś, chcesz uw olnić
sw e sio stry , k tó re w raz ze sw ym i m ężam i są p o d zak lęciem Czord y s z a “. — „Ja k to , w ięc one są z a m ę ż n e ? “ — T a k mój synu, ja
sam im ślub d aw ałem , lecz nie bój się, ty lk o m nie słuchaj,
a ■wszystko b ędzie dobrze. S ą one d o ty ch cz as w m o cy c z a rn o ­
k siężn ik a, d o p ó k i on żyje, m usi ta k b y ć, ja k on z r o b ił“. — „Z a­
biję g o w ięc, p o w iedz m i ty lk o , g dzie on się z n a jd u je !“ — H o !
ho ! mój sy n u , nie ta k to łatw o , ż a d n a strz a ła , an i b ro ń n ic mu
nie zrobi, ale w eź mój łu k i za strz e l p ierw szeg o g o łę b ia , k tó re g o
zobaczysz. W g-ołębiu będzie jajeczk o . T em ty lk o jajec zk iem m o ­
żesz g o ży cia p o zb aw ić, ale m usisz b ard zo u w ażać i do b rze celo­
w ać, bo jajk iem b a rd zo tru d n o do celu trafić, a te ra z b ąd ź zdrów ,
udzielam ci sw eg o b ło g o sła w ie ń stw a n a d r o g ę “.
P u s te ln ik p o cz ę sto w a ł go żołędziow ą k aw ą, p ta sz k i p rz y ­
n io sły ja g ó d e k , b o rs u k k o rz o n k ó w . K ró le w ic z p o siliw szy się,
u c a ło w a ł p u ste ln ik o w i k raj jeg o d łu g iej b ro d y i za w in ąw szy się
w płaszcz, p o le c ia ł w g ó rę . W k r ó tc e sp o strz e g ł p rz ed so b ą całe
stad o d zikich g o łębi, n ie n a m y ślając się długo, za strzelił je d n e g o ,
g o łą b p a d ł i d a ł m u jajeczko. K ró le w ic z d e lik a tn ie za w in ął go
w m ech i sc h o w a ł do to rb y .
Z b rz ask iem d n ia u jrza ł p rz ed so b ą n a w ysokiej g ó rz e czarn y
zam ek, a n a je g o szczycie czarn o k sięż n ik a . W y s z e d ł on po d zi­
w iać w sch o d zące słońce, nie p rzeczuw ając n aw et, że je g o życie
m a się już ku zachodow i. K ró le w ic z p o z n a ł g o odrazu. J a k p ta k
p rz y le c ia ł do n ieg o i w rę k ę w ziąw szy jajeczko, u d e rz y ł g'o w sam e
czoło. C zarn o k siężnik p ad ł, nie rz e k łsz y a n i sło w a i sto c z y ł się
po m urze n a dół.
Z le k k ie m se rc e m w ra c a ł k ró lew ic z do dom u. P o drodze
w stąp ił do sw ej sio s try Ł ad o szk i. U jrz a ł ją szczęśliw ą i ro z p ro ­
m ienioną, o b o k niej s ta ł śliczny n a c z e ln ik ry c e rz y , a tu ró w już
nie b y ło , ty lk o w esołe ry c e rstw o , k tó re k ró lew ic za m ile p o zd ro ­
wiło. T a k te d y z w ojskiem poszli dalej, aź doszli do m ieszk an ia S a ­
sanki, T am n a m iejscu niedźw iedzi, u jrzeli śliczn y ch k o za ck ich
m ołojców z p ię k n y m ata m a n e m n a czele, o b o k n ie g o sta ła szc zę­

- 171 śliw a S asan k a . Z ra d o ścią w szy scy przyjęli k ró lew icza i p o szli
dalej do D ziew o n k i. Już tam w ilk o ła k a nie było, w ilków nie
b y ło , ty lk o p rześliczn a p ie c h o ta z w esołym i o k azały m h etm an em
n u czele. O b o k n ieg o s ta ła D z iew o n k a w esoła i rum iana. W e so ło
te d y razem w szy sc y m aszerow ali do zam ku ojcow skiego. —
A w zam k u ? T am b y ł czarn y sm utek. O boje k ró lew stw o z żalu
za dziećm i p o p ad li w ciężką zadum ę. W sz y stk o b y ło p o k ry te
żało b ą. O jciec n a rz e k a ł sam na siebie, iż o statn ieg o sy n a z dom u
puścił.
A ż raz donosi m u stra ż zam kow a, iż ja k ie ś ogrom ne w ojsko
idzie w p ro st n a zam ek. Z erw ał się k ró l pom im o p o d esz łe g o w ieku
i p o rw a ł szab lę w rękę, m y ślał bow iem , iż to n a p a d T ata ró w .
N a czele te g o w ojska u jrza ł p ię k n e g o m łodziana, otoczononego
trze m a h e tm a n a m i i trze m a k rólew nam i. P o z n a ł ich od razu.
A ch! ja k biło serce k ró la i królow ej n a w id o k w ra cają cy ch dzieci.
K ró l k a z a ł czem prędzej otw orzyć b ra m y i w puścić w szy stk ich do
śro d k a . Co ta m b y ło radości, te g o n ik t w ypow iedzieć nie zdoła.
P o sutym obiedzie, ja k nie zaczną bić z a rm a t i strzelać n a w iw at !!!
Ja, ja k to zaw sze ciekaw y, ch ciałem i n a to p o p atrzeć, lecz
ja k iś ślep y k a n o n ie r, n iech go tam d u n d e r ś w i ś n i e , m yśląc,
że ja k u la, n a b ił m nie do a rm a ty i w yśtrzelił. — J a ta k leciałem ,
aż tu p rz y le ciałem i opow iadam wam, co się stało.

Ostrów koło Sokala.

Antoni Siewiński.

ftméñ @ Napóteante Í»
C esarzu N apoleonie,
W k tó rej T y p rzeb y w asz stro n ie?
Ze my do ty ch czas nie w iem y,
B y ś oznajm ił, to prosim y.
— Jeśli w y teg o żądacie,
O tóż tę odpow iedź m acie :
N a w yspie, co się nazy w a
Ś w iętą H e le n ą, p rz eb y w a.
W s z a k dusza m a żyw e ciało,
O p o w iedzieć m a nie m ało ;
W o jsk o k ró la a n g ie lsk ie g o
P iln u je m ię ja k o złego.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.