ced13d7648a7062fe0939789d05a0295.pdf

Media

Part of Bajka o dziesięciu braciach / Lud, 1896, t. 2

extracted text
46 m ości, a ja k nie będzie obfitości, to je s t w o d y , to b ęd z ie po r a ­
dości, b o sie sp o lą sto d o (ł)y i zboze k się d z a jegom ości.
— O ! ra ju B o sk ie św ięte ! — zaw o(ł)oł jeg-omoś(ć), a tu
z d achu stodo(ł)y f u —f u—fu! og iń b y ł już n a w iy rch u , i nie pom óg' ra tu n e k , bo sie w szy ćk o do i m e n t u 14) spoli(ł)o.
U p ły n y (ł)o od te g o casu p o re dni, roz, ja k m a tk a teg o
ch(ł)opoka sła k o l e15) p leb an ije, ta k ją ł zaw o(ł)oł do sieb ie jeg o m oś i p ad o do ni ta k : — w aseg o c h o p o k a m ożecie już tero z
o d d ać do sk ó ł, sk o ro sie ta k stra śn ie n a te g o k się d z a n ap iy ro .
M nie sie w idzi, ze jo sie n a nim p rz y eg zam in ie nie poznoł.
N o i o d d ali te g o c h o p o k a n a k siędza, no i dw ie d ziu rk i
w nosie, i sk o ń cy (ł)o sie.

Bajka o dziesięciu braciach ’.
P e w n y g o sp o d a rz m iał dziesięciu synów , z k tó ry c h n a jm ło d ­
szeg o n azw an o w ro d z eń stw ie „ K o z io łk ie m .“ W sz y s c y p o m ag ają c
ojcu, zajm o w ali się p ra c ą g o sp o d a rsk ą . R a z u jed n eg o w czasie
sian o k o su , w y s ła ł ich ojciec n a łą k ę d la iej sk o szen ia i z e b ran ia
siana. S k o sili łą k ę i w y su szy w szy traw ę, złożyli w k o p y , k a ż d y
sk ład ają c po osobno. T a k zrobiło się k o p dziesięć, z k tó ry c h d zie­
siąta, w edle sił K o z io łk a , b y ła najm niejsza. M ieli oni z so b ą k lacz
ojco w sk ą, k tó rą n a n o c p u ścili n a sk o szo n ą łą k ę p o m ięd zy kopy,
ja k się to zw y czajnie czyni b ez szk o d y siana; g d y ż k o n ie m ając
żio lo n ą traw ę, n a su c h ą z g o ła się nie k w ap ią. T u je d n a k n ie p o ­
ję ty m sp o so b em stało się p rzeciw nie. K la c z żarło czn a p rzez noc
zjad ła w szy stk ie dziesięć k o p sia n a z w ielk iem p o d ziw ien iem
i żalem k o sarzy. Cóż b y ło ro b ić? sta ło się ! O jciec niem niej tem z d a ­
rzeniem zd ziw io n y i zrazu n iech c ący w ierzyć, z d a ł się n a św iad ectw o
sw oich d ziesięciu synów , i p rz e s ta ł n a sam em p o ż a ło w a n iu straty .
T y m czasem k lacz p o k a z a ła się zrzeb n ą i po zw y czajnym
p rz e c ią g u czasu, p rz y p ro w a d z iła dziesięcioro zrzeb iąt, z k tó ry c h
d ziesiąte b y ło n ajd ro b n iejsze, a w sz y stk ie b y ły o g ie rk i. H o d o w a ły
14) do szczętu, 15) koło.
‘) Bajka ta została spisaną około 1830 r. w powiecie Poniwieskim
w gub. Kowieńskiej i nadesłaną dla ,,Ludu“ p r z e z p . Jana W itorta. Żeby
zachować jej pierwotny charakter, zatrzymane zostały tak język jakoteż
pisownia oryginału.

-

47 -

się p ięk n ie p o d czujnem okiem g o sp o d a rz a i p rz y p iln y m dozorze
jeg o synów . G dy już w y ro sły ja k należy , ojciec rozdzielił’ ich p o ­
m ięd zy dziesięciu sw oich synów , oddając najm niejszego, ale n ie ­
m niej p ię k n e g o i rześk ieg o K o z io łk o w i, k tó ry ta k ż e n ied o ro sł
b ra c i sw oich, choć już b y ł w la ta c h do ożenienia. Zrobiw szy
ta k i p o d z ia ł m iędzy sy n am i, rz ek ł do n ich ojciec. T e ra z moje
dzieci m a z w as k a ż d y po p ięk n y m koniu; jedźcież so b ie w św iat
i szukajcie żon, nie bierzcie ich z ro żn y ch fam ilij, ale z jed n eg o ro ­
dzeństw a, g d zie znajdziecie dziesięć sió str, ta k iako w as iest dzie­
sięciu ro d zo n y ch braci.
P o słu sz n i sy n o w ie ry c h ło się p rz y g o to w ali do d ro g i i w y ru ­
szyli razem . D łu g o ja d ą c szukali, d o p y ty w a li się dziesięciu sió str
ro d zo n y ch , ale n ik t ich nie u m iał zainform ow ać. N a k o n ie c ja d ą c
s p o ty k a ją k łęb u sze k , k tó ry się k o c ił zostaw uiąc nić po sobie.
Z dziw ieni tą oso b liw ością zatrzy m u ią się b ra c ia i p y taią, czy b y
on nie w ied ział o tak im ro d zeń stw ie, g d z ie b y b y ło dziesięć sió str
ro d zo n y ch ? K łę b u sz e k odpow iada: J e s t tu nied alek o w dow a, k tó ra
m a dziesięć córek. Ja k ż e do niej trafić? z a p y ta li b ra cia. Jedź.cie,
piln u iąc się tej m oiej nici; z jej k o ńcem k oniec w aszej drogi; tam
b o w iem o d k ry ie się przed w am i iedno siele, w k tó re m m ieszka
w d o w a w iedźm a, m ająca dziesięć córek. T o rzek łszy kłębuszek,
p o k o cił się, a oni pojechali i n ieza d łu g o sta n ę li w zaścian k u onej
w d ow y; p rz y ię ła ich uprzejm ie, ja k rów nie potem i ich ośw iaczenie, że ch cą się żenić z iej córkam i. D o w ieczo ra w szystko się
ja k n ajp ięk n ie u ło żyło, t a k ż e p o w i e c z e r z y b r a c i a i s i o ­
stry ja k o n a r z e c z e n i poszli r a z e m s p a ć do o d r y n y
n a s i a n o . P o szedł i K o z io łek , ze sw oją k tó ra się jem u od w y b o ru
sta rsz y c h b ra c i została; ale on sp o strz e g ł, że niem a iego ręk aw ic.
Id zie w ięc szu k ając i podchodzi do sam y ch drzw i w iedźm y. T am
sły szy rozm ow ę i te m ianow icie słow a w yrzeczone do k o goś gdosem w dow y : C z a p k i p o ś c i n a ć a c h u s t k i z o s t a w i ć .
T o coś b a rd zo n ied o b re g o w róży, p o m y ślił sobie K o z io łek .
D o m y ślając się ztąd n iep o ch y b n ej zg'uby d la siebie i d la b raci,
w ra c a najprędzej do o d ry n y , k ład zie się i czeka nim w szyscy
p osną
G d y już c h ra p a n ie n a stą p iło pow szechne, w staie najciszej
i z ko lei czap k i b ra te rs k ie i sw oją k ład zie p rz y g ło w ac h sió str,
ich zaś ch u stk am i p o k ry w a g ło w y b ra te rs k ie i sw oją. P rz e d sa ­
m ym d niem k to ś z k o są przychodzi, ścin a g ło w y w k tó ry c h b żały czapki, a ch u stk am i p o k ry te zostaw uje n ietk n ięte. K o z io łe k
nic nie m ów i i czeka, aż się b ra c ia obudzą.
Ze d niem o cy k a ją się b ra c ia z niezm niejszym strac h em ja k
zd u m ien iem , w idzą n arzec zo n e sw oje we k rw i zbroczone, p o -

- z a ­
rżnięte! N ie w iedząc sam i ja k się to sta ło i lę k a ją c się b ie d y i zem ­
sty, k u lb a c z ą n ajp rędzej ko n i i zm ykają. P o drodze op o w iad a im
K o z io łek , ja k się ta rzecz s ta ła i co .o n dla u ra to w a n ia siebie
i b ra c i uczynił.
B ra c ia n iech c ą tem u w ierzyć, p o sąd z ają iego o zabójstw o,
z p o w o d u niech ęci, że m u siał w ziąść sio strę, k tó ra się jem u od
w y b o ru ich zo stała, i p o w ró ciw szy do dom u sk a rż ą g-о królow i.
K ró l w y słu ch a w szy ż a ł u j ą c y c h i o b źa ło w an eg o , n a dow ód p r a ­
w d y ze stro n y K o z io łk a , k aż e m u p rz y n ie ść tę k o sę, k tó rą on
w idział, że ścięto g ło w y dziesięciu sio stro m . Ja k k o lw ie k rzecz
b y ła tru d n a w ziąść tę k o sę u w ied źm y i K o z io łe k w y m a w ia ł się
z u p e łn ą n iem o żn o ścią : k ró l p rz ecie za g ro ził go śm iercią, jeżeli
n iep rzy n iesie.
W r a c a z p łaczem K o zio łek , idzie do sta jn i i n a los swój n a ­
rzek a. S ły s z ą c i w idząc to je g o k o n ik p y ta : czego płaczesz ?
K o z io łe k o p o w iad a rzecz c a łą i znow u płacze. „Ciszej, rzecze k o ­
nik, uspokoj się!“ — „D o sta n ie m w iedźm inej k o s y .“ K o z io łe k
u cieszo n y p o k a rm ił konia, sam się u b ra ł, siad ł i p o ie c h a ł do za ­
śc ia n k a w iedźm y. G d y już b y li blisko, rzecze kon ik : „ sta ń m y !“
W p o sta c i czło w iek a nie w eźm iesz tej k o sy , nie w puszczą
c ieb ie do c h a ty ; ale oto p rz em ien ię cię w k o ta ; ta k p rz e k s z ta ł­
co n y p rzy b ieżesz do drzw i, zam aw czysz, d rzw i ci otw orzą, i jak o
k o t bez p o d e jrz e n ia w em kniesz się do śro d k a i siądziesz sobie
p rz y kosie, k tó ra leży n a ła w ie p rz y o tw a rte m ok n ie, gdzie też
i W iedźm a siedzi. O n a cię p o g ła d z i i p o y d zie zaraz do k o m o ry po
m ięsa k a w a łe k d la ciebie. W te n m o m en t ch w y taj za k o sę i d ra paj p rzez o k n o ; a ja ty m czasem n a cieb ie czekając, tu się p o paszę. “
S ta ło się ta k i nim się k o ń co k o lw iek posilił, już k o t p rz y ­
b ie g ł z k o s ą do n ieg o . J a k zaś ła tw o z człow ieka n a k o ta , ta k
i z k o ta n a cz ło w ie k a p rz e w ie rz g n ą ł się K o z io łe k . D o sia d a w ięc
swojeg'0 ru m a k a i w k ró tce, p ęd z ąc czw ałem , p o w ra c a do dom u.
P rz e d sta w u ją c k o sę k ro lo w i u d o w o d n ił w p ra w d z ie sw oją n ie ­
w inność, a le nie ro z b ro ił g n iew u b raci. N ie m o g ąc już nic p o ra d zić
jem u — z p u n k tu zarzu c o n eg o zab ó jstw a, przez n iech ę ć czy za­
zd ro ść p o w iad a ją krolow i, że n ib y się K o z io łe k p rz ech w a lał, iż
fraszk a ta k o sa, ale że on m ó g łb y d o s ta ć od w iedźm y dw oje cu ­
dnej p ięk n o ści g o łą b k ó w . W ła ś n ie ta k ic h g o łęb i p o trz e b a b y ło
k ro lo w i. W o ła w ięc K o z io łk a i p o d k a r ą śm ierci każe m u p rz y ­
n ieść tę p a rą g o łęb i. P ró żn o K o z io łe k w y p ie ra się, że te g o n ig d y
n ie m ów ił, i że n a w e t nie w ie czy są u w iedźm y g o łęb ie ja k ie ?
N ic to nie p o m o g ło : Ś m ie rć ! lub g o łęb ie !

— 49 —
Jd zie więc płacząc znow u do sw ego k o n ik a. T e n d o w ie­
d ziaw szy się o p rzy czy n ie łez ieg o ; u sp o k aja go, k aż e siebie sio ­
dłać, i zaraz z nim się puszcza do w iedźm inego zaścianku. B ę­
dąc ju ż n ied alek o , zatrzy m u je się, p rz em ien ia K o z io łk a w ja s trz ę ­
b ia i p o w ia d a : „-oto w te n m om ent w iedźm a ze sw ojem i g o łę ­
b iam i siedzi p rz y studni, o b ró c o n a do b ra m y . O bleć n a około
i z d ach u n a g le spuszczając się n a g o łę b ie siedzące w parze, porwij szp onam i za sk rz y d ła i spiesz do m n ie .“ K o z io łek słow o
w słow o ta k czyniąc, sch w y cił g o łę b ie i m im o p rz era źliw y k rz y k
w iedźm y u n ió sł je n a m iejsce stan o w isk a, zkąd*natychm iast w p o ­
s ta c i już cz ło w iek a w skoczył n a ko n ia i d ra p n ą ł w nogi.
P rzybjw vszy do domu, zaraz p o n io sł je do króla. U ra d o w a n y
tem m o n arc h a serdecznie dziękow ał K o zio łk o w i i o b d a rz y ł go
piniędzm i. Z czego niezm iernie ucieszony K o zio łek , że się i b ied y
p o z b y ł i p in ięd zy od k ró la d ostał, sk acząc w ró cił do chaty, k o ­
n ik a p o g ład ził, o b ro k u za sy p ał i sam posiliw szy się po szed ł spać.
T y m czasem k ie d y k ró l p rz y p a tru je się gołębiom , p ieści się z n ie ­
m i i b aw i tę sk n y c h do rodzinnej strz e c h y : ied en ta k p rzem aw ia
do k ró la: „N ajjaśn iejszy P tm ie ! ja k a ż ci ztąd chluba, że p osiadasz
n as p a rę g o łę b i o k u rzo n y ch dym em w iejskiej strzechy; nie dla
k ro lo w rod nasz stw orzony, ale dla p ra c o w ity c h km iotków ; z niem i
n a s p rzy iaźń łącz y i p o trze b a. Oni w nas w idzą sw e szczęście,
p rz y n ich m y szczęśliw i, bo sy ci i bezpieczni. L ecz je s t p ta k o!
k ró lu g o d n y C iebie i tw eg o p a ła c u , p ta k rajsk i, n ajp ięk n iejszy
w św iecie, k tó ry w dzięczne sw e p ien ia rozw odzi p o d niebem ,
w k la tc e szczerozłotej, sadzonej diam entam i, i zaw ieszonej aż
w sam y m śro d k u niebieUdeg-o sk lep ien ia. W id zia łe m g o nieraz
choć zd alek a, w zlatując za obło k i i słu ch ałem p ien i iego z a c h w y ­
cających.
K ró l ró w n ie zdziw iony m ow ą g o łęb ia, ja k i trześcią iej z a ­
jęty , wrp a d ł w zadum ienie i m ilczał, a g o łą b ta k dalej m ów ił.
„N ie frasuj się k ró lu, ja k te g o p ta k a dostać; te n co nas d o staw ił
tobie, w sta n ie je s t ci p ta k a i k la tk ę p rz y n ie ść .“
S ły sz ąc to król, zry w a się z m iejsca, w o ła p o kojow ca i każe
n a ty c h m ia st p rzy p ro w ad zić K o z io łk a . P o ry w a ją go se snu i w iodą
do k ró la. „S łu ch aj, rzecze k ró l do niego, k ró tk i moj rozkaz: w iesz
tę z ło tą k la tk ę z p ta k ie m rajskim , zaw ieszoną p o d sam y m ś ro d ­
kiem n ieb a, idź i p rzy n ieś mi ją albo u m ie ra j.“ P o ta k im z a g ro ­
żeniu cóż m iał ro b ić K o z io łe k ? p o sze d ł znow u p łacząc do sw eg o
k o n ik a.
T em u g d y p o w ied z ia ł o sw ojém nieszczęściu, rzecze m u koń:
„to rzecz n ie ta k ła tw a i d ro g a dalek a. Jdź do k ró la, pow iedź to
4

je m u i p ro ś, żeb y ci k a z a ł w y d a ć znaczną sum ę p ie n ię d z y n a
d ro g ę .“ T o g d y się sta ło i k ró l p ien ięd z y nie żałow ał, schow aw szy
p o ło w ę n a zap as, z p o ło w ą w y ru sz y ł K o z io łek w d ro g ę za in ­
sty n k te m sw o ieg o k o n ia. D łu g o i ro z m a ite m i szlak am i o d b y w ając
p o d ró ż, n a k o n ie c p rz y b y w a ją do w ielk ieg o lasu, za ro słeg o w iecznem i drzew am i, a ta k p ię k n ie i czysto u trz y m a n e g o , że w nim
n ie ty lk o ża d n eg o ło m u i zaw ału, ale i suchej g a łą z k i nie w idać
b y ło . D o jec h aw szy do sam eg o śro d k a tej puszczy, za trzy m u ie się
k o n i p o w iad a do K o z io łk a, „Otoż tu je s t śro d e k n ieb a; n a d ty m
p u n k te m w isi zło ta k la tk a , a w niej ie s t p ta k rajski. W eźm ij, K o ­
zio łk u , p o sta ć o rła, bo in n y p ta k k la tk i tej n ie się g n ie ; w znos
się p ro s to w g ó rę p a trz ą c w niebo; a gdy już pod sam ą k la tk ę
dolecisz, d o tk n ij ią sk rz y d łe m i zaraz się spuszczaj, ona tu ż p ó j­
dzie za to b ą; miej ty lk o p iln e b ac zen ie n a to, żeb y ś spuszczając
się do lasu, nie g a b n ą ł o d rz ew o ; inaczej sieb ie i m nie zg u b isz .“
S zczęściem w szystko się o d b y ło ja k n ajlep iej i k la tk a b y ła
już n a ziem i, w rę k u K o z io łk a . Po m ały m o d p o czy n k u sp ieszą nap o w ró t do dom u. J a k dłu g o tam i n az ad c ią g n ę ła się podróż, n ie ­
w iad o m o ; ale to ty lk o pew no, że nie dośw iadczyw szy ża d n eg o w y ­
p ad k u , K o z io łe k p rz y b y ł p ro sto do p a ła c u k ró la i tam tęsk liw ie
czek ającem u o d d ał k la tk ę i p ta k a . N ie n ależ y w ątpić, że m o n arc h a
nad zw y czaj u ra d o w a n y m u sia ł g o sow icie w y n a g ro d zić.
Z ro b iw szy ta k ą p rz y s łu g ę k ro lo w i, sąd ził K o zio łek , że już
b ęd z ie sp o k o jn y ; począł w ięc m y śleć o za p ro w ad zen iu w łasn eg o
g o s p o d a rstw a . P o d c z a s k ie d y on ta k m yśli i b a w i się przyszłem
sw oiem szczęściem p o d strz e c h ą w iejskiej zagTody : p ta k ra jsk i
śró d ła s k a ń i p ieszczo t k ró le w sk ic h i ca łe g o dw oru, ta k się do
k ró la o d z y w a : „N ajjaśniejszy P a n ie ! w szy scy m ię tu po d ziw iają
i ty sam k ró lu unosisz się n a d b a rw ą m oich p io r i w dziękiem
m eg o g ło su i n azy w asz m ię najdroższym k lejn o tem sw oim ; a cożby
b y ło , g d y b y ś w idział i p o sia d a ł ow ą cu d n ą dziew icę, n a k tó rej
ło n ie jam się h o d o w a ł i u czy ł się śp iew a ć nim m ię w zięto do zło ­
tej k la tk i. D a le k o p o śro d w od O cean u m ieszk a o n a ; tam n a fa ­
lach m o rsk ich ro z ta cza o n a sw oje w dzięki, ig ra z ry b k a m i i g ło ­
sem sw y m łag odzi, czaruje w szystko, co się do niej zbliża. O h!
K ró lu ! co za d ziew ica, w a rta b y ć żoną n ajp ierw szeg o z k ro lo w “.
Z ap a lo n y tak im opisem n im fy m orskiej, k ro i naty ch m iast
k a ż e w ołać K o z io łk a nie w ą tp iąc , że teiì, co k la tk ę złotą śc ią g n ą ł
z p u d sa m e g o n ieb a, p o trafi d o stać się n a śro d e k O ceanu i zdo­
b y ć dziew icę. B ie d n y K o z io łek , p o śro d n ajsło d szy ch m arzeń sw o ­
ich p o rw a n y od dw orzan, sta w ić się m u siał u k ró la i p o p ro z b a c h
i g ro ź b a c h zająć się m y ślą o m orskiej dziew icy. J a k k o lw ie k b a r ­

- 51 —
dzo m a rk o tn y ale nie rozpaczony, idzie do sw ojego k o n ik a i n ow ą
b ie d ę m u p rz ek ład a.
K o ń go pociesza, każe iść do k ró la, i n a w ielkie p rz ed się­
w zięcie w ielk ich p ro sić pien ięd zy , w czem ze s tro n y k ró la n a j­
m niejszej nie b y ło tru d n o ści. Za część ty c h p ien ięd z y z p o ra d y
k o n ia, zak u p u je K o z io łe k m nóstw o ro zm ajty ch b ły s k o te k n ależ ą­
cy ch do stro ju k o b iece g o , u k ła d a je do szafy u m y śln ie n a to sp o ­
rządzonej i zam y ka. T o g d y się stało, b ierze tę szafę z so b ą r a ­
zem n a k o ń i puszcza się w drogę. T a k w szy stk o dziw ny k o ń
je g o rozp o rząd ził.
Co się im po drodze zdarzyło, m ilczy o tem h is to ry a ; w ia­
dom o ty lk o , że p rz y b y li n a b rz e g O ceanu, w tem w łaśn ie m iejscu,
g dzie m o rsk a dziew ica z w y k ła najczęściej p o k az y w ać się. „T u —
rz e k ł k o ń do K o z io łk a — w k ró tc e zjaw i się dziew ica, p o staw
tw o ją szafę, ułóż w niej ia k należy b ły s k o tk i i n ieza m y k ając
drzw iczek, czekaj aż się nim fa objaw i. O n a ciekaw a, zbliży się
i z a p y ta , k to je ste ś i co m asz w tej szafie? P ow iedz, że jesteś
k u p iec, i m asz do p rz e d a n ia ozdoby niew ieście. To rzek łszy , p o ­
k ło n sie iej n izk o i p ro s ją, a b y w stą p ić do k ra m u i w y b ra ć so­
bie ra c z y ła . D z ie w ica p o k w a p i się na te św iec id e łk a i w ejdzie
do szafy d la w y b ra n ia ; ty ty m czasem drzw iczki zatrzaśnij i zam ­
knij n a zam ek. W te d y już dziew ica n a s z a “.
D ziew ica p o k a z a ła się ; K o z io łek co. nie o słu p iał p a trz ą c n a iej
sp an iało ść i w d z ię k i, n a iej p ięk n e w łosy, k tó re w ie trz y k ro z w ie­
w ał, a tęcza złocąc je zb ierała. J a k k o ń p rzepow iedział, ta k się
stało . S lic z n o ta m o rsk a z a in te re so w a ła się k ra n ik ie m k o z io łk a
i g rzeczn ie zap ro szo n a don w eszła. C h y try k u p c z y k drzw iczki
z a trz a sn ą ł, za m k n ął, z k ra n ik ie m co ry c h le j n a konia. T a k z m i­
ły m ciężarem , p rę d k o czy pow oli, d obił się n a k o n iec do dom u.
M ów ią, że b ard zo n iech ę tn ie i z żalem o d d ał K o z io łek dziewicę,
k rolow i, k tó ry ją p rz y ią ł z najw iększą ra d o ścią i tryum fem .
A le p ró żn o ją b a w ił i w y m y ślał najw eselsze ro z ry w k i; d zie­
w ica b y ła sm u tn ą i nie śpiew ała, ch o ć gdos iej m iał b y d z ta k
czarujący. P y ta ią k ro i n ak o n iec , dlaczeg o o n a ta k sm u tn a ? co
iej b ra k u je ? N a to d ziew ica: „N ie obaczysz K ró lu n ig d y mię
w e so łą i g ło su m ego nie usłyszysz, jeże li nie k ażesz mi p rz y n ie ść
gojącej i ożyw iającej w o d y “. A k ie d y kro i z a p y ta , g d zieb y d o stać
ta k ie y w o d y ? O d rzek ła dziew ica : „T en zdrajca, co m ó g ł m nie sam ą
dostać, p o s ta ra się i te y w o d y .“ „ W o ła ć mi n a ty c h m ia st K o z io łk a !“
k rz y k n ą ł w ład ca, o b ra cając się do sw oiej służby. O n g d y się
staw ił, rzek ł k ró l do n ie g o : „W ody gojącej i ożyw iającej m asz
się p o sta ra ć , ja k m ożna n a jp rę d z e j“; a g d y K o z io łe k w am b a ra sie

-

52 -

g ło w ę p o sk ro b a ł, d o d ał m o n a rc h a : „niem asz w ym ów ki, k to u m iał
zd o b y ć dziew icę, zd obędzie i w o d ę“.
A w ięc, nie k rz y w ią c się już dalej, w nadziej n a sw eg o k o ­
nia, p o sze d ł K o z io łe k i przełożył jem u no w y roskaz k ró la .
„ W ie sz co K o z io łk u — odezw ał się k o n — to m oże mię życie
k o szto w ać, jeżeli sie( nie uda. Idz w szakże do k ró la i p ro ś na
d ro g ę p ien ięd zy . P o d ró ż tru d n a i d a le k a “. N ie chodziło k ró lo w i
0 pien iąd ze, b y le ty lk o żą d an a w o d a b y ła. W y liczo n o n a ty c h m ia s t
sum m ę p o trz e b n ą i K o z io łe k w ziąw szy część pieniędzy, o d p ra w ił
się w d ro g ę. P rz e z lasy , step y , g o ry , w ąw o zy i rz ek i, p rz e b ie ra ­
ją c się d łu g o i z tru d em , ale b ez p rz y p a d k u , w chodzą n a k o n ie c do
w ielk ieg o lasu m iędzy sk a ły i p rzep aście, g d zie m n ó stw o k ru k ó w s ie ­
działo n a d rzew ach , sk ałac h , lub k ra c z ą c snuło się tu i ow dzie
w p o w ietrzu . R z e k ł kon do K o z io łk a : „T u n a iednej n ied o stęp n ej
sk ale iest n am p o trz e b n a w oda, k ru c y o niej ty lk o w iedzą i m ają
tam p rz y stę p . W e z i zabij m nie ; w y d o b ąd z m oje w n ę trz n o śc i
1 sch o w aj, z a k ry i ta k , żeby się k ru k i nie d o rw ą ły i nie p o żarły .
P o te m w lez do mojeg-o b rz u c h a i z a k ry i się, p rz y le c ą k ru c y ,
i sąd ząc że p ad ło , spuszczą się n a m nie. W te d y ch w y c dw óch
k ru k ó w i trzym aj m ocno. Z g ro m ad zo n e k ru k i p o czn ą cię prosić,
a ż e b y ś u w o ln ił ich s p ó łb ra c i. P ow iedzże im w ted y , że nie p u sc 'sz
in aczej, aż ch y b a p rz y n io są ci gojącej i żyw iącej w ody. K ie d y
w ięc w dw óch n ac zy n iach b iałem i n ieb iesk iem w ody ci p rz y n io są ,
pu ścisz n a w o lą p ta k ó w , a sam w y d o b y w sz y w n ę trz n o śc i m oje
ze sc h ro n ie n ia , w łożysz mi do b rzu ch a, polejesz n a p rz ó d w odą
z b ia łe g o n ac zy n ia, to się w szy stk o zgoj, a po tem z n ie b ie sk ie g o
i w n e t ja ożyję“.
N ie bez żalu i w z d ry g n ie n ia za b ił k o n ia sw eg o K o z io łe k ;
dalej sp e łn ił w szy stk o p o d łu g danej so b ie in stru k c y i. U d a ło się
szczęśliw ie; k ru k i w dw óch n a c z y n ia c h w ody p rz y n io sły , za p o ­
m o cą k tó re j k o n ia do ży c ia p rz y w ró ciw szy , z w o d ą ru sz y ł napo"wrot. N ie ta k zap ew n o p rę d k o , ja k się to m owi, s ta w a n a k o n ie c
p rz ed k ró lem i o d d aje w rę ce je g o o b a n ac zy n ia z w odą. A n i
w ą tp ić, że k ró l m u za to m ocno dziękow ał, i o d d a ł sam n ac zy n ia
te dziew icy.
T y le zro b iw szy p rz y słu g i, ty le p o n ió słsz y tru d ó w K o z io łek ,
zdaje się, że m ó g ł już sp o k o jn ie zająć się sw ojćm szczęściem .
L ecz p rzezn aczen iu ieg o inaczej się zdało. N a jtru d n ie jsz a p ro b a
b y ła jeszcze p rz e d nim . O k ró tn a d ziew ic a p o s ta n o w iła n a sam ym że
K o z io łk u d o św iad czy ć sk u tk ó w iednej i d ru g iej w ody. P ro w a d z ą
b ie d a k a n a rzek ę. T am n a b rz e g u rą b ie g o dziew ica n a d ro b n e
k a w a łk i; sam a je p rz e m y w a w w odzie, p o te m sk ła d a ja k b y ł y ;

-

53 —

i do p iero n ap rzó d p o b iła w odą g o ją c ą i w szy stk o się zrosło
i zg oiło, dalej w o d ą o ży w ia ją cą i w n e t p o w s ta ł m łodzieniec, d a ­
lek o p ięk n iejszy niżeli b y ł p rz ed tem . K ró l z dw orem swojm ,
św ia d e k tej o p eracy i, w idząc ta k k o rz y s tn ą o d m ian ę n a K o zio łk u ,
i ja k o już dość w la ta podeszły, bardziej p o trz e b u ją c y tak iej o d ­
m ian y i odśw ieżenia, prosi, z a k lin a dziew icą, żeb y z nim toż
sam o zro b iła, co z K oziołkiem . C hętnie zg a d za się dziew ica,
siek a n a k a w a łk i kró la, p rz em y w a członki iego w rzece i sk ła d a .
G dy tem b y ła zaięta, n ac zy n ia z w odą cudow ną sta ły n a stronie.
Ju ż m iała p o lać z kolej, żeby zgojć i ożyw ić k ró la ; nieszczęście!
p rz y la tu ją n a g le dw a k ru k i, p o ry w a ją oba n ac zy n ia z w odą i u n o ­
szą. D w o r i lu d z e b ra n y niezm iern ie się tem p rzeraził, ale w idząc
w tem p a le c B oży, obw ołuje dziew icę sw oją k ró lo w ą ; ta zaręcza
so b ie K o z io łk a n a m ęża: o d b y w a się n ap rzó d sp a n ia ły pogTzeb,
p o te m św ietn e w esele, n a k t ó r e m w s z y s t k i e g o b y ł o h u ­
k i e m i j a d ł a i n a p o j u , t a k że g o ś c i o m aż p r z e z b r o d ę
c iek ło , ale w g ę b i e n ie było.
N btand um : T a k się k o n kludują w szystkie powieści gm inne L itew skie,
z te m jeszcze, że opowiadający koniecznie j e s t z liczbj7 gości; co t u prze­
puszczono je d y n ie z powodu cholery. S tra ch być na balu, żeby się nie ob­
j e ś ć ; w mysli n aw e t nie chcę zgrzeszyć obżarstwem. — Oj! ta cholera;
praw i nam o wstrzemięźliwości lepiej sto razy, j a k ojciec Maciej w Irlandyi.

Podanie o skale.
W pobliżu B uczacza, w stro n ie północnej od m iasta, leży
n iew ielk a w io sk a R u k o m y sz , przez k tó rą p rz e p ły w a rz e k a S try p a .
T u ż n ad rz e k ą sto i cerkiew , p o św ięco n a św. O nufrem u, z w ielkim
w dzień te g o św ię te g o odpustem , k tó ry daw niej śc ią g a ł m asy n a ­
rodu, a n a k tó r y i teraz jeszcze znaczna liczb a pobożnych z bliższych
i dalszy ch stro n w ty m dniu u ro c z y sty m się schodzi. Z araz za
ce rk w ią w znosi się o g ro m n a sk a ła , której długość w y n o si około
50, a w y so k o ść około 12 sążni. F o rm a c y ę tej sk a ły stanow i naciek o w iec p o w sta ją c y z rozczynu w a p n a i g lin y ; je s t d ziu rk o w aty
ale p rz y d a tn y do budow y. O d czasu do czasu o d ry w a ją się od
s k a ły m niejsze lub w iększe b ry ły i z h u k iem toczą się n a d ó ł;
często m ożna na n ich zauw ażyć o d cisk i liści, gałęzi, a n a w e t k o ­
n aró w z drzew , k tó re g e o lo g m ó g łb y nazw ać po im ieniu.
W sk ale znajduje się znaczn a liczb a w iększych i m niejszych
p ieczar, p o łączo n y ch ze sobą o tw o ra m i i chodnikam i, przez co

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.