deb6c00e13b84baf3df43cc30fe038bd.pdf

Media

Part of Zbiory materyałów etnograficznych, cz. 5 / Lud, 1896, t.2

extracted text
1415.

264 —

Z a o g r o d z i e j. w. D . Ip. і.
Z d z i a r s k ó w k a , „bo n a tem g r o n d e sied zia ł p rz e d
k iem ś la c h d c , n a z y w a ł sie Z d z i a r s k i “ .

w ie ­

Zwyczaj »ykupyraia p in y młodej na r e o la c ld
K ie d y m b y ła jeszcze m ała, a to tem u z la t 40, p a m ię ta m
ja k w B ru sa c h n a w ielu w e so ła ch po w iec zerzy ok o ło 10-tej godz.
w ieczo rem n a stę p o w a ły czepiny, a po n ich w y k u p o w a n ie p a n n y
m łodej. Po. w y staw ie n iu za w ad z ający c h .słołów z izby, ro zp o częły
się p rz y o d g ło sie m u zy k i sław nej k ap e li G łąb sk ich lu b F lu d y n ó w ,
p o d k o m e n d ą starsz eg o drużby, ta ń c e p a n n y m łodej z k a ż d ą dziew ­
czyną. a n a s tę p n ie z k ażd y m ch ło p ak ie m , rozum ie się ty lk o raz
do k o ła, poczem k a ż d y z za szczy co n y ch k ła d ł n a talerz p rz ed
starszy m d ru żb ą ofiarę 1 —3 „z ło ty c h “ (m arek), p rzy czem nie o m ie­
s z k a ł sta rsz y d ru ż b a p rz y b o g a tsz y m d arze ta k g ło śn o oznajm ić
n. p. „a to o b ficie“, „a to w ie le “.
P o p rz e ta ń c z e n iu z m łodzieżą z a p ro w a d z iły p a n n y m łode
p a n n ę m ło d ą n a krzesło śró d izby, a k ie d y s ta rsz a „p rzy d o n k a"
(d ru ch n a) zdejm ow ała jej w ian e cze k z g ło w y , ś p ie w a ły pieśń n a ­
stęp u jącą, k tó rej je d n a z w ro tk a p a n n ę m ło d ą żałuje, a d ru g a ją
p o ciesza :
Aneczko już cig tracim y,
Ju tro cię panią ujrzymy,
Zblednie twój kolor rum ianny,
Zwiędnie twój wianek różanny.
Nie uważaj miłe dziewczę, lepszy chłopak świeży,
Niźli kw iatek w pustem polu, co odłogiem leży ;
I wianeczek kiedy zwiędnie nic nie będzie znaczyć,
A wy co go żałujecie, radebyście stracić.

‘) U m ieszczając w „L udzie“ niniejszy artykulik ks. G ołębiewskiego,
wydrukowany w G azecie G rudziądzkiej z dnia 6 lutego 1896 r., chcieli­
byśmy przez to zwrócić uwagę Czytelników „L u d u “ na ten zwyczaj, który
według słów autora, czerpiącego wiadomości swe od starej panny, już z a ­
ginął w tam tych stronach na K aszubach. — Zwracamy się więc z p ro śb ą
do Czytelników naszych, ażeby donieśli nam, czy i gdzie podobny zwyczaj
wykupywania panny młodej na weselu istnieje, przyczem prosim y o d o k ła­
dny opis tego zwyczaju, jakoteż wszystkich obrzędów, niemniej i pieśni,
przywiązanych do tego zwyczaju.
Bedakcya.

- 265 D otąd nie znałaś zgryzoty,
T eraz poznasz, co kłopoty,
Nie będziesz więcej tańcować,
Bo musisz na chleb pracować.
A wy panny, choć w panieństwie, swoje troski macie,
A w małżeństwie są rozkosze, których wy nie znaci«.
W szakże każdy człek co żyje, stworzony do pracy,
A ci, co nam chleb zjadają, są istni próżniacy.
Już mamulę twą straciłaś,
I do obcych się wybrałaś,
Nie ujrzysz swojej rodziny,
Gdzie żyłaś słodkie godziny.
Już żabeczka od kamykiem, łabędź wedle wody
I skowronek w chłodnym gaju używa swobody,
A ty dziewczę w domu męża znajdziesz swoje mienie,
Bo tak, Anko, przykazało m ądre przyrodzenie.
Gdy nastanie kłopot m atki
Obsiędą cię twoje dziatki,
W tenczas będziesz narzekała,
Iżeś panną nie została.
Chmiel się krzewi, jabłoń rodzi i gnieżdżą się ptaki,
By się wszystko nie mnożyło, nie byłby świat taki.
Nikczemne są takie panny, po świecie czołgają,
Co się same jedne włóczą, a mężów nie znają

P o d k o n iec tej p io sen k i jedna z k o b iet o b ecn y ch puzybyła
z czep k iem i k ła d ła go najczęściej przy cichym płaczu m łodej
p a n n y jej n a g łow ę. S k o ro zaś p io sen k a u stała, p rz y la ty w a ły
w szy stk ie k o b ie ty z rad o ścią do niej, a b iorąc za rę k ę , o b ch o ­
dziły z n ią po izbie, w ykrzykując, „hola, teraz już n a sz a !“ przyczem d ziew czyny n ib y z żalem u stę p o w a ły
N a stę p n ie b ra ła p a n n a m łoda, podobnież ja k przedtem z m ło ­
dzieżą, k aż d eg o „c h ło p a“ i k o b ietę do tańca, przyczem znow u od­
b y w a ły się d a ry n a talerz, z k tó ry c h op łaco n o g łó w n ie m uzy­
k an tó w .
N a o sta te k zo stał do ta ń c a jeszcze p a n m łody. N im zaś sw ą
żonkę w y p ro w ad ził, zjaw ił się zw ykle w e drzw iach znany A n te k
R z e p iń sk i, p rz e b ra n y za żyda z m iechem n ib y pieniędzy (a b y ły
to łań cu szk i) n a plecach, p y ta ją c s ię : M acie co do h an d lu ? J a
sliszol, że tu m łode b y d le do sp rzed an ia, h e? N a te słow a p o ­
w s ta ł w ielki h a ła s : „A ty żydzie p rz ek lęty , a za drzw i z to b ą “,

-

266 —

i zaczęto go sztu rk ać, przy czem żyd s k o m la ł: aj waj, a z g ro m a ­
dzeni w o łali d a le j: „tu n ie stajnia, tu n iem a b y d ła , ale je s t m łoda
p a n n a do s p rz e d a n ia “. N a co ży d : ny, tem lepiej, ja h an d lu ję
w szy stk o i m łodą p a n n ę kupię, gdzie o n a ? W y p ro w a d z iła ją te d y
je d n a z sta rsz y c h w y szc zek a n y ch k o b iet, zw y k le cośm y ją zw ali
k ra m a rk ą i zaczęła p a n n ę m łodą w ychw alać, ja k a zdrow a, silna,
p ięk n a. Żyd zaś po ży d o w sk u się ta rg o w a ł: „ny, o n a m a k rz y w e
nogi, n iem a zębów , ja s t k rz y w a “, poczem k ra m a rk a ją po izbie
p rz ep ro w a d zają c, je g o w yw ody p rz y o g ó ln y m śm iech u dow cipnie
zb ijała. N a k o ń cu p o d a ł żyd cenę 50 talaró w , za co n ieo m al nie
zo sta ł za d rzw i w y rzucony, p o p ra w ia ł te d y o 20, 30 ta la ró w itd.,
a m ło d y p a n d aw ał zaw sze jeszcze w ięcej. P o dłuższem tak iem
ta rg o w a n iu , w k tó re m i in n i u d z ia ł b ra li, rz u c ił n areszcie w g n ie ­
w ie żyd c a ły swój w o re k z w ielkim ło sk o te m n a ziem ię, w ołając :
„no, daję w szy stk ie sw oje p ien iąd z e co m am w m ie c h u : 200 t a l a ­
rów , ale d o p ra w d y , o n a ty le nie w a r t a “. P o cze m m łody p a n d a ł
jeszcze 20 ta la ró w w ięcej, a żyd z w ielkim h a ła se m i k rz y k ie m
zo stał w y rz u co n y za drzw i. T eraz do p iero p u ści się m łody p a n
z żon k ą w tan iec, a rzu cając su tą su m k ę n a talerz z a w o ła ł; ,,oto
pien iąd ze, k tó re daję za żonę“, i o d tą d n ik t m u jej w ięcej nie
w z b ran iał.
N im od czep in ek w e se ln ic y sie udali znow u do k arczm y , bo
tam z w y k le ta ń c e się o d b y w a ły , zostali jeszcze od p a ń s tw a m ło ­
d eg o u ra cze n i — k a w ałecz k am i sera. N ie w iem , co b y to znaczyło ?
D zisiaj w B ru sach, chociaż czepiny się jeszcze o d b y w a ją , już
nie m a w y k u p ie n ia m łodej p an n y , bo ja k z żalem po w tarzają,
n iem a już A n tk a R z e p iń sk ie g o .
D o d aję jeszcze i to, że w ten czas w dzień p o p rz e d n i w esela
(t. n. o g ra b in y ) schodzili się do dom u w eseln eg o sąsiedzi, p rz y ­
nosząc p o ży teczn iejsze od dzisiejszych p o d a rk i t. j. k u ry , jaja,
m asło, k ie łb a sy , p oczem k ró c iu c h n o tań co w an o jeszcze.

Bajka o dwudziestu ozterecŁ zbójacłu
(Z o k o l i c L w o w a ) .

Ż ył raz b a rd zo b o g a ty k u p iec. M iał on k ilk a sk lep ó w , a w e
w szy stk ich b y ły ró ż n o ra k ie to w ary . W jed n y m sk lep ie m iał ż e ­
lazo, w in n y m m atery e, a jeszcze w in n y m c u k ry i korzenie.
W szęd zie m iał p o m o cn ik ó w i w ie rn y c h ludzi, ci p o m ag ali m u we
w szy stk iem i sp rz ed aw a li to w ary . A le w n ajb o g atsz y m sk lep ie

— 267 —
b y ło sam e złoto, ja k p ierśc ie n ie z kam ieniam i, kulczyki, ła ń c u s z k i
i z e g a rk i. W sk lep ie tym siedział sam k u p iec i w łasnoręcznie
w szy stk o sp rz ed aw a ł. N ikogo to nie dziw iło, bo k a ż d y w iedział,
że łatw iej u k ra ść p ierścio n ek , niż sztabę żelaza, a przecież złoto
sto razy więcej kosztuje niż żelazo.
M iał je d n a k ten k u p iec żonę i có rk ę jedy n aczk ę, im ienia Ju lusia. O tóż nieraz, g d y k u p iec po szed ł inne sk lep y oglądać, p o ­
zw alał żonie i córce to w ary sprzedaw ać. W k ró tc e có rk a p rz y szła
do tak iej w p ra w y , że sp rz ed aw a ła ta k ja k ojciec, a n aw et b y ł
w iększy o d b y t niż daw niej, bo w ielu paniczów chcąc poznać p ię ­
k n ą p a n n ę , um y śln ie przychodzili k u p o w ać złote tow ary.
Je d n a k ż e trz e b a b y ło b y ć nadzw yczaj ostrożnym , bo czasem
p rz y b y w a li i złodzieje p rz e b ra n i za panów , co m ogli coś ukraść.
H o ! ho ! ale nie ta k to łatw o im przychodziło, bo p an n a Ju lu sia
p a trz a ła się do b rze n a ręce i oczy k aż d eg o tak ieg o gościa. A s t r a ­
szne to b y ły czasy, bo nied alek o m iasta n a górze m ieli p rz esia­
dy w ać rab u sie, aż dw udziestu czterech, m ieli sw ego herszta, ja ­
k ie g o ś stra sz n e g o i n ied o b re g o rabusia. N iejednego on już o b ra ­
b o w a ł i nikom u życia nie d aro w ał, kto w p ad ł w jego rę c e .R a z p rzyszło do sklepu dw óch b ro d a ty c h panów i kazali
so b ie p o k az ać zło te to w ary , oczy ich la ta ły jak u lisa, a czasem
zaśw ieciły p o n u ro ja k u w ilka. Ju lu sia p o m y ślała sobie, że to
p ew n o rab u sie i dobrze im się p rz y g lą d a ła . Jed e n z n ich k u p o ­
w a ł to w ary , lecz nic mu się nie p o d o b ało , a d ru g i zaczął o g lą ­
dać żelazne drzw i i k ra ty u okna. P a n n a nie sp u szczała go z oka,
za u w ażał to złodziej i m ów i: „Jak ie też to u was m ocne zam ki
i z a su w y “. „A t a k “ — mówi p a n n a — „ ta k i sklep, ja k nasz,
m usi b y ć n ie p rz y stę p n y i m o cn y “ . Złodzieje pokręcili głow am i,
nic nie k u p ili i poszli.
G dy p rz y sz e d ł ojciec, có rk a nie w spom n iała mu o tera ani
słow a, ale w n o cy u siad ła sobie w oknie osadzonem tuż n ad sk le ­
p em i c a łą nie zm rużyła pow iek, tylko pilnow ała. A le nic nie
b y ło do w idzenia. D ru g ie g o d nia b y ła bardzo zm ęczona i blada,
m a tk a w ięc m y ślała, że có rk a cho^a i pozw oliła jej sp ać cały
dzień. W nocy znów Ju lcią siedziała na oknie, ale nikogo nie b y ło .
P rze sp aw szy się w dzień, trze cią noc już pilnow ała. L am p y p o g asili,
m iesiąca nie b y ło n a niebie, noc b y ła pochm urna, a ta k ciem no
b y ło, że choć oko w ykol. A liści około pó łn o cy u sły szała czyjeś k ro k i,
ja k b y się k to ś sk ra d ał. N a tę ż y ła ucho i słucha, by ło ich dwóch.
„ T u ? “ — „ T u “ — u sły szała. „H a, no do r o b o ty “, rz ek ł jed en i zaczęli
ry sk a la m i p o d k o p y w a ć k am ien n y p ró g pod schodam i. P a n n a ted y
zdjęła z k o łk a o stry ojcow ski p ałasz i cich u tk o z b ieg ła po scho-

— 268 —
d ach n a dół. S ta n ę ła so b ie n ied ale k o drzw i i czeka. R a b u s ie
ty m czasem o d w alili p ró g i w y k o p a li jam ę p o d drzw iam i. Je d e n
z n ich m ó w i: „ J a p ójdę p ierw szy i b ęd ę ci p o d a w a ł złoto, ty za­
b iera j i p atrz , b y n ik t nie n a d sz e d ł'1. „ D o b rz e “ , p o w ie d z ia ł d ru g i.
Z aled w ie je d n a k p a n n a poczuła, iż ra b u ś g ło w ę p o k a z a ł, ja k o d ­
w inie p ałaszem , a gdow a p o to c z y ła się p o d szafę. N ie n a m y ślając
się w iele, z ła p a ła tu łó w za k a r k i w c ią g n ę ła go do śro d k a, cze­
k a ją c n a d ru g ieg o . T a m te n ty m cza sem czeka, czeka, i ja k o ś nie
m oże się d o czek ać. „H ej a ta m a n ie 1'! w oła, ale n ik t się nie odzy­
w ał. Z n iec ie rp liw io n y sam w łaz i do jam y, ale tu p o czu ł św ieżą
k re w . C ofnął się p rzerażo n y , a p a n n a go szablą, lecz że to b y ło
ciem no, s k a le c z y ła m u ty lk o ucho. R a b u ś z ła p a ł się za ucho i za ­
w o ła ł: „H ej ty m o scia p an n o , zap łacisz ty sro g o za g ło w ę n a ­
szego a ta m a n a “ !
Z araz te d y w dom u w szyscy się p o b u d zili i pozryw ali, a zo­
b a c z y w sz y w sk lep ie tru p a i p o d k o p p o d e drzw iam i, zlęk li się
b a rd z o . N a d ru g i dzień p rz y sz e d ł b u rm istrz i ra d n i, a b y się tem u
p rz y p a trz e ć . N ie k tó rz y poznali, iż to b y ła g ło w a sam eg o h erszta.
B u rm istrz k a z a ł d ać p a n n ie zło ty o rd e r n a czerw onej w stąż ce
i m iała g o n o sić n a piersiach. M iała o n a dosyć złota, n ie ch o ­
dziło jej o te n zło ty o rd e r, ale h o n o r, iż ją w szy sc y w y sław iali,
najw ięcej znaczył.
T a k m in ęło ro k . O ra b u sia c h zapom niano, chociaż oni od
czasu do czasu ro b ili w ycieczki i n iejed n e g o sp rz ątn ęli, lecz
■wogóle sied zieli cicho, bo stra c ili n ajlep sz eg o h erszta. T y m c z a ­
sem n ad szed ł ja rm a rk , ot taki, ja k to te ra z b y w a w e L w o w ie p o d
Ś w ięty m Ju re m . A le ta m te ja rm a rk i nie ta k ie b y ły . B y ło tam
zło to , sre b ro , su k n o i in n e d ro g ie rzeczy, a te ra z co ? ra p te m
k ilk a k o żuchów , k ie łb a s, a re sz ta sam e g a rn k i i fry k a s y z m io ­
dem , o w w a! B o też to d aw niej lepsze czasy b y ły . L udzie b y li
b o g ac i, zło ta b y ło dużo, d la te g o też i złodzieje b y li lepsi, to już
p ra w d ziw i zbóje. J a k go złap ali, to już b y ło n a co się p o p atrz eć,
to go i sm o łą o b lew ali i p a lili i b ili h ak a m i, a on nic, a teraz
co? złodziejom lepiej ja k uczciw em u człow iekow i, d ad zą m u jeść,
ciep łe u b ra n ie i siedzi sobie ja k p a n i nic nie robi.
K u p ie c w y b u d o w a ł sobie budę, a n a ła w ie p o ro z k ła d a ł sw oje
n ajd ro ższe rzeczy, zaś c ó rk a je sp rz ed aw a ła. N a p rzec iw p o staw ił
so b ie b u d ę ja k iś in n y k u p ie c i s p rz e d a w a ł b u k iecik i, k w ia ty i w odę
p a c h n ią c ą . B y ł b a rd z o p rz y sto jn y , ro zm o w n y j g rzeczny. Zaraz
p ierw szeg o d n ia z ro b ił z k w ia tk ó w p ię k n y b u k ie c ik i rz u c ił go n a
stó ł, g d zie sied zia ła p an n a . T a u śm iech n ę ła się, p o d zięk o w ała i p rz y ­
p ięła b u k ie t n a p iersiac h . T a k ro b ił o n co dziennne p rzez c a ły

-

269 —

ty d z ie ń . O jciec w idząc g rzecznego p ana, p ro sił go często do
sw ojej b u d y n a rozm ow ę. P a n n a w y g a d a ła się przed nim, że
0 cz te ry m ile od m ia sta m a ciocię, ra d a b y ją zobaczyć, ale sam a
b o i się jech a ć. „O ja p a n in ą ciocię znam doskonale, za k ilk a dni
m uszę tam n a w e t je c h a ć po św ieże k w iaty , jeśli p a n i zechce,
w ezm ę p a n ią z s o b ą “. P a n n a k la s n ę ła w ręce i zaw ołała : , J a
z p an e m p o ja d ę “. „I ow szem “. A le ojciec i m a tk a nie bardzo
b y li tem u radzi, b ojąc sie ja k ie g o ś nieszczęścia, zresztą teg o p an a
m ało znali, lecz ja k się có rk a u p arła , ja k zacznie prosić i b ła g a ć ,
a m ów ić, że się niczego nie boi, po zw o lił jej ojciec jechać.
N a d ru g i dzień ran o zajechał pow óz i dw a p ięk n e konie,
p o w o z ił n iem i ich w iern y słu g a. Czegóż się m iała b a ć ? P o żeg n a li
się z ro d zicam i i wio ! Już u jechali p ó łto ry mili, aż m łody p an
k aże je c h a ć fu rm an o w i do lasu. B y ł to las b ard zo w ielki, a s tr a ­
szny, w szyscy go om ijali, bo k to tam poszedł, już nie w rócił.
„N ie tę d y p ro w ad zi d ro g a “ — rz ek ł furm an. »Jedź, k ied y ci
k a ż ę ! “ k rz y k n ą ł p a n i fu rm an w jechał do lasu. G dy już b y li
w lesie, w y jął p an z kieszen i p isto let, w y m ierzy ł do fu rm an a
z ty łu i w y strzelił. B ie d n y fu rm an sp a d ł z koziołka, a ów g rz e ­
czn y p a n w y jął z kieszeni je d w a b n y sznur, sk o czy ł do p an n y
1 nim się o n a u p am iętała, zw iązał jej ręce i nogi, rzucił w po­
w ozie do k ą ta i k rz y k n ie : „A h a! m am cię m ości panno, już. mi
te ra z nie zetniesz głow y, jak eś to zro b iła m em u atam anow i, patrz,
k to ja je s te m !“ T en p o k a z a ł jej sw oje ucho już zagojone. „Ale
poczekaj, zapłacisz ty sro g o za to ucho i za głow ę naszego h e r­
s z ta !“.
T eraz do p iero p o zn a ła p an n a , z kim m a do czynienia, d o ­
p iero g o te ra z p o zn ała, że to te n sam , co u niej zam ek oglądał.
S tra c h o d e b ra ł jej m ow ę. Z resztą co by ło m ówić, czyby jej to
co p o m o g io ? On ty m czasem zaciął ko n ie i je c h a ł coraz dalej.
N areszcie, g d y już w jechał dalek o w las, w y jął z kieszeni fujarkę
i zaczął g ra ć ja k ą ś d zik ą piosnkę. N a odgłos tej nuty w ychodziły
z g ęstw in y ja k ie ś dziwne, a strasz n e postacie. W sz y stk o czarne,
zaro śn ięte, oczy im k rw ią pozachodziły, chłopy ja k dęby, a k ażdy
w rę k a c h m iał p ałk ę, za pasem nóż i pistolet. Z obaczyw szy sw ego
k am ra ta, p o k ło n ili się m u i zaw ołali : J a k się m asz atam a n ie ? A ten
p an b y ł h ersztem ty c h zbójów. „M am się dobrze, p atrz cie jak ieg o
p ta s z k a w am wiozę, p atrz cie, jest to ta sam a, co u cięła g ło w ę m em u
p o p rz e d n ik o w i“. P o p a trz y li zbóje do śro d k a i k rz y k n ęli u ra d o ­
w a n i: „O to b ęd ziem y m ieli bal, n iech żyje nasz a ta m a n ! “.
W y w le k li ją z pow ozu i p row adzili już dalej p iech o tą w las.
N a d w ieczo rem p rzy szli g d zieś m iędzy g ó ry i sk ały . T u czekało

— 270 —
ich w ięcej zbójów , w szy stk ich razem d w adzieścia i c z te ry . Ja c y
to b y li strasz n i ludzie, tru d n o opisać. W z ro k m ieli w ilka, a k u d ły
niedźw iedzie. P o s ia d a li ok o ło w ie lk ie g o o g n is k a i p ie k li m ięso
z ja k ie g o ś zw ierzęcia, z dzika, czy tam z jelen ia. K o ło nich u w ijał
się m ały sied m io le tn i c h ło p cz y k im ieniem Ja ś . C h ło p czy k ten
p rz y sz e d ł do h erszta. T en d a ł m u sw oją fu ja rk ę i rz e k ł: „U cz się
g ra ć n a niej, a p o tem będziesz m oim n a s tę p c ą “. I ch ło p iec g r a ł
na fu jarze p rzed p a n n ą i ciesz y ł się razem z innym i.
T y m cz asem p rzyszli zbóje, zdarli z niej u b ra n ie i ta k zu ­
p e łn ie n a g ą w rzucili do p iw n icy w y k o p a n ą w górze. Żelazne
drzw i zam k n ęli n a klucz i zaczęli radzić, co b y z nią zrobić. Jed e n
m ó w i: „N ie ch b ęd zie n aszą g o sp o d y n ią , b ęd z ie n am jeść g o to ­
w a ć “. „O ho, to b y n a g o to w a ła , p o tru je i uciek n ie, śm ierć jej Ia
„Ś m ierć jej ]“ w rzasn ęli inni. „A le j a k a “ ? „ P o w ie sić do g ó ry n o ­
g a m i ! “ „N ie, nie, p asy drzeć za n asz eg o a t a m a n a ! “ Co tam , za
ta k ą zb ro d n ię, w oleju ją u s m a rz y ć !“ „T ak, t a k ! “ k rz y k n ę li inni.
P rz y n ie ś li o g ro m n y k o cieł, n a la li ln ia n e g o oleju i zaczęli p o d ­
k ła d a ć drzew o. C h łopiec s k a k a ł i k la s k a ł w ręce z ra d o ści. A le
co to b y ł za ch ło p ie c ? M oże p rz ed trze m a la ty u k ra d ła ja k a ś c y ­
g a n k a ch ło p cz y k a od jak ieg o ś bog'atego p an a, chcąc go p o tem
tem u sam em u p a n u o d sp rz ed ać za w ie lk ie pien iąd ze. S z ła przez
las, ale tam ją zb ó jcy n ap ad li, zabili, a h erszt z a b ra ł ch ło p c a do
k o czo w isk a i ch ciał z n ieg o zrobić sw ego, n astęp c ę. W p ra w d z ie
zb ó jcy nie b y li ra d zi z te g o d w u d z ie sto p ią te g o p rz y b y tk u i m ó­
w ili, że chłopiec, ich k ie d y ś zdradzi. A le h e rsz t m ów ił, że ta k i
p rz y c z y n e k im nie zaszkodzi, a ko m u niedog'oda, n iech pow ie,
a łe b m u sp ad n ie. M usieli w ięc m ilczeć.
G d y ta k zbójcy ra d zili i krzyczeli, p rz y szło do nich dw óch
żydów szp ieg ó w i m ówią.: „P an o w ie zbóje, k ró l p o s ła ł pien iąd ze
i żyw ność d la w o jsk a i b ry k a n a ła d o w a n a przejeżdża przez nasz
las, a ty lk o sześciu żo łn ierzy jest p rz y niej n a w arcie, chodźce, ale
p ręd k o , a odbierzecie, im w sz y stk o .“' — „ H u r r a ! “ w rzasnęli zbóje.
H e rs z t zo sta w ił ch ło p ca, b y p iln o w a ł ognia, a sam rz e k ł do zbó­
jó w : „T a n am nie u ciek n ie , a ta m się obłow im y, a p o te m d o p iero
p o h u lam y z n ią “ — i wyszli.
B ied n a d ziew czy n a sły s z a ła c a łą ich rozm ow ę, lecz zd a ła się
ze w szy stk iem n a B o g a i m o d liła się, g o tu jąc się n a śm ierć. A le
g d y się n a g le zrobiło cicho, p o p a trz y ła przez d ziu rk ę od klucza,
co to ta k ie g o i u jrzała ch ło p c z y k a , co g r a ł sobie n a fujarce. Z aw o­
ła ła te d y n a n ieg o b a rd zo g rz e c z n ie : „Mój ch ło p czy k u , p u ść m n ie “.
A le ch ło p iec już n ieraz w idział, ja k zbójcy ludzi w oleju sm arzyli,
o d rz ek ł w ię c : „ J a cieb ie nie puszczę, b ęd ę się p a trz a ł, ja k będziesz

— 271 —
w oleju ta ń c z y ła “. P a n n a je d n a k m ów i zn o w u : „P u ść m nie mój
zło ty , ja cieb ie w ezm ę do m iasta, tam ci dam kon ik a, sk rzy p eczk ę,
p ie rn ik ó w i jeszcze pięk n iejszą fujarkę, niżeli masz p rz y so b ie “.
C h ło p cu to się b ard zo podobało, w łożył klucz do dziurki w zam ku
i za czą ł o tw ierać. P a n n a tym czasem u b ra ła się w m ęzkie u b ran ie.
A b y ło tam te g o dużo i u b ra ń ; i złota i pien ięd zy i rożnych ró ­
żności, bo to b y ł sk ła d p o ra to w a n y c h rzeczy. T ym czasem Ja ś
drzw i otw o rzy ł, a p a n n a w n o g i. C hłopiec w p ła c z : „W eź m nie
bo zam iast ciebie, m nie u sm a rz ą “. T a go z ła p a ła n a ręce i w nogi.
B ie g ła ja k w iatr, ty lk o m igała, przeczu w ała bow iem , że ją szukać
będą. B y ło to w no cy , d ro g i nie znała, ale szła coraz dalej, lecz
już p o w olniej, bo sił jej nie starczyło. T a k szła przez dwa, czy
przez trz y dni. Aż w yszła n a ja k ą ś d ro g ę i zobaczyła zdaleka
wieś, a p o tem dw ór. M iała jeszcze ty le sił, że doszła do dworu,
lecz tu u p a d ła p ra w ie m artw a n a ziem ię -wraz ze sw oim chłopcem .
P rze z trz y dni nie jedli, nie dziw ota więc, że ze sił spadli.
Zaraz dali znać p a n u ze dw ora, że jak iś człow iek w raz
z dzieckiem u m iera n a podw órzu. W y b ie g i p an ze służbą i za­
częli ich rato w ać, dali im m leka, octem n a ta rli i położyli do
łó żk a. T u ze zdziw ieniem sp o strzeg li, iż to ja k a ś bardzo p ięk n a
p an n a. P a n n a k a z a ł spokój, a w szyscy chodzili n a p alca ch i cze­
k ali, chcąc się dow iedzieć, co to za jedni. D ru g ie g o dnia zbudziła
się p a n n a i opo w iedziała, co za je d n a i sk ąd w raca. P a n k a z a ł ją
zaraz p rzeb rać, ch ło p czy k a także. B ardzo mu się po d o b ała, bo
b y ła ła d n a i uczo na ; w szak ona b y ła p ań sk iem dzieckiem . A le
do rodziców nie m ó g ł ją o d esłać, bo oni m ieszkali po drugiej
stro n ie lasu, a to by ło ja k ie trzydzieści mil. P a n n a w ięc zam ie­
sz k a ła w e dw orze, p an się w niej zakochał i ożenił się z nią,
a J a sia p rz y ję li za sw oje dziecko, K a z a li go uczyć czytać, pisać,
u b ra li w p ię k n e su k ien k i, k u p ili ko n ik a, fujarkę i dobrze mu
b y ło , a p a n u i m łodej p ani m ó w ił: „T ato i m am o“. B y ł w ięc
Szczęśliwy, ta k ja k i p an n a .
— A le w ró ćm y do zbójów. P o b ie g li oni za zdobyczą, ale
żołnierze znając z op o w iad an ia to strasz n e m iejsce, spieszyli i u cie­
kli. W ra c a li w ięc zbójcy do dom u z gołem i rękam i, lecz p o cie­
szali się : „E t co tam , m am y jeszcze dosyć sk arb ó w w dom u, tam,
ja k przyjdziem y, zabaw im y się z naszą p a n n ą “. L ecz już z daleka
sp o strzeg li, że o g ień zagasł. „Oho! coś je st n ie d o b re g o “ — m ówili.
G d y przyszli, zobaczyli p iw n icę o tw artą, a z p an n y i J a s ia ani
śladu. R o z b ie g li się te d y n a w szystkie strony, b y szukać u c ie k i­
nierów , ale darem nie. S zu k ali w innej stro n ie. Z grom adziw szy się
zn o w u, w y rz u cali hersztow i, że chłopca chow ał im n a zdradę.

— 272 H e rs z t te d y w y s tą p ił n a śro d e k i rz e k ł: „ P rz y s ię g a m w am n a
nasze b ra te rstw o , że ją jeszcze znajdę i tu znow u p rz y p ro w ad z ę
lu b zab iję n a m iejscu".
D o b ra ł so b ie te d y jeszcze je d n e g o to w arzy sza. O baj ogolili
so b ie w ąsy i b ro d y , n a g ło w ie w y c ię li so b ie o k rą g łe to n z u ry
i p rz e b ra li się za B ern a rd y n ó w . U b ra ń m ieli dosyć, w szak n ie ­
jed n e g o B e rn a rd y n a sp rz ątn ęli. U d a li się w p ro s t'd o sta re g o k u p c a
n ib y to po k w eście. „N iech będzie p o c h w a lo n y “. „N a w iek i w ie ­
k ó w “. „M ożeby też dob ro d zieje b y li ła sk a w i n a nasz k la s z to r“.
„A s k ą d w y ? “ „O z dalek a, aż z K ijo w a, k o śció ł n am się p o p alił,
n ie m am y za co n o w y p o sta w ić , p ro sim y te d y m iło siern y ch lu ­
dzi, b y n am d o p o m o g li“. „A leż i ow szem , d am y w am n a dom boży,
m ódlcie się ty lk o za n asz ą je d y n a c z k ę córkę, co ją zbójcy z a b ili“.
„Aj szk o d a ! a ja k im sposobem ją z a b ili? “ T e d y nieszczęśliw i r o ­
dzice opow iedzieli p o b o żn y m k a p ła n o m całe zdarzenie, p o cz ęsto ­
w ali i o b d a rz y li n a dro g ę. B y ł tam i ów fu rm an , co pow oził
p an n ę , d o sta ł on p ostrzał, lecz nie śm ie rte ln y , ty lk o g d y p rz y ­
szed ł do p rzy to m n o ści, w rócił sk rw a w io n y do dom u. F u rm a n zb ó ­
jó w n ie p o zn ał, lecz jeszcze w rę k ę ich po cało w ał.
G d y te d y ci p o b o żn i za k o n n ic y w yszli, p o p a trz y li się n a
sieb ie i rz e k li: „H a no, n iem a jej, g d zieś w lesie zg in ęła z gło d u ,
lub ją w ilcy zjed li“. Już do dom u w ra c a li in n ą d ro g ą . W s tę p o ­
w ali do dw orów n a przeszp ieg i, a b y p o te m w iedzieli, g d zie i ja k
n a p a d a ć . A ż doszli n ie d a le k o dw oru, g d zie b y ła Ju lu s ia już za­
m ężna. „C hodźm y t u “ — m ów i je d e n . „A p o co ? to ja k iś dziadow oda, sam n iem a co je ś ć “. W te m u sły szeli z n a n ą im zb ó jeck ą
m elo d y ę, p a trz ą , a to J a ś ry b y ło w i w ę d k ą n a staw ie i p rz y ­
g ry w a sobie. P oszli k u niem u. Ja ś zo b aczy w szy k sięży , p o c a ło w a ł
ich w rę k ę , a oni g o p y ta ją : „K to ś t y ? “ Czy m asz ro d zicó w ? itd.
J a ś nie p o z n a ł ich, o d p o w ied z ia ł im g rz e c z n ie i za p ro w ad z ił do
sw o ich p rz y b ra n y c h rodziców . Ci p rz y ję li k sięży b ard zo g o ścin n ie,
a zb ó jcy zaraz poznali, że p an i, to ich d a w n a znajom a, za k tó rą
szukają. T rą c ili się ty lk o ło k ciem i uśm iechali. N a odchodnem
p ro s ił je d e n z nich, a b y p an b y ł ta k d o b ry p rz y ją ć ich k o n ie n a
noc, g d y ż id ą za n im i i z b ierają ziarno n a k laszto r. „I ow szem "
m ów i p an. G d y w y szli n a d ro g ę , m ó w ili: „A to śm y d o p iero za
n ią ty le m il zrobili, a o n a n am p o d n o se m “.
Jeszcze te g o sam eg o d n ia w ró cili do sw oich to w arzyszy
i rz ek li w eso ło : „M am y ich, b ra cia, tu b lisk o nas, chodźm y, a za­
b aw im y się p o rz ą d n ie “. W z ię li te d y je d e n a śc ie ko n i, n a k aż d e g o
k o n ia p rzew iesili d w a w o rk i, a do k a ż d e g o w o rk a w lazł je d e n
ra b u ś. Z a k o n n ic y p row adzili ich i ta k w jech ali do sta jn i n a p o ­

-

273 -

dw órzu. „A cóż w y tu m acie w ty ch w o rk a c h ? “ — p y ta zdzi­
w io n y p an . „O t co la sk a ludzka, zboże, ja b łk a , orzechy, kto co d a ł“ .
A le Ja ś p rz y p a trz y w sz y się koniom , zaczął coś poznaw ać. G dy
z a k o n n ic y poszli do dw oru, on cichaczem po szed ł do stajni, ro z ­
w iązał jed en w ór i złap ał za k u d ły jed n eg o ra b u sia
„Czy już
c z a s ? “ — z a p y ta ł cicho rabuś. „N ie jeszc ze“, o d pow iedział c h ło ­
piec, p o b ie g ł i d a ł znać sw ym p rz y b ra n y m rodzicom , iź to zbójcy.
P a n dw o ru nie p o k a z a ł po sobie strach u , lecz cicho poszedł do
w iern eg o słu g i i mó wi : „N a m iłość B oga, to są zb ó jcy ; weź n a j­
lep szeg o konia i jedź do m ego b ra ta , co je s t ro tm istrzem w pob lisk iem m iasteczk u stąd o 3 mile, pow iedz, niech przyjeżdża zaraz
m i tu n a ra tu n e k , bo inaczej z g in ie m y “.
S łu g a siad ł n a k o n ia i pędził co k o ń w yskoczy i n a sp ie­
n io n y m k o n iu w godzinę s ta n ą ł przed pom ieszkaniem rotm istrza.
K o ń p a d ł n a m iejscu, ale nie b y ło go czasu rato w ać. N a szczę­
ście ro tm istrz b y ł w dom u. G dy u sły szał o n apadzie zbójów n a
b ra ta , k a z a ł czem prędzej z a trą b ić n a g w a łt. W pięć m inut 200
u łan ó w siedziało n a koniach i ruszyli z k o p y ta. Już od k ilk u la t
śledzili oni za zbójam i, lecz nie m ogli odnaleźć ich kryjów ki,
a tu sam i im w ręce włażą. C iem na noc już b y ła, g d y w jechali
do wsi, k o n ie zostaw ili za w sią, a sam i cichaczem otoczyli dw ór,
wzeszli do stajn i, tu koło k ażd eg o w ora sta n ę ło po czterech u ła ­
nów z d o b y ty m i p ałaszam i, a koło drzw i stan ęło dw u n astu ułanów .
T y m czasem co się dzieje we dw orze ? P a n i p an i ja k m ogli
za b aw iali góści, a k u c h a rc e nakazali, b y się nie sp ieszy ła z kolacy ą , ch o ćb y p an k rzy czał o pośpiech. Z akonnicy tym czasem
b aw ili się ja k w najlepsze i żartow ali. O t chcieli się zabaw ić, ja k
k o t z m yszą. T ym czasem już b y ła późna godzina, a b ra ta nie
m a. Ju ż m ieli d aw ać ko lacy ę. W tem drzw i się o tw ierają i w chodzi
ro tm istrz. Zlękli się zrazu zbójcy, lecz ro tm istrz p rz y w ita ł ich
g rz ecz n ie i m ów i do b ra ta : „Mój bracie, bądź ta k d o b ry i p rz e ­
nocuj m nie, w iozę ze sobą pieniądze dla w ojska i m am dw óch
żołnierzy, m ożebyś tu znalazł ja k ie m iejsce dla m n ie.“ L ecz
b r a t m ówi : „Gdzie ja cię przenocuję, w szak widzisz, że m am g o ­
ści, ale m usim y i ciebie g d zieś p o m ieścić“. Z bójcy te d y p o m y śleli
so b ie : „O t d o b ra g ra tk a , będzie w ięc ej“. P o d cza s k o lacy i u p u ścił
je d e n zbójca w idelec n a ziem ię, schylił się i z za ch o lew y w y ­
d o b y ł o k ro p n y nóż i u d erzy ł nim w p ie rsi ro tm istrza. „Jezus
M ary a !“ k rz y k n ą ł rotm istrz, lecz m iał pod u b ran iem żelazną b lach ę
i nóż ty lk o po ślizn ął się po blasze. W te m w p ad ło d w u n a stu u ła ­
nów do pokoju. „P oddajcie się- k rz y k n ą ł rotm istrz. Zbójcy z g łu ­
pieli, a żo łnierze już ich pow iązali. R o tm istrz w y d o b y ł p isto le t

— 274 —
i strze lił do o k n a . Z bójcy w e -workach zaczęli się ru sz ać i rozrz y n a ć n o żam i w orki, lecz żołnierze ciach ! ciac h ! p o rą b a li ich
n a k a w a łk i Z łap a n y ch dw óch zbójów p rz y trzy m ali do ra n a, m u­
sieli p o k az ać, g d zie ich ja sk in ia. Co tam b y ło sk arb ó w , su k n a,
to w aró w , a co lu d zk ich kości, to aż strac h . W sz y stk ic h ty c h
n ieszczęśliw y ch p o chow ali, a sk a rb y ro zd ali siero to m po z a b ity c h
ojcach, a re sz tę n a ko ścio ły . D w ó ch ra b u sió w p rz y p ro w a d z ili do
m iasta, d arli z nich p a sy , a potem p o w iesili za żebro n a hak u ,
n a k o n ie c o b lali sm o łą i spalili, a d o b rze im ta k , n iech b y b y li nie
rozbijali. C ała o k olicá w o ln a już b y ła od zbójów . T e d y o b y ­
dw oje p ań stw o m łodzi p o jech ali do k u p ca. Co tam b y ło ra d o śc i,
to so b ie ty lk o p rz ed staw c ie .
A. Siewiński.

Piosnki ludowe i powiastki
z Prus K rólew skich i P oznań sk ieg o .

S zed ł p ies
B ez ow ies,
S u k a bez ta ta rk ę ,
D a ł pies n a piw o.
S u k a n a g o rz ałk ę.
S zed ł pies
B ez ow ies
K a n to ro w i po drw a,
Z łam ał wóz,
N ie p rzy n ió s
N i k a w a łk a drew na.
S ie k ie rę mu w zięto,
O gon m u ucięto,
O gon, ogon, ogon, ogon,
O g o n m u ucięto.
P o szed ł do cy ru lik a ,
N ie m iał ni fe n ik a ;
U cinaj pow oli,
B o to b a rd z o boli.
K o m a r w lesie z d ęb u spad,
Z ła m a ł sobie w b o k u g-nat ;
P rz y sz ła do n ieg o m ucha,
Czy nie trz e b a d o k to ra ?
Oj nie trz e b a doktora,

— 275 T y lk o k sięd za p rz eo ra ;
B y ł to p o g rz eb nie m ały,
W s z y s tk ie m uchy p ła k a ły .
K o g u t z k u rk ą szukali p ożyw ienia n a śm ietniku. K o g u t z n a ­
lazł igłę, p o łk n ą ł ją i zaczął się dusić. Co widzi k u rk a , p o b ie g ła
do m orza i w o ła :
„M orze, m orze, daj w o d y ! kom u w ody? k u rk o w i w ody, bo
leży n a śm ieciach, ani d rg n ie “.
M orze o d p o w ied ziało : do b rze dam w ody, ale w pierw pójdź
do g o sp o d y n i, żeby dała w ęborek.
W ię c k u rk a p o b ie g ła do g o sp o d y n i i w o ła : „G ospodyni,
g o sp o d y n i, daj w ę b o re k ! kom u w ę b o re k ? m orzu w ęborek, żeby
m orze d ało w ody ; kom u w ody ? k u rk o w i wody, bo k u re k leży
n a śm ieciach, an i d rg n ie “.
G o sp o d y n i n a to : dobrze, dam w ęborek, ale idź do k ro w y ,
żeby mi d a ła m lek a. W ię c k u rk a bieży do k ro w y i w o ła : „K row o,
k ro w o daj m le k a ! kom u m le k a ? g o sp o d y n i m leka, żeby g o sp o ­
d y n i d a ła w ę b o re k ; kom u w ę b o re k ? m orzu w ęb o rek , żeby m orze
d ało w ody ; kom u w ody ? k u rk o w i w ody, bo k u re k leżv n ą śm ie­
ciach, an i d rg n ie “.
K ro w a rzecze : dobrze, dam m leka, ale mi w przód p rzy n ieś
sian a od w ło d arza. W ię c k u rk a p o b ie g ła do w łodarza i w oła :
„W ło d a rzu , w ło d arzu, daj sian a! kom u siana, krow ie sian a? żeby
k ro w a d ała m lek a ; kom u m lek a? g o sp o d y n i m leka, żeby g o sp o d y n i
d a ła w ęb o rek ; k o m u w ęborek ? m orzu w ęborek, żeby m orze dało
w o d y ; ko m u w ody? k u rk o w i w ody, b o k u re k leży n a śm ieciach,
an i d rg n ie “.
W ło d a rz o d p o w ia d a : d o b rz e , dam siana, ale mi w przód
p rz y n ie ś od p a n a k lu cze od sto d o ły . W ięc k u rk a bieży do p an a
i w o ła: “P a n ie , p a n ie daj klucze od sto d o ły ! kom u klucze? w ło­
d arzow i klucze, żeby w łodarz d ał sia n a ; kom u s ia n a ? k ro w ie
siana, żeby k ro w a d a ła m le k a ; kom u m le k a ? g o sp o d y n i m leka,
żeb y g o sp o d y n i d ała w ę b o re k ; kom u w ęb o rek ? m orzu w ęborek,
żeby m orze dało w o d y ; kom u w o d y ? k u rk o w i wody, bo k u re k
leży n a śm ieciach, an i d rg n ie “.
P a n w reszczie dał klucze, w ło d arz siana, k ro w a m leka, g o ­
sp o d y n i w ęborek, m orze w ody, z k tó rą k u rk a p o b ie g ła do k o ­
g u ta , a ten leżał n a śm ieciach i już n ie d rg n ą ł.
(W o p o w iad a n iu różnie tę p o w iastk ę p rz e d łu ż a ją , a ca ła
sztu k a o p o w iad a n ia zależy n a tem , żeby szybko i bez om yłki
p o w ta rz a ć coraz dłuższe litanie. J e s t to w y b o rn a k ry ty k a n a nieczy n n o ść ludzką).
*

— 276 Z tam tej stro n y S an d o m ierz a
W o ła d ziew k a n a ż o łn ie rz a :
P a n ie żołnierz pójdź c a ło w ać!
Jeszczem nie ja d ł, B ó g ci z a p ła ć !
P rz e z przełaz, p rzez przełaz,
P ójdźże m nie p o ca ło w ać ;
P rzez d y lo w an ie
N a p o sm a k o w a n ie !
D zieck u palcem w dłoni k rę c ą ć , a n a stę p n ie za k a ż d y czu b ek
p a lu s z k a ch w y ta ją c, ta k się d o g ad u je :
W a rz y ła m y sz k a ja g ie łk i w arzy ła,
W o g o n e k się sp arzy ła,
T em u d a ła n a m iseczce,
T em u d a ła n a łyżeczce,
T em u d a ła w g arn u la sz k u ,
T em u d a ła w ty g ielaszk u ,
A p ią te m u n ic nie dała,
T y lk o m u f r r r . .. łe p e k u rw ała,
I p o le c ia ła h o p sa sa do la sa
В i B y . .. n a g rz y b y ,
P o le c ia ła n a orzeszki,
U z b ie ra ła cz te ry m ieszki.
R o zm o w a b a se tli z in s tru m e n ta m i m uzycznym i, jad ąc y m i na
w e se le i z w e se la:
B ędziem jed li, będziem pili,
B ęd ziem y się w eselili ;
J a k B ó g da, ja k B ó g d a (m ów i bas).
Ni m y jed li, ni m y pili,
A n i m y się w eselili
M ó w ił ja, m ów ił ja ! (bas).
K o sia ją c dzieciom :
K o si, kosi, kosi,
P ojedziem do Zosi,
K o si, k o si łapci,
P o jed ziem do b a b c i;
D a n am b a b c ia kaszy,
A dziaduś o k ra sy .

Dr. Wl. Łebiński.

— 277 -

Dodatki i drobiazgi ludoznawcze,
P rzyczynek do artykułu : „Gwiazdy i grzyby w w ierzeniach
ludu".

W ty m k ró tk im a rty k u lik u zam ierzam dorzucić w iązankę
fak tó w , d o ty czą cy ch o dnośnych w ierzeń ludu litew sk ieg o , czyli
raczej p a rę ry só w z zak resu astro n o m ii ludow ej. W e d le pojęć
lu d u lite w sk ie g o ziem ia je s t k o łem p lask iem , oblanem siedm iu
m orzam i, ciąg n ą cem i się w nieskończoność. S łońce — to bog in i
łask aw a, d o b ro tliw a, k tó ra jeździ n ad ziem ią wozem , zaprzężonym
W tró jk ę k o n i;
je d e n z ty c h k o n i je st b ry lan to w y , d ru g i złoty,
trz e c i zaś — s re b rn y M ieszka o n a w p ałacu , leżącym na w sc h o ­
dzie. B o g in i sło ń ce m a męża, jest nim księżyc ; m ałżonkom u s łu ­
g u ją 2 gw iazdy, w ieczorna i z a ran n a (w ak arin n ie a n t au szrin n ie)
t. j. ro z p alają ogień, noszą wodę, w arzą straw ę, ścielą pościel itd.
R a z p o m ięd zy m ałżonkam i p o w stała k łó tn ia , w y w o ła n a zbytniem i
z aletam i k sięży c a do gw iazd y za ra n n e j; ro z g m e w a n a żona p o r­
w a ła m iecz i jed n em cięciem ro z rą b a ła tw arz sw em u m ałżon­
k ow i. G w iazdy — to dzieci słońca i k sięży c a; k aż d y człow iek ma
sw oją gw iazd ę, k tó ra sp ad a, g d y jej w łaściciel um iera. L ud zna
i w y ró żn ia k ilk a gw iazdozbiorów . G w iazdozbiór W ielk iej N iedźw ie­
d zicy n azy w a on W ozem , K a p e lli — K o są p erk u n o w ą, P le ja d —
R zeszo tem , K a sy o p e i — G w iazdą pasa itd. D ro g a m leczna — to
d ro g a p ta s z a ; słyszałem , że je s t też ona d ro g ą dusz, idących do
n ieb a, ale n ig d y m nie słyszał, by nią je c h a ł L ucyper. Zdaje się, że
to p o d an ie je s t zu p ełnie obcem ludow i litew skiem u, n a to m ia st na
B iałej R u s i n o żna o niem słyszeć. W o jsk i, w y k ła d a ją c w ,.Panu
T a d e u s z u “ astro n o m ię ludow ą, p ra w d o p o d o b n ie za cze rp n ął je z p o ­
d a ń b iało ru sk ich , z w ielu w zględów ta k zbliżonych do litew skich.
T rz e b a zauw ażyć, że w ierzenia i p o d an ia ludow e, dotyczące ciał
n ieb iesk ich , należą już do p rzeży tk ó w , stanow czo z a m ie rając y ch ;
m ów ią, że n ieg d y ś is tn ia ły podania O w alkach g rzy b ó w , ale dziś
z n ik ły one doszczętnie. T y lk o g rz y b b ia ły (borow ik) d o tąd z a trz y ­
m ał w u s ta t h niższej w a rstw y ludności polskiej nazw ę k ró la g rz y ­
bów . O p o chodzeniu g rz y b ó w lud nic nie wie.
Jan Witort.
%

#
*

P rzy czy nek do k w estyi „lewiratu" na ziemiach polskich.

W zeszłorocznych zeszytach „L u d u “ I. str. 145 ro zw in ęła się
p o lem ik a p. S trz e le c k ie g o z D r. J. F ra n k ą o „lew iracie“ n a zie
m iach sło w iań sk ich . P . S trzele ck i zarzucił m ianow icie D row i F.,
że ja k k o lw ie k „ le w ira t“ b y ł w śró d S ło w ian bardzo rozpow sze-

— 278 ch n ionym , to je d n a k nie n ależ y g ra n ic te g o ro z p o w sz e c h n ie n ia
za n ad to rozszerzać. M oim zdaniem , jest „ le w ir a f ogólnym , t. j.
zaw sze i w szęd zie p o w tarzając y m się siadem fam ilii t. zw. „g m in ­
n y c h 1. N ie inaczej b y ło i u S ło w ian . J a — nie m am zam iaru n a
ra zie k w e sty i tej ro z s trz y g a ć d efinityw nie, o g ra n ic z ę się ty lk o na
d o sło w n em p rz y to c zen iu „lew i ra t u “ jak o fa k tu etn icz n eg o , is tn ie ­
ją c e g o in o p t i m a f o r m a n a L itw ie w k o ń cu X V I w. O to —
w ź ró d le h isto ry c z n e m p. t. X . J a n a P io tro w sk ie g o „D zien n ik
w y p ra w y S te fa n a B a to re g o p o d P s k ó w “ (w y d a ł A . C zuszyński
w K ra k o w ie r. 1894), cz y ta m y n a str. 23: „P rzy w ied zio n o mi
(do k ró la B a to re g o ) tu w L itw ie g d zieś n ied aw n o dziecię w e 13
lat, a p rz y niem n iew iastę. T e n ch ło p iec mężem b y ł tej n iew iasty ,
a p rzecie ojciec je g o m ieszk a ł z n ią ja k o z żoną, czekając, ażeby
sy n d o ró s ł“. N ie u le g a najm niejszej w ątp liw o ści, że m am y tu p rz ed
so b ą t. zw. „ sn o c h a c tw o “ n a jzw y k le jszą zdaje się, u S ło w ia n form ę
„ le w ira tu “.
Dr K . J. Gorzycki.

Szanowna Bedakcyo !
A b y m ieć m ożność zestaw ić o g ó ln y obraz naszego ludu k r a ­
jo w eg o , m ożeby b y ło d o b rz e rozpocząć b a d a n ia za pom ocą w y ­
k azów , z a w iera ją cy ch ru b ry k i, o d p o w iad a ją ce ludow i ró żn eg o
w iek u i w ró ż n y ch o k olicznościach życia.
W z ó r ta k ie g o w y k a zu um ieszczony je st poniżej.
R u b r y k i w m iarę u zn an ia i p o trz e b y k o m p e te n tn i m ożeby
zm ienili, sądzę, że ta k i sp o só b b a d a n ia m ó g łb y niezły w y d a ć
re zu ltat.
G d y b y w y n ik i ty c h w y k azó w n a s tę p n ie fachow o o p racow ano,
d o łącz ając w szędzie fotografie d o ty czą cy ch osobników , rów nież
a b y d o łączo n o m apę, n a k tó re jb y uw id o czn io n o k o lo ram i o g ó ln e
u sp o so b ie n ia , s k ło n n o ś c i, h u m o r , sto p ie ń fa n tazy i, szczeg'ólne
zd olności i t. p. k rajo w ej lu d n o ści z ró żn y ch okolic, p o w s ta ło b y
ła d n e dzieło, d ające obraz n a tu ry u sp o so b ień ludności.
P o d d a ję tę m y śl p o d ro z w ag ę —- m ożeby się n a co p rz y d a ła .
Z daje się też, że księża, ja k o znający ch ło p a n a jle p ie j, je ś lib y
tu zech cieli dołożyć sw y ch u w a g i sp o strzeżeń , w ieleb y w y św ie ­
tlić m ogli.
S ądzę, że dzieło, d ające obraz, co, g d z ie i ja k je s t w G alicyi,
b y ło b y g o d n em m yśli i p ra c y ludzi k o m p e te n tn y c h i n a to czasu

Powiat

spostrzeżeń w ziętych z ludu i tegoż wyobrażeń

(nazwa przyszła).

starszy
chłop

.

o

d.

P

O

■w

i

e

a.

25' i
!

dziewka

!
pastuchy
umiejący
czytać
i pisać
z ukończoną*
szkołą

v.--

[t-:;

-

I
1

co wie

co i jak będzie na
tamtym świecie

g"

и-

'

1
!

starsza
baba
parobek

pojęcia
dotyczące
religii
ł/J
tP

i rubryka
dotycząca
pojęć
a priori
co do
zjawisk
w naturze
(dzień,
słońce
i t. p.)

na co jest

wobec kogo
i czego
skłonni sa
do :
podziwu
szacunku
i bojaźni
narzekań
i złości
nienawiści

coby chciał
mieć

I

w czem prawdy
lubią dochodzić
gdzie lubią
blagę

w jakim kierunku
fantazya i co jej
ulubionym tem atem
stopień zarozun
dumy, pokory i pi
(co przewa

s

Stacya ....................

o i i© Ulubiony иżyczenia
myśli i to
N
wynika­ ..-ľ®
I temat
i
jące
SS §s~- rozmowy ideały
.2 £ "я tO'O '
° 0.2
©S Д
1-*
O
§3 £.2
2 ,2
-3‘O
^
^ Jľ
^s 2 »я
o '«T
Л ci
©o ^o,
В
‘о
О
NJЛО
ľ“

troski wynikłe
z walki o byt

o

'S
o
cс3

co musi robić
aby jeść
co lubi robić
(przyjemność)
co lubią kraś c, jacy
specyaliści ii t. p.

&>

główna
praca
zarobek
(rodzaj-)

2H e s t а , лхт" I e 3TLI e

¡
[

1.
¡S .
a,
1-N
ř»



O
Æ Ü)
ai
P- a
S
^ p-<

U w a g a

oo

Uwzględniając je­
szcze inne warunki
życia, skłonności
i naturę chłopa,
rubryki by się
zmieniły lub w inny
sposób ukszałtowaiy.

— 280 —
m o g ący c h tro c h ę pośw ięcić, ja k o te ż i p ien ięd z y , a ja k b y to m iło
b y ło człow iekow i m yślącem u m ieć p rz e d so b ą obraz życia, pojęć
i m yśli k rajo w ej lu d n o ści.

CEL:
P o z n a ć lu d k rajo w y .
W ię с :
1) P o d z ie lić k raj n a części — ile m ożna zgodne
a) p o d w zględem w a ru n k ó w p rz y ro d y i
b) „

u sp o so b ień i sk ło n n o śc i ludu.
2) W k a ż d y m o k rę g u w y szu k a ć śre d n ie ty p o w e m iejscow ości
(jed n ą lu b więcej) do ro b ie n ia spostrzeżeń.
3) Z estaw ić sz e re g p y ta ń i o k reślić sposób, w ja k i się m a
o d p o w iad ać.
P y ta n ia w in n e zaw ierać :
a) w o g ó l e np. indyw iduów , a to :
1) c h ło p a starszeg o
2) b a b y starszej
ze w n ętrz n y ich w y g lą d
3) p a ro b k a
i z te g o odniesione
4) d ziew ki
w rażen ia.
5) p a stu c h a
6) m łodzieży z u k o ń cz o n ą szko łą, t. j. u m iejący ch
c z y ta ć i pisać,
b) G łó w n y cel i sposób p ra c y ; — p o ży w ie n ie — (m ia ­
n o w icie: co m usi ro b ić, a co liczy do przyjem ności).
c) W y n ik łe z teg o m yśli i dążności
d) T y p ro d zin n y , a to sposób ży cia w pow szedni dzień
i n ied zielę.
Bron. Świdnicki:

R O Z B IO R Y I SPR A W O Z D A N IA .
S a t k e W łady sław . Powiat tarnopolski pod względem geograficznostatystycznym na podstawie materyatów, dostarczonych przez nauczycieli lu­
dowych. Z mapą, rysowaną przez prof. M. Wagilewicza. Osobne odbicie
z III. Rocznika Kółka naukowego tarnopolskiego. W Tarnopolu, nakładem
K ó łk a naukowego. Z D rukarni Sf. Kossowskiego 1895, 8-ce, str. 163.
Zdanie mędrca greckiego: „poznaj samego siebie“ wywarło wielki wpływ
nietylko na filozofię grecką, ale ono stało się, lub stać powinno fundamen­
tem, na którym opierać się musi życie każdego człowieka, każdego społe­
czeństwa i każdego narodu. Zrozumiały tę.zasadę inne narody i jęły się badać
siebie gruntownie, tak ze względu na swoją stronę duchową, jak też i fizy­
czną. Do tego celu prowadzą nietylko studya literatury i historyi każdego

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.