08188e4b85a8904b9b50952365c5374c.pdf

Media

Part of Zbiory materyałów etnograficznych, cz.2 / Lud, 1896, t. 2

extracted text
-

155 —

Leki używane przez lud polski
w e w si W e s o łe j w p o w . B rz o z o w s k im .

B ę d ą c dłuższy czas n auczycielem w W eso łej, p rz y pom ocy
dzieci szkolnych, zeb rałem niżej p o d an e leki, k tó re lud tam tejszy ,
b ę d ą c z n a tu ry o b d arzo n y zm ysłem sp o strzeg aw czy m , w y n alazł,
p ra k ty c z n ie w y p ró b o w ał, ręcząc dziś za ich skuteczność.
Ze w zględu n a jak o ść po d zieliłem je n a trz y działy, a) roro ślin n e. b) zw ierzęce i c) m ineralne.
A. R o ś l i n n e .
1. B o ż e d r z e w k o , (A rtem isia ab ro ta n u m , die S tabw urz).
L iści tej roślin y , zm ieszanych ze sadłem , u ży w ają n a ran y .
2. C e n t o r i a , zw ana tu „cy n to ry ją", (E ry th ra e a , das T au se n d ­
g ü ld e n k ra u t). O d w aru z liści używ ają n a b oleści lu b przeczyszczenie
żo łąd k a .
3. G ł ó g , (C rataeg u s o x y ac an th a, d er H a g ed o rn ). S k ro b an ej
sk ó rk i jeg o ow ocu u ży w ają p rzeciw róży.
4. K a l i n a , (V iburnum , d er S c h n e e b a llstra u c h ). O d w a r z j a ­
gó d , sło d zo n y cukrem , p iją od kaszlu.
5. K w i a t l i p o w y . J a k p o d 1. 4.
6. L i ś c i o l c h o w y c h ,
chlinę.

suszonych, używ ają n a ra n y i p u ­

7. L u l e k , (H y o scy am u s L inn. das B ilse n k ra u t). Z iarn e k tej
ro ślin y u ży w ają p rzeciw bólow i zębów . — S posób : Z iarn k a rzu­
cają n a o g ień, p rz y k ry w a ją c rów nocześnie m iską a n a stę p n ie o d ­
w róciw szy. n alew ają do niej w ody i p rz y k ry w a ją się p łach tą ,
trzy m ając tw arz n ad p a rą z tej strony, z k tó rej zęby bolą. S k u tk ie m
te g o m ają w y p a d a ć n a w odę „ r o b a k i“ p ow odujące ból.
8. M a r u n a p r a w d z i w a , zw ana .„ m a ru n k ą “, (M atricaria,
d as M u tterk ra ü t). L iśćm i tej ro ślin y n a c ie ra ją ręce n atężo n e p ra c ą
aż do w c iśn ien ia w ciało.
9. O l e j l n i a n y , zm ieszany z k o cią sierścią słu ży ja k o śro ­
d ek p rzeciw o p arzeniu.
10. P i o ł u n , ludow e „ p io łu n e k “ (A rtem isia ab sy n th iu m ,
d er W e rm u th ). M oczony w w ódce siu ty p rzeciw czerw once lub
boleścio m żołądka.

— 156

-

11. Ś l a z l e k a r s k i (A lth aea, die M alve). O d w aru z k o rz en i
uży w ają od kaszlu , liści przeciw p u ch lin ie, a skrobaneg'o k orzenia
p rzeciw bó lo w i zębów .
12. S z y s z k i ś w i e r k o w e (sm erekow e). W odw arze z sz y ­
szek m oczą n o g i lu b ręce, k tó re zo stały potłuczone.
13. T a r n i n a , [tarki], (P ru n u s sp in o sa, die S chlehenpflaum e).
W o d w arze k o rz en i m oczą stłuczone n o g i i p iją p rz eciw czer­
w once.
Uwaga. W s z y s tk ie ro ślin y
zb ierają.

w yżej w y m ien io n e, ludzie sam i

B. Z w i e r z ę c e .
1. M i o d u t r z m i e l e g o u ży w ają n a o p ry sz c z e n ie w a rg i lub
b o lące oczne po w ieki, sm aru jąc je nim .
2. P a j ą k a z w y k ł e g o , z o d d a rtą g łó w k ą , ro zcierają i sm a ­
ru ją g u zy p rzed o braniem .
3. P u c h g ę s i p rz y k ła d a ją n a
m atery i, w k tó re j ona w siąka.

„b o leśn ic ę“ dla

śc ią g a n ia

4. S a d ł o p sie lub borsucze, topione, piją od k aszlu , „d y ch a­
w ic y “.
5. S i e r ś c i

kociej,

k tó ra p o w in n a b y ć b iała, używ ają ja k

1. 9 A.

6. S m a l c u z a j ę c z e g o
ja k i n a o p arzen ie,

u ży w ają n a gu zy p rz e d o b ran iem

7. S z p i k u k o ń s k i e g o , z ko ści nożnych, u ży w ają p rzeciw
re u m a ty zm o w i zw. „ g o śc e m “.
C. M i n e r a l n e .
1. A ł u n u , „ h a łu n u “ u ży w ają p rzez p o cieran ie p rz eciw
low i zębowe

bó­

2. W i t r y o l u m iedzi, zw. „siw ym k a m ie n ie m “, k tó re g o p o ­
m im o że piecze, i ja k m i m ów iono, że je d e n w ło ścian in „z bo lu
la ta ł po za o k n a “, używ ają n a o p ryszczone w a rg i. U ż y w ają go
ta k ż e p rzeciw „k u rd zielo w i“ u b y d ła.
U ż y w ają tam tak że cz arn e g o p a p ie ru
g o sza rą s tro n ą n a różę lub inne rany.

z cukru, p rz y k ła d a ją c

L . Magierowski.

— 157 —

MATERYAŁY

do m e d y c y n y i w i e r z e ń I n d o w y c h
według opowiadań Demka Żemeły w Zaborzu w pow. rawskim.
B a b k ę (P la n ta g o , lu d ro zm aity ch jej odm ian nie odróżnia)
p rzy ocielen iu p o d a ją kro w o m , a b y się o cz y ściły ; p rz y k ła d a ją ją
tak że n a ran y .
B a b o l u b (?) ziele tajem nicze. K o b ie ta p o siad ają ca je, może
ro z k o ch ać w so b ie k o g o ty lk o zechce, ch o ćb y nie w iedzieć jak
s ta rą i b rz y d k ą b y ła. Ż adna z k o b ie t p o kazać m i bab o lo b u nie
ch c ia ła, tw ierd ząc, że g d y b y k tó ra z n ich m ężczyźnie ro ślin ę tę
p o k az ała, w k ró tc e b y um arła.
B a g n o (Ledum p alu stre, b ah o n n y k , dykij rozm ajryn), leczy
za w ałk i u św iń ; o d w aru u ży w a się na p a rc h y n a g ło w ie i n a
w y g u b ie n ie w szy u b y d ta .
B a r w i n e k (V in ca m inor, b arw in o k ). O d w ar je g o zm ieszany
z k rw a w n ik iem dają p ić krow om , k tó re k rw ią m oczą. D ziew częta
stro ją się w b a rw in e k w n ied zielę i św ięta, g d y idą do cerk w i
i n a w esela.
B e z p o s p o l i t y (S am b u ccu s n ig ra). G ałązk i k ła d ą n a s p o ­
dzie sąsiek ó w , a b y m yszy szkód nie ro b iły . L iście św ieże, u ta rte
i p rz y ło ż o n e n a m iejsce sp arzo n e, są b ard zo skuteczne. W y k o ­
p y w a ć go m ożna ty lk o do p o łu d n ia (P a trz „Lud“ I., zeszyt 4.,
str. 119).
B i e d r z e n i e c (P im p in ella sa x ífra g a , b ed rin e c, bedrycz,
by d ry cz). P rz y w ią z a n e je s t doń n astęp u ją ce podanie. Z p o czątk u
ch o d z iły po św iecie razem trz y śm ierci i ludzi ty sią c a m i zg ład z ały .
Je d n a z nich je d n a k w s k u te k jak iejś p rz y g o d y o k u law iała i g d y
d w ie jej to w a rz y sz k i szybko d ą ż y ły nap rzó d , ona, nie m ogąc im
do ró w n ać, p o z o sta w a ła w tyle. W id z ą c więc, iż p o d ąży ć za niem i
nie m oże, p ro siła je, a b y zlito w ały się n ad nią i szły pow olniej.
G d y to w arzy szk i p ro śb y tej u słu ch ać nie chciały, śm ierć k u ­
law a za g ro ziła im, że jeśli ją ciąg le b ęd ą zo staw ia ły w tyle, to
ona p o d a ludziom p rzeciw śm ierci sk u tecz n e lek arstw o . T a g ro źb a
ró w n ież żad n eg o nie odniosła sk u tk u . W ó w cza s śm ierć k u la w a
ro z g n ie w an a n a to w arzyszki, gro źb ę sw ą sp e łn iła i id ąc przez wsi
w każdej z n ich w o ła ła : „Lude, lude, jid żte ch rin ec i p y jte b e ­
drinec, a n e b u d e te w m e ra ty “. L udzie usłu ch aw szy tej ra d y , rz e­
czy w iście nie um ierali, co dw ie śm ierci ta k rozgniew ało, że rzu­
c iły się n a sw ą k u law ą to w arzy szk ę, a b y ją zabić. Ś m ierć k u la w a
je d n a k b ro n ią c się p rz ed n ap a ścią, je d n e m uderzeniem k o sy z g ła ­

— 158 —
d ziła je d n ą z n ap a stn ic zek , w tej je d n a k chw ili p a d ła n ieży w a
p o d c ię ta k o są d rugiej sw ej sio stry . O d tej p o ry je s t n a św iecie
śm ierć ty lk o jed n a, p rzeciw k tó re j je d n a k leki, p o d a n e przez ku
la w ą n ieboszczkę, nic już nie p o m ag ają. T e ra z do b rze je s t d aw ać
b e d rin e c k ro w o m , k tó re do b rze jeść nie chcą.
B l u s z c z (H e d e rá H e lix ), p o sad zo n y p rz e d ch a tą , w y c ią g a
z niej w szy stk ą w ilg o ć ; o d w a r d ają dzieciom n a g listy .
B o ż e d r z e w k o (A rtem isia A b ro ta n u m , b o że derew o, biżderew ). Jeśli d ziecko je s t s ła b e i ro d zice ch cą w iedzieć, czy ono
żyć będzie, cz y n ią co następ u je. Id ą n a cm en tarz, z ry w ają z p ie r­
w szego lep sze g o g ro b u boże drzew ko, a p rz y n ió słsz y je do dom u,
g o tu ją w g a rn k u . J e ś li boże drzew ko, g o tu jąc się, o p a d a n a dno
g'arnka, to d ziecię um rze, w p rz eciw n y m ra zie żyć będzie. Z am iast
bo żeg o d rz ew k a m ożna użyć do tej w ró ż b y in n y c h zió ł n a cm en ­
tarz u ro sn ą cy ch . B oże drzew ko suszone i d a w a n e co d nia koniom
c h ro n i je od zołzów.
C z o s n e k (A llium sativum , czisnokh W o d a , w7 k tó rej b y ł m o ­
czony czosnek, p o m a g a kon io m n a kaszel.
D ą b W o d y , w k tó rej m o czoną b y ła k o ra dębow a, używ ają
do m y cia ran.
G ł o w n i e a ż y t n i a , sp o ry sz (S ecale corn u tu m , ź y tn y i riżki);
o d w a r dają p ić p o d czas o sp y ; u ży w ają jej tak że' n a spędzenie
p ło d u .
H e b d (S am b u cu s E bulus, baznyk), z m lek iem g o to w a n y
p o m a g a n a o b rzm ien ie w y m io n u krów . N asien ie g o to w a n e leczy
p u c h lin ę w odną.
H r e c z k a , ta ta rk a . K ie d y najlepiej siać hreczk ę, oznajm ia
o tem zaw sze żuk g n o jak . Je śli w eźm iem y żu k a i o b ró c iw szy go
zob aczy m y , iż b ia łe p a s o rz y ty („w o szi“) żyjące n a nim sk u p io n e
są p o d p ie rw sz ą p a r ą n ó g licząc od g ło w y , w ów czas trz e b a siać
h re c z k ę w cześnie, g d y p o d trze cia p a rą , w ów czas h re c z k a późno
sian a obfity p lo n w yda. G dy zaś te p a s o rz y ty sk u p io n e są p rz y
d ru g iej p a rz e nóg, w ów czas nie n ależ y h re c z k ę siać a n i późno, ani
w cześnie. N a W ie lk a n o c dzw onią w C erkw i przez trz y dni z rzęd u
bez u stan k u . M ów ią, iż dzw o n ią n a te n cel, a b y h re c z k a obficie
się ro d ziła, a k to p ierw szy z c h ło p ó w zdąży i w dzw on uderzy,
tem u h re c z k a najobfitszy p lo n w yda.
J a ł o w i e c (Ju n ip e ru s, ja ły c ia ). J a g o d y ja ło w c a naczczo
zjedzone, c h ro n ią n a c a ły dzień od b o lu g ło w y . O k o w ita ja ło w ­
cow a zm ieszan a z olejem ln ian y m , leczy kolki. Ja g o d y d ają jeść
k row om w ra z ie z a trz y m a n ia m iejsca po ocieleniu. K ie d y w ia tr
k rę c i p iask iem lu b liśćm i n a dro d ze, w ów czas ta k i tu m an zow ią

— 159 —
„czarto w em w e silem “. T u m an ta k i m oże ła tw o człow iekow i z a ­
szkodzić, m oże mu odjąć rę k ę lub nogę, tw arz w y k rzy w ić i t. p.
Je śli się n a ta k i tu m a n p o p a trz y przez d ziu rk ę od sęczk a w k a ­
w a łk u jało w ca, w ów czas, w śró d k rę c ą c e g o się w ko ło p ia sk u
i liści, ujrzeć m ożna czarta.
J a s k i e r (R an u n cu lu s, ciczka żow ta), m oczony w w odzie
g o i ra n y (?).
K r w a w n i k (A ch illea m illefolium , k irw a w n y k j. G dy b y d ło
k rw ią m oczy, daje się o d w ar jeg o p ić z b arw in k ie m .
L e n (Linum , lon). S iem ię ta rte goi ran y .
L e s z c z y n a (C orylus A v e llan a , liska, liszczynońka). K to
n o si lask ę z leszczyny, w tego p io ru n nie uderzy. W leszczynę
p io ru n y n ig d y nie bijit, gd y ż ona m a swój ogień.
M a k . Jeśli deszczu długo nie ma, n ależ y w sy p ać do stu d n i
g a rs tk ę m ak u św ięco n eg o n a św. M akow eja i i . sierp n ia, a deszcz
zaraz pocznie p ad ać. D aw niej w idocznie ro b io n o z m ak u olej
i b a rd zo g o lu b ian o , gd y ż do tąd śp iew a ją p io sn k ę : ja k to d o b re
k asz u jisty z m ak o w y m olijom . D ziś oleju z m aku n ie używ ają.
M a r u n a (M a tric a ra P a rth e n iu m , m aru n a, m aru n k a ) ; o d w a r
z niej leczy bole żo łądka. G dy cieln ą k ro w ę b y d ło pokłuje, n a ­
leży dać jej zjeść w ch leb ie k w ia t m aru n y , a nic k ro w ie nie
b ędzie
M i ę t a k o ń s k a (M entha arv en sis, k iń s k a m iata) leczy za­
trzy m a n ie u ry n y u b y d ła. K o n i o b m y ty ch w y w arem z m ięty m u­
ch y nie kąsają.
M i ę t k i e w ż a b i a . (M entha aq u a tic a) w ypłasza ze sto d ó ł
m yszy.
N o g i e t ę k (C alen d u la officinalis, k ro k isz ); g d y ocielona
k ro w a oczyścić się nie m oże, dają jej p ić odw ar nogdetku z p io ­
łunem .
O l s z a (A lnus g lu tin o sa, w ilcha). G ałązki położone n a p o ­
dłodze sąsiek ó w w y p ęd zają m yszy.
O s i k a (P o p u lu s trem u la, osyna). Z niej b y ł krzyż, d lateg o
też o n a z b o la ciąg le p łacz e i trzęsie liśćm i. G dy b y d ło k rw ią
m oczy, n ależ y w to m iejsce na ziem i, g'dzie m ocz z k rw ią u p ad ł,
w b ić k o łe k osik o w y , a w n e t b y d ło chorow ać przestan ie.
P a p r o ć je s t k w iatem o cudow nej m ocy. K w itn ie o północy
w w ilią św. Jan a . K w ia t jej błyszczy ja k złoto, g w iazd y lu b dyam enty. K w itn ie n iu to w arzy szy silne trzę sie n ie ziem i, św ist burzy,
ło m o t pio ru n ó w , p rz y b ły sk a w ic a c h i g rz m o ta c h straszliw y ch ,
o raz p rz y śm iech u złych duchów . K w ia t p a p ro c i m oże zerw ać
ty lk o ten , k to w ted y , g d y p a p ro ć k w itn ie, nie m a ża d n eg o g rzech u

— 160 —

na sw ej d u sz y ; tru d n o je d n a k zn aleść człow ieka, k tó r y b y m ò g i
w y trz y m a ć w owej chw ili i nie p rz e ra ż o n y ro z m a ity m i s tra c h a m i,
ze rw ał k w ia t b ły szczący. K to m a k w ia t p a p ro c i, p rz ed tym od
k ry te je st w szy stk o, w szy stk ie sk a rb y , p rzy szło ść k aż d eg o i t. d.
Z b łąk a n em u w lesie g o sp o d arzo w i w p a d ł p rz y p a d k ie m w ch o d ak
(k ierp cie) ów cu d o w n y k w ia t p a p ro c i. Z araz s ta n ę ła m u w id n a
i ja s n a p rz y szło ść i do jrzał w ziem i u k ry te sk a rb y . A le poniew aż
n ie w iedział, że m a k w ia t p a p ro c i w ch o d a k ach , p rz y sz e d łsz y do
dom u zd jął je i ■k w ia t zgubił. W jednej chw ili o w szystkiem
z a p o m n ia ł i znow u ja k daw niej p rz y szło ść o k ry ła się n iep rz ejrza n ą
d la n ieg o zasłoną. W C h lew czanach o b o k Z aborza m iał żyć p rz ed
la ty jed en „ m ą d ry “, k tó ry zn alazłszy k w ia t p ap ro ci, sc h o w a ł g'O
p o d sk ó rę n a d ło n i i o d tąd zaw rze o w szy stk iem w iedział.
P e r z (T ritieu m re p en s, peryj). O d w a r z k o rz e n i leczy s ła ­
bo ści w e w n ętrzn e .
P r o s o . J e ś li g o sp o d arz sp a ł w n ied zielę w ielk an o c n ą, proso
m u zaro śn ie zielskiem . W ro k u , w k tó ry m je s t dużo ch rab ąszczy ,
p ro so się n ie udaje. K u r y k a rm io n e p ro sem św ieco nem n a M atk ę
B o sk ą zieln ą (27. sierp n ia), przez cały ro k bez p rz e rw y n ieść
b ę d ą jaja.
P o k r z y w a (U rtic a d io ica i u re n s , k ro p y w a , k o p ry w a ).
P a rz ą n ią g a rn k i, a b y m leko w nich trz y m a n e nie k w a śn iało .
C iasto ze stęch łej lub zepsutej m ąk i z a p a rz o n e w odą, w k tó rej
g o to w a ła się p o k rz y w a , tra c i n ie p rz y je m n y zapach.
S k r z y p (E q u isetu m arv en se, sosonka), m oczony w w ódce,
leczy g o ściec.
T r o j z i l e (?) B ard zo tru d n o je znaleść, a kto znajdzie, będzie
b ard zo szczęśliw y, w szy stk o b o w iem m u się pow iedzie.
W e ł n i a n k a (E rio p h o ru m , B oże tiło), leczy op arzen ia.
W i e r z b a . — H e rb a ta z liści p o m a g a n a bó l piersi.

Z -wierzeii ru-d-o-sKrycli.
G d y b ł y s k a , to się n ieb o o tw iera.
G r z m o t . G d y w dow a lu b d ziew czy n a (z aw y tk a) m ają dziecię
n ie p ra w e g o ło ża i po u ro d z en iu zadusiw szy je bez ch rztu w ziem ię
zak o p ią, w ów czas po 7 la ta c h ono w staje ja k o „ p o ty rc z u k “, chodzi
po ziem i i B o g u się w y k rz y w ia. Ś w ię ty E liasz (Ilija) chcąc t a ­
k ie g o „ p o ty rc z u k a " u k a ra ć , bije go strz a ła m i , i ztąd p o w staje p io ­
ru n i g rzm ot.
N a Ś w i ę t e g o J a n a k ą p ie się słońce w m orzu n a d r a ­
nem . O p o w ia d a ją c y m i te sło w a m ów ił, że sam raz w id ział, ja k

— 161 —
sło ń ce „w yhulkow yw ało s ie “ w w odzie, ja k się ro b iło w ielkie i m ałe,
n ieb iesk ie, żółte, zielone itd.
G z y , ż u k i i i n n e b ą k i m ają p o w staw a ć z łozy. J a k się
n a w iosnę łoza „zapluje“, to z tej „ ślin y “ potem b ą k i p o w stają.
Z p ączk ó w b rz o sta w y łaż ą k o m a r y .
M u c h y p rz eb y w ają przez zim ę w strzesze.
P i a s e k z g r o b ó w je s t le k a rstw e m n a w szy stk ie choroby,
za ży ty ja k o proszek.
A b y p ozbyć się c h o r o b y św. W a l e n t e g o , zaw ieszają
koszulę, w k tó rej ch o ry d o sta ł a ta k u choroby, n a figurze stojącej
p rz y ro z sta jn y c h d ro g a ch . T en, k to koszulę ow ą zaw iesza, nie
pow inien, jeśli ch c e w isto cie dopom ódz chorem u, ani się poza
sieb ie o b zierać, ani n ik o m u o tem m ów ić.
B o c i a n b y ł chłopem , a p rz e m ie n io n y został za k a rę w b o ­
ciana. G d y P a n B ó g stw o rz y ł św iat, w idział, iż n ie dobrze zro ­
b ił, że ty le n a św iecie je s t p lu g a stw a , ja k żaby, jaszczurki, węże,
ro b a k i itp. Z eb rał p rz e to w szystko to w je d e n w o rek i d a ł go
„ H ry c io w i“, a b y w o re k te n zaniósł do rzeki i p lu g astw o w nim
z a w arte zato p ił. R ó w n o cześn ie atoli n a k a z a ł m u ja k najsurow iej,
a b y do w o rk a nie zag lą d ał, lecz rz u cił go w p ro st do w ody. C ie­
k ą wmść ato li d rę czy ła H ry c ia , a nie m o g ąc się jej oprzeć, z a j­
rz a ł do w o rk a. G dy ato li w o re k otw orzył, a b y zobaczyć, co
zaw iera, w tej chw ili w szy stk ie zn ajd u jące się w nim g a d y i p ła z y
p o u c ie k a ły . P a n B ó g ujrzaw szy, to, ro z g n ie w a ł się n a H ry c ia,
zam ien ił go w b o ciana, a za k a rę za to, że przez n iep o słu szeń stw o
sw oje g a d y te n a św iat w ypuścił, ro z k aza ł m u ziem ię z te g o
p lu g a s tw a oczyścić.
B o c ia n a zab ijać nie m ożna
Je śli g'0 k to zabije, to przez g
dni deszcz b ędzie p a d a ł, a tem u kto b o cian a zabił, sy n w k ró tc e
um rze.
P a j ą k b y ł tk acz em i ch c ia ł sw em przędziw em c a ły św iat
zasn u ć. P a n B ó g je d n a k nie chciał n a to pozw olić, ze sła ł p rz eto
w iatr, k tó ry tę przędzę p o ro z ry w a ł i piorun, k tó ry tę przędzę
sp alił, a sam tk a c z a tego z a m ie n ił w pająka.
N a oborze p ająk ó w zabijać n ie m ożna, bo b y d ło schnąć
będzie.
N i e d ź w i a d k ó w (m edw edykiw , tu rk u ć podjadek), zabijać
nie m ożna, b o inne w ielkie szk o d y czynić b ędą. G d y się go
w y orze, trz e b a go p rzerzucić za o b cą m iedzę, a w szy stk ie z a n i m
p ó jdą. K to b o są n o g ą „m ed w ed y k a“ ubije, tem u n o g a uschnie.
G r a d . D ja b e ł zam rozi ja k ie jezioro lub m orze, lód p o siek a,
a w ziąw szy go z so bą w p o w ietrze, n a ro b i ch m u r i spuszcza g ra d
11

— 162 —

tam , g d zie alb o n a lu d ziach chce się pom ścić, albo g d zie m ie­
szk a ją czarow nice.
J a s k ó ł k i p o szc zep ian e z so b ą p a z u rk a m i zim ują n a dnie
rzek , je z io r i staw ó w . S ta rz y o p o w iad a ją , iż raz, g d y n a z a b o r­
skiej sad z aw ce rą b a n o w zim ie lód, w y c ią g n ię to z w ody ca ły
szn u r ja sk ó łe k .
P r z e p i ó r k i p rz e p ę d z a ją zim ę w n o ra c h p o d m iedzam i.
K u k u ł k a je s t to dziew czyna, k tó rà za to, że b a rd z o za
zm arły m b ra te m p ła k a ła , zo stała p rz e m ie n io n ą w k u k u łk ę . G dy
k u k u łk a p o raz p ierw szy za k u k a, a te n co ją u sły sz a ł m a p rz y
so b ie p ien iąd z e i n iem i zadzw oni, w ów czas m ieć b ęd z ie je przez
ro k cały . P o ro k u ro b i się z k u k u łk i “k o b e ć “, (?) tj. p ta k szary,
p o d o b n y c a łk ie m do k u k u łk i, k tó ry je d n a k nie k u k a , ty lk o ciąg le
Za p ta sz k a m i g o n i i je zabija.
S o j k a , g d y krzy czy , donosi, iż k to ś je s t w pobliżu. P o
k rz y k u so jk i n ajłatw iej g ajo w e m u o d n aleść w lesie złodzieja.
Z iem ia m a ta k ie ż y ły ja k człow iek i tem i ży łam i w y łażą
z niej ro b a k i.
P l u s k w y p o w s ta ją z m g ły (m raki), a p ry sz c z e le (sm erd iu ch y ) z brzozy.
G d y d rzew o toczone przez ro b a k i 20 la t n a m iejscu leży,
to z ty c h ro b a k ó w p o ro b ią się węże.
J e s t p ta k „ d r y m l u c h “ (jak a je g o in n a n az w a i ja k on w y ­
g lą d a , n ie m o g łem się dow iedzieć), k tó ry śpi c ią g le i często jajk a
sw e g u b i. K to je g o jajko znajdzie i je w eźm ie, b ęd zie ta k ciąg le
ch c ia ł spać, ja k d ry m luch.
N i e t o p e r z je st to „d y k a m ysz", k tó ra po zjedzeniu o k ru ­
szyn św ięconej p ask i, s k rz y d e ł d ostaje, la ta ć p o c z y n a i k re w lu ­
dziom w y sy sa. G d y się k o m u n ieto p erz w e w łosy zaplącze, zaraz
g o do stu d n i za p ro w ad zi i w niej utopi.
K l e s z c z e p o w stają z leszczyny.
K s i ę ż y c św ieci ty lk o n a p ó ł ziem i; d ru g a p o ło w a m a in n y
księżyc.
G dy
w ia tr w ieje, to an io ło w ie się kłócą.
G dy
ś n ie g n a w io sn ę p a d a , to są ty lk o re sztk i śn ieg u , k tó ry
g d zieś tam p o k ą ta c h w n ie b ie się „ p o z a trą c a ł“ i aniołow ie go
w y m iatają.
B y d ło w n o c w ilijną m ów i ; je d e n g o sp o d arz, z a k ra d łsz y się
do stajn i,
rzecz y w iście u s ły sz a ł ja k b y d ło m ów iło. N ie s te ty j e ­
d n a k w o ły ro z m a w iały o tem . że ich g o sp o d a rz za trz y dni
u m rze ; ta k się też stało.

-

163 —

L e g e n d ę o p o w stan iu g rzy b ó w , o p o w ia d a n ą mi p rzez Ż em ełę,
p rz y to c z y łe m w a rty k u le p. t.: „G rzyby w w ierzen iach lu d u “.
Istn ie je śm ierć k ro w ia . N ie k tó rz y ludzie m o g ą ją w idzieć.
J e s t to s ta ra b ab a , z k o łtu n e m we w łosach, bez zębów . W e w si,
do k tó rej ta śm ierć przyjdzie, b y d ło p a d a m asam i.
G d y p ierw szy g rz m o t u sły szą, rzu cają k am ieniem , m ó w iąc:
„k am iń h o ło w a “, a b y g ło w a n ig d y nie b o la ła ; dzw onią k lu czam i
i p o trz ą s a ją p ieniędzm i, a b y p lo n y b y ły obfite i p rz ew ra cają k o ­
ziołki, żeb y k rz y że nie b o lały .
N a Z w iasto w an ie żad n eg o n a sie n ia ru szać nie w olno.
O d św. J a n a do M. B oskiej siew nej ln u i k o n o p i trz e ć n ie
m ożna, bo b ę d ą deszcze.
Ś w iń m io tłą b ić nie m ożna, bo schną.
W so b o tę w ieczorem śm iecia w y n o sić n ie m ożna, bo m oże
b y ć nieszczęście.
N a k tó ry m dom u sow a usiędzie, tam w k ró tc e k to ś um rze.
G w iazd y s ą dusze m a ły c h dzieci, k tó re p rz y św ie c a ją sw ym
rodzicom n a ziemi.
G w iazda sp ad ająca, je s t to d y ab eł, z e p c h n ię ty przez an io ła,
d la te g o też n a g w iazd y sp ad a ją ce p a trz e ć niebezpiecznie, g d y ż
d y a b e ł sp ad łszy n a ziem ię, m oże się do człow ieka p rz y p lą ta ć .

E. Kolbuszów ski.

ІЗ A J К А

@ t r i a d i zaikiętpft) kràïewnaeft.
B ard z o daw no już tem u ży ł kró l, im ieniem W e n e t w raz ze
sw oją żoną, k ró lo w ą W e n e tą . M ieli oni p ię k n y i w ielki zam ek
m u ro w an y . Z am ek te n b y ł b ard zo o b ro n n y , g d y ż b y ł zb u d o w an y
z sam eg o m arm u ru , a m u ry b y ły ta k g ru b e , że m ógł on stać
w ieczn ie. B y ł n ad to otoczony szero k ą fosą i w ieżam i, w k tó ry c h
sied zieli je g o w aleczn i w ojow nicy i ry cerze. D ość, że zam ek ów
b y ł nie do zd o b y cia.
D o k ró la teg o n a le ż a ły rów nież obszerne pola, g ó ry i lasy,
p a s tw is k a i łąk i, m iasta i w si. L udzie, p o d d an i jeg o , znosili m u
p o d a te k , k ró l zaś m iał za te p ie n ią d z e u trz y m y w a ć w ojska. A b ali
się n iep rz y jaciele k ró la teg o zaczepić, g d y ż w ielk ą b y ła jeg o po­
tę g a i znaczenie.
M iał on tro ja k ie w ojsko: p iech o tę , k o zak ó w i ry c e rz y . W o j­
sko b y ło w aleczn e i w iern e k ró lo w i, d la te g o k ró l b y ł p o stra c h e m
*



164

-

dla w ro g ó w . P ie c h o ta m iała dzid y i kosy, szable i ta rc z e , a na
sobie d ru cian e u b ran ie. K o z a c y siedzieli n a ko n iach , a b y li u z b ro ­
je n i w szable, p ik i i strze lb y , a zw ijali się n a sw y ch k o n iach ,
ja k ja s k ó łk i w p o w ietrzu . Za to ry c e rz e b y li u b ra n i w żelazne
zbroje, n a w e t k o nie ich b y ły w żelazo zak u te. W rę k u m ieli
strasz n e w łócznie i ciężkie •m iecze, g d y lecieli do b itw y , ziem ia
d rż ała p o d nim i, a żad n a w św iecie p o tę g a nie m ogda im się
o p rzeć. K a ż d e z ty c h w ojsk m iało sw eg o n aczeln ik a, m łodego,
p ię k n e g o a w a le czn e g o m łodziana. W o js k a te b y ły ro z lo k o w an e
po k ra ju , bo w zam ku n ie b y ło dla nieg o m iejsca.
A m iał te n k ró l trz y c ó rk i : D z iew o n k ę, S a sa n k ę i Ł ad o szk ę.
W s z y s tk ie trzy b y ły b a rd zo urodziw e, p ię k n e a b o g a te , zw y ­
czajnie k ró lew sk ie córki. K ró lo w a W e n e ta d a ła im najlepsze w y ­
ch o w an ie, a k ró l k o c h a ł je n a d życie, bo nie m iał sy n a, a po
je g o śm ierci ca ły m a ją te k o jcow ski n a nich sp a d a ł. D ziew o n k a
b y ła ro s ła i z g ra b n a ja k so sen k a. S a s a n k a b y ła m ąd ra , ja k S a ­
lom on, a Ł a d o sz k a p ię k n a ja k lilia, a w szystkie trz y sk ro m n e
ja k fiołek. N ie dziw , że sław a ich ro zeszła się d alek o po św iecie,
aż d o szła do uszu stra sz n e g o cz a rn o k się ż n ik a C zordysza, k tó ry
m ieszk ał w o g ro m n y ch la sa c h n a w ysokiej górze. B y ł to stra sz n y
czło w iek ; m iał aż po p a s d łu g ą cz arn ą b ro d ę , d łu g ie czarne w łosy
sp a d a ły m u k ęd z io ram i n a plecy, m ałe cz a rn e oczy la ta ły ja k
b ły sk a w ic e , a do tęg o no sił o k rą g łe w ielkie o k u la ry i d la te g o
lepiej w szy stk o w id ział, niż in n i ludzie. N a g ło w ie m iał w y so k ą
czapkę, a d łu g a c z a rn a su k n ia, p rz e p a sa n a żelaznym pasem , p o ­
k ry w a ła je g o ciało. C iągle c z y ta ł w k się g a c h czarn o k sięzk ich ,
trzy m a ją c w rę k a c h lask ę cz arn o k sięzk ą. Za p o m o cą tej lask i
d o k o n y w a ł ta k ic h rzeczy, k tó ry c h żaden śm ie rte ln y człow iek d o ­
k o n a ć n ie m ógł.
C zarn o k siężn ik ów p rz y s ła ł p o słó w do k ró la z żądaniem , b y
m u król d a ł je d n ą ze sw y ch c ó re k za żonę. K ró l p rz e lą k ł się
b ard zo , a k ró lo w a tak że , k ró le w n y z b la d ły zé strach u , g'dyž k a ż d a
z n ich k o c h a ła p o tajem n ie jed n e g o ż n ac zeln ik ó w sw y ch w ojsk,
a cz a rn o k się ż n ik a b a rd zo się b a ły . D o w ied zieli się o te m n a c z e l­
n ic y w o jsk i ch cieli n a ty c h m ia s t p o słó w p o z a b ija ć , a potem
w p aść do k ra ju cz arn o k sięż n ik a i tam m u zrobić ko n iec. K ró l
je d n a k n ie p ozw olił n a zabicie po słó w , g d y ż po seł je s t o so b ą n ie ­
ty k a ln ą .
W ró c ili te d y posłow ie do dom u z niczem i opow iedzieli
cz arn o k sięż n ik o w i c a łą sw ą p rz y g o d ę i m ów ili, że g łó w n ą p rz y ­
c zy n ą ty c h n ie p o m y śln y c h sw ató w b y li k ró le w sc y n ac zeln icy
w ojsk, k tó rz y n a w e t chcieli posłów pozabijać, ale k ró l ich obronił.



165



N aczeln icy ci zb ierają się n a w y p ra w ę w ojenną do k r a ju
C zordysza, a b y g-о zaw ojow ać, a C zordysza z a b ić . N a te w ieści
zaśm iał się czarnoksiężnik, lecz ta k strasz liw ie , że aż się g ó ra od
te g o śm iechu zatrzęsła. — „T ak, k rz y k n ą ł, m ów icie, ża d n a z k r ó ­
lew ien m nie nie ch ce? H a ! to ci nccz.elnicy tem u w inni, lecz ja
im tu zaraz pokażę, co to znaczy m nie zaczepić i w d ro g ę
w chodzić !“.
— W złości straszliw ej ch ciał ich zniszczyć, zupełnie, lecz
nie m iał p ra w a i m ocy życia ich pozbaw ić. P o d n ió sł w ięc ty lk o
sw oją straszliw ą lask ę do g ó ry i u d erzy ł n ią w k sięg ę. W tej
chw ili c a ła p ie c h o ta k ró le w sk a w raz z sw ym n aczeln ik iem z a ­
m ien iła się w w ilki, a n aczeln ik w w ilk o łak a. D ru g i raz p o d n ió sł
sw ą lask ę i u d e rz y ł nią w ksieg'e, a całe w ojsko k o za ck ie zam ie­
n iło się w strasz n v ch k u d ła ty c h niedźw iedzi. P o d n ió sł znów sw oją
lask ę do g ó ry i u d e rz y ł n ią w k sięg ę, a w szyscy ry c erz e że la­
zem okuci, p rzem ien ili się w tu ry , t. j. w ta k ic h strasz n y ch w ie l­
k ic h czarn y ch w ołów , a ta k siln y ch w ołów , że pod u d erzen iem
ich łb a, w a liły się n ajg ru b sz e d ęb y na ziem ię. Z n ik ły w si i m iasta
z ca łe g o o b szaru k ró lew sk ieg o , a z a p e łn iły je ty lk o dzikie z w ie ­
rzęta, k tó ry c h ry k i i w ycie p rzeraźliw e ro z le g a ły się po całej
o kolicy. W zam ku nic się nie stało, lecz g d y straż k ró lew sk a
d ała zn ać k rólow i, że. w ojsko znikło, a n a to m ia st p o jaw iły się
w ok o licy ta k stra sz n e zw ierzęta, k a z a ł k ró l b ra m y pozam ykać
i straż w zm ocnić. P om im o teg o w szyscy d rżeli od stra c h u i nie
b y ło śm iałka, k tó ry b y się o d w aży ł w yjść z zam ku.
— A ż tu p ew n eg o p o ra n k u sta n ę ło p o d zam kiem k ilk a ty ­
sięcy w ilków i z w yciem przeraźliw em k rą ż y ły n ao k o ło m urów ,
a m iędzy n im i n ajstarsz y w ilk o łak g ro m k im g ło sem n a w o ły w a ł
ich do p o rz ąd k u i u staw iał w szeregi. Grdy się uciszyło, w y szed ł
n ap rzó d i za w o łał n a k ró la, k tó ry w łaśn ie s ta ł n a m u rach z całą
sw ą zdziw ioną i p rz era żo n ą ro d z in ą : „ K ró lu ! daj m i sw oją n aj­
sta rsz ą có rk ę D ziew o n k ę za ż o n ę “. K ró l zd u m iał się n a ta k ie
dzikie żądanie. Jak to , sw oją najp ięk n iejszą có rk ę D ziew onkę,
sw oją p e rłę m iałb y dać w ilkom na pożarcie? N ie w iedział tedy,
co m iał o d p ow iedzieć, lecz w ilk o ła k k rz y k n ą ł: „Cóż to jeszcze
n am y ślasz się? P rzecież lepiej, że mi ją oddasz dobrow olnie, niżelib y ś sam zg in ął w raz z c a łą rodziną, k rz y k n ę ty lk o n a moje
w ilki, a m u ry ci nie pom ogą, bo się p o d nie p o d k o p iem y p o p o d
ziem ię i zginiecie w szyscy pod n aszy m i k ła m i“.
K ró l jeszcze się n am y ślał, lecz D ziew o n k a p rz y s tą p iła do ojca
i rzecze : „Ojcze, spuść m nie n a szn u rach m iędzy te dzikie bestye,
p rzecież czy tak , czy sia k zg in ąć muszę, a lepiej m nie sam ej,

-

166 —

n iżeli w szy stk im tu o b e c n y m “. Z a p ła k a li k ró l i kró lo w a, k az ali
p rz y n ie ść sznur, o p asali ją d o k o ła, a g d y D z ie w o n k a pom odliw szy
się, p o ż e g n a ła się ze w szystkim i, sp u ścili ją słu d zy po sznurze za
m ur. P rz y s k o c z y ł w ilk o łak w ielkim susem do niej, lecz nic złego
jej n ie zro b ił, ty lk o n a sta w ił jej swój g rz b ie t. O na sia d ła n a n ieg o
ja k n a k o n ia, a w ilk o ła k za w ró cił do lasu. Za nim w szy stk ie
w ilk i p o d ąży ły . O jciec i m atk a, sio s try i d w o rzan ie p a trz a li n a to,
a łzy ja k g ro c h s p a d a ły im po tw arzy.
D ru g ie g o d n ia ra n o , nim jeszcze sło ń ce z a b ły sło n a nieb ie,
o b u d ził m ieszk ań có w zam ku jeszcze strasz n ie jsz y ry k , niż d n ia
p o p rzed n ieg o . Z erw ali się w szy scy n a ró w n e no g i, p a trz ą z m u ­
ró w , a tu, ja k d alek o oko sięg ało , w id ać b y ło m nóstw o s tra sz li­
w y c h niedźw iedzi, oczy ich b ły sz c z a ły i k rw ią p ozachodziły, a n a
czele ty c h p o tw o ró w w yszło ja k ie ś o g ro m n e nied źw ied zisk o i w rz a ­
snęło, że aż m u ry zam ku z a d rż a ły : „H ej ty k ró lu ! oddaj mi
tw o ją d ru g ą có rk ę S a s a n k ę za żonę, bo jeśli jej nie dasz, zginiesz
i ty i c a ła tw o ja ro dzina. M am y o stre szpony, nie p o m o g ą ci
i tw oje m u ry , b o się n a nie w y d ra p ie m y ; n ie p o m o g ą
ci m łoty
i k am ien ie, bo się z tem dobrze z n a m y “.
P rz e ra ż o n y k ró l nie w iedział, co odpow iedzieć, aleć s ta n ę ła
p rz e d nim m ą d ra S a s a n k a i rz e c z e : „D ro g i ojcze i ty m atk o !
w id zieliście w czoraj p rzecie, że w ilk o ła k n ajstarsz ej sio strz e D ziew o n ce nic złeg o n ie zrobił, p o d a ł jej ow szem swój k a rk , uznając
jej w yższość n ad so b ą; te n stra sz n y niedźw iedź nic m i nie zrobi
złego, a lepiej b ędzie, g d y ja sam a do n ieg o zejdę i u ra tu ję w as
tem od n iech y b n ej ś m ie rc i“.
P o ż e g n a ła się z rod zicam i S a s a n k a i z m ło d szą sio strą, z ca łą
d ru ż y n ą zam k o w ą i k a z a ła się sp u ścić po szurze n a dó ł z m uru
zam k o w eg o . P rz y s k o c z y ł ów niedźw iedź i s ta n ą ł p rz e d k ró le w n ą
p o k o rn y ja k b a ra n e k , p o d a ł jej swój k a rk , a S a s a n k a u sia d ła na
n ieg o ja k n a k o n ia, trzy m ając go m ocńo za k u d ły , p o d ra ło w a ła
do lasu . Z zam k u zaś p a trz a li n a to i p łak ali.
T rz e c ie g o d n ia rano, jeszcze p rzed w schodem sło ń ca, u s ły ­
szano w zam k u ja k ie ś dziw ne a strasz n e trzę sie n ie ziem i. Z erw ali
się w szy scy n a ró w n e nogi, m y śląc, iż za m e k w g ru z y się ro z ­
syp u je. P a trz ą , aż tu pod zam kiem sto ją u szy k o w a n e c a łe sze reg i
tu ró w o g ro m n y ch , a strasz n y ch , z d łu g iem i k u d ła m i n a g rz b ie cie.
S ta ły one cicho, lecz w y g lą d a ły ja k cz arn a ch m u ra, z k tó re j
w każd ej ch w ili m oże g ro m w y p aść. Cisza ta w łaśn ie b y ła d alek o
straszn iejszą, n iżeli ow e w y c ia i ry k i w ilk ó w i niedźw iedzi. N a
czele stał o g ro m n y tu r, z a trz ą sł sw ą b ro d ą i z ca łą p o w a g ą ,
k t ó i a g ro z ą n a p e łn iła se rc a w szy stk ich , m ów ił p o w o li: „K ró lu



167

i w ład co nasz; przyszliśm y tu ciebie p ro sić, b y ś nam o d d ał swoją,
n ajm ło d szą có rk ę Ł ad o sz k ę n a n asz ą w ładczynię, a m oją ż o n ę “.
K ró l u sły szaw szy te słow a, o d p o w ied ział: „Jakto, w ięc i tę o sta ­
tn ią najm ilszą có rk ę m iałb y m dać ty m strasz n y m turom n a p a ­
stw ę? o n ie! nic z teg o nie będzie, nie dam swej có rk i Ł a d o sz k i“.
T e d y tu r p o trz ą s ł sw ą lw ią g rz y w ą i r z e k ł: „D arem n y twój upor,
mój k ró lu , m ó g łb y m ją so b ie sam w ziąć i bez tw eg o p rz y zw o ­
len ia, lecz ja k o n ac zeln ik ty c h szlac h etn y ch tu ró w nie chcę za­
b ie ra ć ci có rk i siłą, jeśli je d n a k n ie zechcesz m i oddać swej
c ó rk i d o b ro w o ln ie, te d y ro zkażę m ym p o d w ład n y m u d erzy ć g ło ­
w am i o m u ry , a m ów ię ci, że za p ierw szem u d erzen iem cały twój
zam ek pom im o ty c h g ru b y c h m urów zam ieni się w gruzy. —
A co w te d y b ę d z ie ? “
Z płaczem te d y w yszła Ł ad o sz k a i rzecze: „Mój ojcze! nie
op ieraj się dłużej, czyż nie lepiej, żebym ja sam a za w as się p o ­
św ięciła, a w szy scy m oi zostali zdrow i, czyż m am b y ć go rszą od
m y ch sta rsz y c h s ió s tr? “
U ścisk ali te d y k ró lestw o sw oją najm łodszą Ł adoszkę i p o ­
zw olili jej w yjść z zam ku. Z arżał tu r, a za nim ca ła g ro m ad a ,
a w zam ku m yśleli, że to g ro m y biją. W y s z ła Ł ad o szk a, tu r
n a d b ie g ł, u k lą k ł p rzed nią n a k o lan a, n a g ią ł swój k a r k tw ard y ,
a Ł a d o sz k a u sia d ła n a nim i p o je c h a ła daleko, d alek o w las.
D łu g o p a trz a li ro d zice za nią, a choć już im daw no w szystko
zn ik n ęło z oczu, oni jeszcze p a trz a li i w ra cać nie chcieli — bo
zdjęci boleścią, sta li ja k n ieruchom e g łazy .
M inęło la t w iele, w iele się zm ieniło i p rzeb o lało , lecz o j­
co w sk ie i m atczy n e serce nie m ogło przeb o leć s tra ty d ro g ich
sw y ch có rek . P a n B ó g jed n a k ż e o b d a rz y ł k ró le w sk ą p a r ę synem ,
k tó re g o nazw ali Buj ; ch o w ał się on zdrow o, a ćw iczył się c iąg le
w ła d a ć b ro n ią, ja k to n a królew skieg'O sy n a p rz y sta ło , aż w y ró sł
n a m łodzieńca. B y ł siln y ja k dąb, ro sły ja k sosna, a z g ra b n y ja k
jeleń . Z. dum ą p atrz ało serce ro d zicielsk ie n a sy n a, k tó re m u w z rę ­
czności ro b ie n ia b ro n ią n ik t nie d orów nał.
R a z po w ieczerzy p rz y p o m n ia ł sobie ojciec daw n e czasy
i nieszczęsne sw e có rk i i za d u m a ł się. T e d y sy n z a p y ta ł: „Czem u
ta k tu rzy sz mój o jcze?“ P o długim n am y śle o p ow iedział ojciec
sy n o w i nieszczęsn ą p rz y g o d ę z córkam i. W y słu c h a w sz y to Buj,
rz e k ł do o jca: „O jcze! pójdę ja szu k ać m oje sio stry i p rz y p ro ­
w adzę je n a p o w ró t do d o m u “. O jciec je d n a k bojąc się, a b y m u
te n je d y n y sy n ró w nież nie zg in ął, zaczął go odw odzić od te g o
zam iaru , lecz d arem n ie. W id z ą c te d y rodzice, że p ro ś b y i b ła ­

-

168



g a n ia nie p o m ag ają, zezw olili mu n areszcie szu k ać sw oje sio stry
i udzielili m u na d ro g ę sweg'o b ło g o sła w ie ń stw a .
U zb ro ił się te d y królew icz po rząd n ie, sia d ł n a konia, do
to rb y w ziął c h le b a i s e ra i w yjechał. N ie ta k to się p rę d k o jedzie, ja k to się m ów i. J e c h a ł już k ilk a dni, m usiał nieraz w czystem p olu nocow ać, w to rb ie w y c z e rp a ły m u się zap asy , ta k że
m u już n ic nie po zostało i b y ł g ło d n y . D ro g a p ro w a d ziła przez
w y so k ą g ó rę, k ró lew ic z b ę d ą c g ło d n y , z b ie ra ł po dro d ze o rzech y
lask o w e, g d y ż c a ła g ó ra b y ła z a ro śn ię ta p ra w ie sam ą leszczyną.
N a z b ie ra ł już c a łą to rb ę. W y s z e d łs z y n a w ierzch o łek g ó ry , sp o ­
strz e g ł dw óch m ło d y ch ludzi, k tó rz y p o rw a w szy się za b a ry , sta­
ra li się je d e n d ru g ie g o p o k o n ać. O b o k n ich zaś leżał płaszcz,
k ap e lu sz i b u ty . N a w id o k k ró lew ic za za p rze sta li w alk i i p o k ło n ili
się jem u. Z a p y ta ł ich k rólew icz, o co im w łaściw ie idzie i o co
się biją. T e d y jed en z nich p o w ied ział : „ W ie lc e ła s k a w y k ró le ­
w iczu ! je ste śm y b ra ćm i; nieb o szczy k ojciec zo staw ił nam o to ten
płaszcz, k a p e lu sz i b u ty do ró w n e g o p o d ziału . R z e c z y te je d n a k
nie są ta k b łah e, ja k b y to się k o m u n a p ie rw sz y rzu t o k a w y ­
dało. K to się w płaszcz zaw inie, m oże la ta ć po p o w ietrz u ja k
p ta k , k to w dzieje te b u ty , zrobi co k ro k m ilę, . a' ja k vkoczy to
dw ie, zaś k a p e lu sz kto w dzieje n a siebie, stanie, się niew id zialn y m
i n ik t go n ie obaczy.
K ró le w ic z o g ląd ają c te rzeczy, p rz y p o m n ia ł ' sobie n au k ę
sły sz a n ą w m łodości, iż z k łó tn i dw óch k o rz y sta trzeci; rz ek ł te d y
do n ic h : „Ej o co też b ędziecie się b ili, m am tu w to rb ie orzechy,
rzu cę g a rść orzech ów n a dół, k tó ry z w as p o b ie g n ie i w ięcej
orzechów n a z b ie ra i p rz y n ie sie , będzie w łaśc ic ielem ty c h rz e c z y “ .
„ Z g o d a “ ! k rz y k n ę li obaj. K ró le w ie z rz u cił g a rś ć orzechó w n a dół,
b ra c ia p o b ie g li n a dół i nuż je zb ierać. G dy k ró lew icz sp o strz e g ł,
iż oni ju ż dość d alek o od n ieg o odbiegli, rozzuł się czem prędzej,
a w d ział ta m te b u ty n a n ogi, u b ra ł się w płaszcz, w ziął k ap e lu sz
n a g ło w ę, rzu ciw szy im n a ziem ię sw oją zło tą czap k ę i k iesę
z d u k atam i i czek ał. W k ró tc e p o w ró cili b ra cia, a n ie sp o strz e g łs z y
k ró lew icza, b ard zo się zasm ucili i p rz ep ro sili. Z n alazłszy zaś n a
ziem i k ró lew ic za b u ty ze złotem i o stro g a m i, cz ap k ę i k ie sę z d u ­
k atam i, p o d zielili się, a u siad łszy n a k ró lew ic zo w sk ieg o k o n ia,
w eso ło o d jechali.
K ró le w ic z zaś za p o m o cą sw eg o p ła sz c z a u n ió sł się w ysoko
w p o w ietrz e i p rz y p a try w a ł się okolicy. W tem s p o s trz e g ł w jednem m iejscu obóz, a w nim m nóstw o w ilków . N a ty c h m ia st
s p u ś c ił się w to m iejsce. W sz e d ł do n ajw ięk sz eg o nam io tu , p a ­
t r z y ł a ś je g o sio stra D z ie w o n k a siedzi n a k a n a p ie i trzy m a g ło w ę

-

169 -

w ilk o ła k a n a sw y ch ko lan ach i isk a go t. j. szu k a p c h ły . P o
chw ili w ilk w y szed ł z nam iotu, b y w y d ać ja k ie ś ro z k azy podw ład n y m . Buj zd jął te d y k ap e lu sz z głow y. S io stra ujrzaw szy
m łodzieńca, zdziw iona z a p y ta ła g o : „K to ś t y ? “ — „Je ste m tw ój
b r a t B uj, ale ty m nie nie znasz, bo m nie jeszcze nie b y ło na
św iecie. g d y cieb ie w ilcy p o rw a li“.
S io s tra poznała, że on p ra w d ę m ówi, bo b y ł całkiem do
o jca p o d o b n y . P o często w ała go w ięc p rz y sm a k am i i innym i f r y ­
k asam i, lecz p rz e strz e g a ła , b y się nie n arażał, g d y ż m ó g łb y go
w ilk o ła k zjeść. Buj je d n a k odpow iedział, że p rz y sz e d ł ich w y ra ­
tow ać, ty lk o nie wie jak im sposobem . D z iew o n k a k a z a ła m u te d y
u d ać się do sw ej starszej sio stry S asan k i, k tó ra b y ła m iędzy
n ied źw ied ziam i na w schód sło ń ca. P o sz e d ł te d y królew icz, a co
k ro k to ro b i milę, co skoczy to dwie, czasem u n o sił się w p o ­
w ietrze,. aż n areszcie doszedł do sied zib y niedźw iedzi. W s z e d ł do
n am io tu , p atrzy , aż S a sa n k a czesze n a niedźw iedziu k u d ły . G dy
niedźw iedź w yszedł, d a ł się królew icz poznać S asan ce. S io stra
u cieszy ła się b ard zo i p o cz ęsto w ała go, lecz nie w ied z ia ła s p o ­
sobu, b y ich osw obodzić, ty lk o rz e k ła : „Mój b ra c ie B uju ! idź
dalej n a w sch ó d słońca, tam zobaczysz n aszą n ajm ło d szą sio strę
Ł ad o szk ę, może o n a da ci rad ę, a b y n as/w y sw o b o d z ić.
P o szed ł znów królew icz, to idąc, to skacząc, to w znosząc
się w p o w ietrze, aż s p o strz e g ł ogrom ne p astw isk o , a n a niem
m nóstw o p asą cy ch się turów . W sz e d ł do najp ięk n iejszeg o nam iotu,
tu sp o strz e g ł leżą ceg o n a k o b ie rc u tura, a Ł ad o sz k a rę k ą g ło w ę
m u g ład ziła. Z aczekał chw ilę. G dy tu r w yszedł, zd jął k ró lew icz
k ap e lu sz z g ło w y i p rz e d sta w ił się siostrze. Ł ad o sz k a u ciesz y ła
się bardzo, objęła b ra ta rączk am i, n a k a rm iła czem m ogła, a co
się ty c z y w y b a w ien ia sw ego rz e k ła : „Mój B uju! nie wiem , ja k b y ś
n a s m ó g ł u ra to w ać, ale od n as n a w schód sło ń ca jest c h a tk a p u ­
steln ik a. J e s t to człek nadzw yczaj p o bożny i b ard zo m ą d ry , on
w ie w szy stk o , za p y ta j go, a on ci d opom oże“. I u c a ło w a ła go na
drog'e.
W y le c ia ł znow u królew icz w górę, ro z g lą d a się, aż w śró d
lasó w s p o s trz e g ł m ałą c h a tk ę zro b io n ą z n iecie san y ch pni. C h ata
b y ła s ta ra i c a ła p o ro sła m chem , n ap rzec iw tej c h a ty na m ałym
p ag 'ó rk u s ta ł w ielk i krzyż dębow y, a p rz ed nim k lęcz ał p u ste ln ik
i m o d lił się. P u s te ln ik ten b y ł to sam Ś w ięty A ntoni, lub bliski
je g o k re w n y , a m oże Ś w ię ty O nufry, dość że b y ł b ard zo s ta ry
i m ąd ry . B ro d ę m iał aż po ziem ię, w łosy także ta k ie sam e,
a w szy stk ie b ie lu tk ie ja k śn ieg . Żył ty lk o k o rz o n k am i, a d zik ie'
zw ierzęta m u służyły. L ew s trz e g ł dom u, zając zn o sił k a p u s tę ,

— 170 —
b o rs u k k o rzo n k i, p ta sz k i m u śp iew a ły n ajp ięk n iejsze, pobożne
p ieśn i, a h a ! w iew ió rk a p rz y n o siła m u orzechy, a pszczoły m iód,
dzik znosił m u żołędzie, a je le ń zro b ił m u p o sła n ie z m chu
i liści. P u s te ln ik b ło g o s ła w ił im za to, a żad n e z ty c h zw ierząt
nie p o p a d ło w żadne nieszczęście, ty lk o żyło do późnej staro ści.
P u s te ln ik sp o strz e g ł k ró lew icza, chociaż m iał n a sobie ów
cu d o w n y k ap elu sz. Buj je d n a k zd jął g o zaraz przez u sza n o w an ie
i u k lą k ł o b o k p u ste ln ik a . T e n te d y po niejakiej chw ili w sta ł
i rz e k ł: „Mój sy n u ! w iem , po co tu p rz y b y łe ś, chcesz uw olnić
sw e sio stry , k tó re w raz ze sw ym i m ężam i są p o d zak lęciem Czord y s z a “. — „Ja k to , w ięc one są z a m ę ż n e ? “ — T a k mój synu, ja
sam im ślub d aw ałem , lecz nie bój się, ty lk o m nie słuchaj,
a ■wszystko b ędzie dobrze. S ą one d o ty ch cz as w m o cy c z a rn o ­
k siężn ik a, d o p ó k i on żyje, m usi ta k b y ć, ja k on z r o b ił“. — „Z a­
biję g o w ięc, p o w iedz m i ty lk o , g dzie on się z n a jd u je !“ — H o !
ho ! mój sy n u , nie ta k to łatw o , ż a d n a strz a ła , an i b ro ń n ic mu
nie zrobi, ale w eź mój łu k i za strz e l p ierw szeg o g o łę b ia , k tó re g o
zobaczysz. W g-ołębiu będzie jajeczk o . T em ty lk o jajec zk iem m o ­
żesz g o ży cia p o zb aw ić, ale m usisz b ard zo u w ażać i do b rze celo­
w ać, bo jajk iem b a rd zo tru d n o do celu trafić, a te ra z b ąd ź zdrów ,
udzielam ci sw eg o b ło g o sła w ie ń stw a n a d r o g ę “.
P u s te ln ik p o cz ę sto w a ł go żołędziow ą k aw ą, p ta sz k i p rz y ­
n io sły ja g ó d e k , b o rs u k k o rz o n k ó w . K ró le w ic z p o siliw szy się,
u c a ło w a ł p u ste ln ik o w i k raj jeg o d łu g iej b ro d y i za w in ąw szy się
w płaszcz, p o le c ia ł w g ó rę . W k r ó tc e sp o strz e g ł p rz ed so b ą całe
stad o d zikich g o łębi, n ie n a m y ślając się długo, za strzelił je d n e g o ,
g o łą b p a d ł i d a ł m u jajeczko. K ró le w ic z d e lik a tn ie za w in ął go
w m ech i sc h o w a ł do to rb y .
Z b rz ask iem d n ia u jrza ł p rz ed so b ą n a w ysokiej g ó rz e czarn y
zam ek, a n a je g o szczycie czarn o k sięż n ik a . W y s z e d ł on po d zi­
w iać w sch o d zące słońce, nie p rzeczuw ając n aw et, że je g o życie
m a się już ku zachodow i. K ró le w ic z p o z n a ł g o odrazu. J a k p ta k
p rz y le c ia ł do n ieg o i w rę k ę w ziąw szy jajeczko, u d e rz y ł g'o w sam e
czoło. C zarn o k siężnik p ad ł, nie rz e k łsz y a n i sło w a i sto c z y ł się
po m urze n a dół.
Z le k k ie m se rc e m w ra c a ł k ró lew ic z do dom u. P o drodze
w stąp ił do sw ej sio s try Ł ad o szk i. U jrz a ł ją szczęśliw ą i ro z p ro ­
m ienioną, o b o k niej s ta ł śliczny n a c z e ln ik ry c e rz y , a tu ró w już
nie b y ło , ty lk o w esołe ry c e rstw o , k tó re k ró lew ic za m ile p o zd ro ­
wiło. T a k te d y z w ojskiem poszli dalej, aź doszli do m ieszk an ia S a ­
sanki, T am n a m iejscu niedźw iedzi, u jrzeli śliczn y ch k o za ck ich
m ołojców z p ię k n y m ata m a n e m n a czele, o b o k n ie g o sta ła szc zę­

- 171 śliw a S asan k a . Z ra d o ścią w szy scy przyjęli k ró lew icza i p o szli
dalej do D ziew o n k i. Już tam w ilk o ła k a nie było, w ilków nie
b y ło , ty lk o p rześliczn a p ie c h o ta z w esołym i o k azały m h etm an em
n u czele. O b o k n ieg o s ta ła D z iew o n k a w esoła i rum iana. W e so ło
te d y razem w szy sc y m aszerow ali do zam ku ojcow skiego. —
A w zam k u ? T am b y ł czarn y sm utek. O boje k ró lew stw o z żalu
za dziećm i p o p ad li w ciężką zadum ę. W sz y stk o b y ło p o k ry te
żało b ą. O jciec n a rz e k a ł sam na siebie, iż o statn ieg o sy n a z dom u
puścił.
A ż raz donosi m u stra ż zam kow a, iż ja k ie ś ogrom ne w ojsko
idzie w p ro st n a zam ek. Z erw ał się k ró l pom im o p o d esz łe g o w ieku
i p o rw a ł szab lę w rękę, m y ślał bow iem , iż to n a p a d T ata ró w .
N a czele te g o w ojska u jrza ł p ię k n e g o m łodziana, otoczononego
trze m a h e tm a n a m i i trze m a k rólew nam i. P o z n a ł ich od razu.
A ch! ja k biło serce k ró la i królow ej n a w id o k w ra cają cy ch dzieci.
K ró l k a z a ł czem prędzej otw orzyć b ra m y i w puścić w szy stk ich do
śro d k a . Co ta m b y ło radości, te g o n ik t w ypow iedzieć nie zdoła.
P o sutym obiedzie, ja k nie zaczną bić z a rm a t i strzelać n a w iw at !!!
Ja, ja k to zaw sze ciekaw y, ch ciałem i n a to p o p atrzeć, lecz
ja k iś ślep y k a n o n ie r, n iech go tam d u n d e r ś w i ś n i e , m yśląc,
że ja k u la, n a b ił m nie do a rm a ty i w yśtrzelił. — J a ta k leciałem ,
aż tu p rz y le ciałem i opow iadam wam, co się stało.

Ostrów koło Sokala.

Antoni Siewiński.

ftméñ @ Napóteante Í»
C esarzu N apoleonie,
W k tó rej T y p rzeb y w asz stro n ie?
Ze my do ty ch czas nie w iem y,
B y ś oznajm ił, to prosim y.
— Jeśli w y teg o żądacie,
O tóż tę odpow iedź m acie :
N a w yspie, co się nazy w a
Ś w iętą H e le n ą, p rz eb y w a.
W s z a k dusza m a żyw e ciało,
O p o w iedzieć m a nie m ało ;
W o jsk o k ró la a n g ie lsk ie g o
P iln u je m ię ja k o złego.

-

172 -

A b y m do n ich nie po w ró cił.
B o b y m n a now o zasm ucił
W sz y s tk ie kró le, w szy stk ie k raje,
A ta k teraz tu zostaję.
C esarzem się n 'e rodziłem ,
W ie lk im ry c erz em nie b y łe m —
K o rs y k a w y sp a się zw ała,
G dzie m ię m a tk a w y c h o w ała.
A . g d y m p o d ró sł w w iększe lata,
U d a łe m się w -d a l do ś w ia ta ;
I do m y ch PYancuzów p rz y sta łe m ,
T am zo stałem jen erałem .
G dym nim i k o m en d ero w ał,
Zaw szeni szczęśliw ie w y g ry w a ł —
Z atem to szczęścia obrazem ,
U czy n iłem się cesarzem .
Z żoną p ierw szą, z k tó rą żyłem ,
N a zaw sze się ro złączy łem .
P rz y c z y n a teg-o b y ła ,
Że mi sy n a nie p o w iła.
I do d rugiej się udałem ,
M ary ę L uizę d o stałem —
C ó rk ę cesarza W ie lk ie g o ,
F ra n c is z k a a u stry a c k ie g o .
W R o s y i w ojska dość strac iłe m ,
A sam n o g i odm roziłem ;
I w szy scy m ię odstąpili,
A d y ab li m i sk ó rę zbili.
R u ś m ię bije z jed n ej s tro n y —
Z d rugiej ojciec m ojej żony,
Z trzeciej A n g lik n ad sk a k u je ,
Z czw artej S zw ajcar nie żartu je.
T u P ru s a c y m ię m ordują
I S zw ed y m ię atak u ją ,
I A desyi?) i B u łg a ry
C hcieli w y n ieść m ię n a m ary.

-

173 —

I żona m ię o p u ściła —
I do W ie d n ia p o w ró c iła ;
W z ię ła z so b ą s y n a m ego,
N a p o le o n a m łodego.
T e ra z n a w y sp ie p rzeb y w am ,
C esarzem się nie nazyw am ,
T ecz siedzę so b ie spokojnie
I nie m yślę już o wojnie.
P ie śń p o w y ższą śp iew ają dziew częta w iejskie w K o sten io w ie,
pow . P rz e m y śla n y , w G alicyi w schodniej, p o w racając z pola. C ie­
k ą wem jest, czy tej p ieśn i tw ó rc ą je st lud, czy też żołnierze p rz y ­
n ieśli j ą p od strze ch ę w ieśniczą, k tó rzy w a lczy li w w ojsku n a p o leońskiem .
Leonard Leêg
naucz. lud.

R O Z B IO R Y I S PR A W O Z D A N IA .
S ta n isla u s Draźdźyński. D i e s l a v i s c h e n O r t s n a m e n S c h l e ­
s i e n s . Teil I. Kreis Leobschütz, wydr. w Sprawozdaniu król. katol. gimnazyum w Glupczycach (Leobscbiitz) na rok szkolny 1895/6, str. 19.
Wyżej na str. 115 nast. umieściliśmy obraz tego smutnego procesu,
który się odbył w historyi narodu polskiego na Szląsku, wskazanego, dzięki
własnym książętom, na powolną zagładę, której jeżeli nie uległ całkowicie,
to zawdzięcza przedewszystkiem swoje ocalenie dzielności i konserwatyzmowi
ludu polskiego. Oprócz żywego świadectwa tej. walki wiekowej, jakie przed­
stawia nam przeszło milion żyjących na Szląsku Polaków, przychodzą jeszcze
dokumenty wprawdzie martwe, ale nie mniej ważne i pewne, które z je­
dnej strony potwierdzają fakta przez historyę podawane, z drugiej rozszerzają
je i uzupełniają w ten sposób, że granice etnograficzne narodowości pol­
skiej na Szląsku pierwotnie sięgały o wiele dalej i że skutkiem tego eksterminacyjnego procesu zwęziły się do dzisiejszych rozmiarów. D okumen­
tami tymi są nazwy miejscowe, których znaczenie ocenia się dzisiaj po­
wszechnie nietylko pod względem historycznym, ale, co ważniejszem jest,
także etnograficznym.
Dzięki badaniom nad nazwami miejscowemi, zostało wyjaśnionych
wiele kwestyi narodowościowych, na które dokumenty historyczne nie mogły
dać dostatecznej odpowiedzi, wiele z fałszywych lub tendencyjnych hipotez
i twierdzeń historyków, zwłaszcza takich, którzy pisali historyę dla celów
politycznych, musiało upaść wobec przeciwnych dowodów niezbitych, których
dostarczyły nazwy miejscowe. Mianowicie na terytoryach spornych, zam ie­
szkałych obecnie przez narodowości o b c e , nazwy miejscowe są kluczem,
otwierającym przeszłość tych miejscowości dla wiedzy historycznej. Te
względy jeżeli gdzie, to na ziemiach polskich, mają doniosłe znaczenie, gdyż

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.