481d6d425953c4dd0a8f58bc630fdde9.pdf
Media
Part of Indianie w Warszawie - 1884 r. / ETNOGRAFIA POLSKA 1992 t.36 z.2
- extracted text
-
„Etnografia Polska", t. XXXVI: 1992, z. 2
PL ISSN 0071-1861
RYSZARD TOMICKI
(Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Warszawa)
Indianie w Warszawie - 1884 r.
Odkrywanie i poznawanie Nowego Świata przez mieszkańców Europy
przybierało rozmaite formy. Jedną z nich był kontakt z przywożonymi zza
oceanu ludźmi. Już w końcu XV, ale zwłaszcza w XVI wieku nie brakowało
ku temu okazji. Zabieranie do Europy przedstawicieli nowo odkrytych
ludów stanowiło praktykę powszechną. Najwcześniej możliwość oglądania
Indian mieli mieszkańcy Lizbony oraz dwór portugalski, gdy w marcu
1493 r. u ujścia Tagu zakotwiczyły statki Kolumba wracające do Hiszpanii.
Nieco później przyszła kolej na mieszkańców Sewilli i Barcelony, gdzie
egzotycznych przybyszów zaprezentowano królowi Ferdynandowi i królo
wej Izabeli. Niebawem Hiszpania zapewniła sobie bezsporny prymat, jeśli
chodzi o częstotliwość kontaktów z Indianami. Ale w 1502 г., w konse
kwencji wyprawy Sebastiana Cabota, znaleźli się oni także w Anglii,
a w 1506 r. we Francji za sprawą Tomasza Auberta. W 1528 lub na
początku 1529 r. jeden z Indian przybyłych do Hiszpanii z Hernanem
Cortesem odbył podróż do Rzymu, aby mógł go zobaczyć papież Klemens
V I I . Mniej więcej w tym samym czasie kanclerz Krzysztof Szydłowiecki
zabiegał o przysłanie mu jakiegoś Indianina u Jana Dantyszka, polskiego
ambasadora przy dworze Karola V.
We wczesnym okresie ekspansji w Ameryce pojawiający się w Europie
mieszkańcy nowej, nieznanej dotąd części świata stanowili bez wątpienia
dużą atrakcję. Ich odmienność przyciągała uwagę zarówno ówczesnych elit
intelektualnych, jak i gawiedzi. Nie oznaczało to jednak akceptacji nowych
postaci odmienności jako trwałego składnika własnego, rozszerzającego swe
granice świata. Pierwsi Indianie, jakich Cortes wysłał w 1519 r. z Meksyku
do Hiszpanii, najpierw prezentowani byli w całej okazałości właściwych so
bie ubiorów, fryzur i ozdób, po czym na polecenie króla przyodziano ich
82
RYSZARD TOMICKI
i uczesano na modłę kastylijską. Podobnie postępowano w wielu innych
przypadkach - i wcześniej, i później.
Niemniej stosunkowo prędko dokonano w Europie demarkacji sfery,
w której odmienność Indian była nie tylko w pełni akceptowana, lecz nawet
pożądana. Dla pierwocin tego zjawiska znamienna wydaje się wizyta Cortesa
w Hiszpanii w 1528 г., kiedy to przywiózł on ze sobą liczną grupę Indian po
części złożoną z przedstawicieli arystokracji jeszcze niedawno władającej
Meksykiem, po części zaś z żonglerów, klownów, muzyków, graczy w piłkę,
karłów i albinosów. Mimo wyraźnego zróżnicowania statusu społecznego
członków grupy, z punktu widzenia szerszej publiczności granica między
polityczną reprezentacją nowych poddanych Karola V a „cyrkowcami" zapew
ne nie rysowała się zbyt ostro. Jeżeli nawet indiańska arystokracja nie była
angażowana do pokazów na równi z pozostałymi członkami grupy, co
bynajmniej nie jest pewne, widzów intrygowała przede wszystkim osobliwość
całej grupy. Można to łatwo zauważyć przeglądając wykonane wtedy rysunki
niemieckiego artysty Christopha Weiditza, na których, obok paru wizerunków
Indian żonglujących kłodami za pomocą nóg i odbijających piłkę biodrami,
utrwalona została cała seria postaci prezentujących tylko i wyłącznie swój
wygląd, rozmaitość ubiorów, fryzur, ozdób oraz całkowicie przypadkowe (może
z wyjątkiem pojawiającej się w jednym przypadku papugi) rekwizyty.
Trudno powiedzieć, gdzie i kiedy przywiezionych Indian po raz pierwszy
nie starano się „po ludzku" ubrać, obuć i uczesać, aby mogli funkcjonować
jako atrakcyjna osobliwość w ludycznej sferze kultury europejskiej. Z całą
pewnością wszakże w tej właśnie roli wystąpili Indianie z Brazylii w 1550 r.
w Rouen przed królem i królową Francji, prezentując - wspólnie z prze
branymi za Indian marynarzami - żywe obrazy z własnego życia. W 1554 r.
użyto ich ponownie w pokazie zorganizowanym w Troyes z okazji przybycia
tam Karola LX. W 1565 r. podczas festynu w Bordeaux poza murami miasta
urządzono - w zainscenizowanym brazylijskim pejzażu - indiańską wioskę,
w której publiczność oglądać mogła kilkuset egzotycznych mieszkańców,
w części świeżo przywiezionych z Ameryki Południowej.
Tego rodzaju pokazy i widowiska, obejmujące z czasem przedstawicieli
coraz większej liczby „odkrywanych" ludów, zadomowiły się na dobre
w obyczajowości Europy i dotrwały aż do X X wieku. Szczególną popular
ność, a poniekąd także nowy wymiar zyskały w X I X stuleciu. W epoce
znacznie ułatwionej komunikacji mogły one docierać do szerszej publiczności
niż kiedykolwiek wcześniej, zwłaszcza że ich organizacją zajęli się ludzie
interesu. Doczekały się przy tym swoistej nobilitacji na fali ożywionego
(i modnego) zainteresowania szeroko rozumianą problematyką antropolo
giczną, stając się - przynajmniej w odczuciu pewnej części mieszkańców
Europy - źródłem wiedzy, a nawet substytutem niemożliwych do zrealizo
wania podróży naukowych.
W drugiej połowie X I X wieku wędrowne „cyrki etnograficzne" sporady
cznie docierały na obszar podzielonej Polski. W grudniu 1883 r. Franciszek
INDIANIE W WARSZAWIE
83
Sulimierski, dziennikarz „Wszechświata", warszawskiego dwutygodnika
specjalizującego się w popularyzacji wiedzy, publicznie ubolewał nad
faktem, iż w czasach, gdy „pierwszorzędne stolice europejskie" raz po raz
goszczą „przedstawicieli upośledzonych szczepów", Warszawa miała ku
temu tylko jedną okazję. Parę lat wcześniej odwiedziła ją mianowicie
rodzina Samojedów, która koczując w namiocie rozbitym w Dolinie
Szwajcarskiej „przez kilka tygodni zabawiała publiczność swemi reniferami
i spożywaniem surowego mięsa". Choć podobne przedsięwzięcia budziły
pewne opory moralne, dziennikarz nie miał raczej wątpliwości, że wynikają
z nich również niebagatelne korzyści: „Zwyczaj obwożenia po większych
miastach Europy przedstawicieli niektórych napół dzikich plemion ludz
kich, jakkolwiek wywołany przez prostą spekulacyją kupiecką chciwych
nowości przedsiębiorców wędrownych, a nawet rażący nasze poczucie
moralnej solidarności ludzkiej, ma też i dobre swoje strony. Zbliżając do
oświeceńszej braci tych paryjasów ludzkiego rodu, rozszerza pośród ogółu
nietylko wiedzę, ale potęguje zarazem uczucie braterstwa" („Wszechświat"
1883, 2, s. 769).
Bez względu na to, w jakiej mierze poglądy F. Sulimierskiego mogły
być reprezentatywne chociażby dla 900 prenumeratorów „Wszechświata"
(w końcu 1883 г.), nie mówiąc o większych odłamach polskiego spo
łeczeństwa, samo jego pragnienie częstszego goszczenia w Warszawie
egzotycznych przybyszów, gdzie indziej przyciągających „powszechną uwa
gę etnografów i wogóle oświeconych kół europejskich", na pewno nie
było odosobnione. Dowiódł tego sukces, jaki w kilka miesięcy później
- sprowadziwszy do Warszawy grupę północnoamerykańskich Indian
- zapisał na swoje konto cyrk Cinisellego (usytuowany w pierwszym,
zbudowanym w latach 1882-1883 „stałym cyrku murowanym" przy ulicy
Ordynackiej).
Była to dwudziestoosobowa grupa mężczyzn, kobiet i dzieci z plemienia
Omaha, od X V I I wieku mieszkającego nad rzeką Missouri w północno-wschodniej części dzisiejszego stanu Nebraska. Omahowie, których liczba
sięgała 1200 osób w 1880 г., już w 1854 r. dokonali cesji niemal całości swych
ziem na rzecz Stanów Zjednoczonych, zachowując jedynie niewielkie teryto
rium przeznaczone na rezerwat. W tym też okresie stali się obiektem nasilo
nych działań asymilacyjnych ze strony Biura do Spraw Indian oraz kościoła
prezbiteriańskiego. W 1865 r. wykupiono od nich część rezerwatu i oddano
ją Winnebagom. Niespełna dwadzieścia lat później, w roku 1882, Omahowie
- w części silnie już akulturyzowani - zgodzili się na parcelację posiadanych
ziem, uzyskując indywidualne działki i obietnicę otrzymania obywatelstwa.
Z informacji, jakie posiadamy o przebywającej w Warszawie grupie wynika,
iż jej cyrkowa kariera była bezpośrednio związana z tym właśnie krokiem ku
cywilizacji, choćby ze względu na osobę niejakiego Johna Perchle, metysa,
tłumacza rządowego podczas rokowań dotyczących parcelacji resztki ziem
Omahów, a potem kierownika i tłumacza wędrującej po Europie trupy
84
RYSZARD TOMICKI
(zgodnie z kontraktem zawartym z impresariem, Francuzem, po wylądowa
niu w Hawrze i występach w Paryżu Indianie udali się do Berlina, skąd przez
Warszawę zmierzali do Rosji).
Pojawienie się Omahów w Warszawie bylo wydarzeniem, które poruszyło
całą chyba społeczność miasta - choć niekoniecznie wszystkich z tych sa
mych powodów - i znalazło wyjątkowo duży oddźwięk na łamach prasy. Ten
ostatni fakt daje dziś możliwość, także dość wyjątkową, bliższego przyjrzenia
się sposobowi postrzegania niezwykłej cyrkowej trupy przez szerszą pub
liczność. Pisane na gorąco doniesienia, komentarze i artykuły wydają się
w tym względzie źródłem reprezentatywnym. Ich obszerny wybór zamiesz
czony poniżej obejmuje wszystkie materiały, jakie ukazały się w „Kurierze
Warszawskim", „Kurierze Porannym", „Kurierze Codziennym", „Gazecie
Warszawskiej", „Gazecie Polskiej", „Tygodniku Ilustrowanym", a ponadto
duży artykuł poświęcony dziejom Omahów zamieszczony w „Wędrowcu".
Dla uzupełnienia obrazu należy jednak dodać kilka informacji. Co praw
da z lektury zebranych materiałów jasno wynika, że Indianie wzbudzili
ogromne zainteresowanie Warszawiaków, ale o jego skali, przerastającej
wszelkie oczekiwania, najlepiej świadczą ogłoszenia zamieszczane przez dy
rekcję cyrku w „Kurierze Warszawskim", „Kurierze Porannym" i „Kurierze
Codziennym". Na ich podstawie można stwierdzić, iż pierwotnie planowano
stosunkowo krótki pobyt Indian w Warszawie. Pierwszy występ dali oni
bowiem w piątek 9 maja, a już w środę 14 maja anonsowano ostatnie
przedstawienie z ich udziałem. Później „nieodwołalnie ostatni występ" miał
się odbyć w piątek 16 maja. Następnego dnia ogłoszono jednak, że „Dyrek
cja Cyrku przedłużyła engagment truppy Indjan jeszcze na Sobotę d. 17
i Niedzielę d. 18 maja r.b." czyniąc zadość ogólnym żądaniom, m.in. miesz
kańców okolic Warszawy, którzy przybyli do miasta „na czas wyścigów".
Tym razem termin okazał się rzeczywiście ostateczny. W poniedziałek po
południu Indianie opuścili miasto udając się koleją w drogę do Moskwy.
Atmosferę otaczającą w tych dniach cyrk Cinisellego przybliżają dwie
notatki opublikowane 15 i 17 maja w „Kurierze Warszawskim". W pierwszej
donoszono: „Cyrk od tygodnia bywa tak przepełnianym, iż na godzinę przed
przedstawieniem nie można już dostać biletu". W drugiej, opatrzonej reflek
syjnym tytułem „Czy stosownie", dziennikarz informował, że cyrk „siłą
taranu obala powodzenie teatrów", a bywanie na próbach i zainteresowanie
zakulisowym życiem cyrku „należy do szyku i mody".
Indianie stanowili wszelako dużą atrakcję nie tylko dla pospolitych
mieszczuchów. Zainteresował się nimi także znany fotograf Konrad Brandel,
sporządzając serię zdjęć, oraz Stanisław Witkiewicz, który po części na
podstawie własnych rysunków, po części zaś na podstawie zdjęć Brandla
wykonał ilustrację (patrz rye. 1) opublikowaną w „Wędrowcu" (w nr 24
z 1884 г.). W jakiejś mierze Omahowie przyciągnęli ponadto uwagę warszaw
skiego środowiska naukowego. Stali się obiektem badań antropologicznych
dr Leona Dudrewicza, lekarza pediatry, od 1874 r. zajmującego się intensyw-
INDIANIE W WARSZAWIE
85
Rye. 1. Indianie w Warszawie
nie antropologią i archeologią, tłumacza studium H . Siebolda „O Ainosach
wyspy Jesso" (ogłoszonego drukiem w 1882 r. w „Wędrowcu"), a od stycznia
1883 r. również członka Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności
w Krakowie. Wyniki jego badań nad Omanami przedstawione zostały na
jednym z posiedzeń Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego (protokół
z posiedzenia wydrukowano w „Pamiętniku TLW", t. LXXX, 1884), jak
86
RYSZARD TOMICKI
również na łamach „Wszechświata" (nr 23 z 1884 г.). Szerszą publiczność
powiadomił o nich Bolesław Horodyński, mieszkaniec Warszawy, który
podczas kilkunastoletniego pobytu w Ameryce Północnej miał okazję stykać
się z Omahami, a w 1884 r. był jedynym człowiekiem potrafiącym dostarczyć
czytelnikom prasy garść konkretnych, choć nie zawsze ścisłych informacji
o egzotycznych cyrkowcach. Dwa jego artykuły ogłoszone w „Kurierze
Warszawskim" i „Wędrowcu" (oba uwzględnione w naszym wyborze mate
riałów prasowych) wprowadzały przede wszystkim jasność co do etnicznej
przynależności goszczących w Warszawie Indian, w kampanii reklamowej
określanych nazwą Omaha-Sioux, przez dziennikarzy zaś chętnie identyfiko
wanych jako Siouxowie. W jakim jednak stopniu te okruchy rzetelnej wiedzy
potrzebne były tłumnie odwiedzającym cyrk Cinisellego Warszawiakom i czy
mogły ich zdystansować wobec wabiących stereotypów, to już zupełnie
osobna sprawa.
I
KURIER WARSZAWSKI
1. R. 1884, nr 128, 9 maja (piątek), s. 3
[Dział: Wiadomości bieżące]
Także goście!
Podczas wczorajszego przedstawienia wieczornego w cyrku kilka lóż
zajęły rodziny indjan, przybyłych tu celem dawania przedstawień.
„Dumne lwy pustyni", „pioruny chmur" i „wspaniałe duchy niezwalczonych bohaterów" swojemi narodowemi strojami zwracały powszechną
uwagę, a figle urządzane przez klownów wywoływały wśród nich niezmierną
wesołość, manifestującą się za pomocą piskliwych okrzyków.
2. R. 1884, nr 129 a, 10 maja (sobota), s. 2-3
(Dział: Wiadomości bieżące]
Z cyrku
Wczoraj w arenie p. Cinisellego przedstawiło się grono rzadkich gości.
Jest to gromadka czerwonoskórych indjan z krwiożerczego i wymierają
cego dziś już plemienia Sioux, ze stanu Nebraska.
Stolicą ich ziemi położonej na zachód od rzeki Missuri [sic] jest Omaha.
Przybyli do nas goście, z których niejeden, dopóki żył swobodą stepów,
sporo zapewne swym toporem rozpłatał czaszek ludzkich, liczą w swym
gronie mężczyzn, kobiety i dzieci.
INDIANIE W WARSZAWIE
87
Popisują się oni śpiewem i tańcem: śpiew to głuchy, czasem tylko wrzask
liwym wydobywający się tonem.
Taniec polega na monotonnem skakaniu w około obozowiska przy od
głosie potężnego bębna.
Zwraca na siebie uwagę poważny naczelnik rodu, znany i głośny w oj
czyźnie swej pod imieniem Mun-thu-no-ba.
Są w czerwonoskórców gronie także dwie wcale stosunkowo ładne dziew
częta, tańczące z powagą i stylem sui generis.
W ogóle indjanie ci, nigdy dotąd w Europie nie widziani, stanowią ciekawy
dla nas fenomen etnograficzny. Ciało ich jest koloru kawowego, pokostowane
z lekka na czerwono i fantastyczną ornamentyką przyozdobione.
Stroje przedstawiają także niemałą rozmaitość.
3. R. 1884, nr 129 b, 10 maja (sobota), s. 2-3
Indjanie w Warszawie
Kto patrzył wczoraj w arenie p. Cinisellego na te jowialnie uśmiechnięte,
dobrodusznie głupowate fizjognomje czerwonoskórców z nad Missuri [sic],
temu zapewne na myśl nie przyszło, iż owe wiotkie, smukłe a cienkie figury,
obwieszone dziecinnemi ozdobami, skaczące w takt bębna na podobieństwo
trepaka i kołomyjki - to najdzikszy, najkrwawszy element ludzki na świecie,
to nieokiełznany żywioł pustyni, dybiący na życie człowieka innej rasy, jak
lampart lub hjena...
Grono przybyszów amerykańskich składa się, jak wspomnieliśmy już
rano, z 20-tu osób, mężczyzn, kobiet i dzieci.
Ojczyzną tych nieposzlakowanych czerwonoskórców jest Nebraska
w Stanach Zjednoczonych północnej Ameryki. Z potężnego niegdyś i dla
sąsiadów groźnego szczepu zostało zaledwie 1.200 głów dzisiaj. Ich wiecznie
krwią zbroczone topory, włócznie i strzały rdzewieją teraz, a z naczelnikiem
ich Mun-thu-no-ba (Yellow Smoke) zaginie zapewne ostatni ich niezrów
nany skalpownik (zdzieracz skór z czaszki).
Nadzwyczaj zajmujący przedstawia się widok, gdy te miedziane dzieci
stepów amerykańskich, śmiejąc się i gwarząc wesoło, zasiądą wkoło familij
nego bębna na rozścielonych derkach i poczną pogardliwie-pobłażliwem
spojrzeniem wodzić po amfiteatrze...
Przedstawicielki płci pięknej gładzą swe krucze włosy i poprawiają sznury
szklanych pereł... Mężczyźni porządkują pióra, zdobiące im głowę i spog
lądają tęsknie na bęben, jedyny ich instrument muzyczny. Niebawem silny,
barczysty dobosz chwyta za pałkę i uderza w ów bęben, naprzód pianissimo,
a potem w prawdziwie indyjskiem forte.
Głosom wydobywającym się z bębna towarzyszy wycie, jak u dzikich
zwierząt, któremu wtórują liczne okrzyki wesołości pojedynczych tancerzy
i tancerek...
88
RYSZARD TOMICKI
Jeden młody Sioux podnosi się za drugim z siedzenia i pokazuje swoją
podobną do Hunów postać, brzydką lecz charakterystyczną.
Młodsi, rozpoczynając korowód, pochylają się cokolwiek naprzód, dzwo
nią brzękadłami i wykrzykują piskliwie; za nimi dążą starsi, wywijając na
wszystkie strony zamaszyście maczugą, a w końcu pojawiają się kobiety.
Dziwny to objaw, że mężczyźni indyjscy w czasie pląsów śmieją się
i bawią, podczas gdy dziewczęta smutnie i poważnie prowadzą jednostajny
swój taniec.
Kobiety indyjskie skazane są do wszelkich ciężkich robót, odgrywają
przeto w życiu smutną rolę; wnosić można, że dlatego nie weselą się wspólnie
z mężczyznami. Mają one łagodny i przyjemny wyraz twarzy, zasadnicze
rysy oblicza zbliżone są do naszych. Natomiast brak im bujniejszego roz
winięcia niektórych części ciała, które stanowią powab niewieściego kształtu
u rasy kaukaskiej...
Po niejakim czasie uderza dobosz po raz ostatni w bęben, taniec się
kończy, aby niezadługo rozpocząć się da capo.
Naczelnik plemienia Yellow-smoke jest niezaprzeczalnie najwybitniejszą
jego postacią...
Jakkolwiek pamiętniki jego niejednym skrwawionym włosem z głowy
białych są przeplatane, a maczuga jego więcej czaszek niż drzew strzaskała,
zdziałał on przecież w ojczyźnie swej podobno wiele dobrego.
Znany jest do dzisiaj w Waszyngtonie pod nazwą „Wielkiego ojca",
zachęcał podobno poddanych swoich do uprawy ryżu, a odwodził od mor
dów i rabunków, wskutek czego odwlókł na czas jeszcze jakiś zagładę
ostateczną swojego szczepu...
*
[sygnowane znakiem
* *1
4. R. 1884, nr. 130, 11 maja (niedziela), s. 4
[Dział: Wiadomości bieżące]
Indjanie za kulisami...
Synów puszczy ulokowano w gmachu cyrku w wielkiej sali baletowej.
Śpią oni smacznie na gołej podłodze i oprócz kilku kufrów angielskich
nie wożą żadnych bagaży.
W kufrach mieszczą się zbiory osobliwości, które z sobą przywieźli.
Są tam siodła robione ze szkieletów jakichś zwierząt i kilka skalpów
zdjętych z czaszek ludzkich, za dobrych dawnych czasów, które dla siouxów
bezpowrotnie już przeminęły.
Życie zakulisowe indjan jest dosyć monotonne.
Mężczyźni cały boży dzień spędzają na grze w karty, przy której za
chowują majestatyczną powagę.
INDIANIE W WARSZAWIE
89
Kobiety szyją, a dzieci z wielkiem upodobaniem bawią się pudełkami od
sardynek...
Inną rozrywkę stanowi przyglądanie się z dziecinną ciekawością próbom
ćwiczeń na arenie cyrkowej i rzucanie przez okna kawałkami tynku, wyłamywanemi ze ścian do wróbli!
O godzinie 3-ej zaatlantyccy „artyści" rozpoczynają tualetę na przed
stawienia.
Do tualety używają zwykle jednej farby, rozcieranej w rękach, którą na
ciele dłonią wyciskają misterne desenie.
Dzicy goście są bardzo grzeczni i uprzejmi...
Wódz ich poczęstowany paczką papierosów, wziął z nich tylko jeden,
a resztę oddał, poczem żelazną ręką poprowadził nas do kufra, wydostał zeń
ognia i pierw nam podał a później dopiero sam zapalił.
Zresztą indjanie palą cygara a datków nie przyjmują.
Najstarszy wódz Choo-den-na-cee (Żółty dym) liczy lat 35 i jest już
zgrzybiałym starcem, piękne zaś dziewice, jeżdżące po męsku konno, mają
zaledwie po lat 13-ie.
Impresariem indjan jest opasły marsylijczyk, któremu towarzyszy w cha
rakterze tłumacza jakiś metys i sprytny yankee, który wyprowadził siouxów
z pustyni i nakłonił do objeżdżania świata.
5. R. 1884, nr 132 b, 13 maja (wtorek), s. 3
[Dział: Wiadomości bieżące]
Dawni znajomi
Indjanie pokazujący się w cyrku nie przestają być przedmiotem ciekawo
ści po za [sic] areną cyrkową.
Jakże wielkie było ich zdumienie, kiedy zjawił się przed nimi p. H.,
mieszkaniec naszego miasta, i . . . w narzeczu indyjskim powitał całą kolonję.
Mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci z radością, objawiającą się w dzikich
skokach i okrzykach, odpowiadali panu H. wyrażając zdziwienie, że „blada
twarz" włada ich mową.
Pan H . przez lat blisko 20 bawił w Ameryce, głównie zaś jako farmer
w stanie Nebraska i należał do niejednej krwawej potyczki z plemieniem
Omaha Sioux.
W zetknięciu się z nimi poznał ich mowę bardzo dobrze, nic więc dziw
nego, że z przybyszami porozumiał się teraz doskonale.
Rozmowa prowadzona była o wielu słynnych wojownikach plemienia,
których nazwiska panu H. utkwiły w pamięci.
Okazało się, iż od lat siedmiu, to jest od czasu jak p. H. powrócił do
kraju, ani jeden z tych rycerzy i skalpowników indyjskich nie żyje...
90
RYSZARD TOMICKI
Obyczajem swoim indjanie zaraz nadali miano panu H., który odtąd
nazywa się dla nich „bladą twarzą niebieskiej mądrości".
Kiedy p. H . wychodził, indjanie usilnie prosili, aby ich raz jeszcze od
wiedził, skarżą się bowiem na zupełne osamotnienie i nudę hotelową, prze
rywaną rzadkiemi wycieczkami na wozach.
6. R. 1884, nr 133 a, 14 maja (środa), s. 3
[Dział: Wiadomości bieżące]
Indyjskie potrawy
Przebywający w Warszawie członkowie sławnego czerwono-skórego ple
mienia Sioux, nie pożerają żywych kur, kotów i królików, jak to zwykle
czynią podrabiani jarmarczni indjanie.
Żyją oni owszem bardzo skromnie.
Mięso wołowe pocięte w plastry i pokrojone w kostki, chleb również
w kostki pokrojony i ceber wody - oto obiad synów puszczy.
W dodatku czarna kawa, w której bardzo zasmakowali indjanie, zresztą
nic więcej...
Wódkę wprawdzie namiętnie lubią, lecz tu w Europie jest im wzbronioną,
gdyż zanadto rozpala ich fantazję i czyni ich niebezpiecznymi awantur
nikami...
Zresztą indjanie zachowują się nader przyzwoicie, są uważni i usposobie
nia wielce przyjacielskiego.
7. R. 1884, nr 133 b, 14 maja (środa), s. 4
[Dział: Wiadomości bieżące]
Niezwykła hojność
Indjanie, produkujący się obecnie w cyrku, z nadzwyczajnem zamiłowa
niem przyglądają się produkcjom podwórzowych pajaców, którzy w wielkiej
liczbie schodzą się pod okna sali zajmowanej przez ,,sioux'ów", zwabieni
wieścią o hojności tych ostatnich.
I rzeczywiście indjanie wzamian za sztuki łamane wyrzucają oknem
srebrne monety, a głośnem wyciem zachęcają do powtarzania łamańców.
Wczoraj około godziny 5-ej wieczorem, piszący te słowa był świadkiem,
jak naczelnik rodziny rzucił pajacom około dziesięciu sztuk pruskich tala
rów, których miał w torbie sporą liczbę.
Policja rozprasza trupy gimnastyków, co jednak wywołuje niezadowole
nie wśród na pół dzikiej rzeszy...
INDIANIE W WARSZAWIE
91
8. R. 1884, nr 134 b, 15 maja (czwartek), s. 3
Omahowie
Z powodu pobytu w Warszawie i występów w cyrku Cinisellego indjan
ze szczepu Omaha, pragnę podać o nich kilka szczegółów, na podstawie
wiadomości po części zebranych podczas swojego pobytu w Ameryce, a po
części obecnie z ust ich samych zaczerpniętych...
Indjanie bawiący w naszem mieście pochodzą z Ameryki północnej ze
stanu Nebraska. Stan ten w ostatnich 25-iu latach uległ olbrzymim zmianom.
Cywilizacja podarła uroczy kobierzec, jakim tę ziemię okryła przyroda,
postęp z maszynami parowemi poniszczył malownicze „wigwamy" (chaty)
indyjskie, rozgonił stada spokojnie pasących się bawołów, aby w zamian
pobudować miasta, przeciągnąć wzdłuż i wpoprzek kraju liczne linje kolei
żelaznych, a zmieniając warunki życia, szerząc dobrobyt i oświatę, zmusił
czerwonoskórych indjan do tworzenia osad rolnych i zaniechania wycieczek
w głąb kraju i polowań, które były jedyną ich ulubioną rozrywką, szczegól
niej w porze letniej.
Dziś w stanie Nebraska mieszka kilka plemion indyjskich, należących do
szczepu Omaha, od których nazwę wzięło miasto, będące dawniej stolicą
tego terytorjum. Zajmują oni w północno-wschodniej części stanu, w blisko
ści miasta Black-Bird, przestrzeń wynoszącą około 256 mil kwadr, angielsk.
(około 32 mil kwadr, geograficznych).
Oprócz zwierzchności ustanowionej przez rząd Stanów Zjednoczonych,
każde plemię szczepu Omaha posiada swojego wodza, od którego bierze
nazwę. Jeden z takich wodzów Indenoży (Żółty dym) znajduje się w gronie
okazującym się obecnie w Warszawie. Nazwiska innych wodzów, jak
mi je podali czerwonoskórzy goście są: Sinde-ghan-ghan (Świecący ogon),
Kahe-ramba (Dwa pazury), Szangas-ska (Biały koń), Szużyngha (Ku
ropatwa), Dubomone (Przodownik), Gedegachy (Przedni wódz), Mą-egahy
(Człowiek wódz), Ibahamby (Znawca). Imiona te podaję tutaj w pisowni
polskiej, wyglądają zatem trochę inaczej, jak podawane zwykle pisownią
angielską.
„Żółty dym" objeżdża Europę na czele szczątków swojego plemienia,
a pod przewodnictwem Johna Pirchela, mieszańca, urodzonego w okolicy
położonej między Plattsmouth'em a Omahą z ojca indjanina a matki białej;
otrzymał on wychowanie w mieście Belle-Vue i pomimo mieszanej krwi oraz
pewnego wykształcenia jest indjaninem duszą i ciałem.
Omahowie od lat 40-tu wyznają religię presbiteriańską i dziś już nie czczą
swojego Alomąsziatta tańcami, lecz wraz z białymi uczęszczają na niedzielne
nabożeństwa.
Na afiszach nazwano ich Omaha-Sioux'ami, omahowie jednak i sioux'y
nie są jednym Szczepem.
92
RYSZARD TOMICKI
„Kilka pokoleń wstecz - opowiada „Żółty dym" - żyliśmy w sąsiedztwie
sioux'ów w górnych okolicach rzeki Missouri. Bylibyśmy i dziś z nimi
w przyjaźni, gdyby nie „skwou" (kobieta), która z naszego obozu uciekła
z kochankiem z ich plemienia... Dało to powód do krwawej walki, wskutek
której sioux'owie musieli się przenieść w odległe strony i dziś zamieszkują na
terytorjum Dakota. Zamiast sioux'ów mamy teraz dobrych sąsiadów w indjanach Winabego, którzy w r. 1864-ym podnieśli bunt i zostali na północ
wyparci, w rok jednak później, trapieni głodem, wrócili w nasze strony,
kupili od nas część ziemi i żyją pod dowództwem „Szarego wilka".
I u indjan zatem w zatargach i niesnaskach potrzeba chercher la femme.
Znając nieco z pobytu w stanie Nebraska język indyjski, przy pomocy
angielskiego, którym włada John Pirchel, z łatwością mogłem się porozumieć
z Omahami, którzy uszczęśliwieni spotkaniem człowieka, znającego trochę
ich mowę nazwali mnie za to Mą-he-verygnantan (Mądrość niebieska), co
dokładnie maluje, jak wysokie mają wyobrażenie o swoim języku.
A bywają narody, u których „mądrość" zaczyna się dopiero od umiejęt
ności języków... obcych.
B. Horodyński
9. R. 1884, nr 137, 18 maja (niedziela), s. 2
(Dział: Kroniki tygodniowe; fragment felietonu]
Dla ścisłej charakterystyki tygodnia trzeba dodać, że mieliśmy tu
prawdziwych Indian i Indianki. Jedni i drudzy mają ciała koloru miedzia
nego i dość niezwykłe pojęcie o przyzwoitości; sądzą bowiem, że człowiek
nagi może bez skandalu pokazywać się nawet w towarzystwie płci nadob
nej, byle - wymalował sobie na skórze kilka kresek farbą żółtą albo
czerwoną.
Tak taniego garnituru nie było nawet u p. Sameta.
Nierównie mniej posiadamy szczegółów dotyczących pięknych Indianek.
Zdaje się, że panie te jeżdżą na koniu takim sposobem jak chłopaczki;
jeden zaś ze sprawozdawców miał możność przekonać się, że „brakuje im
bujniejszego rozwinięcia niektórych części ciała, które stanowią powab nie
wieścich kształtów u rasy kaukaskiej".
Ponieważ posiadamy białą skórę, w ubiorze nie ograniczamy się na
farbach i nie brak nam „bujniej rozwiniętych" itd., zdawałoby się więc, że
w niczym nie jesteśmy podobni do Indian. Szczęściem, jeden z badaczy
naszego życia miejskiego podpatrzył ich w hotelu i z wielką uciechą doniósł,
że ludzie rasy miedzianej garściami wyrzucają przez okno srebrne talary
podwórzowym grajkom i hecarzom, a zapewne kelnerom i kokotkom.
Kiedy sobie jednak przypomnę, za co hojni nasi rodacy zdobywali za
granicą tytuły „grafów" i że dzięki im zyskaliśmy sławę narodu „wyrzucają
cego pieniądze za okno", domyślam się, że pp. „Żółty Dym", „Dwa Pazu-
INDIANIE W WARSZAWIE
93
ry", „Kuropatwa" i „Świecący Ogon" mogliby u nas znaleźć wielu krewnych,
i powinowatych. Z czego wnieść można, że jak jedna jaskółka nie stanowi
wiosny, tak barwa ciała i „brak bujniejszego rozwinięcia" itd. nie stanowią
prawdziwego Indianina.
B. Prus
[przedruk w: B. Prus, Kroniki, Warszawa 1958, t. 7, s. 119-120]
10. R 1884, nr 139 a, 20 maja (wtorek), s. 2
[Dział: Wiadomości bieżące]
Odjazd indjan
Wczoraj po południu, pociągiem kolei terespolskiej opuścili nasze miasto
goście z Nebraski.
Przed wyjazdem - może znowu z powodu jakiejś skwou - przyszło
między omanami do wojny domowej, która skończyłaby się zapewne nowym
rozdziałem na dwa plemienia, gdyby nie interwencja władzy i kontrakt przez
wszystkich z jednym impresariem zawarty.
Omahowie, którzy u kupców tutejszych dobre pozostawili wspomnienie,
nie mając bowiem zwyczaju oszczędzania grosza poczynili znaczne zakupy,
udają się z Warszawy do Moskwy.
Ludek warszawski wyprawił im na odjezdnem małą pożegnalną owację,
gromadząc się tłumnie na dworcu dla ujrzenia czerwonoskórych wojażerów... bezpłatnie.
[sygnowane: y.]
II
KURIER PORANNY
1. R. 1884, nr 128, 9 maja (piątek), s. 3
[Dział: Co słychać nowego]
Indjanie w Warszawie.
W dzisiejszym [dniu?] w cyrku Cinisellego, ukażą się po raz pierwszy
Indjanie, w liczbie kilkunastu osób różnej płci i wieku.
Są to mieszkańcy ze stanu Nebraska Ameryki Północnej, z pokolenia
Omaha-Sioux.
Czerwonoskórzy w swoich narodowych kostjumach produkować się będą
z tańcami, śpiewem i sztukami akrobatycznemi.
94
RYSZARD TOMICKI
3. R. 1884, nr 129, 10 maja (sobota), s. 2
[Dział: Co słychać nowego]
Z Cyrku.
Wczoraj w cyrku Cinisellego produkowali się po raz pierwszy Indjanie
ze szczepu Omaha-Sioux ze stanu Nebraska, przejeżdżający z Paryża do
Petersburga.
Występ wczorajszy Indjan był rzeczywiście ciekawem nader widowiskiem.
Ukazanie się ich pozostawionem zostało prawie na sam koniec przed
stawienia.
Zrazu kilku mężczyzn i parę kobiet przejechało konno przez arenę
z dzidami w rękach, wydając dzikie okrzyki wojenne, następnie zaś wyszli
wszyscy pieszo, z wyjątkiem jednego mężczyzny i jednej kobiety, którzy
wyjechali konno.
Ogólna ich liczba wynosi 20 osób, a w tej liczbie kilka kobiet starszych
i dwoje dzieci, jedno kilkuletnie, a drugie na rękach.
Mężczyźni i młode kobiety są zupełnie nadzy, z wyjątkiem opasek na
biodrach, oraz licznych ozdób na głowach i rękach; kobiety zaś starsze
ubrane są w spódnice i płachty, ubiorem swym przypominając cyganki.
Zarówno mężczyźni jak kobiety są tatuowani.
Po wejściu na arenę kobiety starsze porozkładały płachty na środku
i pousiadały na takowych; mężczyźni zaś i młode kobiety rozpoczęli
śpiewy i tańce, przy dźwiękach oryginalnej, prawdziwie indyjskiej muzyki
wojskowej.
Taniec ich jest wysoce charakterystycznym.
Przypomina on sobą cokolwiek kozaka ze swej dzikiej melodji; z drugiej
zaś strony bezcereraonjalne, wyzywające ruchy kobiet przyprowadzają mimowoli na myśl kankana.
A może to wpływ Paryża, zkąd Indjanie obecnie wędrują.
Z pomiędzy kobiet młodych, kilka wyróżnia się piękną budową ciała,
a zwłaszcza też jedna, której atoli twarz jest statuowaną w ciemne paseczki
do tego stopnia, że wygląda jakby była nakryta woalką.
Indjanie ci dać mają w Warszawie jeszcze pięć przedstawień.
Reszta przedstawienia była wczoraj w cyrku także dosyć zajmująca [...]
3. tamże, s. 2
[Dział: Co słychać nowego]
Przejażdżka indjan po Warszawie.
Wczoraj między g. 6 a 7 indjanie bawiący w Warszawie przejeżdżali się
po mieście.
INDIANIE W WARSZAWIE
95
Ekwipaż ich stanowił wóz podobny do omnibusów straży ogniowej.
Massy publiczności przyglądały się dzikim gościom wyrażając przytem
różne uwagi, pełne nieraz charakterystyki.
Jedna jakaś jej mość zapewniała naprzykład, że indjanie to taki naród, co
mieszka pod morzem... amerykańskiem.
III
KURIER CODZIENNY
1. R. 1884, nr 129, 10 maja (sobota), s. 4
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Indyanie w Warszawie
Wczorajsze przedstawienie w cyrku Cinisellego miało nieco charakter
etnograficzny... na arenę cyrkową bowiem wystąpiło 20-tu czerwonoskórych
z północnej Ameryki, a mianowicie ze stanu Nebraska.
Indyanie ci należą do jednego z bardzo licznych plemion, zwanego Sioux,
które kultura amerykańska skazała na zagładę.
Ojczyzna plemienia Sioux leży wśród dzikich stepów, rozłożonych nad
rzeką Missuri - za okolicą Omaha.
Garstka tego plemienia jest obecnie przedmiotem eksploatacji przed
siębiorców; składa się ona z mężczyzn, kobiet i dzieci, między któremi
znajduje się jedno przy piersiach niemowlę.
Barwa ich ciała jest czerwonawo-kawowa, oblicze tatuowane we wzorzys
te rysunki.
Polem popisu plemienia Sioux jest przeważnie śpiew - dziki, monotonny,
przechodzący we wrzask i wycie wichrów, oraz taniec. Instrumentem muzy
kalnym - bęben i rodzaj piszczałki. Mężczyźni są na pół nadzy - kobiety
w strojach przypominających nieco fantastyczne stroje cyganek.
2. R. 1884, nr 131, 12 maja (poniedziałek), s. 3
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Indyanie w Alejach Ujazdowskich.
Od trzech dni dzicy obywatele ze stanu Nebraska - używają codziennie
wycieczek w Aleje Ujazdowskie. Naturalnie że czorwonoskórcy owi są
przedmiotem tłumnych obserwacji gapiów i ich zbiegowiska.
Synowie z nad Missuri pogardliwie spoglądają na liczne rzesze białych...
i majestatycznie przechadzając się prowadzą żywą rozmowę - w ojczystym
języku.
96
RYSZARD TOMICKI
3. R. 1884, nr 135, 16 maja (piątek), s. 4
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Podsłuchane w cyrku.
Dwaj młodzi ludzie przypatrują się indyanom.
- Powiedz mi, dlaczego oni mają takie kolorowe twarze? - Widzisz, oni
są... skalpowani...
Autentyczne.
4. R. 1884, nr 136, 17 maja (sobota), s. 3
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Indjanie z Nebraska - w dniu jutrzejszym opuszczają Warszawę.
Dochód dzienny pokolenia Omaha-Sioux wynosił w miasteczku naszym
rs. 250. Ile zaś z tego otrzymają czerwonoskórcy, a ile przedsiębiorca
nie wiadomo.
W każdym razie odjazd amerykańskich piękności zmartwił cyrkowców,
z pomiędzy których jeden podobno rozgorzał afektem miłosnym do kruczo
włosej Nebraski.
5. R 1884, nr 139, 20 maja (wtorek), s. 3
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Odjechali.
Wczoraj opuścili Warszawę drogą żelazną Warszawsko-Terespolską
indyanie, produkujący się dotychczas w cyrku Cinisellego. Obecnie impressaryo wiezie ich do Moskwy. Gromada widzów towarzyszyła im na
dworzec kolei.
6. tamże, s. 3-4
[Dział: Kronika dnia. Kurier miejski]
Co to byli za Indyanie.
Słyszeliśmy z pewnego źródła, bo od człowieka, który się z nimi przy
jaźnił, że dzielni Indyanie, którzy tak pięknie tańczyli w cyrku Cinisellego,
są wprawdzie rzeczywistemi indyanami, ale mniej dzikiemi niż by się zdawać
mogło. Należą oni do rzędu kolonistów osiadłych na roli - umiejących
dobrze po angielsku i nie pojmujących nawet sztuki skalpowania. W Nebra-
INDIANIE W WARSZAWIE
97
see chodzą w paltotach i bluzach jak inni amerykanie cywilizowani, i dopiero
zaprzedawszy się przedsiębiorcy, przypomnieli sobie słyszane u dzikich kole
gów tańce i śpiewy, przyrządzili kostyumy pierwotne - i wprawili się w sztu
kę malowania ochrą swojego ciała. Cywilizacya ich tak sięga daleko, że
w wolnych chwilach tańczyli w Warszawie... kadryla jak zwykłe paryskie
kalikoty. Co figiel, to głowa, czyż nieprawda panowie? „Żółty dymie i wo
łowy ogonie".
IV
GAZETA WARSZAWSKA
R. 1884, nr 110, 14 maja (środa), s. 1
[Dział: Wiadomości bieżące krajowe]
W cyrku Ciniselli, znajdującym się na Ordynackiem w Warszawie, od
kilku dni magnesem przyciągającym publiczność żądną nadzwyczajności, są
czerwonoskórzy Indyanie z nad Missouri w Stanach Zjednoczonych. Plemię
ich według afisza ma się podobno nazywać Omaha-Sioux, wódz naczelny
wędrujący dziś po Europie ma imię Choo-den-na-cee czyli Żółty dym, a zma
lała liczba jego poddanych ma nie przewyższać 1.200 głów płci obojej.
Powtarzamy to wszystko z zastrzeżeniami, nie mając pewnych danych dla
odróżnienia prawdy od humbugu przedsiębiorstwa.
V
GAZETA POLSKA
R. 1884, nr 107, 10 maja (sobota), s. 2
[Dział: Z miasta]
Indyanie w Warszawie.
Ciekawe postacie występują teraz w każącym sobie zbyt drogo płacić
cyrku p. Ciniselli. Jest to gromadka Indyan, prawdziwych czerwonoskórych
z plemienia Sioux'ów, którego szczątki wygasają coraz bardziej w Stanach
Zjednoczonych Ameryki Północnej. Przybysze ci ze stanu Nebraska popisują
się w arenie cyrkowej śpiewem i tańcem. Śpiew ich głuchy, to wrzaskliwy,
a taniec przedstawia się jako monotonne skakanie przy równie jednostajnym
odgłosie bębna.
98
RYSZARD TOMICKI
VI
TYGODNIK ILUSTROWANY
R. 1884, nr 74, 31 maja, s. 346
[Dział:Kronika tygodniowa; fragment felietonu]
Mieliśmy tydzień temu Indyan amerykańskich w cyrku, którym kochana
Warszawka przyglądała się zawzięcie. Byli to najprawdziwsi Indyanie, z ca
łym rynsztunkiem swego nieokrzesania, pogardliwi wobec wymogów przy
zwoitości, obojętni na gawiedź o bladych twarzach, ciekawą synów puszczy.
Obecnie głoszą wieści, że obaczymy lada chwila najprawdziwszych murzy
nów, brudnych, cuchnących, dzikich, ale... autentycznych! Usłyszymy podo
bno ich muzykę narodową, wykonaną na skorupach tykw i bananów,
z wrzaskiem afrykańskiego zapału i ognia. Co za konkurencya wobec Towa
rzystwa muzycznego, jak silna pokusa dla naszej muzykalności.
St. M . Rz. [Stanisław Marek Rzętkowski]
VII
WĘDROWIEC
R. 1884, nr 24, s. 186-287
Historya pokolenia Omaha
Stany Zjednoczone północnej Ameryki, ten kraj od niedawna do ogólnej
pracy cywilizacyjnej powołany, a tak w niej pospiesznie postępujący, jest
widownią zaciętej, krwawej a wytrwałej walki, tejże cywilizacyi z dziką
przyrodą, walki bladych twarzy z czerwonoskóremi, w której ci ostatni już
z góry na zatracenie skazani. Ogromne obszary stepów, zaludnione odwiecz
nymi swymi mieszkańcami, którzy żyjąc od czasów najdawniejszych, nie
przedstawiali dotąd żadnego postępu, tak w pojęciach, w obyczajach jak
i w sposobie życia, - obficie obdarzone darami przyrody, wabią ku sobie
tłumy łaknących chleba i bogactw przybyszów, zwracając przy tem na siebie
oczy rządu, jako na ziemię obiecaną, gdzie może się wylać nadmiar ludności
stanów Wschodnich; to też pomimo odwagi i waleczności indyjskich ple
mion, pomimo ciężkich porażek, jakich doznawali biali w walkach, pomimo
tysięcy pomordowanych i poskalpowanych pionierów cywilizacyi, popalo
nych, zniszczonych i z ziemią zrównanych osad i wiosek, cywilizacya na
swym, wszystko druzgoczącym rydwanie, postępuje coraz dalej i szybciej,
INDIANIE W WARSZAWIE
99
wnika w najodleglejsze stepów zakątki, i krok za krokiem, rok za rokiem
wypiera, gładzi, lub wsiąka w siebie ostatki jedynych niegdyś władców
i obywateli kraju, - i nie przejdzie stulecie, - a czerwonoskórzy Indyanie
staną się mytem, tak jak są dziś dawne pokolenia Inkasów.
Jako przyczynek do historyi tej walki, przedstawiamy czytelnikom na
szym, kilka dat i faktów, z okazyi bawiących pomiędzy nami przed niedawnem, gości z amerykańskich stepów, biednych przedstawicieli ginącego ludu,
- faktów opowiadanych nam przez tychże czerwonoskórych.
Jako zabytek historyczny Stanów Zjednoczonych północnej Ameryki,
pozostało kilka szczepów Indyjskich, z których najliczniejszemi są Czeri-ki,
Pony i Omaha; ostatni odznacza się lojalnością i skłonnościami do przyjęcia
cywilizacji. Niedalej jak w r. 1853 szczep Omaha bujał swobodnie po
terytoryum Nebraska, latem polując na bawoły, lub zajmując się łapaniem
bobrów i rybołówstwem, zostawiając przy wigwamach starców, kobiety
i dzieci, dla pilnowania pola obsadzonego kukurydzą, niezbędną dla utrzy
mania przez zimę dobytku, a zarazem służącą im, przy suszonem mięsie
i rybach, za pokarm zimowy; - Omahowie zamieszkiwali okolicę nad rzeką
Missuri [sic], tuż powyżej ujścia rzeki Platt, gdzie dziś znajdują się miasta
Papilion i Belle-Vue, założone przez kupców francuskich, przedzierających
się w tamte strony dla handlu skórami.
Loghan Fontenell, syn jednego z tych kupców, ożenionego z Indyanką,
za swą odwagę i bystrość umysłu, został obrany głównym wodzem przez
Omanów. Za jego to przywództwem w r. 1853, Stany Zjednoczone zawarły
traktat z Indyanami, mocą którego nabyto od nich terytoryum na własność
Stanów, zostawiając im część ziemi w okolicach strumienia Wood-Czeek
[sic], osadę tę zwąc Black-Bird. Traktat był podpisany w Waszyngtonie przez
głównego wodza Logana, w indyjskiem narzeczu zwanego Songe-Ska (Biały
koń) i wodzów: Gahige-Żynga (Mały wódz), Gre-Dananży (Stojący jast
rząb), Tannan Gahy Żinga (Założyciel wsi), Orekige (Huk), Intamasy, jako
opiekuna nieletniego Aupautange (Wielki jeleń) i Sudenozy (Żółty dym).
Powyżej wzmiankowani wodzowie byli delegowani przez swe plemiona jako
najstarsi przedstawiciele dynastyi; wówczas Louis Sans Souci był ich tłómaczem a Gatwood delegowanym ze strony Stanów Zjednoczonych. Wkrótce
po zawarciu traktatu koloniści poczęli licznie napływać do nowonabytego
terytoryum, a równocześnie zawiązało się towarzystwo dla założenia mias
ta stołecznego (Capitol) któremu nadano miano Omaha. W rok później
1 czerwca 1854, Stany Zjednoczone kazały zrobić spis całego pokolenia
Omaha, dla większej łatwości podzielenia pomiędzy nich summy przypada
jącej za nabyte grunta, i okazało się że liczba członków tego pokolenia
dochodziła do 1,800. Po spisie zgromadzono ich do osady, gdzie wypłacono
41,000 dolarów za straty poniesione na opuszczonych przez nich polach,
już zasadzonych kukurydzą. Nad strumieniem Wood-Czeeh [sic] Indyanie
założyli miasto Decota; strumień ów otrzymał miano od nazwiska ko
wala Wooďa człowieka białego, lecz przez Indyan wielce szanowanego, za
100
RYSZARD TOMICKI
zręczność w robieniu dla nich narzędzi wojennych. Po osiedleniu Indyan
Stany Zjednoczone przysłały im 16 par wołów roboczych, pewną ilość
pługów żelaznych i ludzi do obznajomienia ich z użytkiem. Wkrótce czer
woni wojownicy szczepu Omaha, wyruszyli na zachodnie prowincye terytoryum, w okolice Biber Czeeh [sic] na bawoły; tu zostali napadnięci przez
nieprzyjazny szczep Sioux i ulegli przemocy, tracąc wielu wojowników.
Wódz Logan, wielce strapiony klęską i stratą swych towarzyszy, zwyczajem
pobitego wodza, oddalił się od obozu swego na trzy dni, lecz napadnięty
przez nieprzyjaciół, choć walczył jak lew, uległ przemocy i zamordowany
został 28 lipca. Ciało jego odszukano, przywieziono do Belle-Vue i po
chowano obok jego ojca, zwyczajem Omahów w postawie siedzącej, składa
jąc w grobie pięć łokci głębokim wszystką broń jego. Na grobie przez cztery
noce paliły się ognie, a jako oznaka smutku po wielkim wojowniku, towa
rzysze przy blasku tych płomieni, odprawiali tańce i śpiewy pogrzebowe.
Omahowie byli zmuszeni staczać ciągle walki ze szczepem Sioux; nienawiść
ta trwała kilka pokoleń wstecz, od czasu gdy Sioux'owie zezwolili na związek
małżeński jednej z Omaha dziewcząt (Skwo) z młodym wodzem swego
pokolenia. W r. 1871 wojska regularne Stanów Zjednoczonych, położyły
nareszcie koniec tym ciągłym walkom i uspokoiły czerwonych wojowników.
W r. 1883 nowy traktat został zawarty, którą to ugodę, za pośrednictwem
półindyanina Johna Perchle, tłomacza rządowego, reszta kraju nabytą zo
stała. Traktującemi ze strony Indyan byli wodzowie Sinde-Ghanghan (Świe
cący ogon), Kaha Ramba (Dwa pazury), Sange-Ska (Biały koń), Szu-Żinga
(Kuropatwa), Dubomony (Przewodnik), Pedy Gahy (Przedni wódz), Mąe
Gahy (Człowiek wódz), Ibe hamby (Znawca) i Sudenosy (Żółty dym).
Z pomiędzy powyżej przytoczonych wodzów, ostatni, Sudenosy, wraz ze
wzmiankowanym tłomaczem Johnem Perchle, w towarzystwie swych ple
miennych z kobietami i dziećmi, na mocy kontraktu zawartego z impressario
nr. Lagrange, wyruszył z Nebraska d. 28 września 1883 r. wylądował w Hawrze, i przez Paryż, Berlin i Warszawę udali się do Cesarstwa.
Podczas ich bytności w naszem mieście Dr. L. Dudrewicz dokonał na
nich pomiarów antropologicznych, które stwierdzając inne badania, wyka
zały że czerwonoskórzy pokolenia Omaha, należą do typu krótkoglowych
(Brachicephali), a nawet do mocno krótkoglowych, pokazując bardzo bliskie
powinowactwo z pokoleniem mongolskiem. Krótkogłowy typ Indyan Oma
ha wyraża się stosunkiem długości do szerokości czaszki, na wskazowniku
czaszkowym tablicy antropologicznej Broca liczbami 83, 75, -78, 94, -85, 56,
-86, 48 i u kobiety 84, 21. Wszyscy Omahowie są prostoszczękowi (Orthognati), to jest szczęka dolna nie jest do przodu wysuniętą, a zęby górne sieczne
zachodzą na takież szczęki dolnej, zupełnie tak samo, jak ma to miejsce
u rasy białej. Bliskie podobieństwo pokolenia Omahów z plemieniem mon
golskiem, uderza nas na samo pierwsze wejrzenie na tych mieszkańców
Ameryki, różnicę tylko widzimy w formie nosa, który u Omahów jest duży,
o wysokim grzbiecie, gdy tymczasem u Mongołów zadarty i mały, mający
INDIANIE W WARSZAWIE
101
niskie siodło; u jednych jak i u drugich włosy na głowie są proste, twarde,
w przecięciu poprzecznem okrągłe. Zarost brody u wszystkich rzadki, skąpy,
- u jednych i u drugich kości licowe mocno wystają, oczy wąsko szczelinowe
i nieco skośnie ustawione zdają się wskazywać na dziedziczne znamię mon
golskich przodków. Z tego wszystkiego Dr. Dudrewicz wnosi że czerwonoskórzy, w czasie pierwotnej wędrówki ludów, musieli przybyć ze starego
świata i że nie są autochtonami północnej Ameryki. Jednem słowem z badań
tu dokonanych przez Dr. D. zdaje się, że pochodzenie tych pierwotnych
ludów Ameryki północnej, jest azyatyckie.
Plemię Omaha wyznaje dziś wiarę chrześcijańską, i należy do sekty
prezbyteryańskiej, której zasady misyonarze już od lat czterdziestu pomiędzy
niemi krzewią. Nabożeństwo odprawiają w swym rodowitem narzeczu, a dla
ciekawych usłyszenia brzmienia tej mowy, przytaczamy tu Ojcze nasz w na
szej ortografii:
,,In dady alio monsziatta, пупке dyna dy hobe dy żinge rinke la erwala jage
wały saga szubletle ego pahetle manzana mawian littala wamuskele la antiga
ininkangha hininke sziga anau ta leliuke the u dahe ego epahete. Eimen".
I tak wiara chrześcijańska została między nimi zaszczepiona, przy niej
cywilizacya coraz większe robi wśród ludu tego postępy, ale niestety, liczba
pokolenia z dniem każdym maleje i niedaleką jest chwila w której resztki
czerwonoskórców znikną na zawsze z powierzchni ziemi.
B. Horodyński
Wódz Pawnisów, Buffalo Buli, wg: Catlin 1844, vol. 2, tabl. 140
