-
extracted text
-
„Etnografia Polska", t. X L V I I I : 2004, z. 1-2
PL ISSN 0071-1861
ANDRZEJ
WOŹNIAK
Instytut A r c h e o l o g i i i E t n o l o g i i P A N , Warszawa
PRZEDMIEJSKIE GRY I ZABAWY.
O CZASIE WOLNYM I ŚWIĘTOWANIU NA GOCŁAWIU
W DWUDZIESTOLECIU MIĘDZYWOJENNYM
I
Międzywojenny Grochów - największe z przyłączonych w 1916 r. do War
szawy przedmieść, stanowił X V I I jej komisariat (okręg) i składał z kilku jedno
stek osadniczych o różnym charakterze. Różniły się one strukturą zawodową
i charakterem związków z miastem, organizacją przestrzeni osadniczej i stop
niem urbanizacji. Często towarzyszyło temu także zróżnicowanie etniczne i wy
znaniowe. Lokalne społeczności międzywojennego Grochowa znajdowały się
na różnych etapach przemian: od zbliżonych do modelu kultury tradycyjnej do
najbliższych kulturze wielkomiejskiej. Do najbardziej wyróżniających się swoją
specyfiką części Grochowa należał Gocław, stanowiący swego rodzaju przed
mieście przedmieścia (Woźniak 2002, s. 155-156).
Najwcześniej, bo już około połowy wieku XIX, swoją „drogę do miasta" roz
poczęła ówczesna wieś Grochów, w dwudziestoleciu międzywojennym jeden
z najdynamiczniej rozwijających się rejonów Warszawy. Nieocenione znaczenie,
zarówno dla Grochowa, jak i dla całego komisariatu X V I I , a także dla terenów
sąsiednich, miała działalność założonej w latach 20-tych i do dziś istniejącej
Spółki Wodnej Obwodu Wawerskiego. Przeprowadzone przez nią prace melio
racyjne pozwoliły w latach 30-tych zwiększyć tempo oraz zakres inwestycji
budowlanych i drogowych, którym towarzyszyły inwestycje komunikacyjne
i sanitarne. Okres kryzysu nie zahamował rozwoju budownictwa, zwłaszcza
indywidualnego, a nawet, ze względu na znaczne potanienie materiałów budo
wlanych i robocizny, rozszerzył jego zakres (Wrzos 1985, s. 169-170). Odnoto
wano również ogromny wzrost ludności dzielnicy, a zwłaszcza samego Grochowa
- dwukrotnie większy, niż np. na sąsiednim Targówku. Struktura zawodowa
mieszkańców Grochowa była bardzo zróżnicowana. Przytłaczającą większość
stanowili robotnicy, znaczący odsetek rzemieślnicy i kupcy; byli tu również
przedstawiciele wolnych zawodów, urzędnicy, przedsiębiorcy; stosunkowo
nieznaczna część mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa. Zróżnicowany
był również Grochów pod względem etnicznym i wyznaniowym. Zdecydo
waną większość stanowili wprawdzie Polacy wyznania rzymsko-katolickiego,
ale mieszkała tu również ludność żydowska (według danych spisu z roku 1931
było jej w skali całej dzielnicy około 6 proc), Niemcy, przeważnie ewangelicy
różnych wyznań, oraz ludność prawosławna.
222
ANDRZEJ W O Ź N I A K
Położony wzdłuż głównej magistrali przedmieścia - ulicy Grochowskiej
- Witolin, pod względem struktury zawodowej, etnicznej i wyznaniowej podob
ny był do Grochowa, ale ustępował mu znacznie obszarem i liczbą ludności.
Inna była też jego historia. Powstał na gruntach podmiejskiego folwarku i znacz
nie później niż Grochów wszedł na drogę miejskiego rozwoju. „Obok Grochow
skiej - pisał przed laty Jerzy Kasprzycki - głównymi ulicami Witolina były
Sulejkowska, Komorska, Kawcza i Osiecka. Pobudowali się tu w tandetnych
dworkach, willach, a nawet murowanych kamieniczkach, pierwsi obywatele,
którzy przybyli z podwarszawskich stron, gdy rozpoczęła się parcelacja dóbr
wiejskich, wcielonych do stolicy w 1916 roku. Przyłączyli się do nich rzemieślni
cy, oficjaliści, kupcy z innych dzielnic, zachęceni niską ceną gruntów, dogodny
mi warunkami kredytów. [...] Długo jeszcze poszczególne parcele rozpoznawano
według lokalnych nazw, utworzonych od imion i nazwisk nowych właścicieli:
„Tyburówek" od Władysława Tybury (Osiecka 15/17), „Janówka" od Jana
Staniszewskiego (Kawcza 28/30), „Zalina" od Chrystiana Sahla (Majdańska 2),
„Woczalówka" od Jana Woczala (Mniszewska 2) (Kasprzycki 1993, s.12).
Po odzyskaniu niepodległości, w latach 20-tych na Witolinie osiedlali się
przybysze „ze wszystkich stron Polski", z niezbyt odległego wschodniego Ma
zowsza, „znad Mieni", ale również z Wielkopolski i z Galicji. Osiadali tu za
chęceni możliwościami zarobków i kariery w stolicy. „Dla tamtych czasów
początku I I Rzeczypospolitej charakterystyczna była ich jakościowa przewa
ga nad mieszkańcami Warszawy pod względem wykształcenia, kwalifikacji
zawodowych, znajomości języków obcych - swego rodzaju «europejskosci»".
(Kasprzycki 1998, s. 256).
Zupełnie inny, czysto inteligencki, charakter miało niewielkie osiedle zlokali
zowane nieopodal Witolina, po drugiej stronie ulicy Grochowskiej. Osiedle to,
do dziś w całości zachowane, znajduje się w okolicy placu Szembeka. Składa się
z nieco ponad trzydziestu domków w charakterystycznym dla lat 20-tych „dwor
kowym" stylu. W czasach, kiedy powstawało nazywano je Kolonią Praussa.
Jerzy Kasprzycki pisał o Kolonii Posłów i Senatorów PPS, dziś jednak nazw
tych nie zna już nikt, poza starszymi mieszkańcami kolonii. „Wille te, wzniesione
z własnych środków i kredytów bankowych - pisze J. Kasprzycki - zamieszki
wali znani działacze lewicy społecznej okresu międzywojennego, m.in. sekretarz
generalny PPS - Frakcji Rewolucyjnej Kazimierz Pużak, pisarka Helena
Boguszewska, autorka popularnej wówczas powieści-reportażu Jadą wozy
z cegłą" (Kasprzycki 1998, s. 218). Kolonia powstała w połowie lat 20-tych mię
dzy ulicami Chłopickiego, Boremlowską, Żółkiewskiego i Szaserów. W połowie
lat 30-tych osiedle było już dobrze zagospodarowane, w ogrodach otoczonych
siatką wyrosły drzewa. W nocy osiedla pilnował stróż. Wszyscy się tu znali
przynajmniej z widzenia, większość utrzymywała ze sobą kontakty towarzyskie.
Panowało poczucie bezpieczeństwa i swojskości. Natomiast otoczenie: robotnicze
domy przy ul. Szaserów, bieda-domki rosnące wówczas jak grzyby po deszczu
„na błoniach przy torach", było dla wielu trochę niezrozumiałe i niepokojące.
„Ci ludzie", którzy w nich mieszkali lub mieli zamieszkać, mimo programowej
często ich akceptacji, byli dla niektórych mieszkańców Kolonii Praussa nieco
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y
223
zagadkowi; reprezentowali świat, w którym wszystko było inne: zajęcia, sposób
myślenia i spędzania wolnego czasu, światopogląd i system wartości.
Kolejne nowe osiedle w okolicach Witolina wyrosło na terenach po rozebra
nym forcie X I , po odzyskaniu niepodległości przejętych przez Skarb Państwa,
a potem przez gminę m.st. Warszawy. Grunta te, leżące na terenie dawnej
wsi Górki Grochowskie, po parcelacji sprzedano na dogodnych warunkach urzęd
nikom państwowym, nauczycielom i wojskowym. „Parcelację Górek Grochow
skich przeprowadzała m.in. Oficerska Spółdzielnia Mieszkaniowo-Budowlana.
Jej członkowie, oficerowie przeniesieni służbowo do Warszawy z oddziałów
stacjonujących w Wilnie, aby podkreślić swoje przywiązanie do rodzinnych
stron, uzyskali zgodę na nadanie wileńskich nazw ulicom wytyczonym w ich
osiedlu, stąd pojawienie się na Grochowie nazw ulic z odległej Wileńszczyzny: Filomatów, Budrysów, Gedymina i najważniejszej z nich Ostrobramskiej"
(Kasprzycki 1998, s. 280).
Częścią dzielnicy o wyraźnym własnym obliczu i kilkuwiekowej historii była
Saska Kępa. Najwcześniejsze etapy tej historii wiążą się z dziejami średniowiecz
nej osady targowej na Solcu, ale pierwsi stali osadnicy, wychodźcy religijni
z Holandii, osiedli tu dopiero w pierwszej połowie X V I I wieku (Faryna-Paszkiewicz 2001, s. 6). Na początku X X wieku Saska Kępa była, podobnie jak w stu
leciu poprzednim, wsią stanowiącą „letni salon Warszawy", ale po przyłączeniu
w latach 60-tych X I X w. do gminy Wawer jej reputacja znacznie podupadła.
Wcześniej znana jako ulubione miejsce niedzielnych wycieczek „dla klasy
niższej, lecz porządniejszej, dla rzemieślników, ich żon, dzieci i czeladzi, dla
kupczyków, panien służących, lokai, podrzędnych urzędników", jako niewielka
wieś podwarszawskiej gminy, pozbawiona należytego nadzoru policyjnego,
Saska Kępa na przełomie X I X i X X wieku stała się miejscem popularnych
zabaw „coraz to bardziej uczęszczanym przez proletariat i męty miejskie", pisał
J.S. Bystroń (1977, s. 250, 284-285). Charakter taki zachowała przynajmniej
do połowy lat 20-tych ubiegłego wieku.
W pierwszych latach niepodległości nadal bardziej przypominała wieś niż
miasto - większość domów stanowiły budynki drewniane, wśród nich niektóre
kryte słomą. Urbanizacja Saskiej Kępy postępowała powoli. Sytuacja uległa
zmianie w drugiej połowie lat 20-tych. W 1927 r. oddano do użytku most Ponia
towskiego. Stopniowo zaczęto też odwadniać podmokłe tereny Saskiej Kępy,
które dopiero po przeprowadzeniu tych prac nadawały się do zabudowy. Melio
racje wykonywała utworzona w 1924 r. Spółka Wodna Obwodu Wawerskiego.
Odwodnienie terenów Saskiej Kępy pozwoliło na szybką jej zabudowę. Wia
tach 30-tych Saska Kępa była przede wszystkim dzielnicą mieszkaniową, gdzie
realizowano prywatne budownictwo, w znacznej części typu willowego. Domy
budowali tu zamożni przedsiębiorcy warszawscy, wyżsi urzędnicy, przedstawi
ciele tzw. wolnych zawodów. Początkowo zabudowywano głównie tereny w oko
licach Ronda Waszyngtona, później zabudowa posunęła się w kierunku połu
dniowym wzdłuż ul. Francuskiej. Na całym obszarze Saskiej Kępy (wraz z tzw.
rejonem wystawowym) w dniu 1 I 1930 r. znajdowało się 85 nieruchomości
zamieszkiwanych przez 2246 osób. Wśród dawnych mieszkańców Saskiej Kępy
224
ANDRZEJ WOŹNIAK
do najbardziej znanych należały nazwiska Genzlów, Kappów, Ranców, Szenków,
Wernerów, Wolframów. Jedni potomkowie tych dawnych niemieckich koloni
stów byli już mocno spolonizowani, inni podkreślali swe związki z niemczyzną.
Większość pozostała przy luteranizmie, inni przeszli na katolicyzm, niektórzy na
prawosławie. Wyznawców prawosławia było zresztą na Saskiej Kępie więcej.
Osiadła tu po rewolucji spora grupa tzw. „białych" emigrantów rosyjskich,
z których inicjatywy w jednym z budynków przy ul. Paryskiej powstała prawo
sławna kaplica i cerkiewna drukarnia; dziś jest tam prawosławne seminarium.
W dwudziestoleciu międzywojennym Saska Kępa dość luźno i tylko formalnie
związana była z Grochowem, oddalonym od niej i oddzielonym dużą niezabudo
waną przestrzenią. Miała nawet osobny posterunek policji państwowej przy
ul. Krynicznej, należała do innego okręgu pocztowego na Kamionku i do kamion
ko wskiej, a nie grochowskiej parafii. Dzieci na Kamionek chodziły do szkoły.
Nieco silniejsze związki łączyły niektórych mieszkańców Saskiej Kępy - Ranców,
Wolframów i innych - z Gocławiem, gdzie mieszkali ich liczni krewni. Widomym
świadectwem tego braku związków z Grochowem i pewnego lokalnego „separa
tyzmu" było utworzone w 1928 r. Towarzystwo Przyjaciół Saskiej Kępy, Gocławia
i Kamionka, nie mniej aktywne niż Towarzystwo Przyjaciół Grochowa.
Gocław wraz z Grochowem należały do najstarszych miejscowości Równiny
Praskiej, a pierwsza wiadomość o nim pochodzi z X I I wieku. Od końca wieku
X V I I I mieszkali na Gocławiu i w najbliższym jego sąsiedztwie niemieccy kolo
niści, którzy na początku ubiegłego stulecia byli właścicielami ponad połowy
gospodarstw i znacznej większości użytków rolnych. Jak mówi lokalna tradycja,
wszyscy mieszkańcy Gocławia utrzymywali się jeszcze wówczas z rolnictwa,
ale gospodarstwa polskich mieszkańców wsi były już bardzo niewielkie i nadal
ulegały rozdrobnieniu. Bieda zaglądała pod dachy nawet tych, którzy według
tutejszych kryteriów za biednych nie uchodzili, zmuszając również ich do szuka
nia dorywczych zarobków w sąsiednim, bardziej zaawansowanym gospodarczo
Grochowie czy na przyłączonym niedawno do Warszawy i dynamicznie rozwija
jącym się przemysłowym Kamionku. Istniały tam możliwości zarobkowania
w transporcie lub przy niewymagających kwalifikacji robotach budowlanych,
i - co nie mniej ważne - te coraz częstsze z upływem lat kontakty z miastem
oswajały mieszkańców Gocławia z jego kulturą i odmienną niż w tradycyj
nym rolnictwie organizacją pracy. Jedynie dla niemieckich kolonistów głównym
źródłem utrzymania pozostały gospodarstwa rolne.
Niemiecka społeczność Gocławia różniła się od polskiego otoczenia również
religią. Przytłaczająca większość była wyznania ewangelicko-augsburskiego (luterańskiego), nieliczni należeli do kościoła ewangelicko-reformowanego (kalwiń
skiego) czy też - podobnie jak polscy sąsiedzi - wyznawali katolicyzm . Między
obu grupami istniały w związku z tym także różnice w dziedzinie zwyczajów
- zarówno dorocznych, jak i rodzinnych.
1
1
N i e b y ł o na starym G o c ł a w i u Ż y d ó w . Natomiast w latach 20-tych o s i a d ł a tu jedna rodzina
rosyjska ( p r a w o s ł a w n a ) i jedna u k r a i ń s k a ( p r a w o s ł a w n a lub greckokatolicka).
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
225
W latach 30-tych ubiegłego wieku jedynie gospodarze niemieccy byli w stanie
utrzymywać się wyłącznie z gospodarstwa, choć i niektórzy z nich wykonywali
zawody pozarolnicze. Polscy mieszkańcy Gocławia wszyscy utrzymywali się
głównie z pracy poza rolnictwem, a w każdym razie poza własnym gospodarstwem,
ale w latach kryzysu i powszechnego bezrobocia stałą pracę mieli tylko nieliczni.
Gocław tamtych lat wyglądem niewiele różnił się od sąsiednich, leżących już
za granicą miasta wsi, takich jak Bluszcze, Las czy Zerzeń. W roku 1919 był
jedynym rejonem komisariatu X V I I , w którym nie występował podział na ulice,
choćby takie „Bez Nazwy" jak na Saskiej Kępie. W końcu lat 30-tych większość
zabudowy Gocławia była drewniana, a domy murowane nieliczne. Brak było
wodociągów i kanalizacji, elektryczność miało zaledwie parę domów.
Międzywojenny Gocław, o którym nawet jego mieszkańcy mawiali niekiedy,
że był „zabitą wsią", miał liczne i dość rozległe kontakty zarówno z najbliższym
otoczeniem, jak i z dalszymi okolicami. Codzienne kontakty z różnymi dziel
nicami Warszawy mieli gocławianie pracujący poza gospodarstwem zarówno
stale, jak i dorywczo. Warszawa dostarczała im środków utrzymania i byli już
z nią nierozerwalnie związani.
Gdy w roku 1916 Gocław wraz z Grochowem i innymi sąsiednimi miejsco
wościami został przyłączony do Warszawy i stał się jej przedmieściem, praca
poza rolnictwem była już dla znacznej części jego polskich mieszkańców głów
nym źródłem utrzymania. W okresie międzywojennym nie stanowiły go już
bardzo rozdrobnione gospodarstwa rolne, bo w niektórych wypadkach „jak dwa
zagony miał", to trudno nawet było to „nazwać gospodarstwem", komentuje
mój rozmówca J.L. Słabo rozwinięta była również hodowla. Trzymano w nich
1-2 krowy, rzadko konia , 1-3 świnie, nieco drobiu, rozpowszechniona była ho
dowla królików. Znacznie więcej inwentarza hodowano w dużych gospodarstwach
niemieckich kolonistów, które stanowiły podstawę ich utrzymania. Właściciele
dwu największych - Cezary i Eugeniusz Wolframowie - zatrudniali nawet na
stałe po parę rodzin robotników najemnych, mieszkających w wybudowanych
2
2
N a G o c ł a w i u , j e ś l i k t o ś m i a ł konia „ z a l i c z a ł s i ę do bogatszych", p o z w a l a ł o m u to b o w i e m
z a r o b k o w a ć przy robotach k o m u n a l n y c h , prowadzonych przez Magistrat z a r ó w n o latem (przy
konserwacji u l i c ) , j a k i z i m ą (przy w y w o ż e n i u ś n i e g u ) . K o ń b y w a ł zatem w p e w n y m sensie ż y w i
cielem rodziny, dbano w i ę c o niego, karmiono nie t y l k o owsem, ale t a k ż e j ę c z m i e n i e m i ż y t e m ,
pasiono na najlepszej trawie; w y w . 1/99; 4/99, 12/99, inf. J.L.
Podstawowy z a s ó b w i a d o m o ś c i w y k o r z y s t a n y c h w opracowaniu pochodzi ze ź r ó d e ł w y w o ł a
nych - w y w i a d ó w , przeprowadzonych w latach 1997-2004 z m i e s z k a ń c a m i G o c ł a w i a , Grochowa,
W i t o l i n a i K o l o n i i Praussa. W y w i a d y na G r o c h o w i e i W i t o l i n i e oraz na K o l o n i i Praussa p r o w a
d z i l i w ramach praktyk w a k a c y j n y c h w latach 1997-2000 studenci ó w c z e s n e j Katedry E t n o l o g i i
i Antropologii Kulturowej
U W . W y w i a d y na G o c ł a w i u w latach 1 9 9 7 - 2 0 0 4
przeprowadzał
(z n i e w i e l k i m i w y j ą t k a m i ) autor opracowania (wszystkim r o z m ó w c o m s k ł a d a m serdeczne p o d z i ę
k o w a n i a ) . M n i e j s z ą r o l ę o d e g r a ł y nieliczne, publikowane m a t e r i a ł y p a m i ę t n i k a r s k i e d o t y c z ą c e
dzielnicy, literatura p i ę k n a , lokalna prasa i „ g r o c h o w s k i e " felietony Jerzego K a s p r z y c k i e g o .
M a t e r i a ł y d o t y c z ą c e G o c ł a w i a , a z w ł a s z c z a s p o s o b ó w s p ę d z a n i a czasu w o l n e g o i ś w i ę t o w a n i a ,
o d n o s z ą s i ę przede w s z y s t k i m do j e g o polskich m i e s z k a ń c ó w i z a w i e r a j ą j e d y n i e nieliczne oraz
d o ś ć s k ą p e w treści w z m i a n k i na temat i c h n i e m i e c k i c h s ą s i a d ó w . W ś r ó d i n f o r m a t o r ó w nie b y ł o
j u ż o s ó b wyznania ewangelickiego, p a m i ę t a j ą c y c h czasy przedwojenne.
226
ANDRZEJ W O Ź N I A K
dla nich czworakach, a w okresie robót polowych również robotników sezono
wych (Woźniak 2002, s. 174). Poza folwarkami braci Wolframów, będących
największymi na Gocławiu pracodawcami, możliwości zatrudnienia nie było
tu prawie żadnych. Istniały dwa (pod koniec lat 30-tych trzy) niewielkie sklepy
obsługiwane przez właścicieli i dwa warsztaty stolarskie zatrudniające, oprócz
majstrów, paru uczniów lub czeladników . W latach 20-tych, kiedy Spółka Wodna
Obwodu Wawerskiego wznosiła Wał Gocławski, przy jego budowie pracowało
wielu mieszkańców Gocławia i Kamionka .
Prawie przez cały okres międzywojenny Gocław należał do parafii na Ka
mionku; tu odbywały się chrzty nowych gocławian, później ich Pierwsze Komu
nie, śluby i pogrzeby. Z Kamionkiem związane było całe oficjalne życie religijne
gocławian, ale „na co dzień" czuli się bardziej związani z kościołem na placu
Szembeka. Tam chodzono często na niedzielne msze święte, nabożeństwa ma
jowe lub czerwcowe, często na procesje Bożego Ciała. Do taniego kina w tam
tejszym domu parafialnym biegały dzieci i młodzież z Gocławia. Na Grochów
szło się do szkoły, tam robiono część zakupów, szukano warsztatów rzemieślni
czych, porady lekarskiej, korzystano z usług pocztowych. Przy ul. Grochowskiej
znajdował się komisariat policji państwowej - „grochowska siedemnastka".
Grochowską biegła linia tramwajowa i trasa kolejki wąskotorowej. Grochów
dostarczał mieszkańcom całej dzielnicy różnego rodzaju rozrywek, z których ze
względu na trudną sytuację finansową gocławianie korzystali w ograniczonym
zakresie. W centrum Grochowa miały też swoje siedziby liczne tutejsze organi
zacje społeczne, oświatowe i gospodarcze.
Najżywsze były kontakty Gocławia z pobliskimi wsiami - Zerzeniem, Lasem,
Zbytkami, Zastowem, Kawęczynem. Zazwyczaj miały one charakter rodzinny
i towarzyski. We wsiach tych, a zwłaszcza w Zerzeniu i w Lesie, najczęściej
szukano kandydatki na żonę. Niekiedy jednak, gdy uciekano się do pomocy swa
tów, znajdowano j ą i znacznie dalej, np. w okolicach Nieporętu.
W stanie swoistej homeostazy i pewnego zapóźnienia cywilizacyjnego znajdo
wała się w okresie międzywojennym również inna część dzielnicy - Kozia Górka,
która, jak wynika z opracowania M. Harusewicza, pod niektórymi względami przy
pominała leżący na drugim krańcu Grochowa Gocław (Harusewicz 1933).
3
4
II
Dzień powszedni na Gocławiu rozpoczynał się latem „i o 3, jak robota była
w polu", ale tak było tylko u tych, którzy mieli choć kawałek ziemi. Inni nie wsta
wali tak wcześnie. Zimą dzień zaczynał się około godziny 6. Dzieci wstawały póź
niej. Pierwsza budziła się gospodyni, by wyprawić do pracy męża. Coś zazwyczaj
gotowała; zacierki na mleku, kaszę. Do tego jedzono chleb ze smalcem, masłem,
czasem z wędliną, „jak kogo było stać". Wychodzący do pracy mężczyzna brał
3
W y w . 1/2000, inf. H.S.
4
W y w . 4/99, inf. J.L. Przy budowie w a ł u p r a c o w a ł j a k o brygadzista, c z y l i tzw. stojak, ojciec
J.L.. S p ó ł k a z a t r u d n i a ł a t e ż „ ś l u z o w e g o " z G o c ł a w i a , k t ó r y p i l n o w a ł przepustu k a n a ł u w wale.
227
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
ze sobą coś do jedzenia - chleb, kawałek wędliny, niekiedy domowego wyrobu.
Czasem, gdy w domu niczego nie było, żona dawała mu pieniądze. „Co kupił - czy
«setkę», czy coś do jedzenia, to już jego rzecz, ale przeważnie kupowali coś
[do jedzenia - A.W.], czasem ciułał, żeby dzieciom dać", mówi J. L. Śniadania
w dzień powszedni nie jadano razem. Osobno, trochę później, jadły je dzieci.
Dawano im również śniadanie do szkoły lub parę groszy. Kolejność czynności
dzieci po obudzeniu była następująca: „mycie - ręce i twarz, paciorek, śniadanie,
a wieczorem odwrotnie".
Ci mężczyźni, którzy mieli stałą pracę, a było ich w latach 30-tych na Gocławiu zaledwie kilku, wracali do domu około godziny 4-5, a nawet 6 po południu.
W fabrykach była półgodzinna przerwa na posiłek. W małych, prywatnych
zakładach jedzono niekiedy wręcz „w biegu". Kiedy mąż wracał z pracy, ocze
kiwał go przygotowany przez żonę obiad. Jeśli pracowała w polu, to na ogół
wracała około południa, gotowała obiad, karmiła dzieci po ich powrocie ze szko
ły i zostawiała posiłek dla męża w kuchni, w tak zwanej „duchówce". Po umyciu
się i zjedzeniu obiadu mężczyzna „popalił, posiedział chwilę i brał się za robotę
przy domu, w polu. Ci, co nic nie mieli, szli na wał posiedzieć, pogadać, w karty
pograć. Za wałem były trzy piękne jeziora - piękny widok" . Kolację jedzono
przeważnie razem, cała rodzina, „pod koniec dnia", przed zmrokiem. „Za wido
ku nie szło się spać nigdy".
A oto opis przedwieczornego Gocławia, widzianego z Gocławskiego Wału
latem 1934 r. oczyma mieszkańców kolonii Praussa: „Po prawej stronie zbiegły
się sobie domki i zagęściły w zbitą masę. Tutejsze domki są stare jak świat,
dziwaczne, omszałe, w czapach ze strzechy, zaszyte w bzowe krzaki i w drzewa
- akacje, białodrzew, topole, nawet brzozy - antyteza tamtych nowoczesnych,
«inteligenckich» domków, które mijaliśmy na początku, przy Mlądzkiej. Na skraju
tego wszystkiego rozkłada się dwór - stary, niziutki, szeroki, z gankiem na słu
pach, z dwoma skrzydłami, z dziedzińcem porosłym trawą i chwastem, gdzie
śród zdziczałych klombów pasą się konie. Tuż opodal w stodole huczy i buczy
młocarnia. Gdy podejść bliżej - przez rozwarte wrota czuć zapach ziarna i słomy,
widać wiejący kurz. Wszystko to leży w dole, a nazywa się - Gocławski Dwór.
Dalej już domów nie ma - chyba na najdalszym, zamglonym już horyzoncie
- Warszawa, jak łańcuch wzgórz. A wszędzie bliżej, po prawej stronie i po lewej
- zielono. Tu i owdzie śród łąk i pastwisk cisną się wąskie poletka już dojrzałego
owsa. W dołkach seledynowa kapusta. Krowy się pasą, dzieci kąpią się w stawie
przy mostku, dalej widać kosiarzy idących gęsiego ścieżką, a na zboczu wału
pod olbrzymimi topolami siedzą kobiety tego przedmieścia, zażywne, kolorowe
- z cienia spoglądają ku dzieciom, pogadują niegłośno, w obu rękach pokazują
sobie pofastrygowane «plecy», rękawy, spódnice sukienek - szyją i reperują,
niektóre robią na drutach. Wszystko dokoła jest zielone od łąk i błękitne od
nieba. Szczęśliwe oczy piją" (Boguszewska, Kornacki 1959, s. 46-47).
Tak wyglądało gocławskie późne popołudnie w sierpniu. Wiosną - w maju lub
w czerwcu - obok widocznej z wału kapliczki przy zbiegu ulic Mimośrodowej
5
5
W y w . 1/99, inf. J.L.
228
ANDRZEJ W O Ź N I A K
i Żymirskiego spacerowicze mogli zobaczyć rzeszę mieszkańców Gocławia
i usłyszeć nabożne śpiewy. Na majowe i czerwcowe nabożeństwa zbierali się
tu licznie ludzie w różnym wieku - starsi, dzieci, młodzież. Młodzi przynosili
zieleń oraz kwiaty polne i z przydomowych ogródków do przyozdobienia ka
pliczki. Na majowe nabożeństwa chodzono również do drewnianego kościółka
przy placu Szembeka, ale tradycja wspólnych majowych modlitw przy kapliczce
żywa była jeszcze w okresie powojennym .
Późną jesienią i zimąposiady na wale, najpopularniejszy sposób spędzania wol
nego czasu, zarówno w dni powszednie, jak i w niedzielę, zastępowały spotkania
po domach. Zbierano się „tam, gdzie mieszkanie było duże i gdzie ciepło było".
Starsze kobiety, najczęściej wykonując jednocześnie jakieś robótki, opowiadały
„historie z życia", o wydarzeniach z przeszłości, o duchach i cudach, niezwy
czajnych wydarzeniach . Zimą i jesienią wieczorami nieco więcej niż w letnich
miesiącach czytano, ale czytelnictwo na Gocławiu nie było wówczas rozwinięte .
„Latem to nikt nie czytał prawie [...]; dziewczyny, panny jak tam były, to tam se
czytały po krzakach, ale mężczyźni i chłopaki nie czytali". Książki pożyczano
sobie nawzajem, bardzo rzadko z jakiejś biblioteki, chociaż w okresie międzywo
jennym istniały na Grochowie wypożyczalnie książek zarówno społeczne, szkol
ne, jak i prywatne. Pierwszą w dzielnicy bibliotekę noszącą imię Adama Asnyka
zorganizowało przy szerokim wsparciu mieszkańców dzielnicy Towarzystwo Przy
jaciół Grochowa. Liczyła ona parę tysięcy tomów literatury pięknej i popularno
naukowej. W 1924 г., gdy Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności przeka
zywało stworzone przez siebie czytelnie Towarzystwu Bibliotek Publicznych,
również TPG przekazało mu czytelnię im. Asnyka, która w końcu lat trzydzie
stych liczyła około 5 tys. tomów (Poliński 1938, s. 171-173). Przy ul. Grochow
skiej 97 В działała w dwudziestoleciu prywatna wypożyczalnia książek „Pionier".
Dużym powodzeniem cieszyła się pierwsza na Witolinie księgarnia Bandycha,
który skupował od drukarzy końcówki nakładów popularnych „żółtych zeszytów"
literatury sensacyjnej. Bandych sprzedawał je swoim, najczęściej młodym, klien
tom po bardzo niskich cenach - niekiedy po 5 groszy (Kasprzycki 2000, s. 12).
Dzięki temu zapewne niejeden z tych zeszytów trafił również na Gocław. Częściej
niż książki czytano tu gazety, które kupowano lub pożyczano od sąsiadów .
Radio pojawiło się na Gocławiu pod koniec okresu międzywojennego, ale
odbiorniki były jeszcze rzadkością. Znacznie bardziej popularne były gramo
fony, a pod koniec lat 30-tych pojawiły się walizkowe patefony na korbkę.
Muzyki z płyt chętnie słuchano i tańczono przy niej, niekiedy nawet na podwór
ku czy na wale.
Do kina chodziła przeważnie młodzież i dzieci, starsi bardzo rzadko, bo szkoda
było pieniędzy na bilet. Panowało wówczas bezrobocie i powszechna bieda. Do6
7
8
9
6
W y w . 3/99, inf. J.L.
7
W y w . 12/00, inf. J.L.
8
D o u l u b i o n y c h lektur n a l e ż a ł y m . i n . Trędowata,
inf. J.L.
W y w . 1/01, inf. J.L.
9
Znachor,
Żywoty
św. Genowefy.
W y w . 3/99,
229
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y
piero „przed samiusieńką wojną, chyba w 38" sytuacja się poprawiła - „ludzie
się trochę puścili, już zaczęli chodzić do cyrku, jak się pokazał cyrk, a był też
ten cyrk Staniewskich na Okrąg, a to już do cyrku ktoś poleciał, to już na jakiś
film polecieli. Przeważnie to w niedzielę, w sobotę czasem. Czasem jak ktoś
poleciał w tygodniu, to w czwartek, bo mówili - to obywatelski dzień. To i od
wiedziny były w czwartek i randki były w czwartek, to już taki obywatelski
dzień był w czwartek" . Najbliższe kino „Sorrento" mieściło się przy ul. Krypskiej róg Igańskiej, ale wśród dzieci i młodzieży największym powodzeniem
cieszyło się kino „Olszynka" w domu parafialnym przy ul. Chłopickiego, zorga
nizowane przez energicznego grochowskiego proboszcza ks. Jana Sztukę. Były
tam tanie bilety i atrakcyjne dla młodzieży programy . Mieszkańcy Gocławia
i Grochowa wspominają również kino na pobliskim Kamionku (przy ul. Zamoy
skiego, tam, gdzie dziś teatr „Powszechny"), rzadziej kina na Pradze. Na Ka
mionku, przy ul. Zamoyskiego 20, znajdowało się jedno z nowszych kin prawo
brzeżnej Warszawy, noszące początkowo nazwę „Hel", później „Popularny". Sala
przy Zamoyskiego gościła też zespoły teatralne, przeważnie teatrzyków rewiowych, rzadziej teatrów dramatycznych.
Sporo kin było na Pradze. Najbardziej popularne znajdowało się w Domu
Żołnierza przy ul. Zygmuntowskiej. Miało tanie bilety i dawało filmy z reguły
dostępne dla młodzieży. Znanymi kinami były „Era" przy ul. Inżynierskiej, „Lo
tos" (później „Praskie Oko") przy ul. Zygmuntowskiej, „Praga" przy Targowej.
Istniały również małe, tanie kina, wyświetlające przeważnie filmy sensacyjne
w salkach na 50-80 osób, takie jak kino „Wrzos" przy ul. Ząbkowskiej czy po
dobne przy Targowej. Tanie kina działały również przy parafii św. Floriana, przy
ul. Floriańskiej oraz na dość odległym Bródnie (Elsztein 2002, s. 206-212).
Bardzo rzadko bywali gocławianie w teatrze, ponieważ „szkoda było pienię
dzy" i „nie każdy miał się w co ubrać". Starsi z oszczędności nawet do kina cho
dzili bardzo rzadko; na Gocławiu była to, jak wiemy, rozrywka przede wszystkim
dzieci i młodzieży . Podobnie rzadko chodzono do teatru w środowisku robot
niczym Grochowa , ale w rodzinach inteligenckich teatr stanowił tam dosyć
częstą rozrywkę świąteczną . Zainteresowanie teatrem miało zresztą wśród
10
11
12
13
14
1 0
11
1 2
1 3
W y w. 1/01, inf. J.L
W y w 29/98], inf. J.L.
W y w . 1/01, inf. J.L.
W y w . 24/98. M . Z . (ur. 1917) robotnik z Grochowa m ó w i : „ja to w ż y c i u ( w teatrze) k i l k a
razy b y ł e m . D o teatru raczej nie c h o d z i ł e m . A to jeszcze nawet bilety leżą, z pracy d o s t a ł e m
z garbarni". (Z w y w i a d u w y n i k a , ż e b y ł o to j u ż w okresie p o w o j e n n y m ) . I n f o r m á t o r k a К . Т .
(ur. 1927) z d o s y ć dobrze sytuowanej rodziny robotniczej wspomina: [do t e a t r ó w ] „ r z a d k o s i ę
c h o d z i ł o . To c h o d z i l i tacy, co n a p r a w d ę m i e l i na to. M o i c h r o d z i c ó w stać b y ł o , m y c h o d z i l i ś m y
do t e a t r ó w , ale takich, gdzie dla dzieci b y ł o " (był to j a k i ś teatr na Pradze); w y w . 22/98.
N p . inf. В . (ur. 1925), z rodziny inteligenckiej ( w y k s z t a ł c e n i e w y ż s z e ) , opowiada: „ D o
teatru, j a k p a m i ę t a m z d z i e c i ń s t w a , to w k a ż d e B o ż e Narodzenie i w k a ż d y drugi d z i e ń W i e l k a
nocy c h o d z i l i ś m y , taka b y ł a tradycja rodzinna. C a ł a rodzina i k t o k o l w i e k do nas p r z y j e c h a ł , to go
z a b i e r a l i ś m y ze s o b ą . B y ł y tzw. p o p o ł u d n i ó w k i w Teatrze L e t n i m w Ogrodzie Saskim [...]
To b y ł y sztuki odpowiednie dla dzieci i dla d o r o s ł y c h [...] Zabierali m n i e rodzice ( i ) na opery,
z w ł a s z c z a polskie; w y w . 17/98.
1 4
230
ANDRZEJ W O Ź N I A K
grochowskiej inteligencji ugruntowaną tradycją. Teatr amatorski był jedną z naj
wcześniejszych inicjatyw powstałego w 1916 r. Towarzystwa Przyjaciół Grocho
wa. Zorganizowany został jeszcze z latach pierwszej okupacji niemieckiej przy
dużym zaangażowaniu członków Towarzystwa i zainteresowaniu mieszkańców
dzielnicy. Przedstawienia odbywały się w sali w pałacyku Myślińskiej przy
ul. Grochowskiej, a później w szkole przy ul. Świdrzańskiej. Dawano je dość
regularnie i cieszyły się dużą popularnością (Poliński 1938, s. 161-162).
Teatry profesjonalne miała od przełomu XIX i XX w. Praga. U schyłku X I X w.
były to teatrzyki ogródkowe. W 1903 r. na skraju Parku Praskiego, przy ówczes
nej ulicy Aleksandryjskiej, wzniesiony został pierwszy w tej części Warszawy
całosezonowy budynek teatralny, w założeniu przeznaczony dla publiczności
robotniczej i „stąd nazwany Teatrem Ludowym" (Elsztain 2002, s. 215). Od
początku teatr borykał się z trudnościami i budynek zmieniał użytkowników.
W 1916 r. przeniósł się tam po długich staraniach zespół Teatru Ludowego i od
tego roku prowadził działalność jako Teatr Praski. W 1919 r. teatr został przejęty
przez magistrat Warszawy. Po okresie trudności w sezonie 1925/1926, pod
nowym kierownictwem zaczął działać jako Teatr Odrodzony i dzięki ofiarności
zespołu stał się „najpoważniejszą sceną dzielnicową" z ambitnym repertuarem
(Krasiński 1976, s. 11). Po zamknięciu Teatru Praskiego jesienią 1928 r. na
Pradze tylko sporadycznie i na krótko goszczą zespoły teatrów dramatycznych
(np. teatr „Wrzos" przy ul. Ząbkowskiej 37, „Teatr Popularny", „Żagiew" przy
ul. Zamoyskiego 20). Nie brak natomiast, zwłaszcza w pierwszej połowie lat
30-tych, teatrzyków rewiowych, takich jak np. „Lotos", „Rakieta", „Praskie Oko"
przy ul. Zygmuntowskiej 10 czy „Hel", „Wesoła Papuga" przy ul. Zamoyskiego
20 (Krasiński 1976, s. 273-292).
Sport w okresie międzywojennym nie był na Gocławiu rozpowszechniony. Od
bywające się na Grochowie i Kamionku zawody sportowe, nawet mecze piłki noż
nej, nie cieszyły się popularnością i nie chodzono ich oglądać. Miejscowi chłopcy,
jeśli mieli piłkę, „to pograli sobie", ale żadnej zorganizowanej drużyny nie było.
Popularne w dwudziestoleciu w środowisku robotniczym wyścigi konne nie
cieszyły się na Gocławiu zainteresowaniem. Pasjonował się nimi tylko niejaki
Dobrzyński, dobrze zarabiający robotnik na „państwowej" posadzie, niegdyś
ogólnie szanowany, którego hazard doprowadził do nędzy .
Nie słyszano, aby ktoś z młodszych gocławian dokształcał się, chodził do
wieczorowej szkoły czy na jakieś kursy. Już ukończenie pełnej szkoły powszech
nej uznawane było za pewne osiągnięcie .
„Przed samą wojną dwóch braci Dębińskich i ich szwagier Chojnacki założyli
taki zespół muzyczny [było ich] czterech czy pięciu. Mieli harmonię piękną, taką
włoską, skrzypce, bandżolę i jeszcze jakieś instrumenty. Grali to, co było modne.
15
16
1 5
Wyw. 1/01, inf. J . L . m ó w i : „Jak go szanowali wszyscy, kłaniali mu się, a później poszedł
na psy, c a ł k i e m poszedł. Jak w y b u c h ł a wojna w 39 roku to [ b y ł ] bosy, nagi i g ł o d n y z ż o n ą
i dzieciakami. To on jeden na G o c ł a w i u tylko był taki".
1 6
Wyw. 29/98, inf. J . L .
231
PRZEDMIEJSKIE GRY I ZABAWY.
Po zabawach nie chodzili, tutaj grali, jak się z kościoła wychodzi takie topole
stały Czasem poszli tam, jak ludzie znad Wisły wracali, to potańczyli po trawie.
A to u siebie tam w domu grali, to ludzie stawali i słuchali" .
Przygotowania do świętowania niedzieli rozpoczynały się już w sobotę. Ci,
co pracowali, tego dnia przeważnie wcześniej wracali do domu. Sprzątano miesz
kania, myto się dokładnie w gorącej wodzie, zmieniano bieliznę, niektórzy męż
czyźni golili się, inni robili to w niedzielę rano. Były domy, w których przestrze
gano, aby nawet buty były czyszczone w sobotę. Po domach powszechnie
panował przedświąteczny nastrój . W sobotę po południu na Gocławiu dawał
się słyszeć głos handlarza, głośno nawołującego gospodynie do kupowania
jego towaru: wołowych i cielęcych nóg. Robiono z nich galaretę, która należała
tu do ulubionych niedzielnych potraw.
W niedzielę właściciele gospodarstw wstawali między godziną 6 a 8, a pozo
stali trochę później. Po porannych obrządkach gospodarskich szykowano się do
wyjścia do kościoła. Niektórzy mężczyźni wczesnym rankiem szli na ryby. Nie
wszyscy chodzili na wcześniejsze msze o godzinie 9 lub 10. Sporo osób szło na
sumę, na godzinę 11. W latach 30-tych parafialny kościół znajdował się na Kamionku, a od 1938 r. na Saskiej Kępie, chodzono jednak i do bliższej kaplicy alber
tynów na Grochowskiej przy Wiatracznej lub do kościoła przy placu Szembeka.
Niedzielne śniadania przeważnie, choć nie zawsze, jedzono razem. Starano
się, żeby były trochę lepsze niż codzienne. Kupowano więc „wędliny parę deka,
jajka smażyli", często podawano na niedzielne śniadania galaretę z nóżek. Obiad
w niedzielę był zazwyczaj „po sumie", to jest po godzinie 12 . Składał się
na ogół z dwu dań: często był to rosół z krakowską kaszką lub z kartoflami,
zupa pomidorowa, kotlet mielony lub schabowy z kartoflami, mizeria, sałata
lub kapusta, a w zimie „jarzyna z buraków"; „czasem flaki gotowali". Rzadko
gotowano kompot, bo mało kto miał własne owoce. Na kolację jadano to, „co
zostało z obiadu. Przeważnie robili większy obiad, żeby na kolację było". Kola
cji w niedzielę nie jedzono razem, „bo każdy o innej porze wracał. Był to czas
wolny i spędzano go różnie; nikt nie regulował nikomu".
W okresie międzywojennym utrzymywał się jeszcze na Gocławiu ów bardzo
zasadniczy stosunek do świętowania niedzieli i świąt kościelnych, tak charakte
rystyczny dla społeczności tradycyjnych. Pamiętano, że przed pierwszą wojną
światową zakaz pracy w niedzielę i święto łamano tylko w żniwa, kiedy np.
trzeba było zebrać stojące na polu w kopkach zboże przed nadchodzącą burzą.
W okresie późniejszym podobnie traktowano np. pracę w tramwajach . Do tych,
którzy musieli pracować w niedzielę, odnoszono się nawet z pewnym współczu
ciem, że nie mogą w tym dniu odpocząć. Pozostali pracy w niedzielę i święta
bardzo unikali. Jeśli np. ktoś zarobkujący jako furman miał pilną reperację wozu,
to starał się to zrobić rano, przed godziną 11, „przed sumą". Kobiety wracające
17
18
30
19
1 7
W y w . 1/01, inf. J.L.
1 8
W y w . 2 1 / 0 1 , inf. A . R . ; 2 5 / 0 1 , inf. J.L., 13/01, inf. H . W .
1 9
W y w . 14/01, inf. A . R .
232
ANDRZEJ W O Ź N I A K
z kościoła pilnowały, aby mężowie nic wtedy nie robili. Jeśli się do tego nie
stosowali, wymyślały im od bezbożników i komunistów. W niedzielę, oprócz
przygotowywania posiłków, nie wykonywano żadnych innych prac domowych.
Wyłamywały się z tego tylko nieliczne jednostki i to nie ze względów ideowych,
bo na Gocławiu, co podkreślano, komunistów nie było .
Sposoby spędzania czasu wolnego, zarówno w niedzielę, jak i w inne dni
wolne od pracy, były dość wyraźnie zróżnicowane, w zależności od płci i wieku.
Do wyjątków nie podlegających tej regule zaliczyć można majowe nabożeństwa
przy kapliczce u zbiegu ulicy Żymirskiego i Mimośrodowej, w niedzielne po
południa gromadzące mieszkańców Gocławia liczniej niż w dni powszednie .
Nieodłączną częścią niedzielnego popołudnia były na Gocławiu posiady na
wale lub za nim, wśród rosnących tam wysokich, starych drzew, nad zarośnięty
mi sitowiem i trzciną jeziorkami. Młodzież niekiedy zabierała ze sobą patefon,
mężczyźni przeważnie grali w karty: w „66", w „beta", w „tysiąca". Kobiety
rozmawiały, wykonując jakieś robótki. Posiady na wale były też okazją, aby od
osób spacerujących po nim usłyszeć najnowsze wiadomości.
Namiętnością starszych i młodszych gocławian były gołębie . Hodowano je
„prawie w każdym podwórzu [...] łapali je jeden drugiemu, handlowali nimi". Trud
no sobie wyobrazić niedzielne, zwłaszcza letnie popołudnia bez szybujących nad
zielenią Gocławia gołębi i bez ich właścicieli ze szmatami na długich tyczkach,
z napięciem obserwujących ich lot. Dzieci i młodzież w wieku szkolnym w nie
dzielne popołudnia chodziła też do kina lub do wesołego miasteczka przy zbiegu
al. Waszyngtona i Wiatracznej. Starsi wybierali się na tzw. „kawalerkę", prze
ważnie do sąsiednich wsi - Bluszcze, Las, Zerzeń, Wawer. Czasem były to towa
rzyskie spotkania ze znajomymi lub krewnymi z tych wsi, innym razem jakaś
potańcówka lub wesele, jednym słowem, okazje sprzyjające nawiązaniu nowych
kontaktów, zwłaszcza z miejscowymi pannami, wśród których można było zna
leźć kandydatkę na żonę. Ci, co mieli już swoje dziewczyny, szli z nimi „za wał",
do okolicznych lasków, nad Wisłę, „na lotnisko" (Woźniak 2002, s. 175-177).
Do letnich rozrywek niedzielnych dorosłej młodzieży i panien na wydaniu,
nie zawsze, jak się wydaje, akceptowanych przez matki tych ostatnich, należały
zabawy taneczne na świeżym powietrzu, w nieco odległym od Gocławia lasku
pod Rembertowem. „Za Marysin, Rembertów, tam to latali - opowiada J.L.
- ale to już ci starsi, co już oficjalnie z dziewczynami chodzili, co się mieli
żenić, to już do Dębinki lecieli. Bo tak, to by matka nie puściła [dziewczyny]
żadnej - ale jak już chłopak pewny, stateczny... Młodsi nie szli tam nawet po
patrzeć, bo daleko było" . Dość szczegółowy opis takiej zabawy w rembertow20
21
22
23
24
2 0
W y w . 12/01, inf. J.L.
Podobne n a b o ż e ń s t w a przy kapliczce o d b y w a ł y s i ę w s ą s i e d n i e j w s i Las.
Najbardziej zagorzali g o ł ę b i a r z e w r a c a j ą c z pracy „ n a j p i e r w szli do g o ł ę b i , a dopiero p ó ź
niej do d o m u " . I c h ż o n y bardzo się t y m d e n e r w o w a ł y . W y w . 1/03, inf. J.L.
W y w . 8/01, inf. J.L.
2 1
2 2
2 3
2 4
W y w . 1/01, inf. J.L.
233
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
skiej Dębince w sierpniowy niedzielny wieczór znajdujemy w tomie grochow
skich wspomnień Heleny Boguszewskiej i Jerzego Kornackiego: „Było już
dobrze ciemno, gdy weszliśmy w ludny las rembertowski, dzisiaj przy niedzieli,
niemal pod każdym drzewem pełen rozłożonych - osobno koleżanek, osobno
kolegów, osobno całych rodzin z wózkami i z dziećmi, osobno zakochanych.
Każdy letni wieczór coraz bardziej upodabnia ten las do śmietnika, nowe krocie
do pozostawionych papierów, łupin, skorup, pudełek, butelek, łącznie ze zgu
bionymi zabawkami dzieci, zeszytami i książkami uczennic i uczniów, kape
luszami ojców, krawatami ojców, chustkami matek, pończochami matek, majt
kami córek, prezerwatywami młodzieży męskiej. [...] Na darni najwidoczniej
dzisiaj zbita z desek estrada. Chyba setka świec, rozstawionych wzdłuż brze
gów, otacza, oświetla, tańczące nogi - w spodniach, w pończochach, bez poń
czoch, w pantoflach, w długich butach, w pepegach, w człapakach i na bosaka.
Suknie kolorowe, czyjaś torba z torebką, czyjaś ręka z chustką - wyżej nie
widać. Z bębnem i z harmonią grają także i skrzypce. Na przemian - walczyka,
poleczkę, tango. Tańczy setka nóg albo może jeszcze więcej?" (Boguszewska,
Kornacki 1959, s. 85-86).
Miejscem niedzielnych biesiad i rozrywek, wspominanym zarówno przez
mieszkańców Gocławia, jak i innych rejonów Grochowa, były ogrody Laubera
przy ul. Grochowskiej. Pisał o nich również Jerzy Kasprzycki. „Starsi mieszkań
cy Grochowa doskonale pamiętają park Laubera ze wspaniałymi alejami kaszta
nowymi - ulubionym miejscem spotkań i zabaw. Nazwa kojarzy się z rodziną
osadników, której protoplasta miał tu ogrodnictwo, zaś ostatni przed wojną poto
mek był inżynierem agronomem. Przed przyłączeniem Grochowa do Warszawy
ogrody Laubera sięgały aż do torów kolei Nadwiślańskiej. Potem w dużej części
zostały rozparcelowane, natomiast sam dworek - bardzo malowniczy - istniał
po ostatniej wojnie prawie do końca lat czterdziestych - mniej więcej przy
wylocie ulicy Kordeckiego" (Kasprzycki 1998, s. 299). W sąsiedztwie ogrodów
Laubera, na niezabudowanych placach, w latach dwudziestych odbywały się im
prezy sportowe, organizowane przez działający pod patronatem Towarzystwa
Przyjaciół Grochowa klub „Korona".
W drugiej połowie lat 30-tych, jak się wydaje, ogrody Laubera swój okres
świetności miały już za sobą. Jako miejsce zabaw tanecznych wspomina je jesz
cze M.W., najstarsza mieszkanka Gocławia . Młodsi pamiętają ogrody Laubera
jako zadrzewiony, pagórkowaty teren, gdzie można było latem popływać łódką
po znajdującym się tam stawie, pobujać się na huśtawce, a zimą pojeździć
na łyżwach lub zjeżdżać na sankach z licznych pagórków . Podobną rolę, jak
na Grochowie ogrody Laubera, spełniał na Pradze rozległy, zadrzewiony obszar
na tyłach Parku Praskiego, zwany przed pierwszą wojną Zap arkiem (Swidrowski
25
26
2 5
N p . F.C. ( 1913, w y w . 4/97) wspomina, ż e tam „ c a ł y G r o c h ó w s i ę b a w i ł , t a ń c z y ł " . O „ s ł y n
n y m ogrodzie Laubera" m ó w i t e ż J. Sz. ( 1913, w y w . 5/98).
2 6
W y w . 3/99, inf. J.L. Z d a n i e m S.W. ( w y w . 1/04) ó w stawek w ogrodach Laubera b y ł
glinianką.
234
ANDRZEJ W O Ź N I A K
1980, s. 55), a w latach międzywojennych Gajem. W ostatnim okresie swojego
istnienia, w połowie lat 20-tych, Gaj bez wątpienia oferował swoim bywalcom
znacznie więcej atrakcji niż ogrody Laubera, ale nie wiemy czy te atrakcje stano
wiły dla grochowian wystarczającą zachętę do odwiedzania tego dosyć odległe
go od ich dzielnicy miejsca. Niektórzy mieszkańcy Grochowa wspominają nato
miast o zabawach w wybudowanym w latach 30-tych praskim lunaparku oraz
0 wycieczkach statkiem wiślanym z Saskiej Kępy na dość odległe Bielany .
Klimat przedmiejskiej niedzieli w Gaju i w znanym nawet mieszkańcom odleg
łych dzielnic Warszawy lunaparku nad Wisłą barwnie opisał Zdzisław Kaliciński:
Gaj ciągnął się wzdłuż Ratuszowej, „między wałem nad Wisłą a Jagiellońską, po
lewej stronie ulicy, była szkółka drzew Zieleni Miejskiej i Park Praski, a po dru
giej - kościół Matki Boskiej Loretańskiej, pamiętający jeszcze rzeź Pragi. Za
nim była plebania i druga szkółka drzew należąca do Magistratu, a za nią dopiero
był Gaj. Ciągnął się on wzdłuż Ratuszowej do wału i dalej na północ aż do mostu
kolejowego (Obecnie Starzyńskiego). Rosły w nim piękne, wielkie topole, a mię
dzy nimi cudowna zielona trawa. Był to tradycją uświęcony teren niedzielnego
wypoczynku prażan. Od pierwszych ciepłych dni majowych od samego rana
ciągnęły tam nieraz całe rodziny. Tuż obok furtki parkowej po obu stronach
Ratuszowej ustawiały się stragany, na których można było dostać wszystko, co
1 dziś na odpustach gdzieniegdzie jeszcze bywa. Były loterie typu: «Trąć panna
kogutka w ogonek, a wygrasz złoty pierścionek)). Złoty to on nie bywał, ale
błyszczał jak złoty i leżał jeden jedyny wśród sterty groszowych cukierków,
glinianych kogucików, kotków, ptaszków, główek amorków czy też popiersi ob
fitych dziewcząt-potworków. Dla amatorów były też strzelnice z wiatrówkami,
z premiami oczywiście, i gry zręcznościowe. Najczęściej była to leżąca na ziemi
tablica z wystającymi kołkami, na które trzeba było zarzucić drewniane lub me
talowe kółka. Były naprędce organizowane salony gry, wystarczyła jakaś skrzyn
ka, stojący nad nią «pan elokwentny)) wyjmował z kieszeni garść cukierków
i rozrzuciwszy je na kupki rozpoczynał taką oto orację:
27
- Szanowne p a ń s t w o ! Bez picu, bez l i p y i bez w y ś c i g ó w k o n n y c h m a m y oto m o ż n o ś ć w z i ą ć
u d z i a ł w solidnej zabawie! Wystarczy t y l k o bystre oko i j u ż zarabiamy p o d w ó j n a s t a w k ę ! Za d w a
p ł a c i m y cztery, za p i ę ć - d z i e s i ę ć ! Trzeba t y l k o o b s e r w o w a ć , forsy nie ż a ł o w a ć ! N o i zaczynamy
te dziecinnie prosta z a b a w ę ! M a m y na stoliku p a r ę c u k i e r k ó w , j e ś l i dodamy trzy b ę d z i e niepara,
do niepary niepara i b ę d z i e para! A j a k do tej pary dodamy jeszcze t r z y pary, to tez b ę d z i e para!
N o to dodajmy jeszcze n i e p a r ę i na pewno b ę d z i e para. K t o stawia? T y l k o szybko! H o p siup
i zaczynamy!" Gra w „ p a r a , nie para" s k u p i a ł a w i e l u a m a t o r ó w nieskomplikowanego hazardu
i ł a t w e g o zarobku, ale gdy n a b i e r a ł a r u m i e ń c ó w i j e j organizator „zbijał k a s ę " , p o d c h o d z i ł do
niego k t o ś i c o ś m u s z e p t a ł do ucha. W ó w c z a s ten szybko z g a r n i a ł c u k i e r k i i m ó w i ą c : „ P o l i c j a ,
tajniaki, p r y s k a m y ! " - z n i k a ł . „ P o d ogrodzeniem parku ustawiali s i ę sprzedawcy pestek i l o d ó w
z k o s z y k a m i , w ó z e c z k a m i albo z d r e w n i a n y m i b e c z u ł k a m i w y p e ł n i o n y m i t o p n i e j ą c y m lodem.
Czasem p r z y c h o d z i ł jeszcze ś l e p y kataryniarz. M y ś m y w i e d z i e l i , ż e on wcale nie jest ś l e p y i ż e
2 7
O lunaparku ( „ w e s o ł y m miasteczku") przy ogrodzie z o o l o g i c z n y m , „ z t a k ą p i e k i e l n ą k o
l e j k ą " , opowiada inf. A . K . ( w y w . 12/98), a o wycieczkach na B i e l a n y i t a ń c a c h m ł o d z i e ż y na
ś w i e ż y m p o w i e t r z u inf. E C . ( w y w . 14/97).
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
235
t y l k o na n i e d z i e l ę z a k ł a d a ł ciemne okulary i n o s i ł l a s k ę . K r ę c ą c k o r b ą kataryniarz w ę d r o w a ł od
jednej b i e s i a d u j ą c e j k o m p a n i i do drugiej i z b i e r a ł datki [...]
Towarzystwo było tu zupełnie inne niż na Bielanach. Byli to przeważnie robociarze i rzemieślnicy z Pragi Starej i Nowej. Przede wszystkim byli inaczej
ubrani. Tak więc według obowiązującej na Pradze mody młodsi i w średnim
wieku panowie nosili białe albo jasne spodnie, białe letnie pantofle, najczęściej
płócienne, albo zwykłe pepegi. Strój uzupełniały kolorowe, w paski poprzeczne
skarpetki i białe koszule, obowiązkowo ze sztywnym kołnierzykiem i koloro
wym krawatem. Z marynarkami było już różnie. Zgodnie z wymogami mody
marynarka powinna być czarna i do niej słomkowy, płaski, z czarną wstążką
kapelusz. W gruncie rzeczy jednak do Gaju marynarkę nosiło się rzadko [...]
Zamiast słomkowego kapelusza wkładało się cyklistówkę, czyli kraciastą kolo
rową czapkę z dużym daszkiem. Nieodzownym uzupełnieniem stroju była jesz
cze gruba tonkinowa laska, czyli laga - jak sieją tu potocznie nazywało. Panie
odziewały się bardziej kolorowo. Bez względu na tuszę każda wciskała się
w bajecznie kwiecistą suknię lub spódniczkę i bluzkę. Na nóżki wkładały spiczaste
prunelki lub giemzowe pantofelki, czasem strój uzupełniała chustka kolorowa
z kaszmiru lub jedwabiu, wyciągnięta z maminej skrzyni, a może kupiona u Herca
na Ząbkowskiej. Bo u Herca na Ząbkowskiej można było dostać wszystko, co
kobiecie niezbyt zasobnej, a eleganckiej było potrzebne. Same jedwabie, same
cymesy, oczywiście towar ekstra tani i ekstra fajn! Za pół ceny!
Przyjemnie wyglądała piękna zieleń Gaju, prześwietlona gdzieniegdzie zło
tem słońca, szarobrązowe pnie potężnych topoli dźwigały ciężki parasol zielo
nych liści. Między konarami topoli krążyły gawrony i gołębie. Wśród tej zieleni
siedziało barwne towarzystwo, które nie doczekało się swojego Gierymskiego.
Były i serwety bielutkie, i kiełbasy, i salcesony, i «Owoce i wina» - czyli ogórki
kiszone i «tata z mama» lub też zwykła czyściocha. No i były urocze panie
- wszystkie ożywione, rozmowne, siedziały czuwając, by na czas podać zakąskę
lub picie" (Kaliciński 1983, s. 166-168).
Jako miejsce niedzielnego wypoczynku prażan Gaj istniał do roku 1927.
Później Magistrat zadecydował, że na tym terenie utworzony zostanie ogród
zoologiczny z prawdziwego zdarzenia, bo dotychczasowy na Powiślu przedsta
wiał się wręcz żałośnie. „W zamian za Gaj - Magistrat postanowił zafundować
mieszkańcom Warszawy nie byle co, ale prawdziwy lunapark. Stało się to kosz
tem Parku Praskiego. Po prostu ogrodzono jedną trzecią terenu od strony Wisły
i lunapark zaczął momentalnie działać. Czego tu nie było! Beczki śmiechu,
gabinety krzywych luster, zjeżdżalnie, samochody elektryczne... A w drugim
roku działalności zbudowano kolejkę górską. Była to rzeczywiście ogromna
kolejka, usadowiona wzdłuż ulicy Zygmuntowskiej, drugą krawędzią przylega
jąca do mostu Kierbedzia, wysoka na dobrych pięć pięter, aż dech zapierało"
(Kaliciński 1983, s. 169-170).
Oprócz lunaparku na obrzeżach Parku Praskiego - zwanego „Ogrodem 100 po
ciech" - władze miejskie zorganizowały również na warszawskich przedmieściach
236
ANDRZEJ W O Ź N I A K
miejsca przystosowane do urządzania zabaw tanecznych na świeżym powietrzu,
tzw. patelnie. Znajdowały się one m.in. na Targówku, Bielanach, Saskiej Kępie
(Kaliciński 1983, s. 170) . „Patelnia" taka była również i na Grochowie, a raczej
na Gocławku, przy pętli tramwajowej , ale popularnością miejsce to nie do
równywało opisanym wcześniej zabawom urządzanym w Rembertowie „Pod
Dębami", gdzie, jak wspomina informator z Grochowa, „orkiestra grała, bufet
był - wozami przywozili" .
Miejsc, gdzie za niewielkie pieniądze lub bezpłatnie można było w niedzielę
potańczyć było zatem na Grochowie i w najbliższych jego okolicach parę. M.W.
z Gocławia, znająca ogrody Laubera i inne „patelnie" w okolicy, ze szczególnym
sentymentem wspomina łąki Gocławia, na których latem obozowali Cyganie
i gdzie niejednokrotnie przy cygańskiej muzyce tańczyła .
Nie miał Grochów swojego lunaparku, czy też, jak mówiono po wojnie, „we
sołego miasteczka" na praską miarę, ale latem w paru miejscach funkcjonowały
jego namiastki: karuzele, huśtawki, a obok nich koniecznie strzelnice, niekiedy
beczki śmiechu czy gabinety krzywych luster. Sprzedawano tam zazwyczaj rów
nież lody, tanie słodycze i lemoniadę. Takie miejsca niedzielnych uciech, przede
wszystkim dla dzieci i młodzieży, znajdowały się np. u zbiegu ulic Grochow
skiej, Wiatracznej i alei Waszyngtona, obok lasku zwanego „choinki" , na dwu
niezabudowanych parcelach za placem Szembeka, obok apteki mgr Żłobikowskiego oraz przy pętli tramwajowej na Gocławku .
W letnie czwartkowe popołudnie przy placu Szembeka rozstawił swój sprzęt
i dekoracje uliczny fotograf. Powinien tam stanąć w niedzielę, kiedy ludzie wy
chodzą z pobliskiego kościoła. Ten jednak liczył prawdopodobnie na klientów po
wracających tego dnia z końskiego targu przy ulicy Podskarbińskiej - zastanawia
ją się autorzy Zielonego lata 1934, którzy tak utrwalili go na kartka swojej książki:
28
29
30
31
32
33
N a placu Szembeka w i d z i m y c o ś nowego [...] Oto w ę d r o w n y fotograf r o z ł o ż y ł się z aparatem na
t r ó j n o g u i ze s k ł a d a n y m k r z e s e ł k i e m - w cieniu zielonego parasola, dobrze j u ż z u ż y t e g o , bo
z ł a t a m i i n n y c h m a ś c i na dziurach. Wszystko razem w p o b l i ż u pierwszych w i e r z b , na samym
p o c z ą t k u u l i c y C h ł o p i c k i e g o , k t ó r ą tutejsi ludzie n a z y w a j ą aleją.. Przy jednej takiej w i e r z b i e , od
s ł o n e c z n e j strony fotograf p o u s t a w i a ł , niby dekoracje na przedmiejskiej swojej scenie - na zielo
nej darni, pod n i e b i e s k o ś c i ą nieba - wszystko do w y b o r u : w o d ę , namalowana na dykcie, w i e l k ą ,
g ł ę b o k a i c z y s t ą , nad n i ą trzciny, na niej dwa ł a b ę d z i e , na innej dykcie - góry, dalekie o ś n i e ż 2 8
Takie miejsca zabaw l u d o w y c h pod g o ł y m niebem stały s i ę w Warszawie s z c z e g ó l n i e po
pularne po drugiej w o j n i e , ale nazywano j e j u ż w ó w c z a s „ d e c h a m i " ( „ p a t e l n i a i dechy, to
w zasadzie to samo", m ó w i inf. А . К . , w y w . 12/98).
2 9
W y w . 5/97, inf. N , i 5 Ы 9 7 , inf. N . Natomiast inf. Е С . (1913, w y w . 4/97) w s p o m i n a , ż e
„ p a t e l n i a " z n a j d o w a ł a s i ę n i e g d y ś w okolicach p l . Szembeka, t w i e r d z i r ó w n i e ż , ż e „ p a t e l n i ą "
nazywano t e ż s a l ę t a ń c a w ogrodzie Laubera, gdzie „ c a ł y G r o c h ó w s i ę b a w i ł , t a ń c z y ł " .
3 0
W y w . 5/97, inf. N . (1925).
W y w . 2/2000, inf. H . W (1919).
W y w . 1/04, inf. S.W. P o c h o d z ą c a z G o c ł a w i a inf. H.S. wspomina, ż e „ t a m j a k jest U n i w e r sam, to tam b y ł lasek, tam b y ł a stacja k o l e j k i , k t ó r a c h o d z i ł a do O t w o c k a [ i tam] takie r o z r y w k i
b y ł y t y l k o przed w o j n ą " ; w y w . 1/00. J.L. z G o c ł a w i a p a m i ę t a , ż e o d b y w a ł y s i ę tam t a ń c e przy
muzyce j a k i e g o ś z e s p o ł u ; w y w . 1/01.
W y w . 1/04, inf. S.W.
3 1
3 2
3 3
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
237
n y c h w i e r z c h o ł k a c h , a p r z e c i e ż j a k n a j b l i ż s z e , jeszcze na innej ruiny, z z a c h o w a n ą w i e ż ą , ze
z ł a m a n y m i k o l u m n a m i i co najdziwniejsza - z d o m a l o w a n ą g ł o w ą k o n i a naturalnej w i e l k o ś c i ,
w ł a ś n i e w t y m miejscu, ż e b y m o ż n a s i ę b y ł o s f o t o g r a f o w a ć na tle tych r u i n , o b e j m u j ą c j e d n o
c z e ś n i e konia za s z y j ę (Boguszewska, K o r n a c k i 1959, s. 123-124).
Rozrywki dla dzieci i młodzieży z przedmieść organizowało Robotnicze Towa
rzystwo Przyjaciół Dzieci. W końcu lat 30-tych, na Saskiej Kępie np.., urządzano
w letnie niedziele na łąkach, obok dzisiejszego stadionu Dziesięciolecia, festyny
dla dzieci. Dla tych mniejszych opiekunki RTPD organizowały zabawy i gry
w grupach, m.in. rozpowszechnioną w tamtych czasach grę w serso, rzucanie
kółkami w figurki podobne do kręgli i inne zabawy zręcznościowe. Działała nie
wielka karuzela z konikami. Dla starszych było wspinane się na słupy z nagro
dami, oczywiście strzelnica oraz inne atrakcje . Dla dorosłej i nieco bardziej
wymagającej publiczności z Saskiej Kępy, Kamionka i Grochowa w pobliskim
Parku Paderewskiego odbywały się w niedziele koncerty na świeżym powietrzu .
Aktywną działalność kulturalno-oświatowa prowadziło Towarzystwo Przyja
ciół Grochowa, zwłaszcza po roku 1924, kiedy nastąpiła prawie całkowita zmiana
zarządu, do którego weszli przeważnie ludzie młodzi. Nakreślono nowy plan
działania, z powodzeniem następnie realizowany. Powołano do życia Koło Kulturalno-Oświatowe z sekcjami: dramatyczną, chóralną, muzyczną, sportową i odczy
tową. Dzięki pomocy finansowej władz miasta rozwinęła się zwłaszcza działal
ność sekcji chóralnej i muzycznej, a grochowskie zespoły zaczęły występować
również poza własną dzielnicą. Bardzo aktywna była też sekcja teatralna, która
dała na Grochowie wiele przedstawień. W okresie najbardziej ożywionej działal
ności Koła jego sekcja sportowa liczyła 60 członków, chóralna 50, a teatralna 40.
Towarzystwo organizowało imprezy dla dzieci - przedstawienia teatru ku
kiełkowego RTPD czy popularne w dzielnicy uroczystości choinkowe (Poliński
1938, s. 166-169). Działalność TPG znajdowała na Grochowie szeroki oddźwięk
społeczny, ale Gocław nie był zupełnie w tę działalność zaangażowany i nie
zostawiła ona, podobnie jak działalność innych miejscowych stowarzyszeń i orga
nizacji społecznych, głębszych śladów w pamięci jego mieszkańców.
W roku 1929 zatwierdzony został statut powstałego rok wcześniej Towarzy
stwa Przyjaciół Saskiej Kępy, Kamionka i Gocławia, wybrano też jego pierwszy
stały zarząd. Bardziej ożywioną działalność rozpoczęło jednak dopiero po po
wołaniu w roku 1930 nowego zarządu. W jego składzie znalazł się m.in. Cezary
Wolfram z Gocławia. Niemal cała aktywność Towarzystwa skierowana została
w stronę działań mających na celu budowę infrastruktury szybko rozwijającej się
dzielnicy, natomiast kwestie kulturalne, które ze względu na strukturę społeczną
jej ludności miały swoją wyraźną specyfikę, zdawały się pozostawać niejako
na drugim planie. Jednym z najważniejszych przedsięwzięć Towarzystwa w tej
dziedzinie było uruchomienie przy ul. Miedzeszyńskiej 5 biblioteki i czytelni
(Drozdowski 1977, s. 4)
34
35
3 4
3 5
W y w . 2/04, inf. J.S.
W y w . 2/04, inf. J.S. P o c h o d z ą c y z K a m i o n k a inf. R . M . c h o d z i ł tam od czasu do czasu
wraz z c a ł ą r o d z i n ą ( w y w . 10/98).
238
ANDRZEJ W O Ź N I A K
III
Tygodniowy rytm czasu pracy i czasu poza pracą oraz niedzielnego wypo
czynku i rozrywki ulegał mniejszym lub większym zmianom w dniach świątecz
nych i okresach je poprzedzających. Święto, zarówno to związane z cyklem prze
łomowych wydarzeń życia ludzkiego, jak i z obrzędami dorocznymi, narzucało
własne reguły rządzące czasem oraz właściwy mu zespół zachowań i obrzędów.
Ponieważ szczegółowy opis obrzędów i wierzeń związanych z obu cyklami
świątecznymi nie jest celem mojego artykułu, postaram się zwrócić w nim przede
wszystkim uwagę na zmiany, jakie określone święta powodowały w tygodnio
wym rytmie czasu pracy i czasu wolnego gocławian.
Jednym z najważniejszych wydarzeń rodzinnych były narodziny dziecka. Po
ród na Gocławiu odbywał się w domu. Kiedy kobieta poczuła bóle, posyłano
po umówioną wcześniej akuszerkę. Ta po przyjściu „myła ręce i zabierała się
do roboty", wyganiając wcześniej męża położnicy z izby. Po urodzeniu myła
dziecko w miednicy, owijała w pieluchy i wołała do ojca: „masz chłopaka" albo:
„masz dziewuchę". Jeśli dziecko było słabe, chrzciła je zaraz. Na Gocławiu było
w zwyczaju, że po szczęśliwym porodzie akuszerkę częstowano przygotowaną
na tę okazję „grzanką" z wódki z cukrem i czekoladą. Gdy dziecko było zdrowe
z chrztem w kościele czekano do jakichś dużych świąt, „bo było taniej". W na
głych wypadkach jednak nie czekano nawet do niedzieli i chrzczono je w dzień
powszedni. Na chrzestnych wybierano kogoś z rodziny, „albo najbogatszego".
Imię nadawano dziecku także, „jakie sobie przyniosło", tj. imię patrona dnia,
w którym się urodziło, lub po kimś z rodziny. Wystawność chrzcin „zależała od
kieszeni"; kiedy w rodzinie była bieda brali w nich udział „tylko kum, kuma
i domowi", zdarzało się też, że nie robiono żadnego przyjęcia. Zwykle jednak za
praszano gości z rodziny, najbliższych sąsiadów i znajomych, niekiedy 20-30 osób,
a bywało i więcej. Gości podejmowano przeważnie obiadem, po obiedzie była
„gorzałka", wędlina, później ciasto. „Jak jeszcze gdzie muzykant był, to pograł,
potańczyli, zabawa była przy okazji". Gdy goście sobie podpili, „to i pośpiewali
sobie". Alkoholu było tyle, na ile rodzice mogli sobie pozwolić. Decydował
o tym ojciec. „Przeważnie na takie chrzciny, to i tak włazili w długi" - mówi inf.
J.L. - „chyba, że ktoś robił na państwowym". Latem, gdy była ładna pogoda,
przyjęcie robiono gdzieś w cieniu poza domem. Przeważnie jednak odbywało
się ono w mieszkaniu. Starano się, aby było ono możliwie wystawne - „żeby się
pokazać". Część potrzebnych sprzętów i naczyń pożyczano od sąsiadów, a sie
dziska robiono niekiedy z desek pokrytych kapą albo kocem .
W okresie międzywojennym Pierwsza Komunia była bardziej uroczystością
szkolną, niż świętem rodzinnym. „Nie była tak uroczyście [jak obecnie] obchodzo
na, bo była bieda" - mówi informátorka z Gocławia . Przygotowanie do Pierw
szej Komunii prowadzone było w ramach lekcji religii w szkole. Uroczystość od36
37
3 6
3 7
W y w . 7/01, inf.J.L.
W y w . 13/01, inf. H . W .
239
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
bywała się w maju - wspomina J.L., również mieszkaniec Gocławia - w niedzielę.
W dzień komunii dzieci zebrały się w szkole i w szyku, ze sztandarem szkolnym
i nauczycielami, zwłaszcza wychowawcami klas komunijnych, poszły do koś
cioła. Ubranka chłopcy mieli granatowe z białą kokardą na ramieniu i białe
koszule, spodnie różnej długości. Dziewczęta były w białych sukienkach z wia
nuszkiem na głowie. Po komunii dzieci wracały do szkoły na śniadanie - kakao,
ciasto i pączki. Po śniadaniu szły do domu, a po południu jeszcze raz do kościoła.
W domu nie było żadnej uroczystości ani prezentów, tylko rodzice starali się być
tego dnia na komunijnej mszy świętej - krewni raczej nie bywali. Po powrocie
do domu trzeba było zdjąć odświętne ubranie, aby się nie zniszczyło .
Ślub i wesele były w polskiej, uboższej części społeczności Gocławia wyda
rzeniem, które - szczególnie w czasie kryzysu końca lat 20-tych i pierwszej po
łowy lat 30-tych - mobilizowało do wielkiego wysiłku organizacyjnego i finan
sowego rodziny obojga młodych, a nierzadko i ich samych. Większego - jak się
wydaje - znaczenia niż w okresie wcześniejszym nabrały wówczas tzw. oświad
czyny. Były one rodzinną uroczystością, na którą rodzice młodej zapraszali
rodziców jej przyszłego męża. Spotkanie odbywało się przeważnie w sobotę.
Przygotowywano uroczysty obiad „z gorzałką, jak pół wesela prawie", podczas
którego omawiano sprawy związane ze ślubem i weselem, uzgadniano, u kogo
się ono odbędzie, bo choć tradycyjnie odbywało się ono u panny młodej, to nie
zawsze było to możliwe. Określano podział wydatków. Główny ciężar organiza
cji wesela spoczywał na rodzicach dziewczyny, druga strona płaciła za alkohol,
muzykę, przejazd do ślubu, fotografie. Niekiedy „bywały kłopoty z dogadaniem
się". Podczas obiadu kandydat na męża prosił rodziców panny o jej rękę. Jeśli
mógł, dawał jej pierścionek, ale na Gocławiu, gdzie była bieda, zdarzało się to
rzadko, bo duże były wydatki na ślub i wesele. W czasie „oświadczyn" omawia
no też sprawę posagu i wyprawy. W posagu panna dostawała przeważnie „trochę
jakichś mebli" albo pieniądze na nie. Szwagier inf. J.L., który pracował w znanej
na Grochowie pralni Gebera i miał oszczędności, mógł wynająć mieszkanie
i kupić najpotrzebniejsze meble. Od czasu „oświadczynowego" spotkania „młodzi
się już nie kryli", byli oficjalnie narzeczeństwem, ludzie naokoło o tym wiedzie
li. Nawet jeśli termin ślubu bardzo się przeciągał, przeważnie z braku pieniędzy,
kiedy narzeczeństwo było oficjalne, nie budziło to zgorszenia . Gdy ustalono
już termin ślubu, młodzi (niekiedy wraz z rodzicami) chodzili zapraszać
gości .W latach kryzysu zapraszano na wesele 50, a niekiedy i więcej osób
- krewnych i najbardziej zaprzyjaźnionych sąsiadów. Tych, których nie można
było zaprosić na wesele, proszono na „poprawiny".
38
39
40
3 8
W y w . 9/01, inf. J.L.
3 9
W y w . 8/01, inf. J.L. W ś r o d o w i s k u r o b o t n i c z y m Warszawy w latach 30-tych rezygnowano
niekiedy z weselnego p r z y j ę c i a , aby za z a o s z c z ę d z o n e p i e n i ą d z e w y n a j ą ć mies2:kanie i k u p i ć
t r o c h ę m e b l i ( G a r w a c k i 1983, s. 78). Czasem ograniczano się do skromnego p o c z ę s t u n k u dla
paru n a j b l i ż s z y c h o s ó b z rodziny, tak j a k A . N o w a k o w s k i z Ochoty, k t ó r y m ó g ł się o ż e n i ć ze s w ą
n a r z e c z o n ą dopiero po siedmiu latach z n a j o m o ś c i ( N o w a k o w s k i 1973, s. 5 2 - 5 3 ) .
4 0
W y w . 14/01, inf. A . R .
240
ANDRZEJ W O Ź N I A K
Wesele urządzano w domu panny młodej, przeważnie w niedzielę, „a w po
niedziałek były poprawiny" . Jeśli było ciepło, tańczono również na podwórku
przed domem. Bawił się wtedy prawie cały Gocław, bo w tańcach brali udział
i ci, których na wesele nie zaproszono. Potrawy weselne - koniecznie rosół,
a jeśli rodzinę było stać, to jeszcze np. kotlety z kartoflami i buraczkami, niekiedy
flaki - przygotowywała kucharka, umiejąca dobrze gotować kobieta z rodziny
lub sąsiadka. Podawano również domowe wędliny z utuczonego na tę okazję
wieprzka - salceson „czarny", „włoski", kiełbasę, na końcu zaś ciasto. Pito wódkę,
piwo, lemoniadę. W przygotowywaniu wesela pomagała cała rodzina i sąsiedzi
organizacyjnie (użyczając swojej części domu, pożyczając sprzęty i zastawę)
i materialnie, dostarczając niektóre produkty (np. wódka, jaja, itp.) .
Gdy zmarł ktoś z mieszkańców Gocławia, zwłaszcza osoba dorosła, w jej
pożegnaniu brała udział niemal cała katolicka społeczność przedmieścia. W cią
gu trzech dni, kiedy ciało pozostawało w domu, wieczorami zbierano się przy
trumnie, aby do późnych godzin wieczornych modlić się i śpiewać nabożne pieśni.
W tych modlitewnych czuwaniach najliczniej uczestniczyły starsze kobiety. Na
pogrzeb na cmentarzu bródnowskim szła większość mieszkańców Gocławia, tylko
nieliczni zostawali w domach. Trumnę wieziono karawanem; kondukt kroczył
ulicą Targową i przez całą Nową Pragę. Po mszy żałobnej, od kościoła do grobu,
trumnę niesiono. Przy grobie otwierano ją, aby zebrani mogli „pożegnać się ze
zmarłym". Po pogrzebie zamożniejsi zamawiali w słynnej restauracji na Bród
nie, znajdującej się przy ul. św. Wincentego, naprzeciw głównej bramy cmenta
rza, zwanej powszechnie „Pod Trupkiem", poczęstunek - „konsolację" .
Imieniny w katolickich rodzinach na Gocławiu obchodzone były powszech
nie, ale nie zapraszano na nie - „przychodził, kto pamiętał". Urządzano je tylko
dorosłym. Nie przekładano imienin na inny dzień. Odbywały się zazwyczaj przed
wieczorem, „bo każdy pracował i nie było zwalniania się z pracy". Dom przed
imieninami sprzątano „jak na niedzielę". Ponieważ mieszkania były przeważnie
jednoizbowe, nie było problemu, gdzie przyjąć gości - jeśli ktoś miał pokój z kuch
nią, przyjmowano ich w pokoju, ale zdarzało się i w kuchni. Stół nakrywano bia
łym obrusem - „to już podstawa była", wyciągano sztućce „jak kto miał lepsze".
Przygotowywano zazwyczaj trochę wędliny, trochę mięsa pieczonego czy duszo
nego, „trochę jajek z pieprzem i solą, boczek, ogórki, grzybki, jak ktoś miał, ciasto
upiekli", dawano „trochę gorzałki i wszystko" - czasy były ciężkie, ludzi nie stać
było na urządzanie hucznych imienin. Jeśli spodziewano się więcej gości, przy
gotowywano się wcześniej, jeśli przychodziło parę osób, to gospodyni wyciągała
poczęstunek z kredensu w ostatniej chwili. Rzadko przychodzono na Gocławiu do
41
42
43
4 1
J e ż e l i w t y p o w y m g o c ł a w s k i m d o m u z s i e n i ą „ n a p r z e s t r z a ł " m i e s z k a ł y d w i e rodziny,
wesele o d b y w a ł o s i ę w obu c z ę ś c i a c h d o m u : w jednej p r z y g o t o w y w a n o p o t r a w y i j e d z o n o ,
w drugiej t a ń c z o n o .
4 2
W y w . 1/04, inf. A . R .
4 3
W y w . 6 / 0 1 . inf. J.L.; w y w . 14/01, inf. A . R . Obszerny opis „ k o n s o l a c j i " u r z ą d z o n e j przez
z a m o ż n e g o gospodarza ze w s i Z e r z e ń w podmiejskiej restauracji w s ą s i a d u j ą c e j z G o c ł a w i e m
osadzie Bluszcze zawiera Zielone lato 1934 H . Boguszewskiej i J. Kornackiego (19.59, s. 100-107).
241
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
solenizanta z kwiatkami, prezentów też raczej nie było - głównie ze względów
finansowych - była bieda. Czasem kupowano coś, np. rodzicom. Przy imieninach
śpiewano solenizantowi Sto lat; jak był patefon, to pograli potańczyli, wesoło
było. „Wesoło to było, śpiewali nieraz, że ojej". Czasem trafił się ktoś z harmonią.
Latem imieniny urządzano na podwórku, w ogródku - ustawiano stół w cieniu.
U ewangelików obchodzono urodziny, ale przychodzili złożyć życzenia na
imieniny do sąsiadów, jeśli dobrze ze sobą żyli. Do nich się raczej nie chodziło.
„Pod tym względem, to oni zamknięci byli w swoim gronie" .
Choć w okresie międzywojennym byt mieszkańców Gocławia w coraz więk
szym stopniu uzależniony był od pozarolniczych źródeł zarobkowania, to tutej
szy kalendarz świąt dorocznych, mocno jeszcze osadzony w tradycji, nadal
w znacznej mierze pozostawał związany z kalendarzem prac rolniczych. W okre
sie Bożego Narodzenia, kiedy nie było już żadnych prac w polu czy w ogrodzie,
gocławianie więcej czasu niż w jakimkolwiek innym okresie mogli poświęcić
na świętowanie, wypoczynek i zabawę.
Adwent, który poprzedzał i był oczekiwaniem na radosny okres Narodzenia
Pańskiego, stanowił jednocześnie jego antytezę - „czas powagi i skupienia".
W czasie tym nie urządzano żadnych zabaw. Imieniny odbywały się, lecz były
mniej huczne. Kobiety pilnowały, aby nikt nie tańczył, „ale pośpiewać, to sobie
pośpiewali". Sto lat wprawdzie zawsze musiało być, ale śpiewało się np. wiele
pieśni wojskowych i patriotycznych. Przy imieninach był np. zwyczaj wspomi
nania tych zmarłych z rodziny, którzy dobrze zapisali się w pamięci. W Adwen
cie, podobnie jak w Wielkim Poście, nie urządzano wesel , w środy i w piątki
poszczono. W latach 30-tych w dni postu jedzono już na Gocławiu wszystko
oprócz mięsa, nawet smalec, lecz bez skwarek. Najczęściej jednak były to zupy
mleczne, jajka, zwłaszcza gotowane, rzadziej smażone, bo trzeba było do tego
używać tłuszczu. Do kraszenia używano przede wszystkim oleju .
W Adwencie wczesnym rankiem, jeszcze przed śniadaniem, śpiewano po do
mach godzinki. Ci, co mogli, szli do kościoła na roraty. Sąsiedzi budzili jeden
drugiego, aby zdążyć do kościoła na godzinę 6 rano . Przez cały Adwent dzieci
robiły zabawki na choinkę, ze słomy, z kolorowego papieru i krepiny, jeże, łań
cuchy, gwiazdki, rzadziej zabawki z wydmuszek. Choinki zdobiono również
ciastkami własnej roboty, orzechami i małymi jabłuszkami. Niewiele rzeczy
kupowano - głównie papier i główki aniołków, świeczki, rzadko bombki, które
44
45
46
47
4 4
W y w . 16/00, inf. J.L. I n f o r m á t o r k a H . W . u w a ż a , ż e i m i e n i n y obchodzili ci „ c o m i e l i pie
n i ą d z e " ; w y w . 13/01.
N i e b y ł o w A d w e n c i e i w W i e l k i m P o ś c i e ś l u b ó w , poza j e d n y m dniem, św. J ó z e f a
(19 marca), kiedy zgodnie z t r a d y c j ą ś l u b y dawano; w y w . 2 1 / 0 1 , inf. J.L.
4 5
4 6
W y w . 2 1 / 0 1 , inf. J.L. W p r z e s z ł o ś c i na p o c z ą t k u A d w e n t u wyparzano garnki p o p i o ł e m ,
aby nie p o z o s t a ł y w nich nawet ś l a d y t ł u s z c z u . Inf. A . R . p o w o ł u j ą c s i ę na opowiadania babki
m ę ż a , w y m i e n i a p o t r a w y jedzone n i e g d y ś w d n i , w k t ó r e o b o w i ą z y w a ł post, t j . w ś r o d y
i w p i ą t k i . B y ł a np. „ z a r z u t k a " z kapusty, zalewajka, a przede w s z y s t k i m kartofle z c e b u l k ą
i olejem, zalewane kwasem od kapusty z k i s z o n y m i wraz z k a p u s t ą buraczkami. Jedzono też
ś l e d z i e i inne ryby. W y w . 17/01, inf. A . R .
W y w . 2 3 / 0 1 , inf. J.L., w y w . 17/01, inf. A . R .
4 7
242
ANDRZEJ WOŹNIAK
„bardzo szanowano" - „pudełko nowych bombek to była dla dzieci wielka
radość". Choinkę ubierano przeważnie tuż przed wigilią. Jak ktoś miał mieszka
nie dwuizbowe, to choinkę stawiał wcześniej w pokoju; starano się j ą stawiać
przy oknie, żeby było j ą widać z zewnątrz . W wigilię Bożego Narodzenia
kończono prace (w gospodarstwie) o zmierzchu, „o pierwszej gwieździe". Ci, co
pracowali poza gospodarstwem, też przeważnie wracali wcześniej, choć nie
zawsze . Porządki świąteczne w małych mieszkaniach na Gocławiu, zazwyczaj
jednoizbowych, nie trwały długo. Robiono je przeważnie w przeddzień wigilii
- zmieniano pościel, sprzątano. Tylko tam, gdzie były chociaż dwie izby, przy
gotowania zaczynano wcześniej: „wysprzątali pokój i nikogo tam nie wpuszczali".
W przeddzień wigilii robiono również gruntowne mycie .
Pierwszej gwiazdki wypatrywały przeważnie dzieci - wraz z nią rozpoczyna
no wieczerzę wigilijną. Stół do wieczerzy przykrywano białym obrusem, pod
nim rozścielano sianko. Nakrycia dawano najlepsze, jakie były w domu, unikano
podniszczonych. Potraw wigilijnych powinno być 12, ale często bywało mniej:
kapusta z grochem, ryby, zupa śliwkowa z kluskami, pierogi z grzybami, z ka
pustą, kompot z suszu (śliwkowy), ciasto przeważnie drożdżowe, rzadziej - ma
kowiec, sernik. Na środku stołu stawiano opłatek. Matka lub ojciec zaczynali
wieczerzę „krótkim pacierzem" i dzielili się opłatkiem z całą rodziną. Opłatkiem
dzielono się też ze zwierzętami gospodarskimi. W wigilię nie było zakazu picia
alkoholu. „Później śpiewali aż się dachy unosiły". Do najpopularniejszych kolęd
należały: Wśród nocnej ciszy, Bóg się rodzi, Cicha noc (ta ostatnia była bardzo
popularna wśród protestantów). Czasami wieczerza wigilijna przeciągała się aż
do pasterki. Wędrówki na pasterkę bywały bardzo wesołe - rzucano się śnież
kami, żartowano. W pierwszy dzień świąt szli czasem do kościoła nawet ci,
co byli na pasterce (głównie młodzież). Śniadanie tego dnia było bardzo obfite
- dojadano pozostałości z wieczerzy wigilijnej, podawano wędliny. Obfity był
również obiad. Do świątecznych dań obiadowych należały: rosół z makaronem
lub kaszką krakowską pokrojoną w kostkę, schab, kotlety mielone z kartoflami,
kapusta, „kielicha wypili". Ciasta były takie same, jak na wigilię. Na podwie
czorek jedzono wędliny, ciasto. Na kolację - „co kto chciał" lub wcale nie je
dzono. W drugi dzień świąt potrawy były takie, jak w pierwszy. Odwiedzano się
i goszczono nawzajem .
48
49
50
51
4 8
W y w . 2 3 / 0 1 , inf, J.L. Inf. A . R . m ó w i , iż z o p o w i a d a ń babki m ę ż a w i e , ż e „ d a w n i e j nie b y ł o
c h o i n k i " . W rogu izby przy stole stawiano snopek z r ó ż n y c h z b ó ż , ozdobiony j e m i o ł ą . C h o i n k i
b y ł y podobno u n i e m i e c k i c h k o l o n i s t ó w (Inf. A . R . , w y w . 18/01).
4 9
W y w . 2 3 / 0 1 , inf. J.L. Inf. A . R . p o w o ł u j ą c się na opowiadania babki m ę ż a , t w i e r d z i , ż e
w w i g i l i ę j u ż nie pracowano; robiono t y l k o „ o b r z ą d k i gospodarskie". Dziadek m ę ż a , k t ó r y j e ź
dził k o n i e m „ n a roboty magistrackie" w w i g i l i ę j u ż nie p r a c o w a ł ( W y w . 17/01, inf. A . R . ) .
5 0
W y w . 2 3 / 0 1 , inf. J.L.
51 W y w . 23/01, inf. J.L. Inf. A . R . M ó w i , ż e w pierwszy d z i e ń zapraszano gości z najbliższej
rodziny, na drugi d z i e ń „szli sami w g o ś c i " . W drugi dzień ś w i ą t na św. Szczepana, j a k o p o w i a d a ł a
babka m ę ż a , u M a t k i Boskiej L o r e t a ń s k i e j sypano z c h ó r u na ludzi owies „ ż e b y się z b o ż e r o d z i ł o "
( w y w . 17/01). N a s t ę p n e g o dnia 27 grudnia (św. Jana) chodzono do k o ś c i o ł a w c z e ś n i e rano, bo b y ł a
243
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
Od pierwszego dnia świąt wieczorami chodzili po Gocławiu kolędnicy. Były
to grupki 5-6 miejscowych chłopców w wieku od 8 do 16 lat. Śpiewali przeważnie
pod oknami domów popularne kolędy: Wśród nocnej ciszy, Bóg się rodzi. Kolędni
cy chodzili tylko do domów katolickich, choć żadnych zakazów w tym względzie
nie było; przyjęło się to tak „samo z siebie". Dawano im zazwyczaj „po parę
groszy". Grup kolędników było dużo - „jedni wychodzili, drudzy wchodzili" .
W tym samym czasie zaczynał chodzić do domach Gocławia zespół „Hero
dów". Byli to starsi chłopcy „po wojsku", a niekiedy i żonaci mężczyźni. Grupa
Herodów też była miejscowa - „przez cały Adwent się szykowali, przygotowywali
stroje, przebrania". Do domu, w którym mieli wystąpić, najpierw wchodził „mar
szałek" i pytał czy mieszkańcy chcą zobaczyć „Króla Heroda" i dopiero po zapro
szeniu zespół wchodził do izby. Czasem „aktorów" było kilkunastu (król Herod,
marszałek, Żyd, anioł, diabeł, śmierć). Wchodzili, prosili krzesło dla „króla Hero
da" i zaczynali przedstawienie. Po zakończeniu dawano im pieniądze, a jeśli byli
znajomi, to i „po kielichu". Jeśli gdzieś w tym czasie była zabawa, to niekiedy
zostawali potańczyć. Zazwyczaj chodzili tylko po Gocławiu, ale kiedyś wybrali się
na Targówek i tam wdali się w bójkę z miejscowymi, którzy szli naprzeciw .
W ostatni dzień roku, w Sylwestra, odprawiano o godz. 6 po południu mszę
świętą, na którą szła większość katolickich mieszkańców Gocławia. Chociaż pa
rafia od 1938 roku była na Saskiej Kępie, do kościoła chodzono przeważnie na
plac Szembeka albo do kaplicy albertynów, gdzie było centralne ogrzewanie. Na
Gocławiu w noc sylwestrową urządzano zabawy w tych domach, gdzie było wię
cej miejsca. Zabierano ze sobą „po butelce" (1/2 litra) wódki, kobiety robiły
jakieś zakąski - trochę mięsa, wędliny, salceson, przynoszono „coś ze świąt",
jeśli zostało. Bawiono się przy gramofonie lub patefonie, przeważnie w kilka
osób, najczęściej w gronie sąsiadów. Zabawy trwały całą noc - do rana. Większe
zabawy odbywały się tam, gdzie były największe mieszkania, np. u Ranców,
gdzie pokój miał ok. 25 m , u Dembińskich. Zabaw sylwestrowych nie organizo
wano w grupach wiekowych - „razem to było". Czasem tylko zbierali się osobno
starsi, „coś wypili, pogadali, bez tańców i muzyki". Na sylwestrowe zabawy
ubierano się w niedzielne ubranie, nie strojono się specjalnie - były to raczej
potańcówki niż huczne zabawy.
W Nowy Rok większość mieszkańców chodziła do kościoła. Ci, co byli na
jakichś zabawach, szli na późniejsze msze, przeważnie na sumę o godz. 11. Msza
noworoczna była z kazaniem okolicznościowym i życzeniami dla parafian.
52
53
2
k o m u n i a św. pod d w o m a postaciami ( w y w . 18/01 inf. A . R . ) . Ż a d n e g o z tych z w y c z a j ó w nie zna
inf. J.L. Opowiada on natomiast, ż e w Zerzeniu na B o ż e Narodzenie ( b y ć m o ż e na p a s t e r k ę )
parafianie p r z y n o s i l i k a c z k i , gęsi i inny d r ó b i stawiali przed s z o p k ą ( w y w . 15/01, inf. J.L.).
5 2
W y w . 6,7/00; 2 5 / 0 1 , inf. J.L. G o c ł a w s c y k o l ę d n i c y nie n o s i l i ze s o b ą ż a d n y c h a k c e s o r i ó w
(gwiazdy, szopki). Chodzenie z s z o p k ą informator zna dobrze z s ą s i e d n i c h dzielnic, ale t w i e r d z i ,
ż e „ n a G o c ł a w i u s i ę to nie p r z y j ę ł o " . Zwyczaje z w i ą z a n e z p r z y g o t o w y w a n i e m szopki i chodze
niem z n i ą po k o l ę d z i e na N o w e j Pradze w latach trzydziestych opisał d o ś ć s z c z e g ó ł o w o w swoich
wspomnieniach Z d z i s ł a w K a l i c i ń s k i (1983, s. 2 0 0 - 2 0 1 ) .
5 3
W y w . 6/00, inf. J.L. O „ H e r o d a c h " i k o l ę d n i k a c h w s p o m i n a też A . R . , w y w . 17,18/01.
244
ANDRZEJ W O Ź N I A K
Robiono lepszy obiad, zapraszano gości, niekiedy tych, których nie było w świę
ta. Czasem zapraszano na wieczór „po obrządkach". Obiad noworoczny był po
dobny do świątecznego - coś w rodzaju przedłużenia świąt. Życzenia składano
sobie w Sylwestra lub w Nowy Rok (jeśli widziano się w oba dni, to niekiedy
i jednego, i drugiego dnia).
W Trzech Króli „szło się koniecznie do kościoła", kupowano i święcono ka
dzidło i kredę. Po powrocie do domu pisało się na drzwiach litery K + M + B, ale
nie było zwyczaju okadzania mieszkania kadzidłem. Do Trzech Króli stały po
domach choinki. Starano się o przygotowanie tego dnia „lepszego obiadu"; zdarza
ło się nawet, że pożyczano na ten cel trochę pieniędzy od krewnych czy sąsiadów.
„Wymiatano" też wówczas wszystkie świąteczne pozostałości i zapasy .
Od Nowego Roku do Popielca trwał karnawał; nazwa „zapusty" nie była uży
wana. U tych, co mieli większe mieszkanie, odbywały się w soboty i niedziele
potańcówki przy gramofonie. Nie były to jednak zabawy z jedzeniem i piciem.
„No, czasami ta starsza kawalerka, to sobie pół litra przynieśli. A tak, to były
tylko potańcówki". Dopiero przy okazji ostatków „szykowali coś", smażono fa
worki, podobnie jak w Tłusty Czwartek. „Jak było, tak było, biednie, to biednie,
ale szczerze było - gościli się, nie omijali się, syn ojca, ojciec syna, nie tak jak
dzisiaj. Wszyscy się znali, wszyscy się schodzili czy na święta, czy na takie
o... imprezy". W czasie karnawału potańczyć można było w każdej restauracji,
bo wszędzie była orkiestra, która grała albo codziennie, albo parę dni w tygo
dniu. Była np. taka restauracja na rogu Żymirskiego i Grochowskiej, na placu
Szembeka (Boguckiego „Pod Olszynką") .
Przed połową karnawału, 2 lutego, było święto Matki Boskiej Gromnicznej.
Był to wprawdzie normalny dzień pracy, ale kobiety nie pozwalały, żeby ktoś np.
tego dnia rąbał drzewo; z każdego domu ktoś szedł do kościoła, aby poświęcić
gromnicę (świeca mogła być z poprzedniego roku) .
W Tłusty Czwartek smażono pączki i faworki, rzadziej racuchy. Zapraszano
się na nie nawzajem - był to dzień odwiedzin. Pączki czy faworki bardzo rzadko
kupowano (zdarzało się to tylko pracującym „gdzieś w mieście"). Najczęściej
robiono je po domach („gospodynie były takie, że robiły wszystko, żeby tylko
było z czego"). Niekiedy przy pączkach, faworkach, jeśli byli w domu goście
„wypili po kielichu, pogadali". Zdarzało się, że tego dnia posmarowano klamki
u drzwi tłuszczem, w szkołach smarowano tablice .
W „ostatki" chodziły po domach na Gocławiu grupy przebierańców. Były to
przeważnie dzieci („małe chłopaki"), poprzebierane za Żydów, Cyganów. Prze
brania te były bardzo nieskomplikowane, dzieciaki posmarowały się sadzą,
54
55
56
57
5 4
Wyw. 6/00, inf. J . L .
5 5
Wyw. 3, 4/01, inf. J . L . J . Kasprzycki wymienia tych restauracji na Grochowskiej przynaj
mniej kilka, ale w latach kryzysu g o c ł a w i a n i e chodzili do nich bardzo rzadko.
5 6
Starano s i ę - m ó w i inf. J . L . - „ ż e b y ta gromnica była w k a ż d y m domu". Niekiedy odwie
dzano s i ę w tym dniu, ale nie b y ł o ż a d n y c h ś w i ą t e c z n y c h o b i a d ó w ani innych u r o c z y s t o ś c i .
Z dniem tym w i ą z a ł y s i ę przepowiednie pogody; wyw. 6/00; 2/01.
5 7
Wyw. 2, 3 , 4 / 0 1 , inf. J . L .
245
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y .
szminką, ubierały się w starą odzież, znalezione na strychu kapelusze. Częstowano
ich po domach pączkami, faworkami, ale przeważnie dawano po parę groszy .
Czterdziestodniowy okres Wielkiego Postu rozpoczynała Środka Popielcowa.
Tego dnia wieczorem większość gocławian szła do kościoła, gdzie po mszy św.
ksiądz posypywał wiernym głowy popiołem, a dla nieobecnych na mszy sypał
popiół do książeczek do nabożeństwa. Postu bardzo ściśle przestrzegano, zwłasz
cza wśród osób starszego pokolenia. W środy i piątki nie jedzono mięsa i tłuszczu
zwierzęcego, gotowano przeważnie potrawy na mleku , w piątek zaś jedzono
śledzie „jak były pieniądze". Mniej skrupulatnie wystrzegano się picia alkoholu,
ale i tak pito go mało, „bo była bieda, a alkohol był drogi", zwłaszcza piwo.
Bardzo pilnowano, aby w tym okresie nie było zabaw. Śluby i chrzty odkładano
do świąt, „chyba że dziecko było chore". Imieniny urządzano, ale bez tańców ,
tylko na św. Józefa „bywało wesoło", bo mówiono, „że tego dnia nie ma postu"
i uważano, że nawet śluby są wówczas dozwolone . Łoskot rozbijanych garnków
z popiołem przypominał gocławianom, że połowa postu już minęła .
Zwiastunem Wielkiego Tygodnia była Palmowa Niedziela, w którą prawie
wszyscy mieszkańcy Gocławia szli do kościoła, niosąc do poświęcenia palemki
własnej roboty z gałązek wierzby. Starano się też w następnych dniach kupić
choćby jakieś drobiazgi z odzieży (np. chustkę, skarpety), aby mieć na Wielka
noc coś nowego .
W Wielkim Tygodniu rytm czasu i rozkład zajęć na Gocławiu podporządko
wane były przygotowaniom do zbliżających się świąt. W domach i na podwór
kach robiono generalne porządki, przygotowywano świąteczne potrawy i wy
pieki, malowano jajka, ale pisanek już nie robiono . Od Wielkiego Czwartku
zaczynały się nabożeństwa o Męce Pańskiej, w kościołach milkły dzwony.
W Wielki Piątek chodzono „na groby", przede wszystkim do kościołów w oko
licy: na Kamionku, na placu Szembeka, do kaplicy albertynów, tylko nieliczni
jeździli do śródmieścia, do kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży i do
kościołów na Krakowskim Przedmieściu. Wracano stamtąd do domu niekiedy
późnym wieczorem, a później jeszcze długo dzielono się wrażeniami .
58
59
60
61
62
63
64
65
5 8
Wyw. 2, 4/01, inf. J . L . Znacznie bogatszą oprawę miały ostatki na Nowej Pradze, opisywane
przez Z . Kalicińskiego. Tam przebierali się kilkunastoletni chłopcy, którzy sporo w c z e ś n i e j i znacz
nie staranniej n i ż na G o c ł a w i u przygotowywali s i ę do tego dnia (Kaliciński 1983, s. 201-202).
5 9
N i e g d y ś nawet garnki szorowano piaskiem, aby nie było w nich śladu tłuszczu (wyw. 18/01,
inf. A . R . ) .
Wyw. 2/01, 3/01, inf. J . L . , wyw. 18/01, inf. A . R .
Wyw. 3/01, inf. J . L .
Wyw. 3/01, inf. J . L . M ł o d z i e ż m ę s k a m a l o w a ł a tego dnia wapnem lub farbą okna w do
mach panien, które nie w y d a ł y s i ę za m ą ż w karnawale, a na ścianach d o m ó w umieszczano nie
kiedy z ł o ś l i w e napisy.
6 0
6 1
6 2
6 3
Wyw. 18/01, inf. A . R .
Pisanki robiono na G o c ł a w i u przed I wojną. Później jajka gotowano tylko w wywarze
z cebuli lub w roztworze z grafitu tzw. „ t u s z o w y c h o ł ó w k ó w " (z o p o w i a d a ń babki m ę ż a inf. A . R . ,
urodzonej w k o ń c u X I X w. - wyw. 19/01).
6 4
6 5
Wyw. 3/01, inf. J . L . ; wyw. 18/01, inf. A . R .
246
ANDRZEJ W O Ź N I A K
W Wielki Piątek i Wielką Sobotę po domach Gocławia odbywało się gruntow
ne przedświąteczne mycie i robiono ostatnie porządki. W Wielką Sobotę, kiedy
przyjeżdżał ksiądz, aby na miejscu poświęcić pokarmy, „wszystko było wysprzą
tane, porządek taki w podwórkach, jak nie było przez cały rok", opowiada J.L.
W Niedzielę Wielkanocną na rezurekcję szła przytłaczająca większość miesz
kańców Gocławia, a J.L. mówi, że chodzili na nią „nawet najzagorzalsi grzeszni
cy - szedł taki, co zapomniał jak ksiądz wygląda". Chodzono przeważnie do
najbliższego kościoła, na plac Szembeka. Podczas rezurekcji strzelanina z kalichlorku, kluczy itp. była ogłuszająca i co roku zdarzało się wiele wypadków. Po
powrocie stół był już nakryty, bo zawsze ktoś jednak w domu zostawał , siadano
więc do świątecznego śniadania. Przed śniadaniem dzielono się jajkiem i skła
dano sobie życzenia. Jedzono wędzone „swojskie" kiełbasy, bywała szynka
z kością, żurek z białą kiełbasą, później ciasto, herbata, kawa z mlekiem. Podczas
śniadania śpiewano czasem pieśni - Chrystus zmartwychwstań jest, Wesoły nam
dzień dziś nastał. Przy śniadaniu siedziano długo, z krótkimi przerwami, prawie
do obiadu. Na obiad bywał często rosół z makaronem, schab lub duszona woło
wina z kartoflami i buraczkami, na deser herbata z ciastem. Po obiedzie chodzo
no przeważnie na przechadzkę nad jezioro, na wał, na pola i łąki, czasem w gości
do bliskich krewnych. Rzadko jedzono kolację. W drugi dzień świąt szło się do
kościoła, „ale zdarzało się, że ktoś nie poszedł". Nadal biesiadowano przy zasta
wionym stole. Obiad był taki jak w pierwszy dzień. Począwszy od niedzielnego
śniadania, wszystkie świąteczne potrawy obficie zapijano alkoholem, „a dopiero
we wtorek to leczenie kaca było". W drugi dzień świąt odwiedzano i goszczono
się nawzajem. Tego dnia „lali się okropnie wodą, każdy mokry chodził". W tym
powszechnym oblewaniu się wodą, zwanym śmigusem, brała jednak udział
przede wszystkim młodzież. Polewano się najczęściej z butelek, ale chłopcy,
którzy polowali na dziewczęta z kubłami wody, wchodzili niekiedy na drzewa
i dachy budynków. W oba dni Wielkanocy, jeśli była pogoda, między posiłkami
chodzono na długie przechadzki; „wtedy mniej wódki pili". Biesiadowano też
przed domami. Po świętach, jeśli utrzymywała się ciepła pogoda, coraz więcej
czasu wolnego spędzano już na powietrzu .
Pierwszego maja kapliczkę na Gocławiu, przy zbiegu ulic Żymirskiego i M i mośrodowej, strojono kwiatami i zielenią. Zaczynał się okres nabożeństw
majowych i czerwcowych. Nikt z mieszkańców nie brał natomiast udziału
w pierwszomajowych manifestacjach. Tylko paru ciekawskich jeździło czasem na
Plac Teatralny popatrzeć na odbywające się tam burzliwe demonstracje i in
terwencje policji. Trzeciego Maja świętowano, bo było to jednocześnie święto
państwowe i kościelne Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Chodzono
tego dnia do kościoła, niekiedy zebrało się paru mężczyzn, aby porozma
wiać gdzieś na trawie i niejako dla podkreślenia wagi święta „wypić po lufce"
66
67
68
6 6
6 7
W y w . 3 / 0 1 ; 2 5 / 0 1 , inf. J.L.; w y w . 17/01, inf. A . R .
N a p r z y k ł a d m ł o d e dziewczyny, k t ó r e c h o d z i ł y do k o ś c i o ł a na godz. 11, kiedy wspaniale
ś p i e w a ł c h ó r i m o ż n a b y ł o s p o t k a ć się z c h ł o p a k a m i , w y w . 2 5 / 0 1 , inf, J.L.
W y w . 2 5 / 0 1 , inf. J.L.; 19/01, inf, A . R .
6 8
247
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y
(tj. po kieliszku). Wywieszano, podobnie jak 11 listopada, flagi na domach,
czego zresztą pilnowała policja .
Zielone Świątki (Zesłanie Ducha Świętego) świętowano dwa dni i znacznie
uroczyściej niż obecnie. Jak wspomina J.L. - „Było to prawdziwe zielone świę
to, bo każdy dom w zieleni tonął [...] każde mieszkanie umajone tatarakiem,
kasztanem, gałęziami z wiązu, topoli. Jeziora były w okolicy, tataraku nie bra
kowało". Tatarakiem majono obrazy nad komodą, gałęziami - dom. Zawsze
pieczono jakieś ciasto, był lepszy obiad, więcej mięsa, bo w te dni bywali goście.
Jak zostało mięsa, to robili kanapki do wódki". Do kościoła chodzono w oba dni,
ale niektórzy szli tylko pierwszego dnia; nie traktowano tego rygorystycznie, bo
był to czas robót gospodarskich, zwłaszcza przy sianie i przy pieleniu kartofli
i buraków. Bardziej świątecznie traktowali te dni ci, którzy nie mieli gospo
darstw: „jedni za wałem w karty grali", inni szli nad jezioro .
Święto Bożego Ciała nie było na Gocławiu obchodzone dużo uroczyściej niż
zwykła niedziela, ale na procesję, tak jak na rezurekcję, szli prawie wszyscy,
nawet ci, co do kościoła zazwyczaj nie chodzili. Parafialna procesja z kościoła
na Kamionku szła przed południem na Krakowskie Przedmieście, gdzie odbywa
ły się główne uroczystości, z udziałem wojska, ale chodzono też na procesje do
innych kościołów; do kaplicy albertynów przy Grochowskiej, na plac Szembeka,
gdzie procesja była po południu. Ci z gocławian, którzy mieli krewnych na Pra
dze, jeśli zaproszono ich w gości, szli na procesję do św. Floriana. Powszech
nego zwyczaju zapraszania gości na Boże Ciało jednak nie było. Tuż przed samą
wojną chodzono też na procesję na Saską Kępę, gdzie powstała nowa parafia, do
której należał Gocław .
Na Gocławiu mawiano, że „dopóki św. Jan wody nie ochrzci", nie należy
kapać się w rzekach i jeziorach. Wigilia św. Jana (23 czerwca) była na Gocławiu,
a zwłaszcza na sąsiedniej Saskiej Kępie, dniem wesołych zabaw. W noc święto
jańską w klubach sportowych na Saskiej Kępie grały orkiestry, odbywały się
bale, tańczono również na rzęsiście oświetlonych statkach spacerowych na
Wiśle. Nad Wisłę szli również mieszkańcy Gocławia. Jeśli wigilia św. Jana
wypadała w dzień powszedni, po powrocie z pracy przebierano się i przed wie
czorem chodzono nad Wisłę „na wianki". Wianki puszczała na wodę młodzież,
starsi przychodzili popatrzeć, posiedzieć na wale, „flaszkę wzięli". Młodzi bawili
się wesoło przy dźwiękach licznych orkiestr, spacerowali po jasno oświetlonym
bulwarze na Saskiej Kępie. Później gdzieś na łąkach rozpalano niekiedy ognisko
- „chłopaki przynieśli trochę gorzałki, dziewczyny zakąski". Bawiono się do
późna, a potem „szli w kopki siana" .
69
70
71
72
6 9
W y w 1/01; 3 / 0 1 , inf. J.L.; 13/01, inf. H . W . G o c ł a w i a n i e brali licznie u d z i a ł w n a b o ż e ń
stwach m a j o w y c h i c z e r w c o w y c h przy miejscowej kapliczce, ale chodzili t e ż na nie do k o ś c i o ł a
na p l . Szembeka.
Jeśli ś w i ę t a w y p a d a ł y p ó ź n o i b y ł o bardzo c i e p ł o , n i e k t ó r z y k ą p a l i s i ę nawet; w y w . 5 / 0 1 ,
inf. J.L.; 13/01/, inf., H . W .
7 0
7 1
7 2
W y w . 3 / 0 1 , inf. J.L.; w y w . 13/01, inf. H . W .
W y w . 5/01. inf. J.L.
248
ANDRZEJ W O Ź N I A K
Święto Matki Boskiej Zielnej (Wniebowzięcia NMP - 15 sierpnia) w okresie
międzywojennym należało na Gocławiu do najważniejszych w kalendarzu świąt
dorocznych. W dzień ten powszechny był zwyczaj święcenia małych wianusz
ków z kwiatów i ziół. Jak mówi inf. H.W. święto to obchodzono wówczas znacz
nie uroczyściej niż obecnie .
Kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w od
ległym o około 5 km od Gocławia Zerzeniu przy Trakcie Lubelskim, jest jednym
z najstarszych kościołów parafialnych Równiny Praskiej. Pierwszy drewniany
kościół został wzniesiony już w roku 1403, a w trzy lata później biskup po
znański Wojciech Jastrzębiec erygował w Zerzeniu parafię (Wierzchowski
1999, s. 17). Odbywające się tu 15 sierpnia odpusty od dawna przyciągały „ludzi
z całej okolicy" .
Przed odpustem, nie tylko w Zerzeniu, ale i w całej okolicy, odnawiano cha
łupy, reperowano płoty, porządkowano obejścia, bo spodziewano się gości. Po
mszy świętej, na której święcono wianki, mieszkańcy Zerzenia zapraszali do sie
bie krewnych z bliższej i dalszej okolicy, przybyłych na odpust. Nie obywało się
oczywiście bez wypitki, a świecka strona odpustu niejednokrotnie przeważała
nad religijną. Niektórzy z odpustowych gości nawet nie wchodzili do kościoła.
Do atrakcji odpustu należały sprzedawane tam wędliny z Karczewa (zwłaszcza
kaszanka na gorąco), ciastka „gryczaki". Atrakcją dla dzieci i młodzieży była
karuzela. Na loterii fantowej można było wygrać owce, prosiaki, gołębie. Było
wiele kramów, w których można było „wszystko kupić": zabawki dla dzieci,
pierniki, słodycze, dewocjonalia . W czasie powrotów do domów słychać było
odgłosy różnych trąbek, piszczałek i gwizdków - „wszystko piszczało".
Na odpust do Zerzenia chodziło wiele osób z Gocławia, przeważnie młodzież,
a starsi, jeśli mieli tam krewnych lub znajomych. „Jak ktoś miał tam rodzinę, to
bywał zapraszany na obiad, a później szło się na dechy" - mówi J.L. Większość
dziewcząt i chłopców w wieku szkolnym biegała na odpust sama; rodzice nie
chcieli z nimi chodzić, bo „naciągali na różne zakupy". Sami „szykowali się na
wędliny z Karczewa i butelkę" (tj. pół litra). Bywało jednak, że w wypitce prze
brano miarkę, niekiedy między podpitymi dochodziło do bójek. Po południu za
czynała się zabawa taneczna, opłacana „z kawałka" (tj. od tańca). Orkiestra była
zawsze bardzo dobra, o co dbał komitet organizacyjny odpustu. Jeśli nie padało ,
bawiono się do późna w nocy .
Największymi świętami okresu jesiennego były uroczystości Wszystkich
Świętych i Dzień Zaduszny. Przed Zaduszkami dawano za dusze zmarłych na
mszę św. i tzw. „wypominki", ale z powodu panującej biedy było to znacznie
73
74
75
76
77
7 3
W y w . nr 13/01, inf. H . W .
7 4
W y w . nr 2 0 / 0 1 , inf. A . R .
7 5
B y ł o r ó w n i e ż w i e l u ludzi h a n d l u j ą c y c h „ z r ę k i " - „ p o o b w i e s z a l i s i ę t y m i k o r a l a m i " , m ó w i
informator J.L.
7 6
Ze ś w i ę t e m M B Zielnej z w i ą z a n e b y ł o przekonanie, ż e tego dnia lub w dni n a s t ę p n e musi
padać.
7 7
W y w . nr nr 13/00; 5 - 6 / 0 1 ; 15/01, inf. J.L.
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y
249
78
mniej powszechne niż obecnie . W czasie świąt odwiedzano groby, ozdabiano
je przeważnie gałązkami choiny, gdyż były tanie, rzadko natomiast stawiano
świeczki, lampki i kwiaty. Na Bródno, choć było to daleko, chodzono przeważ
nie na piechotę, „na skróty", przez ulicę Podskarbińską i Utratę. Odwiedziny
cmentarza były okazją do spotkań z krewnymi i znajomymi, o których później
opowiadano domownikom .
Mało rozpowszechnione były na Gocławiu wróżby w wigilię św. Andrzeja,
tzw. andrzejki (29 XI). „Czasem dziewczyny lały wosk po kątach, ale rzadko",
wspomina J.L. Nie zachowały się w pamięci informatorów wspomnienia o po
przedzających Adwent zabawach na św. Cecylię.
79
IV
Badania nad międzywojennym Gocławiem rozpocząłem w 1998 roku, kiedy
proces wchłaniania tego przedmieścia przez zakłady przemysłowe, osiedla miesz
kaniowe i arterie komunikacyjne był już bardzo zaawansowany. Pozostało parę
uliczek, kilkanaście starych domków i kilka osób, które dawny Gocław pamięta
ły. Co roku burzono stare domy i odchodzili najstarsi mieszkańcy tego kwartału.
Badania prowadzone na sąsiednim Grochowie i Witolinie przyniosły wprawdzie
także sporo interesujących materiałów, ale tylko niewielka ich część dotyczyła
Gocławia. Był to zresztą jego obraz zapamiętany przez ludzi, którzy tę dzielnicę
znali tylko od zewnątrz, z wysokości Wału Gocławskiego, po którym odbywali
niegdyś niedzielne spacery.
Pamięć moich gocławskich rozmówców nie sięgała już głębiej niż do przeło
mu lat 20-tych i 30-tych. Nieco wcześniejszy okres pamiętali niektórzy informa
torzy z Grochowa. Trochę wiadomości odnoszących się do całego dwudziesto
lecia międzywojennego zawiera literatura, dotycząca przeważnie Pragi, Grochowa
i bardzo rzadko Gocławia. Materiały, na których opiera się artykuł, odnoszą się
zatem przede wszystkim do lat wielkiego kryzysu. Dotyczą niemal wyłącznie
katolickiej części gocławskiej społeczności.
Kwestią czasu wolnego robotników warszawskich w tym okresie zajmowano
się rzadko. Skutkom bezrobocia w sferze kulturalnej życia robotników, wspo
minając również o problemie czasu wolnego, poświęcił parę stron Władysław
Mierzecki w swoim studium o robotnikach Warszawskiego Okręgu Przemysło
wego w dwudziestoleciu międzywojennym (1989, s. 152-154). Jego zdaniem
wydatki na kulturę w rodzinach bezrobotnych redukowano niemal do zera, co
oznaczało rezygnację „z wszelkich płatnych rozrywek". Nawet sam termin „czas
wolny" uważa autor za nieadekwatny w sytuacji, kiedy „właśnie brak zajęcia był
najbardziej dolegliwy dla bezrobotnego". W. Mierzecki jest więc skłonny mówić
7 8
C z ę s t o natomiast dawano p a r ę groszy za m o d l i t w y w intencji z m a r ł y c h cmentarnym ż e
b r a k o m , k t ó r y c h w i e l u s i e d z i a ł o pod bramami cmentarza. Pisze o nich w swoich wspomnieniach
J. Ś w i d r o w s k i (1980, s. 26).
7 9
W y w . 6/01, inf. J.L.
250
ANDRZEJ W O Ź N I A K
tu raczej o „czasie zbędnym" (1989, s. 152-153). Skutkiem bezrobocia - pisze,
powołując się na badania M . Balsingerowej - była powszechna wśród bezrobot
nych Warszawy początku lat 30-tych postawa apatii i zniechęcenia (Mierzecki
1989, s. 147; Balsingerowa 1932, s. 42).
Wprawdzie materiały wykorzystane w artykule nie pozwalają na daleko idą
ce wnioski, ale wydaje się, że w latach kryzysu stosunek mieszkańców Gocła
wia do otaczającej ich rzeczywistości wyraźnie odbiegał od tej postawy apatii
i zniechęcenia, którą M . Balsingerowa uważała za dominującą wśród bezrobot
nych Warszawy. Na przykład wydatki na rozrywki i świętowanie, choć w latach
największego bezrobocia były mocno ograniczone, nigdy nie zostały „zredu
kowane do zera". Wydaje się również, iż mimo bardzo wysokiego bezrobocia,
na Gocławiu miało ono nieco odmienny charakter niż w innych robotniczych
dzielnicach Warszawy. Jak wcześniej wspomniałem, istniały znaczne możliwo
ści zatrudnienia na robotach publicznych na samym Gocławiu, a przede wszyst
kim na Saskiej Kępie. Duże zapotrzebowanie na robotników niewykwalifiko
wanych stwarzały okresowo roboty odwadniające, prowadzone przez Spółkę
Wodną Obwodu Wawerskiego. Znaczną ilość siły roboczej wchłaniało rozwi
nięte w tamtych latach na dużą skalę indywidualne budownictwo mieszkaniowe
na obrzeżach Gocławia i Grochowa. Na kupowanych od miejscowych rolników
niewielkich działkach w latach kryzysu, kiedy tanie były zarówno materiały
budowlane, jak i siła robocza, wyrastały jak grzyby po deszczu setki niewielkich
i przeważnie tandetnych domków wznoszonych przez kolejarzy, tramwajarzy
i innych, nieco lepiej zarabiających pracowników komunalnych i państwowych .
Znacznie solidniej i bardziej estetycznie budowała się Saska Kępa i Nowy
Gocław. Latem, w okresie pilnych robót polowych, istniały również możliwości
pracy na samym Gocławiu, w gospodarstwach niemieckich kolonistów. Więk
szość gocławian miała też w przypadku bezrobocia pewne zabezpieczenie w po
staci własnego domu lub jego części i niewielkiego gospodarstwa czy choćby
paru zagonów pod uprawę kartofli i kapusty, a także krowę, parę świń, trochę
drobiu, niekiedy nawet konia.
80
Gocław, który w tamtych latach nadal miał jeszcze wiele cech tradycyjnej
społeczności lokalnej, zachował też charakterystyczny dla takich społeczności
system więzi i zabezpieczeń społecznych, krewniaczych i sąsiedzkich, dających
jednostce i rodzinie poczucie bezpieczeństwa w sytuacjach kryzysowych. Kulty
wowane przez gocławian zwyczaje doroczne i rodzinne oraz niektóre ze sposo
bów spędzania czasu wolnego podtrzymywały i umacniały ten system więzi
i konsolidowały społeczność Gocławia. Niewątpliwie jednak kryzys i bieda ha
mowały niektóre jego tendencje rozwojowe i opóźniały urbanizacyjne przemiany.
Bieda, ale zapewne i tkwiące w tradycji czynniki psychologiczne powodowały,
że na Gocławiu wykształcenie kończyło się na szkole powszechnej, której ukoń8 0
D o m k i b u d o w a l i z r e s z t ą nie t y l k o c i najlepiej zarabiający. N i e k t ó r e z nich w z n o s i l i z po
c h o d z ą c y c h z r o z b i ó r k i m a t e r i a ł ó w b u d o w l a n y c h ludzie bardzo n i e z a m o ż n i , r ę k a m i w ł a s n y m i
i k r e w n y c h . P i s z ą o t y m H . Boguszewska i J. K o r n a c k i w Zielonym lecie 1934.
251
PRZEDMIEJSKIE GRY I Z A B A W Y
czenie traktowane było jako sukces; brak było zainteresowania działalnością
instytucji oświatowych i samokształceniowych. Z brakiem zainteresowania spo
tykała się też działalność kulturalna Towarzystwa Przyjaciół Grochowa i innych
grochowskich stowarzyszeń i organizacji społecznych. Ta postawa rezerwy
wobec instytucji społecznych i tego, co one oferują, była wówczas wśród bez
robotnych zjawiskiem dosyć powszechnym (Mierzecki 1989, s.152). Brak za
ufania do propozycji pochodzących ze środowisk inteligenckich i mieszczańskich
Grochowa, z których wywodzili się tamtejsi najaktywniejsi działacze społeczni,
wynikał, jak się wydaje, m.in. z poczucia pewnej obcości gocławian w stosunku
do tych środowisk. R.M. z Kamionka (ur. 1931) - sam doktor geologii - wspo
mina, że wśród ludzi z pokolenia jego rodziców, a zwłaszcza dziadków (rodzina
dobrze sytuowanych robotników wykwalifikowanych) funkcjonowało protekcjo
nalne, jeśli nawet nie trochę lekceważące, określenie człowieka pochodzącego
ze wsi - „czerstwiak" .
Trudno określić, jak powszechne były wówczas tego rodzaju postawy, ale nie
ulega wątpliwości, że one również stanowiły jedną z przeszkód utrudniających
gocławianom akceptację pewnych treści wielkomiejskiej kultury i niektórych ofe
rowanych przez miasto rozrywek. Popularność odpustu w Zerzeniu, utrzymy
wanie się na Gocławiu aż do lat 50-ych zwyczaju tzw. kawalerki wraz z jego
przedwojenną „geografią" miejscowości, do których chodzono, ożenki z panna
mi z okolicznych wsi, rozliczne kontakty rodzinne i towarzyskie z nimi świad
czą, że społeczność tego przedmieścia, której dotychczasowe zasady bytowania
uległy zachwianiu, szukała wsparcia własnego systemu wartości w częstych kon
taktach z bliskim jej kulturowo światem podmiejskich wsi.
81
LITERATURA
Balsingerowa
M . 1932, Społeczne
skutki bezrobocia
wśród
pracowników
lato 1934,
Warszawa.
fizycznych
War
szawy, Warszawa.
Boguszewska
В у stroń
H . , J. K o r n a c k i
J. S. 1977, Warszawa,
Drozdowski
E 1 sztein
M . M . 1977, Nieznane karty z d z i e j ó w Saskiej K ę p y , Stolica,
P. 2002, Moja Praga.
Faryna-Paszkiewicz
Garwacki
1959, Zielone
Warszawa.
Z archiwum
H . 2 0 0 1 , Saska Kępa,
J. 1983, Na Czerniakowie
Harusewicz
wspomnień,
i Powiślu,
Warszawa.
Warszawa.
M . 1933, Opis 17-go o k r ę g u (Grochowa) m . st. Warszawy pod w z g l ę d e m sani
t a r n y m , odb. Zdrowie,
nr 1-6, Warszawa.
Kaliciński
Z . 1983, O Starówce,
Kasprzycki
J. 1993, K r o k i W i t o l i n a do miasta, Życie
miasta.
Pradze
-
1998, Korzenie
-
2000, Facjatki na czynsz, Życie
Warszawskie
i ciepokach,
pożegnania,
Krasiński
E. 1976, Warszawskie
sceny 1918 -1939,
W. 1989, „Przyjmę
jakąkolwiek
8 1
Przemysłowego
W y w . 10/98, inf. R . M .
Warszawa.
Warszawy,
z dn. 10-12.IV, s. 12.
t o m I I I - Praga,
Warszawa.
Warszawy, z dn. 4 - 5 . I I I , s. 12.
Mierzecki
Okręgu
R. 32, nr 29, s. 4.
Warszawa.
pracę".
w latach I I Rzeczypospolitej,
Warszawa.
Bezrobotni
robotnicy
Warszawa.
Warszawskiego
252
ANDRZEJ WOŹNIAK
Nowakowski
P o 1 iń sк i
A . 1973, Światło
J. 1938, Grochów
dla Warszawy.
Wspomnienia,
- przedmurze
Warszawy
droga w świat.
Wspomnienia
Warszawa.
w dawniejszej
i niedawnej
przeszłości,
Warszawa.
Świdrowski
J. 1980, Moja
Wierzchowski
Woźniak
H . 1999, Zerzeń
i jego historia,
Warszawa.
A . 2002, N a peryferiach Grochowa. Z b a d a ń nad ż y c i e m codziennym G o c ł a w i a
w okresie m i ę d z y w o j e n n y m , Kwartalnik
Wrzos
1906-1939,
Warszawa.
K . 1985, Oko w oko z kryzysem.
Historii
Reportaż
Kultury Materialnej,
z podróży
po Polsce,
t. 50, nr 2, s. 155-182.
Warszawa.
ANDRZEJ WOŹNIAK
SUBURBAN GAMES A N D ENTERTAINMENT.
LEISURE TIME, HOLIDAYS A N D CEREMONIES I N THE C O M M U N I T Y
OF G O C Ł A W I N 1 9 1 8 - 1 9 3 9
Summary
G o c ł a w belongs to the district o f Warsaw called G r o c h ó w , on the right side o f the Vistula river.
I n the years 1918-1939 G r o c h ó w was a large and q u i c k l y developing district, whereas G o c ł a w was
its least urbanized part, resembling the neighbouring villages more than the urban areas.
The society i n h a b i t i n g G o c ł a w was diversified i n many respects: ethnic, religious, profes
sional. Those w h o were better o f f had German ancestry, were Lutherans o f the A u g s b u r g Confes
sion and l i v e d m a i n l y on farming. The Roman Catholic Poles owned v e r y small farms. T h e y were
i n different trades, d i d odd jobs. I n the 1930ies., due to economic crisis, great part o f them were
unemployed and suffered great poverty. Some were employed i n public w o r k s or were on dole.
For most families their o w n houses and small plots o f land p r o v i d e d some k i n d o f security i n case
o f unemployment.
People inhabiting the suburb o f G o c ł a w i n the years 1918-39 lived i n a community resembling,
to a considerable degree, a local c o m m u n i t y o f the traditional type. T h e y had preserved social ties
characteristic for such k i n d o f c o m m u n i t y - kinship and neighbourly ties w h i c h gave sense o f
security to i n d i v i d u a l s and families i n case o f crisis. That system o f social bonds and sense
o f solidarity were supported and reinforced by c o m m o n celebrating o f rituals o f annual cycle and
life cycle as w e l l as particular forms o f entertainment. On the other hand it was the economic
crisis o f the 1930s and poverty that contributed to setting back the urbanization and development
o f the suburban district. Poverty made it difficult for the residents to enjoy all kinds o f entertainment
offered by the city life. The previous w a y o f life o f the suburban c o m m u n i t y got unsettled. Frequent
contacts w i t h neighbouring villages, culturally similar, confirmed and supported their value system.
Translated
by Anna
Kuczyńska