9fb6c94e07bd95733f1908129ba2378e.pdf

Media

Part of Jerzy Jarnuszkiewicz - szkic do portretu/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.1

extracted text
06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

ALEKSANDER JACKOWSKI

oznałem go w początku lat 50. Był piękny, sprę­
żysty, młody, wysportowany. Nikt go nie uczył
biegania, ale kiedy spróbował, pobiegł setkę
w granicach rekordu stadionu. Trener oszalał, co za
talent! Ale jego sport nie pociągał. Od najwcześniej­
szych lat dłubał, lepił, rysował. Wiedział, że to jest je­
go powołanie. Pojawiła się śliczna dziewczyna, mądra,
oczytana. Polonistka. Wtedy postawił stopę na krze­
śle, uniósł nogawkę: „Widziała Pani kiedyś taką łyd­
kę?”. Nie widziała. Ślub odbył się wkrótce. Rozpiera­
ła go energia, manualne zdolności miał ogromne,
rysował, rzeźbił, ciął klocki drzeworytnicze, jak gdyby
od niechcenia. W grupie bibliofilów, której przewo­
dził w latach okupacji Tadeusz Cieślewski „zjawił się
jako cudowne dziecko. Wycinał najtrudniejsze eksli­
brisy bez trudu i wahania, dosłownie od ręki. Praca,
która u innego drzeworytnika trwała kilka dni, jemu
nie zabierała nawet godziny” .1 Pomysły realizował
z niefrasobliwością chłopca, który jeszcze nie przeżył
męki dochodzenia do istoty dzieła. Ta męka przyszła
po wielu latach, na początku była spontaniczność
i talent.
Jeszcze jako student otrzymał w 1950 r. nagrodę
państwową I stopnia za figury żołnierzy na cmentarzu
mauzoleum Armii Czerwonej w Warszawie. Wyrzeźbił
Małego Powstańca, chłopczyka w za dużych butach,
w hełmie, z karabinem. Rzeźbę, która stała się bezi­
mienna, reprodukowana i powielana - symbol Po­
wstania. Dziś, powiększona stoi przy warszawskim Bar­
bakanie.

P

Jerzy Jarnuszkiewicz
- szkic do portretu*

Kiedy Bolesław Bierut, wzorem Medyceuszów,
choć bez ich talentów, uznał, iż należy warszawski
MDM ozdobić posągami socrealistycznej rzeźby,
skrzyknięci naprędce rzeźbiarze przystąpili do gorącz­
kowej pracy. Jarnuszkiewicz wyrzeźbił Hutnika w pięć
dni, i tyleż czasu zajęła mu Nauczycielka - pięć dni!
Ale ostatnią w życiu rzeźbę, Pietę na grób rodziców
tworzył siedem lat. W ogromnym trudzie, ze świado­
mością problemów, do rozwiązania których wciąż nie
czuł się przygotowany. Kiedy skończył, powiedział:
„Dopiero teraz mógłbym uczyć rzeźby...”
Bolesna ocena lat, w których przyszło mu żyć, lat
kiedy w sztuce nie tylko odkrywano, ale i zapominano
o doświadczeniach pokoleń.
Należał do pokolenia, które kształtowało się na
gruzach zwalonego miasta, wierne pomięci Powstania.

Jerzy Jarnuszkiewicz w latach pięćdziesiątych

71

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

To określiło jego życiową postawę. Zanotował:
„Przede wszystkim trzeba pamiętać, że nie ma kawał­
ka ziemi polskiej, nie ma ulicy i domu, który by nie był
grobem, nie był godny upamiętnienia”.2 Jego czas do­
magał się tej pamięci, zmuszał do zmierzenia się
z otoczką kłamstw, z kneblem cenzury. Dziś młodzi ar­
tyści tych uwarunkowań nie mają, są wolni, nie czują
potrzeby upamiętniania czegokolwiek. Świat ich wy­
obraźni jest otwarty. Zaskakują, a nawet szokują. T e­
raz to nic nie kosztuje. Ktoś zechce obierać kartofle
w salach Zachęty - nikt mu nie przeszkodzi. Proble­
mem stała się troska o swój wizerunek, o to, by czymś
jeszcze zaskoczyć, zaimponować. Sztuka i komercja
przenikają się, twórczość straciła ideologiczną moty­
wację, przestała być sprawą ważną, narodowej pamię­
ci. Świat się zmienił, ogromną rolę odgrywają film, te­
lewizja, Internet. Rzeźba utraciła społeczne znaczenie.
Młodzi mają niewielkie szanse pokazania swych moż­
liwości, pleni się tandeta. Jeśli powstają dzieła ważkie,
to na marginesach sztuki, w kręgu raczej socjotechniki niż plastyki. No i rzadko, ale jednak - w sztuce sa­
kralnej. W niej dowcip nie wystarczy, temat narzuca
powagę. Świadczą o tym freski Jerzego Nowosielskie­
go, rzeźby Antoniego Rząsy, a także Jerzego Jarnusz­
kiewicza.
Jerzy Jarnuszkiewicz należy do artystów, którzy po­
dobnie, jak Oskar Hansen, Tadeusz Kantor, Jerzy Sołtan, Roman Cieślewicz, czy Henryk Tomaszewski wy­
warli wpływ na sztukę naszego czasu, a śledząc jego
dokonania, stykamy się z podstawowymi problemami
nurtującymi sztukę powojenną. Był przy tym nie tylko
znakomitym artystą, ale i wspaniałym człowiekiem,
jednym z najważniejszych, jakich dane mi było po­
znać. Absolutnie uczciwy, bezkompromisowy i pozba­
wiony zawiści, co już samo w sobie w naszym kraju jest
zadziwiające. Czasem stawał się bezbronny, jak dziec­
ko. W trudnych dla sztuki latach inwazji socrealizmu
bronił swej osobowości sferą prywatnej twórczości,
wielkiej piękności ekslibrisami, rysunkami, medalami.
W rzeźbie osiągał ekspresyjny wyraz zderzeniem
form miękkich, płynnych i twardych, ostrych. Stwo­
rzył przerażający symbol czasów peerelu - głowy w ka­
gańcach.
Czy wizerunek artysty, nawet tak znakomitego,
może zainteresować dziś, kiedy w sztuce wszystko ule­
ga zmianom, kiedy wręcz wstydliwe jest mówienie
o kategoriach piękna, o tym co etyczne i przekraczają­
ce granice smaku?
Żyjemy w czasach tak szybkich, że pamięć niknie
błyskawicznie. Sztuka? Artyści? Każdego dnia więcej
jest malarzy, rzeźbiarzy niż w ciągu całych dziejów
ludzkości. Natłok faktów jest olbrzymi.
Zapominamy szybko. Kto z młodych, inteligent­
nych ludzi wie coś dziś o Tadeuszu Siekluckim, Tade­
uszu Brzozowskim, a nawet Józefie Gielniaku czy Je­
rzym Panku? O wielkich artystach.

M łodość
Jerzy urodził się 27 lutego 1919 r., w Kaliszu.
Pierwsze doznania: zlizywał wapno ze ścian, jak mały
piesek. Matkę miał dobrą, serdeczną. Można się było
do niej przytulić, poczuć bezpiecznie. Ojciec zaś budził
respekt, doskonały rzemieślnik, mistrz blacharskiego
fachu, właściciel pracowni, w której wyrabiano przed­
mioty artystyczne, zwłaszcza służące liturgii. Był głową
rodziny,3 ale słuszniej byłoby powiedzieć - głową Ro­
du. Hierarchia bowiem w domu nie podlegała dysku­
sji, wszystko było podporządkowane jemu, seniorowi.
Jerzy był już profesorem, autorytetem, laureatem pań­
stwowej nagrody, ale jego projekty realizowane w pra­
cowni wciąż podpisywał ojciec. Również umowy. N aj­
ważniejszy był syn pierworodny. On miał dziedziczyć
pracownię, on był najmądrzejszy, najlepszy. Jerzy, dru­
gi w kolejności (dzieci było ośmioro) wychowywał się
z silnym przeświadczeniem, że chwałą rodu jest Zby­
szek, architekt, mieszkający w Kanadzie.
Ród, powtarzam, był najważniejszy. Łączył nawet
wygląd. Byli do siebie podobni. Smagłe, zgrabne posta­
cie, pięknie sklepione głowy o nieco mongolskich ry­
sach. Przekaz genetyczny przodków z siedemnastego,
a może szesnastego wieku, kupców z Persji, Turkmenii
czy Tatarstanu, wędrujących po Polsce bursztynowym
szlakiem.
Jerzy pamiętał swe dziecinne pasje - rysował, rzeź­
bił, lepił z plasteliny. Mówiono - będziesz rzeźbiarzem.
Rodzina mieszkała w Kaliszu. Szwagier z siostrą w Ło­
dzi, obok fabryki termometrów. Rtęć robiła swoje, sy­
nek ich był już „taki chudziutki i zielony jak termome­
try, tylko nie taki srebrzysty”. Im w Kaliszu powodziło
się lepiej. Dobrze. Mieli dwa czy trzy domy, sklepy,
warsztat blacharski odziedziczony po ojcu, bowiem ro­
dzina z dziada pradziada zajmowała się blacharstwem.
Wyrabiano przedmioty artystyczne. Ojciec Jerzego,
pan Mieczysław, otrzymał dyplom czeladnika z wytła­
czanym w blasze wizerunkiem konia skaczącego przez
płot oraz portretem Mickiewicza. Wykonaną przez
niego w metalu piękną różę widziałem po wojnie
w pracowni na Nowym Mieście.
Był wysportowany, jeździł na łyżwach, na rowerze.
Z dumą przechowywał w domu szarfę z wyhaftowanym
napisem „Szosowy Mistrz Kalisza - 1926”. Należał do
Bractwa Strzelców Kurkowych, na zawodach organi­
zowanych co roku zdobywał medale, przechowywane
starannie w drewnianej skrzynce.
Pierwsze ważne wydarzenie w życiu rodziny nastą­
piło w latach Wielkiego Kryzysu. Jerzy miał wtedy 11
lat. Po raz pierwszy usłyszał wówczas słowo plajta. „O j­
ciec wracał w nocy z jakimiś walizami, wykryliśmy, że
w jednej były spinki do mankietów, w innych krawa­
ty, czy jakieś tam rzeczy... Był komiwojażerem, żeby
zarobić tych parę złotych i żebyśmy nie pomarnieli” .4 Stracili wszystko.

72

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

zostanie w Akademii. Ku memu zdziwieniu Marcin się
nie załamał, zaangażował się do Teatru Dramatycznego,
w brygadzie technicznej przygotowywał scenę. Poznał
teatr od środka, nie lada gratka dla przyszłego scenarzy­
sty. Po roku robotnicy zażądali od rektora Akademii, by
przyjęto Marcina. No i tak się stało.
Ale wróćmy do opowieści o domu, o Jerzym. Powie­
działem już, że mi imponował, że od początku naszej
znajomości stał się dla mnie autorytetem. Podziwiałem
jego ekslibrisy, zwłaszcza te, w których określał osobo­
wość właściciela. Podziwiałem jego rzeźby, medale.
Piękniejszych, mądrzejszych nie znam. Dlatego o nich
teraz piszę. Oczywiście nie kryłem zachwytu, kiedy mi
pokazywał swe kolejne dzieło. A to nic! - gasił mój en­
tuzjazm - musisz poznać Zbyszka, to jest talent. Jest
w Kanadzie, w „wolnym świecie”. Zna się na muzyce,
literaturze, zbudował kilka ważnych budynków w T o­
ronto. No i Zbyszek przyjechał. Pamiętam, jedliśmy
wówczas śniadanie. Dowcipkował, opowiadał o domu,
o sobie, tak zwyczajnie jakby wrócił z Grójca czy Pułtu­
ska. Pomyślałem, że każda opowieść Jerzego była cie­
kawsza, bardziej barwna. Jadwiga próbowała ożywić
rozmowę, zabłysnąć erudycją - czytam teraz Faulkne­
ra, powiedziała. Kto to? - zdziwił się. Nie znam. Mit
niezwykłości prysł. Nawet ucieszyłem się z tego. Jerzy
w trudnych, powojennych warunkach stał się bowiem
już wtedy osobowością wybitną. Artystą świadomym
tego, co robi. Jego talent rozwinął się wcześnie, sponta­
nicznie. „Jak sięgam pamięcią, a sięgam do drugiego ro­
ku życia - zawsze albo rysowałem, albo lepiłem.
Z pierwszych wspomnień z dzieciństwa zapamiętałem
sądy dorosłych, że „Jurek będzie to zawsze robił”. Mia­
łem około pięciu lat, szliśmy z matką obok cmentarza
w Kaliszu, gdzie był zakład kamieniarski. Zobaczyłem,
jak robotnicy odkuwali jakieś części nagrobka i pamię­
tam przejęcie, emocje, jakich doznałem, i poczucie, że
strasznie chcę to robić. Skąd takiemu dziecku może
przyjść coś podobnego do głowy? A ja czułem, że wła­
śnie to chcę robić. Nawet powiedziałem wtedy matce,
że tu przyjdę się uczyć. Z przekonaniem, że tylko to bę­
dę robił, żyłem od zawsze”.5
Taka świadomość wyznacza horyzonty, ale nie uła­
twia życia. Zwłaszcza w szkole. Wiedział, że ma talent,
że zostanie rzeźbiarzem. Tylko taką widział drogę ży­
ciową. Po latach napisał, wracając do tamtych czasów:
„Całe szczęście, że miałem te zdolności, bo szczerze
mówiąc, żadnych innych nie miałem”.6
Fascynowały go lalki, ale już jako przyszłego arty­
stę. „(...) intrygowały mnie, pisał, pomniejszone ludz­
kie kształty i na pewno nie było to wyzwalanie uczuć
macierzyńskich, jak u dziewczynek. To ówczesne
uczucie teraz nazwałbym pierwotnym przeżyciem rzeź­
biarskim. Wtedy była to tylko fascynacja, ale ona mia­
ła mi już towarzyszyć przez całe życie. W tym samym
czasie fascynował mnie maluteńki samochodzik odla­
ny chyba w szarej cynie (pamiętam tę szarość) z rucho-

Drugie wydarzenie, które zmieniło ich byt i zmusi­
ło do przeniesienia się do Mysłowic, na Śląsku, to by­
ła wojna. Jerzy chodził do szkoły, później przeniósł się
do Krakowa, rodzina zaś wyemigrowała do Warszawy.
Tam, już po wojnie, w latach odbudowy miasta ojciec
otrzymał najważniejsze, bo państwowe, zlecenie - zbu­
dowanie trzech wielkich kandelabrów na MDMie.
Władzę denerwował dominujący nad placem Zbawi­
ciela kościół, ponieważ jednak nie można go było ani
zburzyć, ani zasłonić postanowiono pominąć, prowa­
dząc ruch bokiem, poszerzoną ul. Waryńskiego. Zmia­
nie kierunku, przesłonięciu niewygodnej perspektywy
miało służyć postawienie wielkich kandelabrów. Tak
zadecydował sam prezydent. Wezwał do siebie pana
Mieczysława i poprosił, by wykonał świeczniki z blachy
miedzianej. Chętnie, ale muszę mieć blachę! Prezy­
dent bardzo się zadumał, ta prośba przekraczała jego
możliwości, nie wiedział, komu zabrać blachę, aby ją
mieć, poprosił więc, żeby pan Mieczysław sam ją zdo­
był. Ten udał się w „w Polskę” i blachę przywiózł, dzię­
ki czemu kandelabry stanęły na placu.
Jerzego poznałem w 1952 r. dzięki jego żonie Ja­
dwidze, która pracowała, tak jak ja, w Państwowym
Instytucie Sztuki. Była krytykiem sztuki, doskonale
rozumiejącym problemy rzeźby, i jeżeli coś jej prze­
szkodziło w tamtych latach pogłębiać te zainteresowa­
nia to decyzja o pomaganiu mi w redagowaniu kwar­
talnika „Polska Sztuka Ludowa”. Stała się dla mnie
osobą niezastąpioną, bliską, a jej dom, dzięki Jerzemu
i ciekawym ludziom, których tam spotykałem, stał się
dla mnie miejscem ważnym - może najważniejszym,
kształtującym wrażliwość. Stałem się niejako domow­
nikiem, stąd też myśląc czy mówiąc o Jerzym nazywa­
łem go jak Jadwiga, Misiem, co nie budziło jego za­
chwytu, choć świadczyło o aurze, którą roztaczał.
Zadziwiał mnie jego talent, wyobraźnia, mądrość
i rozwaga sądów o sztuce i o życiu. Fascynował mnie
jego syn Marcin, miał 5 lat, kiedy go poznałem. Odzie­
dziczył po rodzicach to, co najlepsze. Talent, wyobraź­
nię, mądrość. Ale i bezwzględność wyborów etycz­
nych, estetycznych. A więc to, co nie ułatwia życia.
Rysował sugestywnie takie zjawiska jak lęk, strach,
zło, dobro. Jak to robisz? - dziwił się ojciec. - Tato,
biorę kredki tak jak leci! - odpowiedział, co oczywi­
ście nie wyjaśniało niczego. Czytał. W szkole zachwy­
cał się Norwidem. - Marcin! Co ty z tego rozumiesz?
- pytała Jadwiga. - Nic, mamo, ale to takie piękne...
Później w Akademii Sztuk Pięknych naraził się pro­
fesorowi, akurat była jakaś rocznica i w gazetach były
wszędzie wizerunki Lenina. Chłopcy mieli przerwę w za­
jęciach, więc poszedł do kiosku i przyniósł stos gazet. Za­
częli rysować różne wersje wodza rewolucji w czapce, bez
czapki, w cylindrze, konfederatce. Zobaczył to profesor,
który zajrzał do sali. Awantura. Wyrzucić! Interwenio­
waliśmy, także ja rozmawiałem z profesorem. O, tu mi
korzeń wyrośnie! pokazywał rozcapierzoną dłoń, jeśli on

73

06_Jackowski363.ps

- 4/25/2007

4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Pieta z Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie, 1950 rok. Fot. A. Funkiewicz

mymi, maleńkimi kółkami ze szprychami jak niteczka.
Fascynowała mnie ta maleńkość, specjalnie te kółecz­
ka. Taka fascynacja towarzyszyła mi później przy eks­
librisach. Kiedy miałem trzy lata, lepiłem, bo trudno
to nazwać rzeźbieniem, karety z zaprzęgiem dwóch par
koni. Pamiętam bardzo dokładnie wygięte w rogaliki
przednie nogi wyrażające galop, a nad nimi łukiem po­
chylone głowy. Pamiętam radość, jaką sprawiało mi
to, że zaistniało coś, czego przedtem nie było”.7
Miał chyba dziesięć lat, kiedy zrobił z masła głowę
marszałka Piłsudskiego. Ojciec wystawił ją w oknie
pracowni, wzbudziła sensację. Piłsudski i masło, to za­
skakiwało. Dostał w nagrodę kwiaty, oczywiście wrę­
czył je mamie.
W szkole radził sobie marnie, interesowało go tyl­
ko to, co rysował. Na szczęście zdarzali się nauczycie­
le, którzy umieli dostrzec jego uzdolnienia.
„W pierwszych klasach gimnazjum, wspomina,
robiłem linoryty. Raz nie zdążyłem skończyć czegoś
w domu i zabrałem do szkoły. W klasie zastawiłem
się książkami, schowałem za chłopaka siedzącego
przede mną i kończyłem pracę. Ocknąłem się, gdy
poczułem, że coś jest inaczej. Była cisza. Podniosłem
wzrok i zobaczyłem stojących wokół kolegów i profe­
sora pochylonego nad moją pracą. W panice próbo­
wałem ukryć swoje dzieło pod ławką, a wtedy profe­
sor powiedział: «Jarnuszkiewicz, ty rób to dalej, a jak
skończysz, to mi pokaż, bo to jest twoja przyszłość».
No i miałem u niego zezwolenie na robienie nie tego
co inni na lekcji”.8

W tym czasie zrobił pierwszą płaskorzeźbę. Z pla­
steliny, którą mu kupili rodzice. Był to rydwan, czwór­
ka koni i jeździec. Zapamiętał dobrze tamtą sytuację.
„Pracowałem cały dzień i noc, żeby mi nikt tego nie
zniszczył, wstawiłem za okno. W izbach było bardzo cie­
pło i gorące powietrze rozchodziło się po wszystkich po­
mieszczeniach. Rano skoro świt podchodzę do okna,
patrzę, a tu wszystko rozmyte, bezkształtne. Byłem zroz­
paczony, to było moje pierwsze przeżycie rozpaczy,
niepowodzenie. Wziąłem to żeby poprawić, ale się nie
udało. Ciepłe palce deformowały plastelinę. Wreszcie
zrobiłem kulki i dodałem, że w tym to ja nie będę robić.
Profesor od łaciny i od polskiego miał wielkie zain­
teresowanie teatrem. Był reżyserem różnych rzeczy np.
Zemsty Aleksandra Fredry i wszystko sam aranżował.
Ponieważ nie uczyłem się łaciny i polskiego, to on za­
dawał mi tematy działające na wyobraźnię. Kiedyś po­
wiedział mi, żebym narysował Neptuna, Nereidy i ja­
kieś tam potwory. Narysowałem to. Dużo zawdzięczam
tym profesorom. To byli bardzo dobrzy nauczyciele.
Oni nie żądali ode mnie ani łaciny - tych odmian - tyl­
ko kiedy zauważyli, że coś w tym człowieku jest innego
i jest utalentowany w tym kierunku, to inaczej z nim
pracowali. Nawet profesor od niemieckiego traktował
mnie pobłażliwie. Cała klasa miała go za głupka, bo
miał manię bakterii, chodził z dużą teczką ze spirytu­
sem salicylowym, watą i innymi tymi przyborami. Jak
już usiadł na krześle za katedrą, to wyciągał to wszyst­
ko i się dezynfekował. A my byliśmy takie gówniarze
naprawdę i tacy byliśmy niedobrzy, bo robiliśmy jakieś

74

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

rzeczy i z tego były śmichy i chichy. Po wakacjach dał
temat - przygoda na wakacjach. Ja wszystko ściągałem,
bo nie miałem najmniejszej zdolności do niemieckiego
(...), a ten profesor podszedł do mnie i mówi: jak nie
potrafisz, to narysuj”.9
Później też w Mysłowicach zainteresował się grafiką.
„Ojciec sprawił mi w dwóch czy trzech tomach,
księgi grube i wielkie w czerwonej i sztywnej oprawie
pt. Polska i podtytułem - Dzieje i kultura. Dzięki tej
książce to ja się nawet z historii podciągnąłem. Tam
była cała prawda. To, co braliśmy na lekcjach, to ja
śledziłem i czytałem w tej książce. Wielokrotnie mi to
pomogło, a nawet któryś z profesorów spytał mnie:
- A skąd ty to wiesz?
- A bo przeczytałem.
- A z czego przeczytałeś?
No to mówię, że to z książki, którą mam w domu,
i widziałem, że był bardzo zadowolony, że uczniowie sami
pogłębiają to, co przerabiali wcześniej w szkole. O kultu­
rze i sztuce też było (w tej książce) bardzo dużo”.10
Poznał obrazy Grottgera, Wyspiańskiego, drzewo­
ryty Kulisiewicza, Skoczylasa, Stellera. Chciał też ro­
bić takie rzeczy, ale jak? Nie miał farb, pędzli, dłuta.
Wspominał z goryczą, jak nauczyciel, któremu nie
umiał odpowiedzieć na jakieś pytanie, powiedział - na
siedzenie czy na łapę? No i dostał.
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Znowu do­
stał. Klasa się śmiała. Uznał, że kara jest słuszna, w do­
mu nauczono go, że dorośli zawsze mają rację. Był to
okres upokorzeń, o których nigdy nie zapomniał. Na
klasówce z łaciny zamiast męczyć się nad tekstem, nary­
sował dworek z Zosią na pierwszym planie. W końcu
jednak oswojono się w szkole z tym, że uczą artystę, co­
raz mniej od niego wymagano, zadowalając się tym, że
pięknie rysuje, zdobi, rzeźbi. Na jubileusz szkoły namalo­
wał na tafli szkła Kościuszkę. Kiedy indziej wyklepał
z blach Polonię Grottgera, zdobiła korytarz szkoły. Otrzy­
mał także pierwsze zamówienie zaprojektowanie i wyko­
nanie nagrody na turniej tenisowy w Radomiu. Ściągał,
zwłaszcza na klasówkach z matematyki, ale geometrię
uwielbiał. Miał niezwykle rozwiniętą wyobraźnię prze­
strzenną, potrafił nakreślić rzut wielokątnej figury na
płaszczyźnie, przenikanie się form w przestrzeni. Geome­
tria stała się dla niego olśniewającym odkryciem, przed­
miotem pochłaniającym go całkowicie, źródłem doznań.
„Raz napisałem wypracowanie, wylewając w nim
wszystkie swoje myśli - na 20 stron. I dostałem niedo­
statecznie - za błędy ortograficzne. Z następnej kla­
sówki dostałem lepszą ocenę, bo kiedy nie wiedziałem
jakie dać „u” lub „ż”, wyrzucałem całą myśl i pisałem co
innego. To wyczuliło mnie na bzdurność i umowność
podobnych sytuacji, ale też zahamowało w ekspresji unikałem pisania. Równie niechętnie zabierałem głos,
bo w szkole zazwyczaj obrywałem za to - wywoływany
na środek i wykpiwany przez całą klasę. Pamiętam tych
lizusów, śmiejących się wkoło mnie z głupich dowci­

75

pów profesora. Nie miałem w sobie dość siły i agresyw­
ności, żeby się temu przeciwstawić”.11
Po ukończeniu szkoły (mała matura) Jerzy przez
dwa miesiące pracował w drukarni im. Karola Miarki.
Opanowywał arkana sztuki drukarskiej, poznawał
zgromadzone w archiwum drzeworyty i linoryty Pawła
Stellera i Władysława Skoczylasa. N a ich wzór wyko­
nał kilka prac. Szczególne uznanie zyskała Sowa. Od­
bito i sprzedano kilka jej egzemplarzy. Ucieszyło to oj­
ca, utwierdziło w przekonaniu, że syn powinien się
kształcić w szkole rzemiosła artystycznego. Jakiej? N aj­
lepiej w słynnej wiedeńskiej Kunstgewerbeschule. Jed­
nak wcześniej trzeba było zacząć naukę w Szkole Prze­
mysłu Drzewnego w Zakopanem albo w szkole
krakowskiej. Rozważał - Zakopane to góry, tradycje
sztuki ludowej, sport, Kraków zaś to Wawel, Młoda
Polska, Wyspiański, muzea, teatry, wystawy, koncerty.

Mały Powstaniec, 1946. Fot. Jan Świderski

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

biegał na Błoniach. „Czas, powiada, wykorzystywałem
maksymalnie, bo po prostu kochałem sztukę i bardzo
chciałem zostać artystą”. Chciał zostać rzeźbiarzem,
ale interesował go także drzeworyt, metal. Na całe ży­
cie zapamiętał to, co mu mówił ukochany profesor
Franciszek Kalwas - sztuka to wielka rzecz, ale też
i ciężka praca. To, że wielka rzecz, wydało się oczywi­
ste, ale z tą ciężką pracą nie bardzo pojmował, o co
chodzi. Wszystko przychodziło mu łatwo, rysunki cie­
szyły, drzeworyty ciął bez namysłu. Szkoła dawała mu
wiele radości, tu ceniono go za to, że był sobą. Wojna
zbliżała się do końca. Rodzina przeniosła się do W ar­
szawy. On też szukał w stolicy dalszych możliwości
kształcenia. Zamieszkał na ul. Pięknej 21, obok nie­
mieckiej ambasady. Szybko wszedł w krąg ciekawych
ludzi, zwłaszcza interesujących się sztuką. W Warsza­
wie mimo niebezpieczeństw i trudów kwitła kultura,
w prywatnych mieszkaniach, w kawiarniach, które za­
stępowały sale wystawowe i koncertowe. U Lardellego
grywali Andrzej Panufnik i Witold Lutosławski. Jego
wariacje na tematy Paganiniego na dwa fortepiany
tam właśnie usłyszał. Poznał środowisko miłośników
książki i sztuki drzeworytniczej, konspiracyjne Koło
Miłośników Exlibirisu. Tam właśnie spotkał Jadwi­
gę.13 Była wówczas żoną Jerzego Krama, bibliofila. Nie
było to dobre małżeństwo, Jadwiga cierpiała po utra-

Ślady wielkiej przeszłości. Nie wahał się długo, wybrał
Kraków, Szkołę Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Arty­
stycznego. Ojciec umieścił go w bursie księdza Kunowicza, w dwuosobowym pokoju. „Okazało się, że nie
jestem w stanie znieść mieszkania w bursie. Rano po­
tworny wrzask chłopaków, trzaskające drzwi, długie
korytarze i bieg do umywalni - to było straszne. Czu­
łem, że coś się dzieje z moim mózgiem. A do tego obok
naszego pokoju była sala, gdzie orkiestra dęta treno­
wała marsz gwiaździsty. Naprawdę można było osza­
leć! N a szczęście zetknąłem się wtedy w szkole ze Sta­
nisławem Topferem i Bogdanem Zieleńcem, którzy
szukali trzeciego do pokoju wynajmowanego na Pod­
górzu, i zamieszkałem z nimi”.
Szkoła po gimnazjum wydała mu się rewelacją. Ze­
tknął się z profesorami, którzy mówili tym, co on języ­
kiem. Zwłaszcza zapamiętał Karola Homolacsa. Cytu­
ję dalej: „Spadły mi łuski z oczu, wspominał po latach.
Olśnił mnie impresjonizm, wówczas w szkole zakaza­
ny, wypadły mi korki z uszu i usłyszałem Debussy’ego,
Ravela i Szymanowskiego, a potem Bacha i chorały
gregoriańskie. Już w tym czasie pociągał mnie zarówno
realizm, jak abstrakcja”.12 Odkrywał piękno wielkiej
literatury, chodził do muzeów, na koncerty. Sypiał
trzy-cztery godziny na dobę. Rano malował, potem
uprawiał w Sokole gimnastykę, po południu rzeźbił,

Marcinelle 2, gips patynowany, 1957

76

06_Jackowski363.ps

4/25/2007

4:55

PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

cie w getcie rodziców, którym nie starczyło już woli
i sił, by zdecydować się na ucieczkę. Zresztą ich nic nie
łączyło ze społecznością żydowską. Ojciec był znako­
mitym pedagogiem, wielkim patriotą, nagrodzonym
Virtuti Militari przez Marszałka, a Jadwiga wyrobiła
sobie aryjskie „papiery” z Zuzanny Rozenfeld stała się
Jadwigą Gołaszewską. Jednakże to nie uchroniło jej od
donosów, których w tym czasie nie brakło. Wspomnę
o jednym. Mieszkała już sama w budynku Prudentialu
(obecnie hotel Warszawa) na placu Napoleona. Nagle
rozległ się łomot do drzwi, wszedł niemiecki major
z żołnierzami. Spojrzał na nią, poprosił do drugiego
pokoju i zapytał czy jest Żydówką. Tak! - odpowie­
działa. Ja ich teraz zabiorę, powiedział, ale musi pani
natychmiast stąd uciekać. Proszę powiedzieć, komu
należy, że donosi windziarz. Kiedy będzie pani potrze­
bowała pomocy proszę, przyjść do mnie. Dokąd? Do
gestapo na Szucha. Ten Niemiec ryzykował nie mniej
niż ona.
Jerzy, o czym była już mowa we wstępie, bez trudu
zyskał uczucie Jadwigi. Wkrótce został jej mężem.
Zdobył też uznanie w środowisku bibliofilskim, z któ­
rym Jadwiga była związana. Rzeźbił w tym czasie
w pracowni Stanisława Komaszewskiego na Nowym
Świecie 55. Wiele czasu zajmowały mu „drobiazgi
rzeźbiarskie” - kilka ostało się po latach w pracowni

przy ul. Magiera, zapamiętałem Chrystusa, Matkę Bo­
ską, Chopina, Mickiewicza. Narzekał, że niewiele
umie, że sam się musi rzeźby uczyć. Ciął jednak drze­
woryty, i - zachęcony - po spotkaniach w środowisku
miłośników ekslibrisu zajął się intensywnie tą dziedzi­
ną. Zdobył uznanie znawców, zwłaszcza Tadeusza Cieślewskiego juniora, który o debiutującym dopiero mło­
dym artyście napisał książkę analizując jego prace.14
Jerzy zachwycał, to co innym zabierało wiele czasu on
robił „od ręki”, niejako bez wysiłku. Scenę kompono­
wał bezbłędnie, z elegancją, choć jeszcze na początku
nie zawsze wiązał ją konsekwentnie z liternictwem.
Ono też było ważne, określało adresata, a także atry­
but charakterystyczny dla zawodu czy zamiłowania,
np. pióro - dla pisarza, nuty dla muzyka, pędzel i pale­
ta dla malarza. Jeszcze w pracach z tego wczesnego
okresu nie widzimy tej intuicji psychologicznej, która
później czyni z tych „pieczątek” prawdziwe arcydzieła.
Mówią one o osobowości bohatera ekslibrisu, niekie­
dy więcej, niż on sam chciałby powiedzieć. Pierwsze
„pieczątki” powstałe w ostatnich latach wojny, noszą
jeszcze ślady dekoracyjnych fascynacji, utwierdzonych
doświadczeniami wyniesionymi ze szkoły rękodzieła
w Krakowie. Jarnuszkiewicz miał dużą łatwość kreśle­
nia ornamentów, tworzenia pięknych, dekoracyjnych
kompozycji, scen buduarowych, pięknych kobiet prze-

Suka I, gips patynowany, 1957

77

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Kromkowska w sklepie na Hożej, tuż przy placu
Trzech Krzyży. Widziałem Powstańca w wielu do­
mach, a pracując wówczas w Departamencie Prasy
i Informacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wrę­
czałem co ważniejszym, zagranicznym gościom. Był to
znakomity prezent, tyle tylko że minister prosił, by po­
minąć w tytule słowo „powstaniec”. Dla ludzi rzecz by­
ła oczywista, ale władza chciała jak najszybciej zapo­
mnieć o warszawskim powstaniu, o Armii Krajowej.
Dlatego Powstaniec stał się tylko „żołnierzem”. Losy tej
rzeźby to też ważny fragment w życiorysie artysty. Sta­
ła się ikoną kultury masowej, znakiem historii ważnym
dla ludzi a wypieranym przez władze. Dlatego dopiero
w osiemdziesiątych latach postanowiono wznieść ją,
jak pomnik, na tle murów warszawskiego Barbakanu.
Jarnuszkiewicza decyzja ta wzruszyła, ale zdawał sobie
sprawę z tego, jak trudno jest powiększyć drobną figur­
kę, jaki to jest rzeźbiarski problem. N a szczęście ten
efekt kameralności, intymności w pomniku został
w znacznej mierze zachowany.
Zdawał sobie sprawę z tego, że wie jeszcze niewiele,
patrzył więc na reprodukcje dzieł Michała Anioła,
a przede wszystkim Donatella. Jak rzeźbić w trudnym
materiale a nie lepić z gliny. Pociągał go kamień, ale
pierwsze doświadczenia nie były pomyślne, gdy uderzał

Okna, blacha spawana, 1965

glądających się w lustrze, pozujących na sofie, na tle
draperii. Łatwość rysunku, tworzenie kompozycji wi­
doczna jest także w powstałych po wojnie ornamen­
tach rzeźbiarskich na budynkach. Architekt określał
miejsce, przestrzeń, którą trzeba było wypełnić, a on to
robił znakomicie, niejako spontanicznie. Ale wciąż
miał w pamięci przestrogę profesora Kalwasa przed
pokusą łatwości w rysunku, kompozycji. Wiedział, że
musi się jej pozbyć, przezwyciężyć w studiach rzeczywi­
stości, przyrody, ale także w interpretacji rzeźb. Nie
minie wiele lat, a zacznie rysować oszczędną kreską,
przywodzącą na myśl rysunki dawnych mistrzów.
Lata dojrzewania artystycznego to proces przezwy­
ciężania wrodzonej łatwości, szukanie ujęć syntetycz­
nych, symbolu, znaku wyrażającego zjawisko. Ta
umiejętność pojawia się w późnych ekslibrisach, me­
dalach, rzeźbach. No i oczywiście w rysunkowych opo­
wieściach o Rzymie, Wenecji, Nowym Jorku, rzeźbach
widzianych w muzeach. Jedną ciemniejszą kreską
określał w nich strukturę kompozycji, napięcie form.
Dar syntezy widzenia i emocji może najsilniej dał o so­
bie znać w powstałej w 1946 r. niewielkiej figurze M a­
łego Powstańca, reminiscencji wciąż jeszcze żywych
i bolesnych doświadczeń. Wyrzeźbił ją „jednym
tchem” , małego chłopca w za dużych butach, hełmie
nasuniętym na czoło, z karabinem w dłoni. Wzrusza­
jący symbol nierównej walki - wszystkich, także dzieci
pomagających żołnierzom. Może dla kogoś z zewnątrz
ten Powstaniec wyda się teraz zbyt sentymentalny, ale
jest w nim przerażająca prawda Powstania, które roz­
grywało się, jak w greckiej tragedii bez nadziei na zwy­
cięstwo, z poczuciem konieczności działania. Małego
Powstańca pokazał Jarnuszkiewicz na wystawie kon­
kursowej „Małe formy rzeźbiarskie”. Zdobył trzecią
nagrodę. Jury nie zauważyło symbolicznej wymowy
rzeźby, zwracając uwagę zresztą zdaniem Jarnuszkiewi­
cza słusznie, na mankamenty figury. Poprawił je,
a przez lata Małego Powstańca odlewał w pracowni na
Nowym Mieście jego brat Wojciech. Rzeźba zyskała
niezwykłe powodzenie, sprzedawała ją pani Wanda

Kwadraty, pręty, blacha stalowa, 1967

78

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

młotem długo w kamień, rozpryskiwał się, zamiast pod­
dać woli rzeźbiarza. Może to wszystko nie ma sensu przychodziło mu do głowy. Czy będzie rzeźbiarzem?
Czy ktoś może na takie pytanie odpowiedzieć? Po­
myślał o jasnowidzu. W czasie wojny wszędzie, nie tyl­
ko w Polsce szukano, pocieszenia, pomocy u wróżów,
przewidywaczy przyszłości. Jak skończy się wojna? Kie­
dy? Co z mężem, synem, czy wrócą? Wróże przynosili
uspokojenie w bombardowanym Londynie, ja i moi
pobratymcy, wtedy na syberyjskim zesłaniu też wystu­
kiwaliśmy nogami ciężkich stołów odpowiedzi. Hitler
musiał przegrać, ale wszystkie dokładnie podawane
daty były fałszywe. Jednak jasnowidze coś wiedzieli, Je­
rzy miał tego namacalny dowód. Jadwiga zaszła do
znajomych, u których odbywał się tego dnia seans spi­
rytystyczny. Było ciemno, prowadzący gdy tylko się
pojawiła w pokoju, wykrzyknął: „pani, która weszła!
W pani mieszkaniu jest gestapo, niech pani nie wraca
teraz do domu”. Została, w mieszkaniu rzeczywiście
było gestapo. Jasnowidz miał rację... Jerzy postanowił
zatem zwrócić się do wróża, by dowiedzieć się rzeczy
absolutnie najważniejszych - czy zostanie artystą?
Rzeźbiarzem? I czy sztuka po wojnie będzie jeszcze
miała sens. Ktoś wskazał mu wróżkę, podobno bardzo
dobrą. Poszedł do niej, z lękiem w sercu. Miała szkla­
ną kulę, w którą się wpatrywała, zapewne zdumiona
pytaniami, które jej zadał. Takich w całym życiu nie
słyszała, ludzi interesował los bliskich, rodziny, mają­
tek - jego los sztuki.
Uspokoiła młodzieńca, niech się uczy, będzie rzeź­
biarzem. Prawdziwym! Niczego więcej nie potrzebo­
wał wiedzieć. Będzie rzeźbiarzem, to potwierdzało jego
decyzję.

Kompozycja drogowskazowa, model do rzeźby w Elblągu, 1965

zumieć, o co mu chodzi. «A skąd ja mogę wiedzieć?»
usłyszał. Za drugim razem profesor był rozmowniejszy,
oświadczył - rzeźba to nie jest fotografia! Miał rację,
ale studentowi niewiele z tego przyszło, zwłaszcza że
właśnie wtedy otrzymał I nagrodę w konkursie na
mauzoleum. Drugiej nagrody nie przyznano, trzecią
dostał profesor Akademii. Przeniósł się wówczas do
pracowni prof. Franciszka Strynkiewicza, bardziej ko­
munikatywnego, ale i tam z usłyszanych uwag niewie­
le wyniósł. Więcej dawało oglądanie dawnej rzeźby na
ilustracjach w albumach.
N a konkursach zdobywał nagrody. Nie zachwy­
cało to profesorów, w uczelni hierarchia wydaje się
naturalna, a tu student co i raz wyprzedzał swych
mentorów. No i kolegów. N a konkurs ogłoszony
przez Komitet Olimpijski wysłał pięć rzeźb, otrzymał
cztery nagrody: pierwszą, drugą i dwa wyróżnienia.
Ale nagród nie odebrał, na widok studenta urzędnik
się wściekł - to niesprawiedliwe, krzyczał, żeby jeden
- i to student - dostał cztery nagrody. To był pierw­
szy zimny prysznic, zetknięcie ze światem, w którym
naprzeciw artysty stawał urzędnik. A później stawa­
ły ideologia, koneksje partyjne. Socrealizm począt­
kowo nie wydawał mu się groźny, równie dobrze
można było zrobić akt robotnika, jak modela w A k a­
demii. Hutnik, miotacz kulą czy nauczycielka mie­
ścili się w konwencji rzeźby realistycznej. Gorzej by­
ło z postaciami wielkich wodzów proletariatu czy
symbolami rewolucji. Ci, którzy je rzeźbili, stawali

Rzeźba
Wstąpił do warszawskiej Miejskiej Szkoły Zdobni­
czej, w której rzeźbą zajmowała się, bardzo przez niego
szanowana profesor Zofia Trzcińska-Kamińska. Pra­
cował dużo Tadeusz Cieślewski junior, wyróżnia
w swej książce powstałe wówczas popiersia, głowy, ale
też i mniejsze kompozycje, które określa jako rzeźby
galanteryjne. Gdy zaczęła działanie Akademia Sztuk
Pięknych zapisał się do pracowni profesora Tadeusza
Breyera. Liczył na rzetelne studia, jednak rzeczywi­
stość była inna. Profesor nie był intelektualistą, każda
wypowiedź przychodziła mu z trudem. Rzeźbiono
w pracowni akty, wszystkie podobne, grube karki, gru­
be kostki, masywne nogi. Breyer cenił, gdy praca ni­
czym się nie wyróżniała od innych. Ale on próbował,
starał się wyrazić osobowość modela. Jednak glina,
z której Jarnuszkiewicz lepił, wracała bez słowa ko­
mentarza do paki. Wspominał: w ciągu trzech lat pro­
fesor tylko dwa razy zainteresował się tym, co robię.
Przy studium głowy powiedział «więcej charakteru»
i poszedł. Wtedy zapytałem asystenta, co przez to ro-

79

06_Jackowski363.ps

- 4 / 25/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

się beniaminkami władzy, im powierzano intratne
zadania. Jarnuszkiewicz wodzów nie rzeźbił, boha­
terski Lenin w mieszczańskiej marynarce po prostu
go śmieszył. Ale była sfera, która nie mogła budzić
zastrzeżeń - wojna, śmierć. W czasie wojny w Rosji
(oczywiście z konieczności) wrócono do religijnej
symboliki: „żołnierz w ataku-święty”. Były to lata pa­
tetyczne. Walka, śmierć, dramat Powstania, znisz­
czenie miasta, odbudowa. Miłość i śmierć. „Marzy­
łem wówczas o tematach heroicznych - wspominał
Jarnuszkiewicz - zawierających doświadczenie spraw
ostatecznych, czyli również śmierci, śmierci na woj­
nie”. Bohdan Lachert, architekt wybrał jego projekt
spośród innych z pracowni prof. Strynkiewicza. Za­
prosił studenta do współpracy przy tworzeniu cmen­
tarza - mauzoleum żołnierzy Armii Czerwonej.
Miejsce wybrano przy projektowanej dopiero ulicy
Żwirki i Wigury. Ważną rolę w mauzoleum miały
pełnić rzeźby. Jarnuszkiewicz zaproponował Pietę,
scenę, w której walczący żołnierz podtrzymuje osu­
wające się ciało umierającego kolegi. Scena przej­
mująca, pełna napięcia. W tej sytuacji nie było miej­
sca na polityczne dywagacje, cmentarz zamyka
dyskusję. Ci żołnierze walczyli z wrogiem, ale wielu
z nich było przekonanych, że płacą życiem także za
wyzwolenie Polski. Rzeźba miała siedem metrów wy­
sokości i tworząc ją, zderzył się z problemem skali.
Twarz, oko, oprawa oka inaczej wyglądały w nie­
wielkim modelu, a inaczej, gdy się patrzyło z pozio­
mu ziemi na pomnik. Te sytuacje przestudiował pra­

cując przy realizacji pomnika „czterech śpiących” na
warszawskiej Pradze. Pieta Jarnuszkiewicza jest
świetna, to jedno z najciekawszych dzieł artystycz­
nych tamtych lat. Nie może więc dziwić, że otrzymał
za nie (razem z innymi twórcami mauzoleum)
w 1950 r. nagrodę państwową I stopnia. Najwyższe
wyróżnienie, i to przyznane jeszcze studentowi. Taki
sukces może zawrócić w głowie. Chłopiec kończy
dopiero Akademię, a już jest laureatem. Niemal od
razu zaczyna w niej pracę jako wykładowca, zakłada
przy wydziale rzeźby pracownię brył i płaszczyzn.
Wie, czego nie wie i, co za tym idzie, co powinno być
ważne dla studenta. Akademia jest miejscem szcze­
gólnym, tam spotyka Jarnuszkiewicz ludzi twórczo
myślących, niezależnych, z którymi będzie odtąd za­
wsze związany. W trudnych latach inwazji ideologii
socrealizmu Akademia staje się ośrodkiem twór­
czych poszukiwań, dyskusji. W sztuce koncentrują
się one właśnie wokół pracowni rzeźby, wokół takich
artystów pedagogów jak Oskar Hansen, Jerzy Sołtan, Julian Pałka. Sołtan wnosi idee Corbusierowskie, Hansen koncepcje architektoniczo-urbanistyczne, których skala przekracza możliwości
realizacji. A obok powstaje szkoła plakatu, znaku
plastycznego Henryka Tomaszewskiego. Uczy się
myślenia i widzenia. W tej atmosferze formuje się
program pedagogiczny Jarnuszkiewicza i kształtuje
ważny nurt jego zainteresowań. Szerokich, zarówno
dotyczących rzeźby, jak i medalierstwa, drzeworytu,
ekslibrisu. Ale gdy nasz bohater zaczyna swą działal-

Jerzy Jarnuszkiewicz i rzeźba Planeta, blacha stalowa, 1965

Okna VI, blacha stalowa, 1967

80

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

wa jest ważna, pilna, tydzień czasu! MDM trzeba prze­
cież otworzyć uroczyście 22 lipca, w święto narodowe.
Ta data to była zmora, na ten termin trzeba było zwo­
dować statek, oddać do użytku fabrykę, ulice, dworzec,
mimo że nie były ukończone, poprawiane później przez
miesiące, ale przecież święto musiało być, a „zobowią­
zania” wypełnione. Jarnuszkiewicz rzeźbi więc hutnika
i nauczycielkę. Hutnik to typowy kloc socrealistyczny,
nie gorszy i nie lepszy od innych, ale nauczycielka
z synkiem rzeźbiona jest z troską, powiedziałbym sym­
patią. Robota na zamówienie, szybka, bez zaangażowa­
nia, tyle że dobrze płatna. Gdy dostał honorarium wy­
szedł z żoną na miasto i zapytał: „Słuchaj, czy ty masz
coś ciepłego na zimę? No, nie mam. A co byś chciała?
Futro piżmowe!”. Kupił, a dla siebie jasną marynarkę
z samodziału w kratę. Socrealizm kwitł. Powstawały
następne martwe rzeźby. Jarnuszkiewicz, który począt­
kowo sądził, że w narzuconej konwencji można zreali­
zować interesujące prace, traci tę nadzieję.
Ogląda wystawę „przodującej” rzeźby radzieckiej,
poraża go brzydota, zadaje sobie pytanie - dlaczego
niewolniczy Egipt wydał wspaniałą sztukę, a nie ma
jej w krajach totalitarnych, we Włoszech, w Niem­
czech i w Związku Radzieckim. Być może, konstatuje,
zgodnie z marksistowską tezą sztuki odbija ona rzeczy­
wistość, i stąd ta brzydota. „Odwróciłem się od moje­
go «wielkiego» czasu, notuje. Zacząłem szukać powo­
dów mojej pracy w sobie, we własnych potrzebach
i własnych emocjach”. Otacza go wielu ciekawych,
wybitnych ludzi o samodzielnych poglądach. Do do­
mu przychodzą architekci z Biura Odbudowy Stolicy.
Tam pracuje Jadwiga, tam toczą się dyskusje, żarliwe,
w których ścierają się koncepcje - rekonstrukcji, two­
rzenia nowoczesnej metropolii, zabudowy w duchu
socrealistycznych miast. N a nowoczesność nie było
ani środków, ani ochoty, nic dziwnego, że Marek N o­
wicki, wielki wizjoner, wyjedzie do Stanów Zjedno­
czonych, a Jerzy Sołtan do Ameryki Południowej. Re­
konstrukcja też nie była łatwa, w kraju, który odrzucił
plan Marshalla nie było na nią pieniędzy, a odbudo­
wywane kamienice „dla oszczędności” pozbawiano
dekoracji. Zresztą, władza nie życzyła sobie pamiątek
dawnej świetności stolicy, żadnych wyrazistych sym­
boli, np. Zamku. W początku okresu powojennego
„nadzorcy” radzieccy wręcz demonstracyjnie gwałcili
wolę lokalnej władzy (np. jeden z generałów Armii
Czerwonej nakazał zburzyć ruiny Zamku Ujazdow­
skiego, mimo iż zostały zakwalifikowane do odbudo­
wy). Zwolennikiem rekonstrukcji Starówki, Alei
Ujazdowskich, Nowego Światu byli architekci Jan Za­
chwatowicz i Jan Bogusławski. Idee społecznikow­
skie, których wyrazem był Żoliborz, znalazły kontynu­
ację tylko w projektach państwa Piechotków.
W Biurze Odbudowy Stolicy gromadzili się wówczas
(1945-50) najciekawsi architekci, rzeźbiarze a także
malarze. Z domem Jarnuszkiewicza wiąże się też śro-

Kaganiec, cement, brąz chromowany, 1973-1978

ność, tworząc pracownię brył i płaszczyzn, socre­
alizm wciąż jest żywy w sferze publicznej.

Od socrealizmu do nowoczesności
Studia w Akademii przygotowywały do realistycz­
nej interpretacji. Ale realizm może być bezduszny,
schematyczny i twórczo interpretujący modela, pod­
porządkowany emocji. Takie były w tamtym czasie
rzeźby Aliny Szapocznikow (zwłaszcza jej Pierwsza mi­
łość). Jarnuszkiewicz również dążył do tego by figura
„mówiła”, prezentowała indywidualność modela. T a­
ka jest Jadwiga z sześcioletnim Marcinkiem, wyrzeź­
biona w płaskorzeźbie na warszawskim MDM, tuż przy
placu Zbawiciela. Jedyna tam kompozycja żywa. Inne
figury są bowiem na tyle schematyczne, że trudno wy­
różnić kto je robił. Powstały pospiesznie. „Lud”, jak to
postulował prezydent Bierut, wchodził do śródmieścia.
Do nowych bloków wprowadzali się ludzie przybyli
ze wsi, nieraz z całym dobytkiem, królikami, gołębiami.
„Lud” ma być prosty, prymitywny - inaczej przecież nie
byłby „ludem” - przeciwstawianym inteligencji, i ten
lud powinien mieszkać jak dawni dziedzice. W Mo­
skwie powstało bogato, pałacowo zdobione metro,
u nas tę rolę miał odgrywać MDM. Sztuka dla wszyst­
kich. Niech zobaczy pomniki swojej chwały, a więc
rzeźby (co z tego, że toporne) hutnika, górnika, koleja­
rza... No i „inteligenta pracującego” - nauczycielkę.
Prezydent zwołał do siebie rzeźbiarzy, tłumaczy - spra­

81

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

dowisko Instytutu Badań Literackich, a później także
Państwowego Instytutu Sztuki, instytucji, z którymi
związana była Jadwiga.
Dzięki współpracy z Biurem Odbudowy Stolicy Jar­
nuszkiewiczowie otrzymali własny dom. Powiedzmy ści­
ślej, domek, zelektryfikowaną chałupę. Te domki, zwa­
ne fińskimi, ofiarował stolicy Stalin. Przydzielano je
architektom, plastykom, pracownikom BOS-u. Miały
służyć przez lata odbudowy, ale jak to bywa z prowizor­
kami, stoją do dziś (na tyłach Parku Ujazdowskiego).
Dom Jarnuszkiewiczów stanął przy ul. Wawelskiej. Dwa
pokoje, alkowa, kuchnia. Do tego, gdy poznałem Jar­
nuszkiewiczów było tam dziewięć kotów a później także
pies, jamnik, którego koty uznawały za swego szefa, pró­
bując szczekać jak on. Pies zaś chodził z kotami po da­
chu. Jadwiga urządziła swój pokój z wdziękiem. Zapro­
szeni goście doskonale się w nim czuli. Co pewien czas
oknem wskakiwał czarny kot i uważnie przyglądał się
wszystkim. W „salonie” spotykali się ludzie ciekawi, so­
cjologowie Marcin Czerwiński, Aleksander Wallis, Ma­
ria Ofierska, scenografowie Jan Kosiński, Czesław Sa­
dowski, historycy sztuki Michał Walicki, Julian
Starzyński, Andrzej Jakimowicz, Wiesław Juszczak, Elż­
bieta Grabska-Wallisowa, Jacek Sempoliński, a ze star­
szego pokolenia Michał Walicki, Julian Starzyński. To
był krąg ludzi, który otaczał Jarnuszkiewicza, który „da­
wał” ale i „brał”. Z wielkim zainteresowaniem słuchano
jego opowieści, relacji z wydarzeń, a zwłaszcza filmów.
Opowiadał fantastycznie. Był gwiazdą, inteligentny,
swobodny, niezależny w myśleniu. A poza tym twórczy,
pełen pomysłów, które śmiało realizował. Zachwycały
ekslibrisy, którymi obdarowywał przyjaciół. Potrafił po­
kazać w nich człowieka przez gest, sytuację - jak np.
w ekslibrisie prof. Juszczaka (wytworność, elegancja,
„angielskość”), scharakteryzowanie osobowości przez
odwołanie do symboliki (mnie przedstawił jako upadłe­
go Ikara), skojarzenia nieba z dziecinnej gry w klasy
z postacią ślicznej znajomej.
W 1957 r. Jadwiga Jarnuszkiewiczowa zorganizo­
wała wystawę Rzeźba w ogrodzie. Był to ważny krok
w przełamywaniu konwencji socrealistycznej. W ogro­
dzie, a więc w przestrzeni, w konkretnym miejscu,
w kontekście drzew, krzewów, perspektyw. Znalazły
się na wystawie rzeźby organizujące przestrzeń. Jar­
nuszkiewicz pokazał dwie rzeźby, porażające swym
dramatyzmem Marcinelle i Sukę. Podobnie jak Ekshu­
macja Aliny Szapocznikow świadczą o nowym zoba­
czeniu roli rzeźby. O tym, że może ona wyrażać po­
przez skrót, symbolikę, stosunek do wydarzeń
publicznych, ale i osobistych. Ekshumowany, stracony
na Węgrzech Laszlo Rajk był pierwszą tak drastycznie
ujawnioną zbrodnią komunistyczną. Marcinelle Jar­
nuszkiewicza była reakcją na katastrofę w belgijskiej
kopalni, na tragedię górników. Wizja artystyczna po­
zwoliła mu stworzyć dzieło wybitne, porażające swym
wyrazem. Chciał stworzyć wrażenie martwoty, bezła­

du, ale też rozpaczy. Rzeźbę można i trzeba oglądać
z różnych perspektyw, idąc dokoła. Czas i przestrzeń
łączyły się w jej oglądzie. Faktura zaskakiwała, przypo­
minała zwęglone szczątki materii dramatycznie skrę­
cone i rozpięte w przestrzeni. Jednak po latach w roz­
mowie o rzeźbie Jarnuszkiewicz powiedział, że teraz
tworząc ją zostawiłby samą brutalność.
Drugą rzeźbą, którą pokazał na wystawie, była Su­
ka. „Dramatyzm przerysowany aż do bólu” pisał o niej
Waldemar Baraniewski. Dramat człowieka, artysty.
Przerażająca rzeźba, trudno w niej nie dostrzec krzyku
rozpaczy, wyrazu przeżyć wręcz intymnych. Czy wolno
sięgnąć do doświadczeń osobistych artysty, by zrozu­
mieć ich sens? Dla historyka sztuki istotny jest związek
zarówno Marcinelle jak i Suki z rzeźbami Germaine Richier, ale odwołanie do tych właśnie inspiracji wynika
u Jarnuszkiewicza także z osobistych przeżyć, doznań.
Przywykliśmy do jednoznacznych wyjaśnień, a prze­
cież w świadomości człowieka, zwłaszcza artysty, ból
nie wyklucza radości. Jerzy kochał życie, uważał za dar
Boży, że może żyć rzeźbiąc, rysując, ucząc. Promienio­
wał na zewnątrz energią, ból ujawniał tylko pośrednio,
w swych dziełach.
Mówi się o pięknych latach młodości, chce zapo­
mnieć o goryczach. Ale on o nich pamiętał.
Ile wstydu najadł się w szkole, a później w pracow­
ni prof. Breyera, gdy ten wrzucał jego rzeźby do paki
z gliną, a przecież były na pewno nie gorsze od innych.
Tyle, że inne. A potem za te rzeźby, za podobne, dosta­
wał nagrody. Nagrody? Znów upokorzenia. Z goryczą
opowiadał, jak mu nie dano przyznanej nagrody, bo za
młody, za zdolny. Później obrażał go minister Wieczo­
rek, zarzucając, że zgodnie z cennikiem żąda honora­
rium za pomnik. Za co? Ze sobie coś wymyślił? Kamie­
niarz dostał więcej, bo ten „pracował”. Wiele bólu
przysporzyła mu kampania w obronie praw autorskich
do Małego Powstańca. Przypomnę ją, ponieważ i ja się
czuję winny, namawiając go do tego, do rzeczy, zdawa­
łoby się oczywistej.
Rzemieślnik grawer p. Miecznik produkował i sprze­
dawał figurki Małego Powstańca twierdząc, iż jest auto­
rem rzeźby. Sprawa trafiła do sądu, pierwsza, albo jedna
z pierwszych dotyczących prawa autorskiego. Wydawa­
ło się, że rzecz jest prosta, sąd nie miał wątpliwości, ale
w obronie p. Miecznika stanął prezydencki minister
Wieczorek. Ujął się za kombatantem. Sprawa trwała
wiele miesięcy. Sędzina zrezygnowała z prowadzenia
sprawy, która sprawiła Jerzemu tyle zmartwień i upoko­
rzeń, że bliski był psychicznego załamania. W końcu
wygrał, ale pewny „wysokiego” poparcia giser, mimo
wyroku, nie przestał produkować figurek.
Pisząc o goryczy zwróćmy też uwagę na sferę intym­
ną. A więc Dom. Pamięć rodzinnego zaważyła na wy­
obrażeniu własnego. Spoistość rodziny, trwały związek
klanu, braci, sióstr, rodziców, sprawiała, że to był
w istocie dla Jerzego dom najważniejszy. Kiedy coś by-

82

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

wystarczy tu nasz sąd, nasza ekspresja, nasze osobiste
wzruszenia, że tylko to miejsce może świadczyć o sobie.
Sądziliśmy zatem, że w tych warunkach współautorem
pomnika należy uczynić odbiorcę, człowieka odwiedza­
jącego obóz, nasz udział zaś sprowadzić do roli prze­
wodnika, czy może raczej reżysera, który by nakreślił li­
nię przewodnią, uwypuklił najbardziej ważne elementy
tego dramatycznego spektaklu”.16 Więc nie rzeźba, nie
jakiś monument, ale przestrzeń traktowana niemal sa­
kralnie. No i reżyseria postrzegania tej przestrzeni. Wy­
odrębnienie jej czarną drogą, ukośnie przecinającą
obóz. Drogą, jak snop światła wydobywający granice
śmierci, pionowe słupy ogrodzenia, zawsze pod napię­
ciem, baraki, wypalone szkielety kominów, żelazne
klatki, w których zamykano więźniów, kloaczne doły,
krematoria.
Takie są ślady tego, co było, co jest. Ten pomnik-droga miał więc żyć, to nic, że chwasty zarosną, krze­
wy się wedrą w ruiny, przyroda pochłonie teren, tak
jak to widać na żydowskich cmentarzach, zawsze to
będzie prawda. Nie rekonstrukcja, nie scenografia.
Takiej jednak oczekiwali inicjatorzy konkursu, byli
więźniowie Oświęcimia, pisarze - Seweryna Szmaglewska, Tadeusz Hołuj, a przede wszystkim Józef Cy­
rankiewicz. Premier.
Odbudują baraki, prąd puszczą w ogrodzenia, tylko
czekać, aż zapudłują w nich ludzi, powiedział Jerzy, ni­
by żartem, ale mnie, po doświadczeniach sowieckich,
ciarki przeszły. Rzeczywiście, jak się później dowie­
działem, bito, torturowano ludzi w innych zrekonstru­
owanych obozach. W nich zginął Niemiec, wybawca
Szpilmana, moja wychowawczyni z dzieciństwa, volksdeutschka, złotej duszy kobieta.
N a konkurs zgłoszono 429 prac z 36 krajów, pro­
jekt otrzymał najwyższe wyróżnienie. Nie było wątpli­
wości, że był najlepszy, rewelacyjny. A dodam, jury by­
ło wyjątkowe, wielki rzeźbiarz Henri Moore na czele,
w składzie m.in. J. B. Bakema, naczelny architekt Rot­
terdamu, Pierre Courthion z Francji, L. Venturi i P.
Perugini z Włoch, nasz wielki rzeźbiarz zamieszkały we
Francji August Zamoyski.
Jednak ich ocena nie przekonała naszego Komite­
tu Oświęcimskiego. Ma być, jak to wtedy było! Bara­
ki? Tak, jak wtedy. Tworzy się więc, co widać m.in.
w Majdanku - scenografię. Zgniją nary? To się zastą­
pi nowymi. Podmaluje, wyretuszuje, by wyglądały jak
stare. W Oświęcimiu (przepraszam, w Auschwitz) jest
wielka pracownia konserwacji ubrań, butów, włosów.
Mają być jak wtedy, gdy wypędzono Niemców. Po­
wstają po latach nowe problemy - jak rekonstruować?
Do jakich granic?
Jarnuszkiewicz tłumaczył, że pomnik jest nie tylko
dla nas, trzeba myśleć o przyszłych pokoleniach. Po­
mnik ma do nich mówić. Postanowiono zrobić drugi
etap konkursu, powierzając realizację pomnika W ło­
chom Maurizio Vitalemu, Julio Lafuente oraz Jerzemu

ło potrzebne ojcu czy bratu, bywało, że stawało się waż­
niejsze niż sprawy własnej rodziny. Dom rodzinny był
spoisty, zwarty, podczas gdy ten, który miał z Jadwigą
był związkiem dwóch wybitnych podmiotów, a może
nawet i trzech. Każdy miał swoje życie. Marcin kole­
gów, Jadwiga swą pracę, pisanie. A Jerzy? Marcin zapy­
tany o niego przez dziennikarkę powiedział: „Jest cu­
downy, wspaniały. Taki bezradny... Wszystko widzi
prosto i jasno, jak dziecko. A przy tym żyje jak poeta,
zawsze z nami, a jednak troszeczkę gdzie indziej”.15 Ja­
dwiga piękna, pełna energii, miała swój świat, swój
krąg przyjaciół. Pod wpływem męża rozkwitła, wydoby­
ła się z gąszczu okupacyjnych wspomnień, skonkrety­
zowała swoje zainteresowania, zajmując się rzeźbą.
Znakomicie, ale równolegle do tego, co robił Jerzy. By­
ła towarzyszką życia, zaangażowana w twórczość męża,
ale nie na prawach wyłączności. Zapewne Jerzy chętnie
by widział kogoś, kto by dokumentował jego działal­
ność, tworzył warunki do pracy, oszczędzał niepotrzeb­
nych wysiłków (zakupy, wychodzenie z psem itd.), po
prostu - kto był żył jego sprawami, tymczasem Jadwiga,
otwarta na świat, miała swoje życie, zainteresowania,
problemy. Fascynowała się ludźmi, zakochana w Je­
rzym z wdzięcznością bezmierną, za to co jej dał. Zako­
chana absolutnie, ale jak w ojcu, któremu wierzyła jak
dziecko. Naiwnie. Pewna, że i jego ucieszą jej sukcesy,
a nawet otwarcie się na miłość do drugiego człowieka.
Miłość, której się nie wybiera, a jest przecież niezmier­
nie bolesna dla towarzysza życia. To trudne do uwie­
rzenia, ale ona, ze swoją żarliwą, infantylną uczuciowo­
ścią, wierzyła, że to jej otwarcie na życie, odrodzenie po
okupacyjnych koszmarach jego ucieszy! I znów w życiu
Jerzego nastąpił dramat, odrzucenie. Dramat, jako że
w kręgu spraw najbardziej intymnych chce się być tym
jedynym, wymarzonym, chce się wierzyć w zespolenie
dwóch połówek, w całkowite oddanie. Gorycz, raz
przeżyta, nie mija bezkarnie. Zwłaszcza gdy życie co pe­
wien czas każe o niej pamiętać. Dla Jerzego takim fak­
tem bolesnym okazała się sprawa pomnika oświęcim­
skiego. Zaangażował się w nią z przekonaniem, że jest
to sprawa wielka. Wyjątkowa.
W 1957 roku ogłoszono konkurs na pomnik oświę­
cimski. Do Auschwitz Niemcy zwozili Żydów z całej Eu­
ropy, tam ich mordowali. Obcych. Tu jest ich cmen­
tarz. Ich, ponieważ nikt z miasta Oświęcimia nie ma tu
swych bliskich, ale ma ich świat. Miejsce to szczególne,
upamiętniające Holocaust.
Jarnuszkiewicz przygotowywał projekt razem
z Oskarem i Zofią Hansenami oraz Julianem Pałką.
Koncepcja powstała już w pierwszych rozmowach
z Hansenem. Żadnej rzeźby! W tym miejscu każda fi­
gura jest nietaktem. „Wychodziliśmy z założenia, pisał
Jarnuszkiewicz, że to, co się stało, dziś po dwudziestu
latach jest niewyobrażalne, wydaje się niemożliwe, nie
jest tego w stanie przekazać żadna najświetniejsza na­
wet i najbardziej dramatyczna w wyrazie rzeźba, że nie

83

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5 / 2 0 0 7 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Rysunek, Obory, 1989

Jarnuszkiewiczowi. Powstała hybryda, Jerzy dążył do
wizji przestrzeni obozu, Włosi eksponowali elementy
rzeźbiarskie (złącza wagonów). A jednak:
„Konkurs oświęcimski pomimo, że dał w wyniku
dzieło kompromisowe, dokonał przełomu w rzeźbie po­
mnikowej i wywarł ogromny wpływ na realizację wielu
pomników w latach następnych”.17 Praca myślowa, za­
uważył Jarnuszkiewicz, może być ważniejsza niż realiza­
cja. Bywają projekty, w których sama koncepcja ma
ogromną wartość jako osiągnięcie twórcze. Dodam, że
wśród najciekawszych, najbardziej twórczych, są reali­
zowane wspólnie z architektami, np. Treblinka Adama
Haupta i Franciszka Duszenki, a także projekt pomnika
Grunwaldu przygotowany w 1960 r. przez Jerzego Jar­
nuszkiewicza wspólnie z Włodzimierzem Wittekiem.
Kilka słów o tym projekcie. Autorzy zamierzali
ukazać Grunwald w całym ciągu historycznym. Punk­
tem wyjścia założenia była Nidzica, gdzie miał znajdo­
wać się hotel dla przyjezdnych i muzeum pamiątek,
skąd autobusami odwiedzający ludzie mieli być prze­
wożeni na pola grunwaldzkie. Pięć wzniesień zamie­
rzali artyści przeciąć w kierunku północ-południe be­
tonowymi ścianami. Ten zabieg przekształcał wzgórza
w symboliczną tamę przeciwko Drang nach Osten.
W miarę posuwania się do przodu wyłaniałyby się ko­
lejne zapory. Zmiany punktów widzenia następujące
w ruchu miały wywoływać różne doznania i wrażenia,
które nakładały się w czasie. N a końcu drogi, w zasię­
gu wzroku zwiedzającego, miał znajdować się stalowy

sześcian z krzyżem Grunwaldzkim oraz mapa bitwy.
W odległości pół kilometra, na tyłach wzgórz miały się
wznosić konstrukcyjne wieże ustawione w punktach
koncentracji wojsk krzyżackich. W szczerym polu au­
torzy przewidywali umieszczenie pleksiglasowych
skrzyń mieszczących zbroje. To zestawienie miało
uświadomić odbiorcy obszar.
Znakomity to przykład reżyserii nastroju, pomnika,
który realizuje się oglądany w czasie. Niestety, jurorzy,
organizatorzy konkursu, tego nie dostrzegli. Zwyciężył
projekt „typowy”, w którym najważniejsze były postu­
ment, sztandary, miejsce na wieńce, hołdy.
Wkrótce Jarnuszkiewicz otrzymał propozycję
wzniesienia pomnika w rodzinnym swym mieście Kali­
szu. Pomnika Asnyka. Ale tu reżyseria nastroju nie by­
ła potrzebna, należało wrócić do konwencji pomników
pisarzy, a więc rzeźby realistycznej. Wieszcz powinien
stać, albo siedzieć. Jarnuszkiewicz wyrzeźbił Asnyka
siedzącego na niskim postumencie, trochę pochylone­
go, znużonego. Jak ludzie przyjmą ten pomnik - zasta­
nawiał się. Nie spodobał się, chociaż protestów nie
wywołał. Był za skromny, bez akcesoriów, które by po­
etę wywyższały. Ale kiedy następnego dnia baby wiej­
skie z jajkami, masłem, warzywami pojawiły się na ryn­
ku, zdarzyło się coś, czego autor nie przewidział.
Oswoiły pomnik! N a ramieniu zawiesiły różańce, je­
den, drugi. Siedzącą postać potraktowały jak Frasobli­
wego. Z czułością. Kiedy Jerzemu o tym powiedziałem
wzruszył się.

84

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Był zmęczony, spracowany, wyjechał więc odpo­
cząć w góry. N a narty. Nastąpił zawał. Dopiero po
trzech dniach przywieziono go do szpitala. Zawałow­
com kazano wtedy tygodniami leżeć w łóżkach, miał
więc czas by czytać. Pierwszą książką było W poszuki­
waniu straconego czasu Prousta, siedem tomów. Słu­
chał muzyki, Bacha, najchętniej Arvo Parta. Bliska
mu była jego wizja nowoczesności, w której żyła pa­
mięć o przeszłości, zwłaszcza związanej z tradycją sztu­
ki sakralnej mówiącej o sprawach najważniejszych,
ostatecznych. Wracał często (zresztą nie tylko wtedy)
do wspomnień z lat dzieciństwa, młodości.
Nastąpił okres powrotu do natury, spacery, przeży­
wanie przyrody. Ważne też było wspomnienie obra­
zów, które widział w młodości. Kiedy myślał o nich
ogarniało go wzruszenie, opowiadał o płótnach Rapac­
kiego, o przeżyciu, które wywoływał widok łąki pokry­
tej śniegiem z krechą czarnego lasu w oddali i chatą,
której oświetlone okna wnosiły w pejzaż spokój i na­
dzieję. Wspominał krzyże stojące przy drogach, małe
wiejskie cmentarzyki. Nie wstydził się tych doznań,
wracał wtedy pamięcią do dawnych lat.
Kiedyś do domu na Wawelskiej przyniesiono drew­
no do pieca, małe szczapy sosnowe. Zaczął od razu ze­
stawiać je ze sobą, z trzech drewienek tworzył rzeźby,
z radością dziecka i wrażliwością rzeźbiarza. Potem po­
kazywał młodzieży w telewizji, jak trzy zestawione ele­
menty tworzą rzeźbę, jak zmiana kąta ich ustawienia
wpływa na jej charakter. Robił to świetnie. Wrócił do
pierwszych doświadczeń kiedy to w szkole prowadzono
testy polegające na kombinowaniu prostych elemen­
tów - trzy kreski i dwa kółka, które należało połączyć
w jakieś dowolne układy. „Zrobiłem ich najwięcej i to
w takiej proporcji, że następny po mnie zrobił sześć
kombinacji, a ja - sto dwadzieścia pięć! I to było coś
nieprawdopodobnego! Jeśli kiedykolwiek czułem, że
mam natchnienie, że coś na mnie spływa, to wówczas
gdy zajmowałem się geometrią. Przestrzeń, układy
przestrzenne zawsze niesłychanie mnie emocjonowały,
działałem wtedy jak w natchnieniu. To jest cudowne,
wspaniałe uczucie, gdy gdzieś spoza mnie coś nadcho­
dzi i działa przeze mnie!”18
Długo trwał okres przychodzenia do siebie, niemal
cztery lata. Wspominał: „Ponieważ w tym czasie nie
byłem w stanie pracować wzywano mnie do stania
w kolejkach sklepowych. Więc stałem. Nieraz robiło
mi się słabo, ale za to miałem poczucie użyteczności
i czas na myślenie. W tym czasie, będąc kiedyś w pra­
cowni mojego Ojca, z którym pracował mój młodszy
brat, zastałem go przy spawaniu. Mimo lęku przed
wszystkimi maszyneriami, zapragnąłem przesłonić
twarz maskownicą i wziąć w rękę uchwyt z elektrodą.
Tak zaczęło się moje wielkie przeżycie metalu. W cią­
gu półtora roku wykonałem przeszło czterdzieści prac
i dziesiątki rysunkowych szkiców koncepcyjnych. Za­
chwyty nad geometrią znalazły swój kształt i materię.

Rysunek Piety Michała Anioła w notatniku

To były piękne lata mojego życia. Wszystko co robiłem
było jak ptaki wylatujące z moich dłoni” .19
Cudowne porównanie, ptaki i te rzeźby, lśniące,
świetliste, przestrzenne, drżące na wietrze. Wspomina
ten czas: „Jeśli kiedykolwiek czułem, że mam na­
tchnienie, że coś na mnie spływa, to wówczas gdy zaj­
mowałem się geometrią. To były piękne lata mego ży­
cia. Praca (...) sprawiała mi wręcz zmysłową radość,
wprowadzała mnie w trans. Gdy zestawiłem ze sobą
blachy, dopasowując ich układy, aż mnie za gardło ła­
pało, że to tak świetnie wygląda. (...) Wyraźnie cią­
gnęło mnie wtedy do spolerowanego metalu, kształ­
tów zupełnie czystych, perfekcyjnych. Interesowały
mnie układy symetryczne, mechanizmy, siły mogące
nimi zachwiać”.20 Narastała w nim potrzeba ekspresji
wynikającej z abstrakcyjnego formułowania. W jednej
z rozmów powiedział, że emocje można wyrazić posłu­
gując się postacią człowieka, ale też łącząc poziom
z pionem. Fascynuje się rzeźbą abstrakcyjną, niewolną
przecież od skojarzeń. Spawa żelazne blachy, ponieważ
nie stać go na stalowe, spawa prymitywnie, ze strupa­
mi ołowiu na złączach. To może robić po zawale, kon­
struować, unieść w rękach całą rzeźbę. Wraca do

85

06_Jackowski363.ps

- 4/25/2007

4:55

PM

Aleksander Jackowski - JERZY JARNUSZKIEWICZ

EX-LIBRIS Jadwigi Jarnuszkiewiczowej

EX-LIBRIS Beaty Groszkowskiej, 1964

EX-LIBRIS Joanny Pollak

EX-LIBRIS Elżbiety i Wojciecha Krajewskich

EX-LIBRIS Marcina Jarnuszkiewicza, 1968

EX-LIBRIS Marcina Jarnuszkiewicza, 1970

86

06_Jackowski363.ps

- 4/25/2007

4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

emocji, które odczuwał w szkole na zajęciach z prof.
Dyrczem, zachwytu nad geometrią wykreślną. W tych
latach - pisał Mieczysław Porębski - rzeźba towarzy­
szyła naszym egzystencjalnym lękom, przerażeniom
i niepokojom. „Być może nadszedł czas, żeby zacząć się
odnajdywać. Tak przynajmniej myślę, kiedy oglądam
ostatnie rzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza. Są wśród nich
konstrukcje z metalowego złomu, zawróconego ręką
i decyzją artysty, z drogi rozpadu. Praca prostowania
kierunków, porządkowania przeciwstawień, koordy­
nowania osi, nawrót do najprostszego języka przestrze­
ni - języka poziomu i pionu, płaszczyzny czołowej
i płaszczyzny strzałkowej, strony prawej i strony lewej,
jest tą pracą, którą należało wykonać przede wszyst­
kim, i którą należy wykonywać nadal, aż każda rzecz
znajdzie właściwy jej sens i miejsce.
Podobną treść odnajduję w jego cierpliwych, syste­
matycznych i poetyckich konstrukcjach z blachy, prze­
dziwnych, błyszczących monstrancjach, które nie zagra­
dzają przestrzeni, ale ją otwierają, zwielokrotniają,
mnożą, czynią przenikliwą dla wzroku, na swój milczący
sposób akustyczną i pomimo całej przejrzystości miesz­
kalną, to znaczy zatrzymującą, ale nie zamkniętą”.21
Wiesława Wierzchowska zauważyła: „Przy pozorach
spekulatywności i obiektywizmu dzieła Jarnuszkiewicza
stanowią najbardziej osobisty pamiętnik, kronikę życia
wewnętrznego, a poszczególne okresy, rozdziały tego
pamiętnika wyznaczone zostały przez przeżycia własne
i zawarte w nich doświadczenia historyczne pokolenia
Kolumbów”.22
Rzeźby tego okresu są zjawiskiem wyjątkowym
w naszej sztuce. Bez precedensów i kontynuacji. Szcze­
gólne, tylko jego, artysty, który wyszedł z tradycji pra­
cowni metaloplastycznej, a na skutek choroby zajął się
technikami dostępnymi mu w tym czasie. Zresztą, jak
zauważył, każdego rzeźbiarza po pewnym czasie odrzuca
od gipsu, a praca w granicie czy brązie jest kosztowna.
W kompozycjach przestrzennych wyrażał emocje osobi­
ste i radość tworzenia: „Od niemal surrealnych klima­
tów zagrożenia w zakrzywionych przestrzeniach prosto­
kątnych lejków czy tuneli - do żywiołowej, triumfującej
radości łodzi i żagli, gdzie miękka, lśniąca blacha tworzy
kształt zawierający pogodę wiecznie słonecznego morza
ze starego śródziemnomorskiego mitu”.23
Powstają w tym czasie rzeźby robione dla siebie,
niewielkie, w których autora wyraźnie cieszą skojarze­
nia, odwołania do nie istniejących w rzeczywistości
przedmiotów, owadów, zapalników, kompasów, zam­
ków, a które są jednocześnie wręcz podręcznikowymi
przykładami tworzenia form zamkniętych. Przedmioty
zmieniają znaczenie tworząc nowe układy, służąc wy­
rażeniu iluzji. Takie też są rzeźby - pomniki, np. Żywią
i bronią. Drugą grupę stanowią rzeźby przestrzenne,
nasuwające reminiscencje wojskowych obiektów, sta­
cji radarów, tuneli lub zahaczających o siebie żagli,
sztandarów, okien, drogowskazów, monstrancji, blach

EX-LIBRIS Aleksandra Jackowskiego, 1964

EX-LIBRIS Pietro Cascella, 1962

EX-LIBRIS Wiesława Juszczaka

87

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

ostrych i zaczepnych, działających blaskiem odbitego
światła. Muzyka światła i cienia, zauważa Aleksandra
Prokop. W fascynujących Rytmach II pręty i liny two­
rzą układ napięć, w którym ściskanie i rozprężanie
znalazły się w stanie równowagi. W Rytmie III napięcia
zależą od kierunku i naszego punktu widzenia. Okna
otwierają i zamykają przestrzenie. Kiedy na nie patrzy­
my z różnych pozycji, są efektem odbić światła.
Wiesław Borowski nazwał je regulatorami prze­
strzeni, aparatami mówiącymi coś o naturze świata.24
Artystę interesuje gra form, przestrzeni otwartej i za­
mkniętej, siły grawitacji i nacisku, rytmów. Rzeźby
rozrastają się drapieżnie atakując przestrzeń. (Plane­
ta). „Tworzą sztuczne perspektywy, zakrzywiają powie­
rzoną im przestrzeń, nadają jej coraz to inny charak­
ter, coraz to inną głębię. I w ten sposób w jednej
rzeźbie, w jednym czasie krzyżuje się kilka symulta­
nicznych rzeczywistości, krzyżuje się - a więc i splata,
jak ogniwa łańcucha. Artysta uczynił z tak pojętej
przestrzeni źródło niepokoju, scenerię zagadkową,
dwuznaczną - osobliwie pobudzającą wyobraźnię, zbi­
jającą z tropu” - pisze Andrzej Osęka.25
Skrzydlate kompozycje powstają także w przestrze­
ni, organizują ją, albo uzupełniają. W 1965 r., na ple­
nerze w Elblągu, powstaje wielka, zrytmizowana kom­
pozycja, na długi czas stanowiącą znak miasta.
Nazywano ją różnie - drogowskaz, radar, monstrancja.
Niestety została zniszczona.
W Ravnem stworzył Jarnuszkiewicz w czasie plene­
ru (1964 r.) dużą kompozycję przestrzenną, wpisaną
w przestrzeń, w Ostrawie zaś rzeźbę w pejzażu.
Wracając do zdrowia pokonywał lęk, jaki towarzy­
szy zawałowi, poczucie samotności. Odkrywa jakby na
nowo urodę świata, rysuje, szkicuje - powstają dzie­
siątki projektów pomników, rzeźb. Mówił, że gdyby
miał, jak wielu rzeźbiarzy na Zachodzie, środki, możli­
wości techniczne, asystentów, dobrze wyposażone pra­
cownie powstałyby dzieła wybitne i skończone. Nie­
stety, w ówczesnych warunkach nie było to możliwe,
a o wyjeździe z kraju nie chciał myśleć. Trzeba się by­
ło dostosować. Taka była nasza rzeczywistość. Tak np.
znakomity Tadeusz Sieklucki rysuje w tym czasie
w notesach setki projektów pomników z żelaznych be­
lek, jako że nie ma szans na realizację żadnego. Taki
był czas.
Jarnuszkiewicz chałupniczo konstruuje niezwykłe
konstrukcje przestrzenne, realizuje je dzięki pomocy
robotników z elbląskiego ZAMECHU i życzliwości dy­
rekcji. Trzeba o tym koniecznie powiedzieć, bowiem
bez zaangażowania metalowców z ZAMECHU, a póź­
niej warszawskiej FSO, wiele dzieł by nie powstało.
Choćby ta kompozycja, którą zobaczył w 1967 roku
wysłannik Muzeum Guggenheima, jeżdżąc po Europie
Wschodniej. Zaprosił Jarnuszkiewicza do udziału
w najważniejszej wówczas wystawie rzeźby: Najwybit­
niejsi XX wieku. Robotnicy bezinteresownie pomogli

mu zespawać blachy. Ale jego sukcesu nikt u nas nie
zechciał odnotować. Głupota czy zawiść? Tylko w ra­
dio „Wolna Europa” przekazano opinię dyrektora Mu­
zeum Guggenheima: „Jarnuszkiewicz to szczytowe
osiągnięcie europejskiego konstruktywizmu”. Był to
triumf artysty, ale zarazem i jego dramatyczna refleksja
- nie chcę uczestniczyć w wyścigu nowoczesności.
Zresztą z czym? „Oni” mają świetnie wyposażone pra­
cownie, ich konstrukcje lśnią, spawów nie widać, rzeź­
by są precyzyjnie wykonane. A my? Epatujemy talenta­
mi, „rękodziełem”. Rozumiał to dobrze Antoni Kenar,
posyłając na zagraniczne wystawy przedmioty... z gliny,
drewna i słomy.
Jarnuszkiewicz nie chce być nowoczesnym za
wszelką cenę. Z nieufnością spogląda na eksperymen­
ty, które nie wynikają z interpretacji tematu. Idzie
swoją drogą. Andrzej Jakimowicz zauważa, że jego
sztuka jest polska, romantyczna. A więc człowieka ży­
jącego w tym kącie Europy, w tym czasie. Narasta
w nim głód ekspresji, powstają lane z brązu medale
z cyklu Kobieta i mężczyzna, później inne wracające do
krzywd z lat młodości.
Romantyczność rzeźb Jarnuszkiewicza wiąże się
z osobowością człowieka, z jego charakterem. Wszyst­
ko co robi wynika z emocji, z przeżycia tematu. W je­
go dorobku nie ma identycznego ekslibrisu, medalu
czy rzeźby. Nie ma rzeczy „puszczonych”, zrobionych.
Był artystą. Kiedy ktoś chciał zamówić medal na rocz­
nicę swej instytucji, powiedział, że musi mieć miesiąc
na znalezienie koncepcji. Po co? - zdumiał się klient,
podzieli pan krąg na sześć części, na każdej da rysunek
i już. To niech pan sam to narysuje, rzemieślnik panu
wykona - powiedział Jarnuszkiewicz, mimo że bardzo
wówczas potrzebował pieniędzy.
Medale były mu potrzebne, nie tylko jako źródło
zarobku, ale też jako forma wyrażenia treści i emocji.
To były w istocie prywatne rzeźby, odrębny dział jego
twórczości, którego nie można tu pominąć.

Medale
Jak się zaczęło zainteresowanie nimi?
W końcu lat czterdziestych Mennica rozpisała
konkurs na monety. To było ciekawe zadanie, zmie­
ścić syntetyczny rysunek na maleńkiej powierzchni.
Zdobył trzy nagrody, a później w ciągu blisko 20 lat
wykonywał kolejne projekty, z których 7 znalazło się
w obiegu. Tak zaczęło się zainteresowanie medalier­
stwem. W trudnych dla siebie chwilach rekonwale­
scencji ratował się nim. To mógł robić, w tym wyrażać
treści ważne, a zarazem zarabiać.
Wyrzeźbił 110 medali bitych, a więc powielanych
z matrycy oraz 23 lanych, każdy tylko w kilku egzem­
plarzach. Te lane są w istocie miniaturowymi pomni­
kami, formą reakcji na wydarzenia w świecie, które
szczególnie silnie odebrał Jerzy. Znalazło się wśród

88

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

nich Getto warszawskie i rozstrzelanie Garcii Lorki.
Przejmujące wrażenie robi rewers tej rzeźby, ślady kul,
które przeszyły poetę. Każdy z medali jest nowatorski,
twórczo pokazujący tematy, np. złożony z dwóch czę­
ści Xawery Dunikowski. Złożone razem tworzą portret
artysty, w wersji wypukłej oraz wklęsłej. Pozytyw i ne­
gatyw. Ale obok medali-rzeźb związanych z rocznica­
mi (Kolumb) są też osobiste, pełne goryczy. Współkrzyżowanie (z cyklu Kobieta i mężczyzna) przedstawia
zespolone w jedno ciało mężczyzny i kobiety, która
staje się krzyżem dla swego partnera. W medalu Zgod­
nie z prawem ciało mężczyzny rozpięte jest jak na krzy­
żu, ugięte nogi przechodzą na rewers.
Wiele prac wiąże się z obsesjami lat młodości, cza­
sem upokorzeń, niesprawiedliwych ocen. Wystarczy
przywołać tytuły: Kobieta i mężczyzna, Ecce Homo —Ecce Homines, Chłosta, Mistrz —wzorowi uczniowie i wyro­
dek, Niezrozumienie, Homo homini lupus, homo homini
angelus.
Niezwykły to cykl dzieł intymnych, bolesnych, (od­
powiedniki ich można znaleźć tylko w rysunkach in­
nych artystów), obsesyjnie powracających refrenów
o samotności, niezrozumieniu, przemocy, okrutnych
prawach rządzących światem. Jak pisze zaprzyjaźniona
z artystą Zofia Kossakowska-Szanajca. „Naturalistycznie przerysowana dosłowność wizji tortur, upokorzeń,
krzywd. Opowiadanie o niemożności porozumienia od­
najdywanego na chwilę w naszej bezbronnej, niczym
nie osłoniętej miłości, to uporczywe tematy medali”.26
W medalach robionych na zamówienia (o średnicy
7 cm) dominują portrety królów polskich, wzorowane
na ikonografii Jana Matejki. Wykonywał je artysta dla
Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego
w Chełmie, nieoczekiwanego i ważnego w tamtych la­
tach mecenasa kultury. Stworzył dzieło znakomite,
z twórczą rzeźbiarsko interpretacją poszczególnych po­
staci. W każdej z tych postaci starał się wydobyć ele­
ment istotny. To „jakim był” . Pokazywanie nosa, czy
uszów mnie nie interesuje - mówił Jarnuszkiewicz.
Trzeba pokazać co ważne, co wyróżnia bohatera.
A przy tym każdy medal, to zmaganie się z problemem
głębi, planów przestrzennych, i to wszystko w skali już
nawet nie milimetrowej, ale mikronowej.
Większe możliwości interpretacyjne tematu stwa­
rzały medale związane z okolicznościami, rocznicą po­
wstania instytucji czy ważnego wydarzenia historycz­
nego, czy prywatnego (medal 50-lecia pożycia
małżeńskiego). W takich przypadkach trzeba było
znaleźć właściwy symbol, znak plastyczny, jak np.
w medalach dla Instytutu Sztuki, Politechniki, A ka­
demii Wychowania Fizycznego. Czasem zadanie było
frapujące i artysta długo się z nim zmagał. Projekty
medalu na 200-lecie Mennicy Państwowej w Warsza­
wie zajęły mu... dwa lata. Po półtora roku miał już po­
nad 120 rysunków, ale z żadnego nie był zadowolony.
Dopiero po dwóch latach przyszedł pomysł. Prosty.

Pamięci Garcii Lorki, medal lany, brąz patynowany,
awers i rewers, 1967

Genialny, jak orzekli dyrektorzy banków w Paryżu,
którym polska delegacja zaprezentowała medal. Na
krążku umieszczony jest w środku sześcian z napisem
na bocznych ściankach 200 lat mennicy warszawskiej.
N a sześcianie litery M/W (Mennica Warszawska).
Spód z negatywem orła wpasowuje się w pozytyw we
wgłębieniu, tak jak w formie drukarskiej.
W rocznicę pięćsetlecia odkrycia Ameryki zrobił
Jarnuszkiewicz swój prywatny medal. Kolumb przepły­
wa Ocean, spotykając różne potwory, węże morskie,
a na rewersie medalu dopływa do „końca świata” - od­
krywając Amerykę. Pomysł, łączący obie strony meda­
lu. To też odkrycie rzeźbiarza, zobaczenie awersu i re­
wersu we wzajemnym związku. Zwróciła na to uwagę
Wiesława Wierzchowska w tekście Medale i exlibrisy
Jerzego Jarnuszkiewicza. Zauważyła tam, iż „obojętne
dawniej tło staje się elementem znaczącym, pełniącym
istotną funkcję”.27
Najtrudniejszy był medal z wizerunkiem naszego pa­
pieża. Jeśli nie pierwszy, to jeden z pierwszych jakie się
pojawiły. Nie istniały jeszcze wówczas wzory przedsta­
wienia jego postaci, zwłaszcza twarzy, a jest ona wyjąt­
kowa, trudna do „jednoznacznego” określenia kreską,
nie tak wyrazista i jednoznaczna jak np. marszałka Pił­
sudskiego, Ignacego Paderewskiego czy Fryderyka Cho­
pina. Twarz to piękna, wielowymiarowa, rozświetlona
w uśmiechu, życzliwa, dobra. Jak ją przedstawić?

89

06_Jackowski363.ps

- 4 / 25/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

„Chciałem czegoś monumentalnego, wspomina
Jarnuszkiewicz. Zgromadziłem jako materiał pomocni­
czy około czterdzieści zdjęć i zacząłem pracę. Po pięciu
dniach zorientowałem się, że nic mi nie wychodzi, że
ta głowa ciągle jest nie w charakterze, że nie mogę
uchwycić podobieństwa. Byłem w rozpaczy, w życiu
nie zdarzyło mi się nic podobnego. Normalnie zrezy­
gnowałbym z całego przedsięwzięcia, ale w tym przy­
padku nie mogłem. Poprosiłem rodzinę o pomoc mój brat jest rzeźbiarzem i też robi medale, bratowa
jest malarką i także para się medalierstwem - słowem
zwołałem konsylium rodzinno-towarzyskie w sprawie
Papieża. Ich uwagi, rady, sugestie pozwoliły mi dopie­
ro wybrnąć z twórczego impasu, w jakim się wtedy
znalazłem. Zrobiłem pewne poprawki i od razu uzyska­
łem efekt podobieństwa. Ale dopiero w czasie pobytu
Jana Pawła II, kiedy oglądałem Go w telewizji, zoba­
czyłem, co to jest za twarz, co to za wspaniała głowa,
konstrukcja tej głowy i ta niesłychana siła charakteru
emanująca z całej postaci Ojca Świętego”.28
Tworzy dzieła wybitne, chyba najciekawsze z tych,
które wiążą się z tematyką chrystologiczną. O ile Krucy­
fiks z Québec nie narusza jeszcze konwencji dwudziesto­
wiecznej rzeźby religijnej, to czyni to wykonany w blasze
repusowanej krucyfiks przeznaczony dla Katolickiego
Uniwersytetu Ludowego w Lublinie (1968-1970).
Jest on syntezą wiary, śmiałą koncepcją zarówno ze
względu na mistrzostwo rzeźbiarskiej techniki, jak i na
ujęcie postaci. Zaskakiwać może brak drzewca krzyża,
krzyżem jest sama rzeźba. Krzyżem, znakiem błogosła­
wieństwa, wyzwolenia z cierpienia. Jezus, obnażony,
ale majestatyczny, jest tu miłością i nadzieją. Fałdy
szat zarzucone na ramiona tworzą znak M, Marii; na­
dają figurze znamiona antycznej rzeźby, tak syntetycz­
nej w swym wyrazie, że zdaje się przekraczać granice
czasu i miejsca.
W „Tygodniku Powszechnym” Antoni Maśliński
zauważa w artykule Nowatorskie dzieło sztuki sakralnej
w Kościele KUL, iż powstał nieznany dotąd w sztuce
typ ikonograficzny Ukrzyżowanego - „A ja gdy nad
ziemią zawisnę wszystkich do siebie przygarnę”.
Stan zdrowia artysty pogarsza się. Następuje to,
czego się obawiał, drugi zawał. Ale wciąż pracuje, nie
poddaje się. Uczy. Wie, że ma przed sobą dzieło naj­
ważniejsze, rzeźbę na grób rodziców. Pietę. Myśli
o niej, szkicuje.
W początku lat osiemdziesiątych dostaje propozy­
cję wykonania rzeźby papieża i prymasa, na dziedziniec
Katolickiego Uniwersytetu Ludowego w Lublinie.
Przeraził się, ale wyzwanie podejmuje.
Pracuje w trudnych warunkach, cztery lata. Już sa­
ma kompozycja wymagała przemyślenia, nie można
przecież powtórzyć gestu ze znanej fotografii, kiedy to
papież pochyla się nad klęczącym przed nim pryma­
sem, a trzeba tę sytuację, ten gest uszanować. Trzeba
uchwycić ten moment, kiedy papież się pochyla i nie

Aleksander Jagiellończyk, brąz patynowany, 1978

Władysław Jagiełło, brąz patynowany,
awers i poniżej rewers

90

06_Jackowski363.ps

- 4 / 25/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

wiadomo, czy chce podnieść klęczącego kardynała,
czy go objąć, uklęknąć nad nim. „I ja właśnie tę chwi­
lę przedstawiam, ujęcie tego, co się dopiero ma stać”.29
Fotografia zamyka sytuację, ale rzeźba pokazuje mo­
ment poprzedzający. Studenci nazywają żartobliwie
pomnik - zapaśnicy. Istotnie, jest w nim napięcie. Po
latach Jarnuszkiewicz stwierdził: „Gdybym miał życie
przed sobą, za punkt wyjścia mojej drogi wziąłbym ten
właśnie pomnik”.
Rzeźbiarz stanął wobec problemów dotąd mu nie­
znanych, musiał wykonać wiele szkiców, wybrać je­
den, zdecydować, na którym kolanie (czy może na
obu) klęczą. Rozpatrywał różne możliwości, zanim wy­
brał tą ostateczną, czując, że „już nic więcej zmienić,
doszukać się, pogłębić nie zdoła. Ale bez tej pewności,
że to, co osiągnąłem jest najlepsze”. Analizuje sposób
kształtowania fałd materii, sprawdza na sutannie, któ­
rą ma od papieża, nakłada ją na swego pomocnika,
a także na mnie. „Zaczął od szkiców portretów, rąk by wreszcie dojść do kilku bozzetów w gipsie, w skali
1: 3. Cztery z nich wiązały się z momentem uchwyco­
nym przez fotografa, piąty od tego się odrywał: poka­
zywał obie postacie klęczące na obu kolanach, zwró­
cone ku sobie autentycznie, tworzące jakby bramę; nie
przedstawiające historycznego momentu, a wyrażające
sens zdarzenia”.30 Ale w rezultacie osiąga sukces, naj­
większy w życiu. 30 maja 1983 r. na dziedzińcu Kato­
lickiego Uniwersytetu w Lublinie staje pomnik papie­
ża Jana Pawła II. Najlepszy jego wizerunek, jaki
powstał. Przejmujący. Tłum szczelnie otoczył rzeźbę,
jeszcze przykrytą brezentem. Gdy go opuszczono ludzi
ogarnęło wzruszenie, papież obejmował w ojcowskim
uścisku klęczącego prymasa Wyszyńskiego. Są foto­
grafie, zapadające w pamięć, które się wyróżnia z tysię­
cy innych; gesty tak symboliczne i oczywiste, że po­
przez nie zapamiętujemy wydarzenie. Takim był
tamten gest, oddania, pokory i miłości. Zdarzyło się
coś, czego nigdy nie widziałem, ludzie garnęli się do
pomnika, dotykali go dłonią ze czcią, tak jakby to był
żywy człowiek, święty.
Wraca zainteresowanie ekslibrisem. „Bardzo lubię
robić exlibrisy. To moje hobby. Nieraz tak jestem
zmęczony tym, co wydaje mi się moim zawodem, że
chwilami myślę jakby to było dobrze rzucić to wszyst­
ko, pojechać gdzieś w spokojne miejsce i robić tylko
exlibrisy. Tylko. Wydaje mi się, że byłbym wtedy
ogromnie szczęśliwy. Dużo exlibrisów, całe masy.
Różne. W różnych technikach dla różnych ludzi.
Można by nimi scharakteryzować cały świat. Można
nimi powiedzieć wszystko o człowieku”. 31 Ale nie są
to już ekslibrisy z poprzednich lat, zanika drzeworyt,
nowe robi suchą igłą na dwóch, a nawet trzech kli­
szach, kolorowe, wypukłe, reliefowe faktury. Nawią­
zują do idei tabliczek fajansowych z biblioteki alek­
sandryjskiej. Blachę odciśniętą na grubym, mięsistym
papierze wycina w kształt obranego motywu. Są to

Cyprian Kamil Norwid, brąz patynowany

Politechnika Warszawska, brąz patynowany

Centralne Biuro Wystaw Artystycznych, brąz patynowany

91

06_Jackowski363.ps

4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Laski - Instytut dla Niewidomych, brąz patynowany, 1973

upilnuję przed nierozważnym, a ostatecznym kro­
kiem. Jeden raz zostawiam go na trzy godziny, jadę do
sklepów, do Sejn. Gdy wracam Henia nie ma. Noc,
następny dzień - nie wraca z lasu. Czuję, wiem co się
stało. Doktor Ałapin w Tworkach miał rację, ale H e­
nio błagał bym go stamtąd zabrał. Organizuję ludzi,
wyznaczam dokąd mają iść. Jerzego posyłam tam,
gdzie niczego nie zobaczy. Jest tak poruszony, że
przede wszystkim trzeba go uchronić. Ja idę z moim
psem Kleksem, wiem... jest jak we śnie. T a sama dróż­
ka, pies się zjeża, stoi. Patrzę - na drzewie Henio...
Mądry ksiądz, chowamy go w poświęconej ziemi.
Ksiądz coś mówi, rodzina płacze. My też. Wychodzi­
my, Jacku, mówi Jerzy, co my robimy? Ile mi jeszcze
lat zostało?
Łączę blaszkę z blaszką, a tu takie życie, krew się
leje... Następuje drugi zawał. Nie ma sił, ale dojrzewa
w nim koncepcja Kagańców, rzeźb, w których chce za­
wrzeć swój testament, podsumować to, co przeżył, za­
równo on, jak i pokolenie, kraj. Blisko dziesięć lat
szkicuje wersje tych pomników, bo tak je trzeba na­
zwać. Symbol czasów. Mają być wielkie, ciężkie, bry­
ły cementu - głowy o ustach spiętych żelazną klamrą.
Tylko w 1972 r. rysuje ponad czterdzieści kagańców,
w końcu decyduje się na cykl piętnastu. Ale realiza­
cja przekracza jego możliwości. Nie ma sił, nie ma
środków finansowych. Realizuje w materiale tylko
jedną rzeźbę, ale patrząc na nią nietrudno sobie wy­
obrazić jakby wszystkie razem wyglądały w sali mu­
zeum. Potężne pomniki czasu, z cementu i żelaza. Po­
mniki milczenia.

wszystko prace powstałe z inspiracji rzeźbiarskich.
Ekslibrisy te pokazał Jarnuszkiewicz na III Międzyna­
rodowym Biennale Ekslibrisu Współczesnego w M al­
borku. Zaskoczyły środowisko miłośników książki na­
ruszeniem konwencji znaku własnościowego
wklejanego do książek, tym że są w istocie jednorazo­
wymi dziełami artystycznymi. Wielu, zwłaszcza relie­
fów, nie daje się powielać. Nie określają także osobo­
wości osób, którym są poświęcone w takim stopniu
jak dawne, drzeworytnicze. Sądzę, że ich autor dosko­
nale zdawał sobie z tego sprawę, dostrzegając zmiany
zachodzące w kulturze, w obcowaniu z książką.
Rysuje także w tym czasie pejzaże, rzeźby widziane
w muzeach, notuje to, co w nich ważne, co tworzy ich
esencję. Znakomite są szkice z Nowego Jorku, kilka
kresek tworzy niemal niewidoczną wizję krajobrazu.
Obraz raz zobaczony pozostaje w pamięci. Ma moc
syntezy. I piękna.
Zmienia się jego stosunek do nowoczesności,
awangardowych poszukiwań. Pasjonując się geome­
trią, układami symetrycznymi, kształtami czystymi,
perfekcyjnymi, odczuwał potrzebę ekspresji reali­
stycznej. Mam podwójny temperament, mówił o so­
bie. Powoływał się na rzeźby Jean Ipousteguy'ego,
w których łączyły się ze sobą inspiracje geometryczne
z realizmem. Czuł coraz większą potrzebę mówienia
o świecie, o tym co naprawdę ważne. W 1968 r. prze­
żywa wypadki marcowe. W lecie jedziemy razem nad
Wigry. Biorę ze sobą Henia Morela, ulubionego jego
asystenta, ma depresję pogłębioną tym, co widział
wówczas na dziedzińcu Uniwersytetu. Wierzę, że go

92

06_Jackowski363.ps

- 4 / 25/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

W kręgu sacrum
Jak udźwignąć ciężar tematu, jak się z nim zmierzyć
z odpowiedzialnością i wiedzą? Chwyt, dowcip na nic
się nie zdadzą. Rzeźbiąc krucyfiks czy figurę Marii po­
zostajemy w konwencji realistycznej, ale - tworząc
obecnie musimy pozostać sobą, ludźmi przełomu XX
i XXI wieku. Ludźmi po wielkiej wojnie, po Holocau­
ście. To wielkie, trudne zadanie i artystyczne i teolo­
giczne. Rzeźbiąc w latach studenckich plakietkę gipso­
wą z postacią Matki Bożej, Jarnuszkiewicz nie czuł
jeszcze związanej z tym odpowiedzialności. Maria jest
piękna, śliczna, bo jakby mogła być inna. W przedziw­
ny, niezwykły sposób znalazłem tę plakietkę w ruinach,
po wojnie, i po latach przyniosłem Jerzemu: Twoja?
Wzruszył się, rzeźbił tę Marię w latach okupacji - tak,
jak się odmawia modlitwę. Nie myślał o formie.
Rzeźbił często w repusowanej blasze. W tej techni­
ce wykonał też w 1963 r. Chrystusa do kościoła w Q u­
ébec, dzieło wybitne. Głowę Chrystusa zdobi aureola,
wielka, mistyczna. Znak Boga. Chrystus z tego krucy­
fiksu jest majestatyczny, ale nie groźny, nie karzący,
nie oczekujący współczucia, a Linca Jerzym ma wokół
siebie ludzi głębokiej wiary, pogłębia swoje życie we­
wnętrzne. Także Jadwiga przeżywa stany religijnego
uniesienia, przyjmuje w Kościele św. Marcina chrzest,
z ufnością i radością dziecka.
Znakomite, nie boję się powtarzać tego słowa, są
rzeźbione stacje Drogi Krzyżowej w Płocku. Nie potra­
fię oczu od nich oderwać. Jest w nich przejmująca
opowieść o wydarzeniach, o męce, ale też o człowieku,
który cierpiał za świat. Pojawia się w cyklu dodana
przez artystę stacja - Chrystus z szat obnażony. Stoi
samotny. U stóp figury leżą kostki sugerujące skalę. Je­
zus jest wielki, kiedy patrzę na niego, coraz większy.
Bolesny, ludzki. Taki po Oświęcimiu, po Holokauście.
A w kaplicy Seminarium Duchownego w Białym­
stoku Chrystus, którego wizerunek znamy już z innych
dzieł artysty, wznosi się do nieba, zwycięski Bóg. Dys­
kretny rysunek krzyża zdaje się sugerować moment
Zmartwychwstania, cudownie oddany jest moment
uniesienia się, oderwania od ludzkiego prawa ciążenia.
W listopadzie 1986 r. umiera Jadwiga. Zostaje sam,
bez opieki, przenosi się więc do syna, na piąte piętro!
To izolacja, ma coraz mniej sił a przed sobą cel, może
najważniejszy w życiu - Pietę na grób rodziców.
Zaczął ją po śmierci matki w latach sześćdziesią­
tych, wykonał wówczas setki szkiców, wreszcie posta­
wił gotową na kawalecie. Pietę nawiązującą w swej
idei do ostatnich dzieł Michała Anioła, zwłaszcza Pie­
ty Rondanini. Wielka figura stoi w pionie, Maria pod­
trzymuje bezwładne ciało Syna, obnażone, bolesne,
przejmujące w swej cielesności. Niezwykła jest eks­
presja głów obu postaci, patetyczna boleść Matki
i smutek Jezusa. Rozedrgana powierzchnia podkreśla
dramatyzm pomnika, w którym ruch zdaje się zatrzy-

Warszawa 1944, medal lany, brąz patynowany,
awers i rewers

200 lat mennicy, medal bity, brąz patynowany, awers 1966

93

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Pomnik Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego, Lublin 1983

many w mgnieniu sekundy, jak w migawce fotogra­
ficznej. Pietę tworzy Jarnuszkiewicz dwanaście lat,
wciąż nie mając pewności, że jest to dzieło skończone.
Ale rzeźbę trzeba odlać w brązie, w glinie ledwie się
trzyma na kawalecie. Jerzy czeka na pieniądze, które
obiecał mu brat z Kanady. Jednak przesyłka się opóź­
nia, a stan zdrowia pogarsza gwałtownie. „Nie widzę
już na prawe oko, pisze - to katarakta, lewe jest za­
grożone. Dostaję zapalenia nerwu kulszowego. Stałe
bóle pod mostkiem, to szykuje się trzeci zawał. W ma­
ju 1989 r. w Instytucie Kardiologii w Aninie przecho­
dzę operację serca”. 321 wtedy Pieta zwala się na zie­
mię. Katastrofa... Załamuje się. Na szczęście ma obok
siebie kobietę, która się nim opiekuje z największą
troską. Wyjątkową, wielkiej siły ducha, mądrą. Też
artystkę, jego uczennicę, Annę Grocholską. Zabiera
go do siebie, daje w najtrudniejszych latach bezwładu
to, co może dać najbardziej bliska istota. Zona. Ale
fakt małżeństwa tylko potwierdza to oddanie, tę wy­
jątkowość poświęcenia swojego życia drugiemu czło­
wiekowi, mistrzowi.
Dzięki Annie, Jerzy podejmuje wręcz szaleńczą de­
cyzję - wyrzeźbi nową Pietę. I o ile pierwsza zrodzona
była z ducha Buonarotiego, teraz rzeźbiona zdaje się
bliższa klimatowi dzieł Donatella. Powstaje wielkie

dzieło, dla którego nie widzę w sztuce współczesnej
analogii. Jest w niej ból, spokój i medytacja. Maria
podtrzymuje bezwładne ciało Syna. Kaptur przesłania
oczy, ból zaostrza rysy. W odróżnieniu od poprzedniej
wersji rzeźbiona jest oszczędnie.
Jest w niej powaga i ból. Patrząc skupiamy uwagę
na twarzach, później wzrok spływa, zgodnie z rytmem
figur ku dołowi. Rzadko się zdarza, by artysta podej­
mując temat sakralny czynił to z takim zaangażowa­
niem, emocją. W tym dziele troska o formę łączy się
wręcz z ekshibicjonistycznym przeżyciem. Rzeźby pła­
czą, wyciskają łzy. Ale są przy tym dziełami sztuki. Pie­
ta stanęła nad grobem rodzinnym 23 października
1999 roku.
O ostatnich latach życia trudno mówić. Każde od­
chodzenie jest rozpaczliwe, zwłaszcza gdy wspaniały
człowiek gaśnie z dnia na dzień, do końca będąc sobą,
artystą.
Młodziutka dziewczyna, rzeźbiarka, postanowiła
napisać o Profesorze. Zanotowała kilka rozmów, ostat­
nia z 16 maja 2000 roku jest przejmująca. „Odwiedzi­
łam profesora w jego mieszkaniu. Siedział w fotelu
i czekał na mnie. Przyniosłam mu moją oprawioną
pracę dyplomową ibukiecik niebieskich chabrów. (...)
Kiedy zostałam sam na sam z profesorem, poczułam

94

06_Jackowski363.ps

- 4/25/2007

4:55

PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

egipskiej, indyjskiej, w gotyku, w Grecji. Sztuka sakralna
na miarę potrzeby i miary religii. Dzieła poważne, nieru­
chome, zatrzymane w czasie. Ponadczasowe. I mówione
językiem współczesnym. A w tych dziełach wieczność.
Tak też odbierał twórczość Jana Ipousteguy.
Zachwycał go Bach, a z współczesnych kompozyto­
rów Arvo Part. On nie zgubił tego co ważne, a mówi
językiem naszego czasu - komentował. Pięknie słu­
chał, kilka razy byliśmy na koncertach muzyki cer­
kiewnej. Pracował chętnie przy miniaturach Satiego.
Mówił o poetyckiej ekspresji w rzeźbie. Podkreślał, że
przede wszystkim trzeba być człowiekiem, następnie
poetą, a na końcu rzeźbiarzem.
Był znakomitym pedagogiem, uczył rzeźbienia, ale
przede wszystkim wrażliwości na świat. Myślenia. By­
cia sobą. Otwierał horyzonty, zachęcał do samodziel­
nych poszukiwań. Wiedział, że artysty nie można
stworzyć, można tylko studentowi przekazać metodę

Chrystus z szat obnażony, Stacja „Drogi Krzyżowej,
Płock 1984

jego dłoń na mojej dłoni, po czym powoli zaczął prze­
suwać ją po moim przedramieniu, łokciu, ramieniu,
przesunął ją na łopatkę, dotknął kręgów szyjnych,
ucha, włosów. Kiedy dłoń objęła moją głowę usłysza­
łam - jakie to piękne”.33
***
Jedno tylko umiem - rzeźbić. Tak powiedział i nie
było w tym przesady. Całe życie wypełniła mu rzeźba.
W glinie, cemencie, drewnie, drzeworyty, ekslibrisy skrzydlate blachy, pomniki.
N a pytanie dlaczego został rzeźbiarzem odpowie­
dział: „Prawdopodobnie dlatego, że nie mam żadnych
innych uzdolnień. Nie mam pamięci - nie potrafię ni­
czego się wyuczyć. Nie mam zaradności życiowej, ani
w ogóle żadnej zaradności. Nie mam wytrwałości, szyb­
ko się niecierpliwię. Brak mi pracowitości (trochę wy­
pracowałem ją sobie przy okazji robienia medali). A po­
za tym, jak sięgam pamięcią - a sięgam do drugiego roku
życia - zawsze albo rysowałem albo lepiłem”.34 W malar­
stwie zachwycał go Pierro de la Francesca. Monumenta­
lizm jego dzieł. Powaga. Sakralność. W każdej wielkiej
sztuce jest ten rys sakralności - tłumaczył. W rzeźbie

Pieta II na grobie rodziców, Warszawa 1999

95

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Krucyfiks, kaplica KUL, Lublin 1971

Co z Pracowni Jarnuszkiewicza zostało w świado­
mości obecnych studentów - zastanawia się Paweł
Mysera, asystent na Wydziale Rzeźby.
„Dziś w pracowni profesora Kowalskiego gliny jest
jak na lekarstwo. Miejsce po składowanej glinie zasło­
nięto śnieżnobiałą ścianką działową, której powierzch­
nia służby jako ekran wielkoformatowych projekcji
multimedialnych. (...) Zamiast obrotowych kawaletów, statywy z aparatami i kamerami. Zamiast żmud­
nego procesu rzeźbienia i odlewania - zapisywanie ob­
razu na taśmie filmowej i długie godziny spędzone na
montażu. Pracownia radykalnie zmieniła profil” .

myślenia i pracy. „Uczyłam się po co, a nie jak rzeźbić”
powiedziała Barbara Falender. 35 Inny uczeń profesora
zauważył „Jeśli przychodziłeś do profesora po recepty,
zawiodłeś się, w zamian dostawałeś tylko pakiet pytań.
Zamiast pewników otrzymywałeś zachętę do podda­
wania pewnika w wątpliwość”.36
Jego następca (a wcześniej student, asystent) Grze­
gorz Kowalski napisał „traktował każdego studenta jak
niepowtarzalne indywiduum... Szanował nasze poglą­
dy, nawet jeśli ich nie podzielał”.37
Pracownia gromadziła krąg ludzi twórczo myślą­
cych. Spotykamy wśród nich nazwiska znanych, wybit­
nych artystów, jak Grzegorz Kowalski, Zofia Kulik,
Henryk Morel, Maciej Szańkowski, Wiktor Gutt,
Krzysztof Bednarski, Krystian Jarnuszkiewicz, Anna
Kamińska-Łapińska, Emil Cieślar, Adolf Ryszka, Karol
Broniatowski, Paweł Kwiek czy Jan St. Wojciechowski.

***
Otrzymał nagrody: Państwową I stopnia (1950);
Ministra Kultury i Sztuki I stopnia (1966), Minister-

96

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5/2007 4:55 PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

Krucyfiks w Kaplicy Seminarium Duchownego w Białymstoku, 1987-8, fot. Jan Świderski
3

stwa Obrony Narodowej (1964), wiele za rzeźby, me­
dale i szczególnie cenione nagrody za twórczość religij­
ną - im. Brata Alberta (1983), Fundacji Alfreda Jurzykowskiego (1989).
Był wielki, ale nie sądzę by o tym wiedział. Zmarł
w Warszawie 14 lipca 2005 roku.

Przypisy:
*

1
2

Tekst powstał z inspiracji Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Dziękuję panu dyr. Mariuszowi Knorowskiemu za pomoc
w uzyskaniu ilustracji. Dziękuję też pani Bogumile Omieczyńskiej za użyczenie reprodukcji ekslibrisów ze zbiorów Muzeum
Zamkowego w Malborku. Dziękuję pani Annie Grocholskiej za
przeczytanie tekstu i cenne uwagi oraz Piotrowi Jarnuszkiewi­
czowi za fotografię medali.
Andrzej Banach, I pieniądz ma swego autora, „Kulisy”, 14.01.1968
Sztuka, która utrwala pamięć. Mówi prof. Jerzy Jarnuszkiewicz,
„Słowo Powszechne”, 3.11.1969.

97

Rodzina: synowie pamiętają, że ich krewnym był Stanisław Szukalski, znakomity rzeźbiarz, chyba najbardziej oryginalny i kon­
trowersyjny artysta polski pierwszej połowy XX wieku. Pradzia­
dek Jerzego, za zasługi dla Legionów, dostał prawo handlowania
wyrobami monopolowymi. Miał podobno „wschodnią twarz”.
Do dzieci się nie odzywał. Dziadek Eugeniusz był w Kaliszu kup­
cem. W jego warsztacie produkowano komody, później zajął się
blacharstwem. Usposobienie miał dziwaczne, ryżu nie jadł, bo
„niemiecki”, sprawiał sobie garnitury z najlepszej angielskiej weł­
ny, ale żądał, by krawiec plecy zrobił z worka. Ja dla ludzi nie po­
trzebuję pokazywania - mówił. Warsztat przejął po nim syn Mie­
czysław, ojciec Jerzego. Miał wysokie kwalifikacje, związane
z tym prawo wyzwalania uczniów na czeladników. Napisał pod­
ręcznik o technikach blacharskich, do którego ilustracje wyko­
nał Jerzy. Uczył rzemiosła, aktywnie uczestniczył w życiu Kalisza,
w Stowarzyszeniu Cyklistów, w Bractwie Kurkowym, Towarzy­
stwie Wioślarskim, Straży Pożarnej. Przez pewien czas zajmował
się handlem, miał sklep. W 1916 r. ożenił się ze Stanisławą
Spodenkiewicz ze Zduńskiej Woli. Mieli ośmioro dzieci, dwóch
synów zmarło wcześnie. W 1918 r. urodził się Zbigniew. W cza­
sie wojny przedarł się do Francji, by walczyć w polskich oddzia­
łach. Jako oficer uzyskał w Londynie stypendium, podjął studia

06_Jackowski363.ps

- 4 / 2 5 /2007 4:55

PM

Aleksander Jackowski • JERZY JARNUSZKIEWICZ

14

15
16

17
18
19

Jerzy Jarnuszkiewicz, lata dziewięćdziesiąte XIX w., fot.
Piotr Jarnuszkiewicz

4
5

6
7
8
9
10
11
12
13

20
21

architektoniczne, wyemigrował do Kanady, gdzie został archi­
tektem. Drugi z kolei syn Jerzy (ur. 1919), o którym tu piszę został rzeźbiarzem. Wojciech (ur. 1926) metaloplastyk, przejął
warsztat po ojcu, później wyjechał do Kanady. Po ciężkich la­
tach pracy otworzył pracownię metaloplastyki i zdobył uznanie
swymi realizacjami. Najmłodszy syn, Krystyn (ur. 1930) jest rzeź­
biarzem (uczniem Jerzego), profesorem Akademii Sztuk Pięk­
nych. Grał główną rolę (w istocie siebie) w filmie Krzysztofa Za­
nussiego Struktura kryształu. Córki to: Urszula i Barbara.
A nna Konik, zapis rozmowy z prof. Jarnuszkiewiczem
11.08.1998.
W kręgu Pracowni Jarnuszkiewicza. W 35-lecie pracy pedagogicz­
nej profesora Jerzego Jarnuszkiewicza. Muzeum Akademii Sztuk
Pięknych w Warszawie, 22.11-19.12.1983. Waldemar Baraniewski, Rozmowa z profesorem Jerzym Jarnuszkiewiczem, s. 57
Najtrudniejsze zadanie. Z Jerzym Jarnuszkiewiczem, „W TK Tygo­
dnik Katolicki”, 29.07.1979.
Jerzy Jarnuszkiewicz, O mojej pracy, [w]: Rzeźby, medale i eksli­
brisy, Galeria Kordegarda, listopad 1990.
W kręgu Pracowni... op., cit. s. 8
A. Konik, Zapis rozmowy, op. cit.
Tamże
W kręgu Pracowni... op. cit.,. 8
W kręgu Pracowni... op. cit., s. 9
Krytyk sztuki. Ur. 9.03.1918 r. w Warszawie, w patriotycznej
polskiej rodzinie. W 1935 r. ukończyła gimnazjum i zaczęła stu­

22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37

98

dia polonistyczne na warszawskim Uniwersytecie. W latach
okupacji zajmowała się tajnym nauczaniem, od 1943 r. ukrywa­
ła się jako Żydówka przed Niemcami. Po wojnie uczyła w So­
snowcu. Jesienią 1945 r. wróciła do Warszawy, zaczęła pracę
w Biurze Odbudowy Stolicy, podjęła studia na historii sztuki.
Wyszła za mąż za Jerzego Jarnuszkiewicza. W 1951 r. uzyskała
magisterium polonistyki. Współpracowała z Instytutem Badań
Literackich, później, podejmując pracę nad historią rzeźby zwią­
zała się z Instytutem Sztuki PAN. Wydała książkę o pomniku
Mickiewicza w Warszawie, o współczesnej rzeźbie, razem
z A. Jackowskim Sztukę ludu polskiego. Współpracowała z kate­
drą rzeźby Akademii Sztuk Pięknych, galerią Repassage, publi­
kowała artykuły o rzeźbie współczesnej. Jako krytyk towarzyszy­
ła wielu młodym artystom, inicjowała ważne wydarzenia,
wystawy (np. Rzeźba w ogrodzie, 1957). „Spełniała się w bezpo­
średnich kontaktach z ludźmi, napisał Grzegorz Kowalski. M ia­
ła zdumiewającą intuicję. Była świadkiem przemian rzeźby po­
wojennej od jej początku”. Zmarła 7 listopada 1986 r.
Tadeusz Cieślewski syn, Analiza estetyczna drzeworytowych eks­
librisów Jarnuszkiewicza Jerzego. Próba recenzji wzorcowej. Wy­
danie drugie Warszawa - New York 1946. Nakładem Zofii Cieślewskiej. [wydanie I - 1944 r. maszynopis, 15 egz. ozdobionych
12 oryginalnymi odbitkami]
Joanna Sabiełło, Dom otwarty na świat, „Zwierciadło” , 4.03.1976.
Irena Grzesiuk-Olszewska, W trzydziestą rocznicę Międzynarodo­
wego Koncertu na Pomnik Ofiar Oświęcimia. Projekty niezrealizo­
wane. „Rzeźba polska”, rocznik 1980 Centrum Rzeźby Polskiej
w Orońsku.
Tamże.
W kręgu Pracowni... op. cit., s. 13
Jerzy Jarnuszkiewicz, O mojej pracy [w] Jerzy Jarnuszkiewicz.
Rzeźby, medale i rysunki, Galeria Kordegarda, listopad 1990 r.
W kręgu Pracowni... op. cit., s. 19
Mieczysław Porębski, Jarnuszkiewicz [w:] Pożegnanie z krytyką,
Kraków-Wrocław, 1983, s. 306.
Wiesława Wierzchowska, Jerzy Jarnuszkiewicz, „Poezja” nr 6,
1969.
Tamże
Wiesław Borowski, Jerzy Jarnuszkiewicz, Rzeźby w metalu, „Pro­
jekt”, nr 3, 1966
Andrzej Osęka, Rzeźbiarskie źródła niepokoju, „Polska” nr 2,
1966.
Zofia Kossakowska-Szanajca, Pokaz medali, ekslibrisów i notatek
z podróży Jerzego Jarnuszkiewicza, Galeria Kordegarda, 1971.
Wiesława Wierzchowska, Medale i exlibrisy Jerzego Jarnuszkiewicza
Najtrudniejsze zadanie. Z Jerzym Jarnuszkiewiczem, WTK, „Tygo­
dnik Katolicki”, 29.07.1979.
J. Jarnuszkiewicz, O mojej pracy... op. cit.,
Andrzej Ryszkiewicz, Lubelski pomnik, „Tygodnik Powszechny”,
nr 45, 1983.
W. J. Jakubowska, Exlibrisy Adama Młodzianowskiego i Jerzego
Jarnuszkiewicza, wydał Antoni Brosz, Kraków 1967.
J. Jarnuszkiewicz, O mojej pracy... op. cit., s. 7
Anna Konik, Jerzy Jarnuszkiewicz, praca magisterska w Kate­
drze Rzeźby ASP w Warszawie.
W kręgu Pracowni.... op. cit.,
Grzegorz Kowalski, Jerzy Jarnuszkiewicz 1919-2005; „Orońsko”
Kwartalnik rzeźby, Orońsko, nr 3 (60) 2005.
Tamże
Tamże...

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.