a8f54206cba65cc7ee84e26675ca0142.pdf

Media

Part of Dzienniki 1914-1918 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2

extracted text
Bronisław Malinowski
m
m
M .

r

:



Я 1

Bronisław Malinowski,
Dzienniki 1914-1918
Wstęp
„Wyobraź sobie czytelniku, że znalazłeś' się nagle z całym swym ekwipunkiem, sam na tropikalnej plaży w pobliżu wioski
tubylczej, podczas gdy statek czy łódź, która cię tu przywiozła, odpływa i znika na widnokręgu" - te, najczęściej chyba cyto­
wane w pracach antropologów, słowa, pochodzą ze wstępu do Argonautów zachodniego Pacyfiku, ale wbrew pozorom nie do­
tyczą początków wyprawy na Trobriandy, lecz na wyspę Mailu, na której spędził Malinowski kilka początkowych miesięcy, co
stało się podstawą napisania pierwszej monografii The Natives of Mailu.
Fragment dziennika, który poniżej prezentujemy, zaczyna się lądowaniem w Port Moresby na Nowej Gwinei 12 września
1914 roku. Miesięczny tam pobyt, upłynął Malinowskiemu na poznawaniu nowego otoczenia, zachwytach nad pięknem kraj­
obrazu, obserwowaniu samego siebie i umiejętności funkcjonowania w tropikach, a także na wstępnych pracach badawczych.
Donosił o tym swemu mentorowi i przyjacielowi George'owi Seligmanowi w swym pierwszym liście: „Jestem wreszcie na Zie­
mi Obiecanej - i jak na razie znajduję ją we wszystkim lepszą i obiecującą większy sukces, niż bym się kiedykolwiek spodzie­
wał... Jak na razie wykonuję wiernie twoje zalecenia i czekam na pierwszą możliwość wyruszenia na wschód na Mailu, gdzie
chcę osiąść na pierwszy okres moich badań. Uczę się Motu i pracuję z Ahuią Oval, z którym ty zacząłeś, a potem kontynuował
Barton i inni, i który stał się żarliwym antropologiem (nawiasem mówiąc, powinien zostać honorowym członkiem R[oyal]
Anthropological] Ifnstitute]). W każdym razie uczę się dużo, jeśli chodzi o techniki badawcze i z ufnością stawiam czoło przy­
szłości - nawet w przypadku gdy nie będę mógł znaleźć tłumacza w połowie tak dobrego jak Ahuia... Zauważyłem, że badanie
i opis szczegółów technicznych (technologii) jest trudniejsze niż cokolwiek innego. Kiedy ten list do ciebie dotrze, będziesz
pewnie wiedział, jak się rzeczy mają z moimi dalszymi funduszami. Jestem teraz bardziej skłonny do przedłużenia pobytu tu­
taj, niż byłem przedtem. Oczywiście nie wypróbowałem jeszcze swych sił i nie pracowałem na swój rachunek; tutaj jestem cią­
gle prowadzony przez ciebie i przechodzę coś w rodzaju praktycznego treningu w twojej szkole. Mam jednak konkretne wyo­
brażenie o tym, jak będą wyglądać trudności i bardziej niż przedtem dowierzam samemu sobie". W dzienniku zaś już po dwóch
tygodniach pobytu na Nowej Gwinei sformułował główne zastrzeżenia do swej pracy, które stały się podstawowymi zalecenia1

1

792

mi jego późniejszej metody intensywnych badań terenowych: „1. mam dość mało do czynienia z dzikimi na miejscu; za mało
ich obserwuję; 2. nie mówię ich językiem".
Gdy dotarł na Mailu w połowie października, okazało się, że nie bardzo może liczyć na pomoc misjonarza Williama Saville'a, z różnych zresztą powodów, i musiał liczyć głownie na własne siły, o czym pisał w dalszym fragmencie cytowanych już Ar­
gonautów: „Ponieważ zapewne zamieszkasz w domu jakiegoś białego człowieka, kupca czy misjonarza, nie pozostaje ci nic in­
nego, jak przystąpić od razu do swojej etnograficznej pracy. Wyobraź sobie ponadto, że jesteś badaczem początkującym, nie masz
żadnych uprzednich doświadczeń ani niczego, co mogłoby ci służyć jako przewodnik, ani nikogo, kto mógłby ci pomóc, biały
człowiek jest chwilowo nieobecny lub też nie może czy nie chce poświęcić ci ani chwili czasu. Tak właśnie wyglądały początki
mojej pracy terenowej. Doskonale pamiętam owe długie wizyty w poszczególnych wioskach podczas pierwszych tygodni; to
uczucie beznadziejności i rozpaczy po wielu uporczywych, ale bezowocnych usiłowaniach, które wcale nie doprowadziły do na­
wiązania rzeczywistego kontaktu z tubylcami, ani też nie dostarczyły mi żadnego materiału. Miewałem okresy zniechęcenia, kie­
dy to pogrążałem się w czytaniu powieści jak człowiek, który zaczyna pić w napadzie tropikalnej depresji i apatii".
Lekarstwem na ten stan była często kontemplacja natury. Przez cały dziennik przewija się bardzo silny motyw kontaktu
z przyrodą, który nie tylko angażował go emocjonalnie, ale skłaniał ku prawdziwie literackim popisom w manierze młodopol­
skiej, dzisiaj często nieznośnej, jak w tym fragmencie: „(...) niewątpliwie czuję, jak miedzy mną a tym krajobrazem zadzierzguje się węzeł. Spokojna zatoka, widziana poprzez ramy bujnych gałęzi mangrowca, odbijającego się w zwierciadle wody albo
wilgotnej plaży; blask purpurowy zorzy zachodniej przenikający wnętrze gaju palmowego, powlekający płomiennym żarem
spalone trawy, ślizgający się po głębokim szafirze wody - wszystko przepojone obietnicą pracy skutecznej i nieoczekiwanego
powodzenia; wydaje się rajem w porównaniu z potwomem piekłem, którego się tu spodziewałem".
Z rzadka absorbują badacza myśli o wojnie w Europie, choć czasami pisze on tak: „Odrywam oczy od książki i ledwo wie­
rzę, że oto jestem wśród dzikusów neolitycznych, i że siedzę sobie tu spokojnie, podczas kiedy t a m dzieją się rzeczy stra­
szne. Chwilami mam impuls modlenia się za Matkę. Bierność z poczuciem, że gdzieś daleko poza zasięgiem wszelkich możli­
wości działania dzieją się rzeczy potworne są nie do zniesienia".
Polszczyzna, którą się posługuje Malinowski, staje się coraz bardziej zaśmiecona anglicyzmami i to nie tylko określeniami,
których polskich odpowiedników mógł nie znać (jak outfit, outrigger, dugout), ale coraz częściej pojawiają się spolszczane cza­
sowniki, świadczące już tylko o językowym lenistwie (bully'nacy, enjoyuję, dropuje). Jest to oczywisty wynik przebywania wy­
łącznie w towarzystwie mówiącym po angielsku, co najwyżej jeszcze - pidgin english.
Prezentowany fragment kończy się zapisem z 17 stycznia 1915 roku. Jak zawsze pozostawiamy oryginalną pisownię i inter­
punkcję, wszelkie moje ingerencje oznaczone są nawiasami kwadratowymi. Znak [?] oznacza miejsca nieczytelne. Część przy­
pisów sporządziłam na podstawie opracowania redakcyjnego A Diary in the Strict Sense of the Term. Zdjęcia zaczerpnęliśmy
z filmu Jerzego Domaradzkiego Szlachetny dzikus, za udostępnienie których autorowi serdecznie dziękujemy.
2

Grażyna Kubica-Heller

PRZYPISY
1

B. Malinowski, Argonauci zachodniego Pacyfiku, Dzieła, t. 3, PWN:
Warszawa 1987, s. 31

2

Cyt. za M. Young, Malinowski Among the Magi, Routledge, London
and New York 1988, s. 7
Malinowski, Argonauci, s. 31-32
3

Cd. 1.IX.14
Po lunchu wychodzę na pokład. Jazda rzeką przypomina
mi wycieczkę z Desire i innymi Assami. Eurypides leży po­
niżej olbrzymiej rzeźni. Rozmawiam z fellow-pasażerami.
Płaskie brzegi rzeki rozszerzają się nagle. Naokoło hory­
zont] objęty pagórkami: od zachodu i południa ląd, od
wschodu wyspy. Na Płn. Zach. Nizina i z niej wznoszą się
dziwne i malownicze formy Glasshouse Mountains. Patrzę na
nie przez szkła; przypominają wycieczkę Sobotnią do Blackall Ranges.
Po obiedzie - przedtem jeszcze patrzę, jak statek wyjeż­
dża poza wyspę, morze coraz gorsze, statek coraz b=ej koły­
sze. Statek kołysze silnie, idę do kabiny i zasypiam po zastrzyknięciu Alkarsodylu. Cały następny dzień spędzam
w kabinie, drzemiąc, z silnem bólem głowy i ogólnem przy­
tępieniem. Wieczór gram w karty z Lambem, kapitanem
i Mrs. McGrath.
Następnego dnia lepiej; czytam Riversa i gramatykę Motu . Sztama z Taplinem i tańce z Mrs. McGrath. Ten stan trwa
ciągle. Śliczne morze zielone; nie widzę całkiem rafy koralo­
1

wej. Mnóstwo wysepek po drodze. Chciałbym zostać wtaje­
mniczonym w zasady żeglugi, ale kapitan mnie peszy. Cudne
noce księżycowe. Morze mi się b. podoba i żegluga staje się
czemś niezmiernie sympatycznem. W ogóle przy wyjeżdża­
niu z Brisbane mam silne poczucie, że jestem kimś, że jestem
jedynym z notablów kompanii, w której podróżuję.
Nadzieja na wycieczkę w Cairns. Z Brisbane wyjeżdżamy
w Sobotę 5.IX.14. Do Caims dojeżdżam we Środę 9.IX.
Śliczna zatoka; widziana w rannym zmierzchu. Z obu stron
wysokie góry; zatoka między nimi (przechodzi w) [dopisek:]
wcina się szeroką, przestronną doliną daleko w głąb lądu.
Płaskie brzegi u stóp gór i na końcu zatoki porosłe jasnozie­
lonym gąszczem mangrowców. Góry we mgle i deszczu,
który wciąż przesuwa się po stokach, przechodzi nad doliną
i morzem. Na lądzie wilgotny, duszny żar tropikalny. Miasto
małe, marne. Ludzie napiętnowani [?] tropikalną. Po nieudałym ataku na dworzec i po wysłaniu paru listów, idę na spa­
cer brzegiem morza po plaży zwróconej na wschód. Szereg
wcale ładnych domków w tropikalnych ogrodach, w których
olbrzymie purpurowe kwiaty hibiscusu i kaskady Bougain193

willi płoną gamą silnych pąsów wśród ciężkiej zieleni wypo­
lerowanych liści. Robię parę zdjęć. Idę powoli; czuję się b.
ociężały. Obozowisko aboriginów; gąszcze mangrowców;
rozmowa z Chińczykiem i z Australczykiem, od którego nie
mogę wydobyć absolutnie żadnej informacji. Po lunchu nieudałe poszukiwania dryndy do pepinjery. Popoł. czytam Riversa. Wieczór gromada pijanych drani. Wizyta Moskala pi­
janego i Polaka. Porada lekarska u Moskala. Ptaki rajskie,
przeszwarcowane przez Moskala. Wracam i czekam na Montoro. Pijany Lamb. Idę z Fergusonem na brzeg i tam czekam.
Montoro powoli przysuwa się do brzegu. Widzę Haddonów,
Balfoura , Mme. Boulanger, Alexandra, Miss Crossfield
i Johnsona. Znowuż doznaję sentymentalnego rozczarowania
i speszenia. Po kwadransie rozmowy żegnają się ze mną i idą
spać. I ja także. Aha, ten czas zaplugawiony czytaniem po­
wieści Ridera Haggarda .
W Czwartek, po kiepsko przespanej nocy, czuję się fatal­
nie wobec silnego kołysania. Rzygam śniadanie, kładę się do
łóżka i rzygam jeszcze dwa razy. Wieczór spędzam na pokła­
dzie w ciemności w towarzystwie całej kompanii, która śpie­
wa angielskie piosenki.
Piątek 11 .IX. taki sam - nie mogę nic robić nawet grama­
tyki Motu. Wieczór trochę pakuję.
Sobota 12.IX. przyjazd do Nowej Gwinei. Rano widać
z daleka zamglone góry. Wśród chmur kontur b. Wysokiego
grzbietu, niżej szereg innych grzbietów. Nad morzem skały
nieurodzajne. Wiatr całkiem chłodny. Przed brzegiem rafa
koralowa. Wreck Merry England po prawej ręce. Wzgórza
za któremi kryje się Pt Moresby. Jestem b. zmęczony i wyja­
łowiony, tak, że pierwsze wrażenia dość niewyraźne.
Wjeżdżamy w port i czekamy na doktora. Wizyta tłustawego, niesympatycznego bruneta. Zostawiam rzeczy w kabi­
nie i idę na ląd z Mrs. Mc Grath. Wizyta u Mrs. Ashton. Po­
tem u Mr Champion - telefonuję do Governora [Gubernato­
ra]; potem Jewell; potem Stamford Smith od 12 - 4=tej. Po­
tem sprowadzam część rzeczy ze statku. 1. [pierwszy] wie­
czór idę spać b. wcześnie i śpię długo, jakkolwiek marnie.
Niedziela rano: idę do Zakładu Stamforda Smitha i tam
czytam Reports. - W ogóle biorę się do roboty dość energicz­
nie. O l=szej wsiadam do łódki i jadę do Government Hou­
se'u [Gubernatorstwa]. Załoga dzikusów o kędzierzawych
głowach w mundurach rządowych daje mi poczucie „Sahibowatości"[sahib (hind.) - pan] w b. wysokim stopniu.
Ogólny nastrój pierwszych godzin: zmęczony długą cho­
robą morską i 1.[pierwszym] napadem upału, czuję się dość
przytłamszony. Ledwo wlekę się pod górę do Mrs. Ashton.
P=t Moresby przedstawia mi się w specyficznem oświetleniu
miejscowości, o której się dużo słyszy, do której przywiązuje
się wielkie nadzieje, a która jest zupełnie inna, niż się
spodziewało. Widok z werandy Mrs. Ashton: wprost dość
stromy brzeg - pokryty kamieniami i zeschłą, rzadką trawą
i zawalony śmieciami - schodzi dość stromo ku morzu. Mo­
rze, wcinające się głęboką, kolistą zatoką o wąskiem wejściu
leży spokojne i lazurowe, odbijając wiecznie pogodne niebo.
Z przeciwnej strony widać pasma wzgórków, niezbyt wyso­
kich, dość różnorodnych w kształcie, spalonych słońcem. Na
najbliższym planie stożkowaty pagórek stoi u wejścia do dal­
szego rozgałęzienia, wciskającego podwójną zatoką wgłąb
lądu. Na prawo bliski pagórek zasłania widok na wioski kra­
jowców i Government House. Tam leży dla mnie główny ak­
cent pejzażu - tam leży kwintesencja tego, co widzę. Nad
2

3

4

5

6

7

194

brzegiem biegnie szeroka dość ścieżka koło stacyi telegrafu
bez drutu poprzez gaje palmowe, płytką plażą, na której
z rzadka rosną mangrowy [namorzyny], do wiosek krajow­
ców. Przez cały 1. dzień nie poszedłem tam. Rozmowa ze
Stamfordem Smithem i widok na śliczną zatokę, położoną po
drugiej stronie ishmu.
W Niedzielę 13. jadę (ut supra) do Gov[ernmen]t House'u.
Siostrzeniec Gubernatora spotyka mnie w pół drogi. Ścieżka
idzie wśród palm kokosowych, popod olbrzymim fikusem;
potem zakręca i popod dawnym Gov[ernmen]t House'm idzie
do nowego. Governor Murray wysoki, trochę pochylony, bar­
czysty mężczyzna; b. podobny do wuja Staszewskiego. Sym­
patyczny, spokojny i trochę kostyczny i nie wychodzący ze
skorupy. Lunch; dwóch półnagich boy'ow usługuje. Potem
rozmawiam z Gubernatorem i Mrs. De Righi, kobyłowatą, po­
czciwą Australką, która odnosi się do mnie z życzliwością
osoby niższego statusu społecznego. H[is] E[xelency] daje mi
list do 0'Malley'a. Idę tam. Domek wśród palm, położony po­
niżej Gov[ermen]t House'u. Grubas dość niski, ogolony, przy­
pomina trochę Sękowskiego, mocno en beau [z dodatniej stro­
ny]. Sprowadza Ahuię . Governor & Mrs. De Righi przycho­
dzą. We trójkę idziemy do wioski; poraź pierwszy ją widzę.
Wchodzimy do domku Ahui. Parę kobiet tylko w spódnicz­
kach z trawy. Pani Ahuiowa, Gooba, w moherskiej sukni. Ja
i Murray rozmawiamy z Ahuią, Mrs De Righi z Goobą; oglą­
damy gourdy [tykwy] z [?] do żucia betelu. Gooba daje jeden
w prezencie Mrs. De Righi. Potem idziemy we czwórkę
wzdłuż wioski; wpada mi w oko dubu , zbudowane świeżo
1904 w Hahodai i parę domków zupełnie nowych, żelaznych,
wpakowanych miedzy starymi chałupami. Nie dochodzimy do
Elevali; wracamy z popod misyi londyńskiej. Żegnam się
z Gubfernatorem] i Mrs. D[e] R[ighi]. Chłopcy z łódki łapią
mnie. Wracam łódką i daję napiwek 21. Nocą już idę do Pratta . Acha, poprzedniego dnia poznałem w Hotelu Ryana",
Bella , który mnie zaprasza na kolację w Poniedziałek. Wie­
czór u Prattów: Bell, Stamford Smith, 2 córki Pratta i p. Prattowa. Rozmowa o wycieczkach panien, o boy'ach itp.
Poniedziałek 14 idę do judge'a Herberta i pożyczam
Ahuię na cały dzień. Idę z Ahuią i Lohią koło 1 l=tej i zbie­
ram trochę informacji. Potem idę do Gov[ernmen]t Hou­
se'u i tam czekam strasznie długo na lunch. Dopiero koło
3=ciej schodzę do wioski. Tam w domku Ahui zgromadzenie
mężów starych, którzy przyszli tam, ażeby mi dać informa­
cje. Siedzą rzędem pod ścianą, w kucki, kudłate łby na ciem­
nych kadłubach, ubrani w stare podarte koszule, jegery moc­
no przechodzone, kawałki mundurów kakowych - z pod
których to ubrań cywilizowanych wygląda sihi, przepaska
pokrywająca lędźwie i przykrywająca części ciała. Faja bam­
busowa cyrkuluje żywo. Trochę speszony tym konklawe sia­
dam do stołu i otwieram książkę. - Zbieram informacje co do
idahu , genealogje; kwestye co do głównego naczelnika wsi
itp. Wieczór, starzy się rozchodzą; Lohia i Ahuia się zostają.
Idę spacerem aż do Elewali. Wracam już o zmierzchu. Cudne
zachody słońca; chłodno; czuję się wypoczęty; niezbyt wyra­
źnie i silnie, ale niewątpliwie czuję, jak miedzy mną i tym
krajobrazem zadzierzguje się węzeł. Spokojna zatoka, wi­
dziana poprzez ramy bujnych gałęzi mangrowca, odbijające­
go się w zwierciadle wody albo wilgotnej plaży; blask purpu­
rowy zorzy zachodniej przenikający wnętrze gaju palmowe­
go, powlekający płomiennym żarem spalone trawy, ślizgają­
cy się po głębokim szafirze wody - wszystko przepojone
8

9

10

12

13

14

obietnicą pracy skutecznej i nieoczekiwanego powodzenia;
wydaje się rajem w porównaniu z potwomem piekłem, które­
go się tu spodziewałem. W Poniedziałek wieczór: Chignell,
poczciwy misjonarz nie mający pojęcia o krajowcach, ale
w ogóle mówiąc sympatyczny i cywilizowany.
We Wtorek pracuję z Ahuią rano w Central Court [Głów­
nym Sądzie], po południu idziemy do wioski. Dostaję mój
pierwszy napój kokosowy. Wieczór (?)
We Środę idę rano, ażeby się spotkać z Murrayem (sio­
strzeńcem). Tymczasem jego nie ma. Po południu opracowu­
jemy mój outfit [ekwipunek]. Potem z Ahuią, dość słabo. Ra­
no obijam się około duany.
We Wtorek wieczór tańce u pp. McGrath. We Czwartek
z Ahuią w domu. W Piątek idę z Ahuią do wioski i planuje­
my wycieczkę w głąb na Sobotę. Telefonuję do Murray'a. Je­
stem już znacznie b=ej przemęczony. Wracam do domu, fraczę się i wieczór u Gov=nora b. nudny. Stara lafirynda i mło­
da Herbertówna, zajęta Murray' em.
W Sobotę rano jestem dość zmęczony. Konno do wioski.
Speszenie brakiem przewodnika, którego Ahuia miał mi zo­
stawić. Idę do Murray'a i on sprowadza mi Doun'e który miał
na mnie czekać. Pośród willi położonych w Kanadowa - po­
tem wśród paru ogrodów, należących do mieszkańców Hanuabada, wchodzimy w wąską dolinkę. Pandanusy [pochutniki]i drzewka gatunku Cykas [sagowce], z rzadka wśród spa­
lonej trawy. Tu i ówdzie zupełnie dziwaczne drzewa. Poczu­
cie radości i rozkoszy, że jestem w niezmiernie ciekawej tro­
pikalnej okolicy. - Dość stromo wspinamy się pod górę. Mam
dość dużo do roboty z kobyłą, która chwilami staje w miej­
scu. Pod koniec schodzę. Na szczycie wcale ładny widok na
wnętrze. Ten sam charakter: głównie eukalipty; cykasy i podanusy. Zjeżdżam na dół obok płotów, otaczających ogrody
krajowców, dolinką. Poprzez poprzeczną dolinkę, w którefj]
olbrzymia trawa okrywa mnie razem z koniem. Spotykamy
Ahuię. Baby z workami siatkowymi; paru nagich dzikusów
z włóczniami. La Oala, wódz Kahanamona Iduhu. Zapalają
ogień w paru miejscach. Cudowne widowisko. Płomień czer­
wony, miejscami purpurowy pełza wąską wstęgą po zboczach
pagórka; poprzez ciemny, błękitny lub szafirowy dym mieni
się jak ognie czarnego opalu, przeświecające przez połysk
stalowy powierzchni. Ze wzgórza, stojącego przed nami,
schodzi w dolinę, chwyta wysoką, silną trawę i szalonym hu­
raganem blasku, żarn i huku sunie wprost na nas. Przed nim
wicher jak szalony śmiga niedopalone szczątki; ptaki i świer­
szcze lecą chmurą. Idę naprzeciw płomienia. Cudownie - zu­
pełnie jak jakaś szalona katastrofa pędząca wprost na mnie
z szaloną szybkością. - Polowanie nie zwieńczone żadnym
skutkiem. Idziemy do ogrodu Ahui do Hohola. 1.[pierwszy]
raz widzę z bliska ogrody otoczone parkanem z patyków; ba­
nany, trzcina cukrowa i liście taro i boniatów. Przychodzimy
do ogrodów Ahui. 3 domki. Kładę się zmęczony na weran­
dzie jednego. Lekcja z Goobą. Parę przystojnych kobiet; jed­
na zwłaszcza w fioletowym kaftanie. Obchodzę z Ahuią jego
ogród i oglądam wnętrze domków. Żałuję, że nie zabrałem ze
sobą tytoniu i cukierków; to mi utrudnia bezpośrednie zbliże­
nie się do publiczności. Wracając przejeżdżam obok nativow
ćwiartujących wallaby. Potem jadę laskiem, przypominają­
cym niezmiernie silnie bush Australski. Z rzadka eukalipty
i cykasy wśród spalonej trawy. - Po paru milach czuję wyra­
źne zmęczenie i drętwienie lewej nogi. Wyjeżdżam na drogę
i peszy wielka odległość od miasteczka. Nie mogę się rado­
196

wać pejzażem, chociaż jest on niewątpliwie ładny. Droga wi­
je się po stoku wzgórza wśród zarośli i palm. Jadę wśród cy­
wilizowanych domków krajowców (Malayów, Polinenezyjcz[yków] (?). Jadę stępa przez miasto (galopuję plażą).
W Gov=t House przypatruję się tenisowi i piję piwo. Wracam
piechotą b. zmęczony. Wieczór siedzę w domu i zaczynam pi­
sać dziennik.
W Niedzielę 19.IX. rano śpię długo. Potem piszę listy. Po obiedzie, zmęczony śpię 2 godziny. Potem znów piszę l i ­
sty i krótki spacer na drogę do wioski. Wieczór djabeł mnie
namawia żebym poszedł do D=ra Simpsona. Idę w złym hu­
morze i zupełnie odrętwiały. Wolno wspinam się pod górę.
Tam muzyka przypomina mi dużo rzeczy. Rozenkawalier;
tango; Blue Danube. Tańczę tango bezskutecznie i walca
z Mrs. McGrath. Chwilami chwyta mnie chandra.
Dziś w Poniedziałek 20.IX.14. rano dziwny sen: polucja
homoseks. ze swoim sobowtórem jako partnerem. Dziwnie
autoerotyczne uczucia: poczucie, że chciałbym mieć właśnie
takie usta do całowania, takie zgięcie szyi, taki profil czoła.
Wstaję; zmęczony; zbieram się powoli. Idę do Bella,
z którym rozmawiam o native labour. Potem z Ahuią w Cen­
tral] C[ourt]. Po lunchu znów z Ahuią. Potem raportuję się
u 0'Malley'a, z nim do McCranna. Wracam do domu, piszę
listy do Mamy, do Halinki. Idę na pagórek. Nie czuję się dziś
jeszcze b. dzielny.
Niedziela 27.IX.
Wczoraj minęło 2 tygodnie od mojego przyjazdu tutaj.
Nie mogę powiedzieć, ażebym się czuł idealnie pod wzglę­
dem fizycznym przez cały ten czas. W ostatnią Sobotę, na
wycieczce z Ahuią przemęczyłem się, i od tego czasu nie do­
szedłem jeszcze do równowagi. Bezsenność (niezbyt wyra­
źna), przemęczenie serca i zwłaszcza zdenerwowanie są najwyraźniejszymi, jak dotąd symptomami. Mam wrażenie, że
brak mchu, spowodowany łatwem przemęczeniem serca,
skombinowany z dość intenzywną pracą umysłową, jest po­
wodem tego stanu. Muszę mieć więcej mchu, zwłaszcza ra­
no, kiedy jest jeszcze chłodno, i wieczór, kiedy już zaczyna
być chłodno. Pozatem arszenik jest konieczny, z chininą
zaś nie można przesadzać. 15 grainów [działek] na 9 dni po­
winno mi wystarczyć.
Co do treści życia, to badania etnologiczne pochłaniają
mnie silnie. Przedstawiają one jednak 2 braki zasadnicze:
1° mam dość mało do czynienia z dzikimi na miejscu; za ma­
ło ich obserwuję, 2° nie mówię ich językiem. Ten 2. brak,
zdaje się, będzie dość ciężki do zaradzenia, jakkolwiek sta­
ram się poduczyć Mom.
Niezmiernie piękna przyroda nie działa na mnie tak silnie.
W samej rzeczy, bezpośrednia jej oprawa tu, w porcie Mores­
by, jest dość niesympatyczna. Veranda mojego domu, w 4/5
kondygnacyach zasłonięta płótnem materacowem tak, że tyl­
ko z dwóch końców widok otwiera się na zatokę. Ziemia zrypana, kamienista i pokryta różnymi odpadkami wygląda jak
śmietnik pochyło zstępujący ku morzu. Domki, okryte we­
randami wyszczerzają rzadkie otwory w kratkach werand. Morze natomiast i pagórki otaczające zatokę cudowne.
Zwłaszcza na drodze ku wiosce, gdzie widać je w oprawie
nielicznych palm i mangrowów - nastrój jest nadzwyczajny.
Z rana wszystko powleczone delikatną mgłą. Pagórki ledwo
że przeglądają, jak delikatne cienie różowe, rzucone na błękit­
ny ekran. Morze, zlekka zmarszczone, mieni się tysiącem od15

16

cieni, skrzepłych na wciąż ruchomej powierzchni jego; na
płytszych miejscach wśród turkusowych zieleni widać ciepło
fioletowe ciała kamieni pokrytych porostami; na miejscach
gładkich, niezmarszczonych wiatrem, odbija się niebo i zie­
mia gamą od szafiru do mlecznoróżowych cieni zamglonych
pagórków. Tam gdzie wiatr pokrył ją chropowatą powierzch­
nią i zatarł oddźwięki głębin, gór i nieba, morze lśni swą wła­
sną głęboką zieloną, miejscami intensywnie niebieską barwą.
Trochę później słońce czy wiatr rozprasza mgłę i widać nieco
wyraźniej kontury gór; morze staje się intenzywnie szafirowe
na głębiach zatoki i turkusowe u płytkiego brzegu, niebo przy­
krywa wszystko błękitem. Góry jednak wciąż płoną w plenerowem, ciepłym kolorze ciał w kształtach fantastycznie pięk­
nych, kąpiących się w lazurze nieba i morza. Dopiero po po­
łudniu mgła niknie zupełnie, cienie na górach stają się głębo­
ko szafirowe; góry nabierają dziwnie upiornego wyrazu, jak­
by skąpane w jakiejś ponurej nocy, kontrastującej silnie
z wieczną pogodą morza i nieba. Pod wieczór, niebo pokrywa
się lekką mgłą znowuż, urozmaiconą deseniami lekkich pióro­
puszy chmur, które purpurowy blask zorzy zachodzącego
słońca zapala i zarysowuje w cudowne desenie. Któregoś tu
dnia w południe dym jakiegoś odległego pożaru trawy przesy­
cał powietrze i wszystko nabrało nadzwyczajnych pastelo­
wych cieni. Byłem strasznie zmęczony i nie mogłem dosta­
tecznie nasycić się tym widokiem, ale był nadzwyczajny.
W ogóle charakter pejzażu wyraźnie pustynny; przypomina
widoki w zatoce suezkiej, szaloną orgję najintenzywniejszych
kolorów, w jakiejś odświętnej przerafinowanej czystości i dystynkcyi; kolorów drogich kamieni rozrobionych w słońcu. Życie które prowadziłem w ostatnich dniach dość jednostajne.
We Wtorek 21. Ahuia zajęty w sądzie cały dzień. Idę
z Iguą i rozpakowuję rzeczy. We Środę wizyta. Wieczorem
we Wtorek czuję się podłe i nie mam najmniejszej ochoty pójść
do D=ra Simpsona. We Środę rano A[huia] zajęty od 1 l=stej.
Po południu wizyta u O'Malley'ego, który mi właściwie nic
ciekawego nie mówi. Poznaję piękną Kori, której skóra i tatu­
owanie wzbudza we mnie zachwyt i pożądanie des Ewig Weiblihen [wiecznej kobiecości] w oprawie z brązowej skóry.
We Czwartek rano z Ahuią; po południu idę do wioski, sil­
ne zmęczenie. Wieczór przychodzi Bell, z którym gwarzę
0 nativach.
W Piątek rano poznaję p. Huntera , z którym jem lunch
1 gwarzę po południu; jestem wściekle przemęczony i nic nie
mogę robić. Aha, poprzednich dni wieczorami wywołuję fotografje, co mnie dość męczy.
W Sobotę rano przychodzi Hunter, który mi jest znów tak
b. użyteczny; potem godzina z Ahuią, potem idę do Bella, za­
praszam się na lunch do Gubernatora i po lunchu czytam
Tunnell i robię trochę gramatyki motuańskiej. Wieczór spacer
na Pago Hill - czuję się trochę silniejszy; rozmowa ze Stamfordem Smithem. Wieczór idę spać wcześnie. Sen polucyjny,
w kt[órym] obł. z przedłużoną rozkoszą grubawą, starą kobie­
tą - sławną śpiewaczką. Charakterystyczne], że nie spu­
szczam się zaraz, ale odczuwam długo i wyraźnie rozkosz.
Zdarzenia polityczne nie emocjonują mnie. Nie staram się
myśleć o nich. Mam daleko idące nadzieje co do poprawy lo­
su Polski. - Co do Heimwek [Heimweg - droga do domu] to
cierpię dość mało i b. egoistycznie. Kocham się wciąż jeszcze
w Tośce - nieświadomie, [?]. Zbyt mało ją uznaję. Ale fizycz­
nie; ciało moje tęskni za nią. Myślę o Mamie mniej, czasem
więcej.
17

18

Mailu. 21.X.14. Plantacja nad rzeką, Sobota.
Wczoraj tydzień, jak przybyłem do Mailu. Przez ten czas
zbyt dużo dezorganizacyi: skończyłem czytać „Vanity Fair" ;
przeczytałem całe , Д о т а п с е " i to w dodatku całkiem na­
rkotycznie, jednym cięgiem. Pracowałem też wcale nieźle i ,
jak na tydzień, rezultaty są niezłe, wobec fatalnych warun­
ków pracy. Życie u misjonarza niezbyt mi jest miłe, zwła­
szcza od czasu kiedy wiem, że za wszystko przyjdzie płacić.
Sam facet mi jest wstrętny ze swoją wścibską „wyższością"
etc. Ale muszę przyznać, że sama praca misyjna angielska
posiada pewne strony sympatyczne. Gdyby to był Niemiec,
niewątpliwie byłoby wprost coś wstrętnego. Tu ludzie są
traktowani z względnie dość dużą dozą przyzwoitości i liberalności. Misjonarz sam gra z nimi w Cricket i nie czuć, aże­
by się zbytnio nad nimi panoszył. Jakżesz inaczej wyobraża sobie człowiek życie, a jak
odmiennie je bierze! Wyspa wulkaniczna, otoczona rafami ko­
ralowymi, wśród wiecznego błękitu nieba i szafiru morza,
z wioską Papuasów nad samym brzegiem, usianym łodziami;
wśród gajów palmowych w wyobraźni malowałbym sobie ży­
cie, jako wieczne święto. Tak mnie też uderzyło to wszystko,
kiedy dojeżdżałem tu na statku. Miałem poczucie radości,
swobody, szczęścia. Po paru dniach już, uciekałem od tego
wszystkiego chroniąc się w towarzystwo snobów londyń­
skich, rysowanych subtelnie przez Thakeray'a, na bruku wiel­
kiego miasta tęskniłem za Hyde Parkiem, za Bloomsbury - lu­
bię nawet czytać ogłoszenia gazet angielskich. Nie zamierzam
się zamknąć w pracy, nałożyć na siebie dobrowolną niewolę
i czuć się w niej szczęśliwym. Opowiem teraz szczegółowo
zdarzenia dwu ostatnich tygodni czy też trochę więcej!
Port Moresby. Skończyłem pisać w Niedzielę 27.IX. By­
łem wtedy pod fascynacją Tunnell'u, który czytałem całymi
godzinami. Postanowiłem nie czytać powieści - całkiem nie
brać ich do ręki. Przez parę dni dotrzymywałem tej, sobie da­
nej, obietnicy. Potem znów upadłem. Następny tydzień był
najważniejszy tern, że odbyłem wyprawę nad Laloki . Za­
proszony przez Gubernatora na obiad we Wtorek [przekreślo­
ne: w Niedzielę odbyłem ową nieszczęsną wyprawę do wio­
ski w której zepsułe] - byłem z Miss Grimshaw & Mrs. De
Righi. Zdecydowaliśmy się na Czwartek, a raczej na Piątek.
Przez ten czas nie miałem sposobności pracować dużo z Ahu­
ią, gdyż odbywało się sądzenie Burnesconiego, który zawie­
sił krajowca na pięć godzin. Nie pamiętam dobrze tych dni;
wiem tylko, że nie byłem b. skupiony. Aha, pamiętam: we
Środę obiad u Championa; przedtem wizyta u misjonarza.
W poprzednią Niedzielę byłem na lunchu u Governora, gdzie
był Cap. Hunter i gdzie czytałem Barbey'a d'Urvilly . Ahui
nie było w domu, poszedłem do 0'Malleya; potem do misjo­
narza, który mnie odwiózł łódką do miasta. Pamiętam ten
wieczór; noc zapadła nad wioską; niepewny motor stękał pod
nami; chłodno i dość wzburzone morze ciągle nas opluwało.
We Środę czułem się marnie; zastrzyknąłem arszenik i stara­
łem się wypocząć porządnie.
We Czwartek, rano Murray przysłał mi konia, z Iguą i Douną, który nas spotkał we wsi, jadę tyłem stacyi misyjnej, do­
linką zasłaną ogrodami, mimo licznych grup nativow, pracują­
cych na roli lub wracających do domu. Koło źródła na wl.,
z którego ładny widok rozciąga się wstecz na morze. Zjeżdżam
na dół, w dolinę - u stóp mały clump [kępa] drzew, cień cud­
ny; tęsknota za tropikalną roślinnością. Dalej, doliną, wśród
szalonego upału. Wciąż ten sam suchy bush; drzewka cykaso19

20

21

22

197

we i pandanusy - pierwsze podobne do paproci drzewiastych;
drugie o fantastycznych łbach kudłatej gorgone - przerywają
nieegzotyczną monotonję wyschłych eukaliptów. Trawa ze­
schła, brązowa. Światło silne wciska się wszędzie, nadaje
dziwną obnażoność i trzeźwość pejzażowi, który a la longue
[z czasem] staje się mocno nużący. Od czasu do czasu natęże­
nie zieloności wzrasta, w miarę jak zbliżamy się do wilgoci wyschłego crecka [creek odnoga rzeki] - lub przejeżdżamy
lepszą ziemię. Vaigana creek, jak zielony wąż wije się poprzez
spaloną równinę; otoczony aleją bujnej zieloności. Lunch;
Ahuia daje mi parę wskazówek co do granic terytoriów. Jedzie­
my dalej, (po zdjęciu 2 fotografji). Poprzez równinę; Ahuia po­
kazuje mi linję demarkacyjną, granice 2 terytoriów; biegnie
ona prosto - bez naturalnej podstawy. Wjeżdżamy na wzgórze.
Idę z Ahuią na szczyt; zdejmuję plan - robię szkic. Przede mną równina, przecięta Vaigana creek; na prawo bagna wyschłe;
za nimi Baruni Hills. Na najdalszym planie pasmo wzgórz, cią­
gnących się tuż nad brzegiem zatoki P[or]t Mforesby]. Szkico­
wanie mapy sprawia mi poważne trudności.
Zjeżdżamy na dół wąską dolinką. Na lewo pola wysokiej,
brązowej trawy, przechodzącej w pąs i fiolet, uginają się pod
wiatrem, falując się i mieniąc w słońcu jakby aksamit głaska­
ny niewidzialną ręką. A[huia] urządza małe polowanie. Idzie­
my w gąszcz Agure Tabu; mętna rzeczka, ślamazarnie wlecze
się między drzewami. 1. raz widzę sago. A[huia] mówi mi
o modlitwie, którą ludzie odmawiają w takich razach, i o nie­
bezpieczeństwie picia tej wody lub jedzenia owoców, sago
etc. rosnącego w pobliżu. Wjeżdżamy w dżunglę, puszczę cią­
gnącą się wąskim pasem po obu stronach Laloki. Monumen­
talne drzewa UJMO. Opierające się szerokimi skarpami o zie­
mię, wznoszą się do olbrzymich wysokości. Wspaniałe pnącza
o szerokich, powykrawanych liściach. Jedziemy w bród przez
rzekę; wysokie sitowie. Po drugiej stronie jedziemy ścieżką
wśród wysokich drzew, pnączy, zarośli. Po prawej ręce rzeka,
po lewej tu i ówdzie przeglądają ogrody. Mała osada nad brze­
giem rzeki. 4 domki naokoło majdanu z ulotnej, wyschłej zie­
mi. W środku drzewko o purpurowych jagodach w strąkach,
barwiące na cudny vermilion [cynober]. Paru nativow; dzieci
włóczą się po skwerze z świniami. Idziemy ogrodem, wśród
bananów, pomidorów i tytoniu ku rzece znowuż. Tam A[huia]
czatuje na aligatora - bezskutecznie. Wracam, przedzierając
się brzegiem rzeki - [?] ostre kolce loja-cane drą mi buty.
W domu, siedzę i rozmawiam z Goobą i Iguą.
Na 2. dzień (Piątek) wstaję rano, za późno jednak, ażeby
usłyszeć przemowę i okrzyk na początek polowania. Potem
idę z A[huią] na drugi brzeg, tam gdzie siedzą krajowcy z Vabukori, Aha, byłem tam już poprzedniego wieczora. Na plat­
formie, nad ogniem, wędzą się wallaby [małe kangury] w dy­
mie. Legowiska z liści bananowych zeschłych; poduszki z ki­
jów opartych na podpórkach. Kobiety ważą jadło w blaszankach z nafty. Ciekawe są naprędce sklecone platformy, służą­
ce jako spiżarnie i jako składy na rzeczy. Zdejmuję platformy
z wallabami. Gub[ernator] przyjeżdża. Zdjęcia łowców z siat­
kami, z włóczniami. Idziemy piechotą ogrodem, potem tra­
wą, potem koło wioski; potem lasem, koło kałuży z fioleto­
wymi lotusami. Stacjonujemy się na brzegu lasu; idę wprost
na siatki, gdzie siedzę z dwoma nativami. Płomień nie tak
piękny, jak przy poprzednim pożarze; mało go widać; dym
tylko silny idzie i wiatr przed płomieniami i trzask silny sły­
chać. Jeden wallaby wpada na sieć, przewraca ją i ucieka
w las. Nie umiem go zdjąć. - Jeden zabity na prawo od nas.
198

Afhuia] zabija Boromę. Wracamy spaloną przestrzenią. Po­
tworny żar i dym. Lunch z gub[ernatorem] i Mrs. D[e]
Rfighi]; rozmowa o sportach. Oni wyjeżdżają wcześnie
0 2=giej. Ja zostaję. Idę spać. A[huia] nie idzie na polowanie.
Jazda łódką - nieudała.
Na 2 dzień (Sobota) rano wstaję dość późno i idę z Goo­
bą i Douną do ogrodów. Obserwuję kopanie i obwijanie ba­
nanów. Potem pościg za koniem. Potem sjesta pod drzewem
mangowem, gdzie robię zdjęcia kobiet. Powrót, lunch (papa­
ya). Potem sen. Potem kąpiel w rzece - b. miła. Spacer lasem.
Bajeczne zakątki. Naturalne altany, olbrzymi słup ze skarpa­
mi: drzewo ILIMO - Wychodzimy z lasu. Grupa dzikich sie­
dzi, operuje i piecze wallaby. Rozcina brzuch; odkrawa,
odmierza; później piecze razem ze skórą. - Żółta zorza prze­
nika powietrze, wkrada się w las. Wracamy. Słychać ucieka­
jące wallaby. A[huia] wrócił już. Odbywamy rozmowę (po­
przedniego dnia rozmowa o zabawach dziecinnych, której
niestety nie zanotowałem).
W niedzielę wyruszamy wcześnie. Wracamy tą samą dro­
gą, aż do brodu; potem skręcamy poprzez Agure Tabu; idzie­
my dość długo równiną, aż popod wysoki kopiec, pokryty po­
piołem, łudząco podobny do wallum. Pod nim skręcamy. Wi­
dok na plantację konopi meksykańskich (sisal hemp). Robię
nowy szkic z górki. Prześliczny widok na góry, na Hombrom
Bluff i na M=t Lawes. Potem czuję się silnie zmęczony. Jadę,
drzemiąc spokojnie. Afhuia] strzela i kładzie wallaby. Potem
dojeżdżamy do Hohola. Jestem b. zmęczony. Peszy mnie mo­
rowo fakt, że N.&G. aparat jest zepsuty. Potem bierzemy ze­
znania od ekonoma z Hoholi (naczelnika Uhadi Iduhu) co do
dawniejszych stosunków panujących u Koitapuasów. Wraca­
my do domu tą samą drogą co dawniej. W P=t Moresby znaj­
duję zaproszenie na herbatę od Mrs. Dubois, której mąż
(Francuz) robi b. inteligentne i miłe wrażenie; mówimy o ję­
zyku Motu. Wieczór spędzam w domu.
W Poniedziałek 5.X. pracuję z A[huią] i telefonuję do
Murray'a. Nie idę do niego, aż we Środę(?). Mam chwile sil­
nych kollapsów [collapse - upadek, zapaść] moralnych. Czy­
tam znowuż. Mam napady chandry. I tak, np. czytając Candlera o Indyi i jego powrót do Londynu, bierze mnie chandra
z[a] Londynem, za n - tak jak tam żyłem w 1. roku na Saville S=t i potem na Upp[er] Marylebone S=t. Często, b. często
myślę o i . Zerwanie wciąż jeszcze przedstawia mi się jako
niezmiernie bolesne przejście, gwałtowne przejście z jasnego
światła w głęboki cień. Myślą przechodzę chwile w Windso­
rze i po powrocie - moją zupełną pewność i poczucie bezpie­
czeństwa. Parokrotne poważne planowanie trwałego połącze­
nia się z nią. Chwile zerwania - od Soboty 28.III aż do Śro­
dy 1 .IV. i potem wahania się - Czwartek wieczór, Piątek, So­
bota w kółku - wszystko to przeżywam często - i boleśnie.
Wciąż jeszcze kocham się w niej. Myślę też często o później­
szej epoce, po powrocie z Krakowa. - O wojnie myślę chwi­
lami tylko; brak szczegółów w wiadomościach przyczynia się
do lekkomyślnego odnoszenia się do faktów. - Oddaję się od
czasu do czasu choreografii starając się wpoić tango w serce
1 pamięć Miss Ashton. Piękne wieczory księżycowe z weran­
dy Mr & Mrs. McGrath - przepełnione niechęcią do tych po­
spolitych ludzi, nie umiejących znaleźć odcienia poezyi i szy­
ku w niektórych rzeczach, do ktfórych] ja się egzaltuję.
Upały znoszę rozmaicie; czasem cierpię dość mocno nigdy tak jak na Orsovie lub w Colombo i Kandy. Chwila­
mi - w ogóle znoszę b. dobrze. Fizycznie nie mogę bistować
23

24

25



dużo. Umysłowo nie jestem b. przytępiony. Sypiam w ogóle
dobrze. Apetyt mam. Chwile przemęczenia, takie same, jak
miewałem w Anglii. Czuję się stanowczo grubo lepiej, niż
tamtego upalnego lata, podczas koronacyi.
Typowy dzień: rano wstaję późno; golę się; idę na śniada­
nie z książką w ręku. Siedzę na przeciw Vrolanda i Jacksona.
Zbieram się i idę do Cfentral] Court. Tam z Ahuią, ktfóremu]
daję papierosy. Potem na lunch. Siesta i idę do wioski. Wie­
czór w domu. Nigdy nie byłem wieczorem w Hanuabada. Po­
wrót, u stóp pagórków, wśród palm, z morzem i niebem płonącem czerwonymi połyskami wśród szafirowych cieniów,
jest jedną z milszych chwil. Marzenia o stałym osiedleniu się
w Sfouth] Seas; o tern, jak będę patrzał na te rzeczy po po­
wrocie do kraju. Myśli o tern, co się teraz w kraju dzieje.
0 matce. Wyrzuty sumienia. Chwilami myślę o Stasiu, z co­
raz mniejszym rozgoryczeniem. Z żalem za jego towarzy­
stwem. Chociaż jestem rad, że jego tu nie ma.
W Piątek 9.X. pod wieczór wychodzę na krótki spacer
- chciałem iść do D=ra Simpsona, Wakefield wjeżdża. Zbie­
ram się w kupę i przygotowuję wyjazd. (Aha - jeszcze zapo­
mniałem wspomnieć o dużej ilości czasu, którą zabrało mi
babranie się w fotografii).
Sobota - jadę na lunch do Gov=t House'u, gdzie dyskutu­
ję napisanie listu do Atlee Hunt'a . Po południu w wiosce.
Niedziela 11. pakuję się; późno dopiero idę do Ahui,
z nim do misjonarza; wracam piechotą.
Poniedziałek - cały dzień zajęty pakowaniem, ekspediowa­
niem rzeczy na Wakefielda, wizytami u bankiera, pisaniem li­
stów. Po południu idę do Gov=t House'u, gdzie widzę się je­
szcze z Gov=rem i Murrayem. Idę do misjonarza. Potem wra­
cam z Iguą do domu. Kończę pakowanie. Noc na Wakefieldzie.
We Wtorek 13.X. Rano wyjazd. Niezbyt czyste powie­
trze. Dalsze góry tylko w sylwecie. Bliższy pejzaż wyra­
źniejszy. Wioski: Tupuseleia etc. Kapakapa - jadę na ląd przez cały czas trochę się czuję niewyraźnie i starannie stu­
diuję nowele Maupassanta. Domki Kapakapa głęboko wsu­
nięte w morze, na licznych silnych palach. Dachy przecho­
dzą linią ciągłą w poszycie ścian, tak, że forma domków jest
ta sama co w wioskach typu Mailu. Klany budują się
w odrębnych grupach. Na brzegu rozkoszuję się widokiem
pełnego morza, złagodzonego rafą, którego tak b. brak
w P=t Moresby. Jedziemy dalej - równiny, porosłe pandanusami i suchą dżunglą - z daleka widać gąszcz drzew kokoso­
wych - Hulaa. Zapuszczamy kotwicę; cudny zachód z po­
czuciem opuszczenia.
Na 2. dzień rano nie wstaję z łóżka aż do Kerepunu. Ślicz­
ne ujście rzeki, z szeroką panoramą górską w głąb lądu. Po
obu stronach plaża piaskowa z ramą palm ślicznych. Wsiada
parę osób; ślepawy staruszek, miejscowy trader [kupiec] za­
chęca mnie do przyjechania tam. Wyjeżdżamy poza rafę ko­
ralową. Morze wzburzone, czuję się marnie. Dopiero dojeż­
dżając do Aromy zaczynam czuć się lepiej. Wysiadam na ląd
1 oglądam małą wioskę. Domy bez porównania lepiej zbudo­
wane niż w Hanuabada; platforma z szerokich, silnych desek.
Wchodzi się do górnego, właściwego domu przez dziurę
w podłodze. Wioska otoczona płotem, czy raczej palisadą. Za
Aroną zaczyna się już wilgotny pas. Dojeżdżając do Vilerupu, czy Belerupu wjeżdżamy w cudną okolicę. Jasne, inten­
sywnie zielone zarośla mangrowe; głębokie zatoki, fiordy
wśród tego; wioska ślicznie położona na pagórku; na dalszym
planie góry wysokie - to wszystko stanowi wspaniałą całość.
26

200

Wysiadam na ląd z traderem, przeprawiam się na drugą stro­
nę łódką krajowców. Tam rozmawiam z sepumowatym poli­
cjantem, który nie ma pojęcia o niczem. Wioska zupełnie no­
wa, powstała pod wpływem białych. Dzieci uciekają przede
mną i trzymają się z daleka. Piję orzechy kokosowe i jadę na
statek. Śliczny wieczór.
Na 2. dzień wyjazd z fiordu; jedziemy dość spokojnie;
czytam Miss Harrison o religii. Jazda ta przypomina mi naj­
silniej brzegi Jeziora Genewskiego: pokryte bujną zielenią,
przepojone błękitem, oparte o wysoki, silny wał górski. Nie
umiem się skupić na tym pejzażu. To nie to co nasze Tatry na
Olczy, gdzie człowiek chciałby położyć się na pejzażu, objąć
go cieleśnie - gdzie każdy zakątek mówi o możliwościach ta­
jemniczo przeżytego szczęścia. Tu te cudne otchłanie zielo­
ności są tak niedostępne, wrogie, obce człowiekowi. Niepo­
równanie piękna dżungla mangrowów z bliska jest piekielnem, śmierdzącem, obślizgłem bagniskiem, w którym trzech
kroków zrobić niepodobna wśród gęstwy korzeni i miękkie­
go błota; w którym dotknąć niczego nie można. Dżungla sa­
ma prawie że niedostępna; pełna świństw różnych i gadzin;
duszna, wilgotna, męcząca - rojąca się od moskitów i pa­
skudnych owadów - świństw etc. „La beaute est la promesse
de bonneteur" [piękno jest obietnicą oszusta].
Nie pamiętam szczegółów między Belerupu a Abau. Sa­
mo Abau cudowne. Wysoka dość, skalista wyspa. Widok na
szeroką zatokę, lagunę, otoczoną ze wszech stron mangrowami. Dalej piętrzą się, jeden za drugim, wały górskie, coraz
wyższe: nad nimi króluje grzbiet główny. Armit sympatycz­
ny, nonszalancki, niezbyt cywilizowany, trochę homo rusticus. Najprzód rozmawiam z nim w jego domu. Potem idzie­
my na górkę; potem rozmawiamy z więźniami. Potem, po kolacyi, on sonduje swojego chłopca z głębi lądu. - Śpię nieźle.
Rano embarkuję [embark - załadować, wsiadać] się na
statek. - Tam inżynier instruuje mnie, żebym się uparł przy
wysadzeniu mnie na ląd w Mailu. Robię to - i schodzę z mo­
jej pozycji na mostku kapitana: o shame [wstyd]! Dojeżdża­
my do Mogubo. Rzygam. Hon. De Moleyns wchodzi na sta­
tek: mówi mi, że misjonarza jeszcze nie ma w Mailu. Mailu
i droga doń z Mogubo cudne. Wysiadam trochę speszony, ale
szczęśliwy, że jestem w tak bajecznym kraju. W 5 minut po
mojem wylądowaniu, po przywitaniu się z policjantem i wy­
sadzeniu rzeczy na ląd, łódka misjonarza ukazuje się na ho­
ryzoncie. Jestem już zupełnie szczęśliwy.
Okolice Mailu: Mainland porośnięty hamarim o długich,
powłóczystych igłach, przypominające świerk - o igłach lim­
by i sylwetce modrzewia. Za głęboko idącą równiną w Baxter
Bay, wyjeżdżamy, koło Mogubo, w kraju, gdzie góry piętrzą
się tuż nad morzem - przypomina trochę Madeirę, między
brzegiem a Mailu 2 wyspy koralowe z piaszczystą plażą, po­
kryte palmami, wyrastające z wody tak jak w wyobraźni mi­
raże wyrastają z pustyni. Mailu samo, dość wysokie (na oko);
góry pokryte trawą, bezdrzewne, strome, jakieś 150 m. wyso­
kości. U stóp przestrzenie płaskie, pokryte palmami i innymi
drzewami. Drzewo dziwne, o szerokich liściach i lampionikowatych owocach.
Moi towarzysze podróży na Wakefieldzie: Kapitan, krępy,
niski Niemiec o wydętym brzuchu. Brutal, wciąż klnący
i bully' nący [bully - znęcać się] Papuasów. Engeneer - ordy­
narny Szkot, zadzierający nosa i niegrzeczny. Mr Dean, zyzujący, wysoki, przystojny mężczyzna, Anglik, klnący na Australczyków, nielubiący Papuasów, zresztą sympatyczny
27

i nieco b=dziej kulturalny niż niveau [poziom][?]. Alfrfed]
Greenwood, Greenaway, starawy, poczciwy Quaker [kwakier] - teraz szczerze żałuję, że go nie poznałem lepiej, bo
mógłby mi on więcej pomóc, niż ten dureń Saville . Capt.
Smali, najsympatyczniejszy z nich wszystkich z lekkiem po­
kryciem artystycznego dotknięcia, dobrze wychowany - nie­
stety zdaje się pijak. Miałem ich wszystkich, głównie kapita­
na i maszynisty, aż po uszy. De Moleyns, syn lorda, pijak
i hultaj, miły i niewątpliwie rasowy.
28

Dziennik moich przeżyć na Mailu:
Piątek 16.X. Po przywitaniu się z Mrs S[aville], która
mnie przyjmuje niewyraźnie; witam S[aville], na kt[órego]
patrzę przez pryzmat mojej apriorycznej sympatyi. Zaprasza
mnie b. pięknie na noc i na jedzenie i to dodaje mu jeszcze
sympatyi w moich oczach. Po południu idę z policjantem do
wioski i do ogrodów. Biorę udział w wieczomem nabożeń­
stwie i pomimo serdecznej śmieszności ryków psalmowych
w dzikim języku, wytrzymuję i zachowuję nawet wewnętrz­
ną życzliwość w stosunku do tej całej blagi i humbugu. Wie­
czór spędzam w ich towarzystwie.
Sobota 17.X. Rano S. oprowadza mnie po wyspie; do
flagstaffu [flagstaff - drzewce]; do wioski; potem do ogro­
dów, potem poprzez pagórki na drugą stronę, gdzie dostaje­
my kokosu i oglądam, jak robią toea (armshells [naramienni­
ki z muszli]). Potem okrążamy cypel i wychodzimy na brzeg
misyjny. Po obiedzie czytam trochę - nie pracuję jeszcze;
czekam na pomoc, użyczoną mi przez S.
Całą Sobotę 17. i Niedzielę 18. marnuję czekając na Sa­
ville'a i na zabój czytam „Vanity Fair" - zupełne stumanienie; zapominam wprost, gdzie jestem. V[anity] F[air] zaczą­
łem czytać, pożyczywszy od Dziewickiego, w Zakopanem;
owej wiosny kiedy byłem tam przez 6 dni w Maju, Staś był
w Bretanii, ja mieszkałem u Tabów . Teraz losy Becky Sharp
i Amelii nie wzbudziły żadnych wspomnień o przeszłości.
Tamta epoka była też epoką zupełnego otumanienia.
W Poniedziałek 19. rano rozmawiam z S. o warunkach
wspólnego pożycia i peszy mnie niezmiernie crudness [suro­
wość], z jaką on się do tej rzeczy odnosi, potem mocno zdezilljusonowany [dissillusion - rozczarowanie] co do jego ser­
deczności i bezinteresowności i od tej chwili to w połączeniu
z zupełną nonszalancją S. dla mojej pracy, robi go dla mnie
wstrętnym. - Aha, w Niedzielę wieczór jadę łódką do stateczka parowego, wywracam outrigger [wysięgnik], wpadam do
wody i, być może, jestem bliższy niebezpieczeństwa, niż wy­
nik to wskazuje. Wspinam się na wywróconą łódkę i potem
stamtąd na launcha'e [launch - szalupa]. Wracam i będąc je­
szcze w dobrych stosunkach (wewnętrznie) z S=lami przebie­
ram się i biorę wszystko jako żart. Psuję zegarek i niektóre
rzeczy skórzane, które miałem w kieszeni. - W Poniedziałek
idę do wioski i , z wielkim trudem, staram się robić badania.
Rozgoryczenie w stosunku do S. W Poniedź. wieczór konkla­
we starców w Mission House.
We Wtorek wieczór idę obserwować tańce. Silne wraże­
nie: w ciemną noc bezksiężycową przy świetle ognisk groma­
da dzikich, przystrojonych (niektórzy) w pióra i białe kawał­
ki na ramionach, w rytmicznym ruchu.
W Środę rano zbieram materiały o tańcu. W tym czasie
mniej więcej czytam „Romance". Subtelny konradowski
duch wyziera z niektórych miejsc; w ogóle powieść raczej
,,spannung"[zaciekawienie] niż interesująca w najogólniej­
29

szym znaczeniu. - Wciąż myślę i kocham się w t. Nie jest to
miłość rozpaczliwa; poczucie, że straciłem wartość twórczą,
zasadniczy element samego siebie, jak miało miejsce z ż. Jest
to wciąż jeszcze przenikający mnie czar jej ciała i poezja jej
obecności. Piaszczysta plaża Folkestone i zimny, przenikliwy
blask zorzy wieczora tamtego. Wspomnienia z Londynu
i z Windsora. Przypomnienia chwil straconych, jak wtedy
kiedyśmy dojeżdżali do Paddington, albo kiedy straciłem
wieczór z nią idąc do School of Economics, przeszywają
mnie boleśnie. Wszystkie skojarzenia idą w jej stronę. Poza
tern mam chwile chandry ogólnej. Motywy ze spacerów
z Kasią i Wandzią, wspomnienia z Paryża i elementy Francyi
- nabrało dla mnie niewypowiedzianego uroku przez jakąś ta­
jemniczą asocjację z t - może wspomnienia o i, czy jazda
dniem przez Normandję i wieczór między Paryżem a Fontai­
nebleau - wspomnienia ostatniego wieczora z Augustem
Z[aleski]. w Warszawie, spacer z Nussbaumką . - Wreszcie
zaczynam odczuwać głęboką i silną tęsknotę za Mamą, pod­
noszącą się z głębin duszy.
30

Postanawiam pisać dzień w dzień sprawozdanie:
29.X. Wczoraj rano wstałem dość późno; zamówiłem
Omagę, który na mnie czeka pod werandą. Po śniadaniu idę
do wioski, gdzie Omaga spotyka mnie koło kobiet, robiących
garki. Rozmowa idzie dość kiepsko. Potem przenosimy się na
środek ulicy, gdzie kobieta robi rysunki. Przyłącza się Papari ; rozmowa znów o nazwach miesięcy, kt[órych] Papari nie
zna. Jestem zniechęcony. Po obiedzie czytam Golden Le­
gend, potem idę spać. Wstaję o 4=tej, kąpiel morska (próbu­
ję pływać); herbata; idę koło 5=tej do wioski. Rozmowa z Kawaką o pogrzebie; siedzimy pod palmami u końca wioski.
Wieczorem rozmawiam z Saville'em o brzegach połdn. An­
glii od Ramsgate do Brighton. To mnie bierze. Kornwalia,
Dewonshire. Dygresja o narodowościach i charakterze ludno­
ści (Komwalczyków, Devonshire, Szkotów). Bierze mnie
chandra. Czytam parę stron z Cherbulieza „Vlad. Bolski" sylwetka kobiety nadzwyczajnej duchowo; przypomina mi
Żenię. Idę rozchandrzony, nucąc, do wioski. Dość wydajna
rozmowa z Kawaką. Obserwuję śliczne, poetyczne tańce
i słucham muzyki Suau . Małe koło tancerzy; dwóch naprze­
ciw siebie tańczy z podniesionymi bębnami. Melodya przy­
pomina kubańskie zawodzenia. - Wracam. W domu tracę
czas na feuilletowanie [feuilleter - przeglądać] Puncha. Wizja
t. - O Stasiu myślę chwilami z prawdziwą serdecznością;
głównie melodja przez niego skomponowana w drodze do
Ceylonu.
Dzień 29.X. (pisane 30.X. po poł.) Rano wstaję przed
8=ą i piszę dziennik. Jestem zajęty pisaniem, kiedy S. daje mi
mail. Listy od n (5) i szereg listów z Australii. B. miłe
i serdfeczne] listy of May'ow i Le Souefów robią mi serd.
przyjemność. Tak samo niezmiernie miły list od Goldingowej. List Stasia peszy mnie głęboko. Odczuwam równocze­
śnie silne wyrzuty sumienia, że nie postępowałem w sposób
zupełnie unimpeachable [nienagannie], równocześnie odczu­
wam głęboki żal i nienawiść za jego odniesienie się do mnie.
Sentyment prawie całkiem zduszony tym listem. Nie widzę
prawie możliwości porozumienia. Wiem także, że, jakkol­
wiek było wiele win z mojej strony, on postępował b. bez­
względnie w stosunku do mnie; przez cały czas zachowując
gesty i minę uciśnionej wielkości i moralizując mnie z akcen­
tem głębokiej, dojrzałej i objektywnej mądrości w głosie. Nie
31

32

33

34

35

201

było cienia życzliwości w jego zachowaniu się w stosunku do
mnie. - Nie, objektywnie, szala nieprawości przechodzi na
jego stronę... Niezmiernie mnie peszy i przygnębia bankruc­
two mojej najistotniejszej przyjaźni. Pierwsza reakcja brania
odpowiedzialności za wszystko jest przeważająca i czuję się
capitis diminutis; człowiekiem bez wartości, o zmniejszonej
wartości. Przyjaciel nie jest tylko dodatkiem - jest on współ­
czynnikiem; wartość indywidualna staje się pomnożoną.
Trudno - wina zerwania leży przede wszystkiem w jego nie­
ubłaganej pysze i bezwzględności, która nic nie umie przeba­
czyć innym, a b. wiele samemu sobie. - Potem czytam listy
n, które są jedyną nicią wiążącą mnie z przeszłością i „Timesa", którego Mayowa mi przysłała.
Idę do wioski speszony. Konferencja z Kawaką w jego do­
mu o obrzędach pogrzebowych i analiza łopaty sagowej. Po
południu zaczynam czytać Bolskiego i nie odkładam książki aż
0 5=tej. Idę na 'A godziny do wioski, mocno zdemoralizowany
czytaniem powieści i listem Stasia. Wieczorem czuję się b. hi­
sterycznie. Pomimo to przygotowuję plan kampanii z S. i idę
po Kawakę i Papariego do wioski. Po długich pour parler [ro­
kowaniach] wydobywam ich i wracam. Nareszcie tajemnica
nazw miesięcy się wyświetla! Idę spać zaraz bez czytania.
30. X. Wstaję b. późno o 9=tej idę wprost na śniadanie. Po
śniad. czytam numery „Puncha". Potem do wioski. Z Kawa­
ką b. marnie; jakiś leniwy i niechętny - i ja też nie jestem in
good form. Podczas lunchu rozmawia[m] z S. o etnolog[icznych] materjach. Potem przeglądam gazety. Idę na sporty. Po­
tem z S. znowuż o etnol[ogii] i rozmowa o polityce. On jest
liberał i staje się dla mnie zaraz sympatyczniejszy.
Derebai 31.X. Potem piszę dziennik i staram się zsyntetyzować moje rezultaty, przeglądając Notes & Queries . Po­
tem przygotowania do wycieczki, kolacja, podczas kt[órej]
staram się sprowadzić rozmowę na etnologiczne tory. Po kolacyi krótka rozmowa z Velavim. Potem jeszcze czytam
N[otes]&Q[ueries] i ładuję aparat. Potem idę do wioski; noc
jasna, księżycowa. Czuje się nie b. wyczerpany i enjoyuję
[enjoy - cieszyć się] spacer. W wiosce daję Kawace kawałek
tytoniu. Potem, ponieważ nie ma ani tańców ani zabaw idę
plażą na spacer ku Oroobo.
Cudna noc. 1. raz widzę tę roślinność w tern tajemniczem
oświetleniu. Zbyt dziwna i egzotyczna. Egzotyczność z lekka
przebija się poprzez powłokę rzeczy znanych. Nastrój za­
czerpnięty z powszedniości. Egz[otyka] dość silna, ażeby ze­
psuć normalną apercepcję, zbyt słaba ażeby stworzyć nową
kategorję nastroju. Wchodzę w bush. Bierze mnie chwilowo
trema. Muszę się montować. Spoglądam w głąb. „Jakie jest
moje życie wewnętrzne" Nie mam powodu, ażeby być zado­
wolonym z siebie. Praca, którą robię, jest raczej formą narko­
tyku, niż wyrazem twórczości. Nie staram się jej powiązać ze
źródłami głębszymi. Zorganizować. Czytanie powieści
wprost fatalne. - Kładę się spać i myślę o erotycznych rze­
czach w sposób nieczysty.
31. X. Rano budzi mnie S. Wstaję i ubieram się bezpfośrednio] przed śniad[aniem]. Potem śniad[anie], spakowanie
1 jazda. Morze całkiem zamglone. Ląd ledwie w sylwecie.
Loncha kołysze się b. Głowa zamglona. Zbliżamy się do
wspaniałych, pokrytych bujnym płaszczem, gór. Fiordy, doli­
ny, skały romantyczne nad morzem. Wioska au fond [na koń­
cu] zatoczki. Nad nią pagórki pokryte olbrzymią puszczą. Siedzę na werandzie. Bougaivilia płonie na tle zieloności;
morze zielone prześwieca między liściami kokosów.
36

37

202

(Kończę w Mailu 2.XI.) Biorę Iguę i Velavi i idę do wio­
ski. Przedtem słyszę konszachty S. z native-teacherem [tubyl­
czym nauczycielem] i wysłuchuję jego ekspektoracyi [expec­
toration - plucie] przeciwko policjantowi. Nienawiść moja
przeciwko misjonarzom wzbiera. Wioska marnie zbudowana.
Domy stoją dość nieregularnie w dwu rzędach, tworząc ulicę
nie tak równą i ładną, jak w Mailu. Na środku stoi znak tabu,
mała bramka, ozdobiona zeschłymi liściami i białymi mu­
szlami na wierzchu. Staram się dowiedzieć czegoś, zebrać in­
formacje - nic nie mogę, po raz pierwszy spotykam się ze
śmiechem. Idę przez wioskę z cynicznym draniem, Bonio.
Spotykam Saville'a, który robi zdjęcia. Jedyny przyzwoity
dom, z aligatorami rzeźbionymi na powalfe] werandy, należy
do policjanta. Wracam na lunch. Potem drzemię w kościele dość marnie. Potem z Iguą, Velavim i dwoma jeszcze drania­
mi (Bonio i sepumowaty facet) idę oglądać ogrody. Idziemy
przez dżunglę; olbrzymie, skarpowate drzewa; gęstwa ljanów. Puszcza mniej ciemna i wilgotna, niż w Orauro (planta­
cja misyjna, gdzie byłem ze S.); pytam o nazwy drzew i ich
użytek. Mały ogródek bananowy. Tu i ówdzie wyglądają zie­
lone stoki otaczających pagórków, ale w ogóle gęstwa zasła­
nia wszystko. Przechodzimy przez błotnistą rzeczkę. Ogród
na stoku. Wypoczywam na małem spalenisku. Gorąco i wil­
goć silna, czuję się dość dobrze. Zaczynam się drapać pod
górę poprzez zawalony ogród i wertepy. Powoli widok się
otwiera; powódź zieloności; dolinka o stromych ścianach, po­
krytych puszczą; dość wąski wygląd na morze. Pytam się
0 podział gruntów. Byłoby dobrze dowiedzieć się o dawnym
systemie podziału i zbadać teraźniejszy, jako formę przysto­
sowania. Jestem silnie zmęczony, ale serce nie zmęczone i nie
brak mi tchu. Dochodzimy do przełęczy. Widok na 2 strony.
Dolinka, ukoronowana pagórkiem, na którym przedtem stała
wioska, szersza i b=j pozioma. Idę pod górę i rozkoszuje się
widokiem na obie strony: na morze. Schodzimy 2=ą stroną;
cudny zapach; śliczny widok na cirque [kotlina] - ukorono­
wany DELEBAI+ORO. Nogi jak z masła, ledwo idę. Na do­
le idziemy bajeczną puszczą; przenoszą mnie przez rzekę.
W wiosce sporty - siedzę nad morzem. Kolacja; silne zmę­
czenie; ładny obrazek dzieci, palących ognisko wśród bez­
księżycowej nocy. Śpię marnie, pchły.
1 .XI. Rano idę do wioski, gdzie świnie. Myślę o nieracjo­
nalności zakazu świń i nakazu koncentrowania wiosek; o pro­
jekcie, kt[óry] bym chciał zrobić gubernatorowi, o wycieczce
z Ahuią. Jestem zmęczony, ale nie bardzo. Jazda łódką do Borebo . Przymglenie nie pozwala admirować widoku. Idę do
wioski; dubu; zbieram informacje, które tu po prostu płyną
pełnym strumieniem. Wracam na obiad. Po ob[iedzie] nie
śpię. Robię 4 zdjęcia. Potem idę do wioski i zbieram materjał. B. inteligentni krajowcy. Nic nie kryją ani nie kłamią. Idę
spacerem do Dagobo Unevi. Aha; cudny krajobraz, na który
patrzę. Jasne skały wyglądają spośród zieleni. Głęboka doli­
na z fantastycznymi basztami. Droga do (Dagobo) Unevi
cudna. Palmy; gąszcza, kępy mangrowów od strony morza;
skałki. Wioska mała i marna; zbudowana nie. w 2 rzędach.
Aha. Bóorebo b. marne, ale 5 bramek tabu'owych, dubu
w środku ulicy: każda aura ma swoje dubu. Mały cirque Une­
vi wspaniały: 2 [dwiema] basztami zakończone kopce, pokry­
te zielenią; między nimi wąska dolina, zakończona ścianą
prostopadłą, na kt[órej] latem gra wodospad. Wracam łódką
1 modlę się do cudnej przyrody. Wieczór zmęczony, nie mam
ochoty iść do wioski. Drzemie poprzez modlitwy; idę spać.
38

Cały ten dzień przeżyłem w zgodzie z rzeczywistością, czyn­
nie, bez chandry. Brzeg pokryty wysokopiennymi palmami,
pochylonymi żyrafowato - nadają śliczną ramę głębszemu
pejzażowi.
2.XI. Wstaję ze zdeklarowaną migreną. Leżę w euthanatycznem skupieniu na statku. Stracenie subiektywizmu i wy­
zbycie się woli (odpływ krwi od mózgu?). Życie tylko 5 zmy­
słami i ciałem (wrażeniowo) sprawia zlanie się bezpośrednio
z otoczeniem. Miałem poczucie, że charcząca i tłucząca ma­
szyna i łódź - to ja; miałem poczucie bezpośredniego mchu
łodzi - to ja tłukłem się o fale i prułem je. Unikam choroby.
Wysiadam jak zbity; nie kładę się od razu; jem śniadanie
i przeglądam gazety ilustrowane o wojnie. Szukam czegoś
0 Polsce - nic nie ma. Jestem b. zmęczony, zaraz po obiedzie
idę spać - śpię od 2=ej do 5=tej. Nie czuję się świetnie po­
tem. Siedzę nad morzem. Chandra nie przechodzi. Problem
Stasia mnie męczy. Faktycznie on postępował w stosunku do
mnie niemożliwie. Moje powiedzenie wobec Lodge'a [to] nie
było nic złego. Jego sprostowanie było. Jego pretensje są nie­
uzasadnione, a sposób, w kt[óry] je wyraża, przecina z góry
możność porozumienia się. Finis amicitiae. Zakopane bez
Stasia! Nietzsche zrywa z Wagnerem. Bezwzględnie uznaję
jego sztukę; podziwiam inteligencję i wielbię indywidual­
ność, ale nieznoszę charakteru.
Przerwałem pisanie dziennika na parę dni, niestety. Po po­
wrocie z wycieczki - w Poniedziałek - zrobiłem całodzienną
pauzę.
We Wtorek 3. nie czułem się też b. dobrze; poszedłem ra­
no do wioski i nie zastawszy nikogo, wróciłem z wściekłością
do domu, gdzie chciałem przeglądać notatki - a w rzeczywi­
stości czytałem znów gazety.
Na 2. dzień (4.) rano posyłam Iguę do wioski, ażeby zo­
baczył, czy są informanci. Znowu nie ma nikogo. Zostaję
w domu. Nig to jest we Czwartek. Wtorku nie pamiętam.
Dość, że we Czwartek dowiaduję się, że Greenaway przyje­
chał. Idę do wioski, gdzie G[reenaway] na Orou, ze świtą nativów. Wracamy razem do misji. Po południu idziemy do
wioski, gdzie kurują Laurę i gdzie gadamy o ubraniach i in­
nych szczegółach. G. niewiele mi pomaga.
Następnego dnia rano (Piątek 6.) jedziemy do P[or]t Glas­
gow. Przez cały ten czas czuję się dość mamie. Czytam na
umór Monte Christa. Jadąc do P=t Glasgow nie czuję się
świetnie, czytam powieść. Jedziemy koło wysepki zamie­
szkanej, podobnej do Mailu; potem wzdłuż brzegów poro­
słych zielonością. Czuję się zbyt mamie, żeby patrzyć i grzę­
znę w prześcieradle. Nawet we fiordzie, gdzie morze spokoj­
niejsze nie mogę się wydobyć na realność. Ciężar w głowie,
ospałość - czytam na łódce, czekając na herbatę. Potem idę
na ląd i wysiadam koło storeroomu [magazynu] plantacyi. Idę
do wioski. Domy o concavnych [concave - wklęsły] dachach
1 domy o ścianach pod dachem, typu me Mailu. - Staram się
zastać mężów starych i mówiących motu. Wychodzi staru­
szek o sympatycznym wyrazie twarzy, o przezroczystem
spojrzeniu, pełnem spokoju i mądrości. Rano informacja
idzie nieźle. Wracam, jem na łódce i czytam. Około 5=tej idę
na ląd i siedzę nad morzem, w cieniu. Informacja idzie go­
rzej. Staruszek zaczyna łgać o pogrzebach. - Wściekłość
mnie bierze, wstaję i idę na spacer. Wilgotne, mgłe gorąco;
palmy sagowe. Ogrody; naokoło, ponad drzewami wznoszą
się zalesione stoki i szczyty wzgórz. Powódź zieloności.
Śliczny spacer, którego nie mogę enjoyować. Zaczynam się
204

wspinać pod górę; ciężko, gorąco mi, z drogi śliczne coup
d'oil [widok] na stoki. Chwilami cudny zapach kwiatu jakie­
goś drzewa. Głębokie lenistwo myśli, ujmuję bardziej retro­
spektywnie, jako doświadczenie utrwalone w pamięci, niż
bezpośrednio z powodu fatalnego stanu, w jakim się znajdu­
ję. Głębokie przemęczenie przy powrocie. Wracam trochę in­
ną drogą - zdenerwowanie; obawiam się, że zbłądziłem i je­
stem speszony. Wieczór pod palmami. Igua, Velavi rozma­
wiamy o dawnych zwyczajach; Velavi otwiera mi nowe hory­
zonty: o Boborze, o walkach etc. Śpię mamie, świnia mi
przeszkadza. Budzę się nieświeży; jadę na launch i czytam
Monte Christo. Saville i Hunt zjawiają się. Czytam. Jedziemy
do Millport H[abou]r. Ślicznie zalesione brzegi, przypomina­
ją Clowelly - ale jakiż inny aromat! Tego tu nie można prze­
żywać. Wjeżdżamy w cudny Millport H=r. Wioska, łodzie
otaczają launch. Potem jedziemy naokoło, do innej wioski.
Wracamy, wspinamy się ku dawnemu druhowi Saville'ów.
Czuję się mamie i ledwo lizę. Widok rzeczywiście wspania­
ły. Na wschód masywne, skondensowane brzegi zalesione
otaczają, zgnieciony niejako basen; na prawo wyższe góry
nad samą zatoką. Silny, świeży powiew wiatru. Wracamy;
rzygam. Po powrocie czytam na launchu; potem wieczorem
czytam i kończę M-te Christa, przysięgając, że już więcej po­
wieści do rąk nie wezmę.
W Niedzielę 8. rano gadam z G. potem idziemy do kościo­
ła, potem do wioski, gdzie badamy tattoo dziewczyn. Potem
wracamy. Haddon . Spotkanie z całą bandą Po obiedzie
idziemy razem do wsi; przedtem jeszcze pokazuję Haddonowi moje notatki. We wsi Haddon i jego córka obijają się; on
łódki, ona catscradle . Wracamy do domu - fonograf po kolacyi. Wieczór gwiazdy z katarynką.
W Poniedziałek 9. Haddon z familją jedzie do plantacyi.
Ja rano z G. w wiosce - po południu drzemka - wstaję późno,
z G. w domu. Wieczór spacer do wioski. Zabraniam śpiewać
hymny, speszenie przez Haddona. Nie ma tańców. Wracamy.
Oni grają w bilard. Ja patrzę na gwiazdy.
We Wtorek 10. z Haddonem do wioski. Ja gadam z G.,
Puaną i innymi o pogrzebie i zaklęciach. Wracamy do domu
łódką. Po południu idę z G. do wioski, obrabiamy łódkę. Wie­
czór gadam z S. niepotrzebnie o projektowanym małżeństwie
z Papuaską.
Środa 11. wstaję późno. Rano czuję się b. podle. Zastrzykuję arszfenik] i żelazo. Pakuję się. Po lunchu jedziemy dingą [dinghy - mała łódka] do wioski. Bajeczny nastrój wyja­
zdu i śliczna jazda pod żółtym, wspaniałym żaglem. Laruoro , zdjęcia Magubu. D[ick] D[e Moleyns] - syn lorda - pi­
jany. Jestem szalenie zmęczony, nie mogę nic robić.
Czwartek 12. rano gadam z Greenawayem o łódkach, po­
tem Dimdim. Po południu znów Dimdim; potem Greenaway;
potem spacer krótki; kolacja - idę spać. - Namiętności i na­
stroje: nienawiść do Haddona za speszenie, za konspirowanie
z misjonarzem. Zazdrość o specimeny [specimen - okaz],
które on dostaje. W ogóle silne przytępienie. Ale po skończe­
niu M=te Christa praca dość porządna.
Dzień 12.XI. był wyjątkowo energiczny. Rano wziąłem
kąpiel. Potem dużo robiłem i pisałem, i zbierałem informacje
efektywnie.
13.XI. Po nieźle przespanej nocy wstaję dość rano, piszę
dziennik i dość wcześnie idę po informacje do małej wioski
(Charlie + Maga). Informacja idzie dość ciężko, jakkolwiek
nie bezowocnie. B. gorąco. Zaczynam się czuć dość podle.
39

40

41

Wracam prawie że mdlejąc. Drzemię na workach z bawełną.
Potem obiad - jem za dużo. Potem śpię do 4 1/2. Potem zbie­
ram się iść do Kurere . Przed pójściem rozmawiam z Dimdimem i dochodzę do ostatecznego zniecierpliwienia - zamy­
kam notes. Hon.D.D. ma potwornego kota, bo poprzedniego
dnia skończyła się whiskey. Greenaway wyjeżdża rano. Wieczorem idę do Kurere; nie jestem b. zmęczony. Idę swo­
bodnie. Światło latarni buduje z palm pośród nocy jakieś
dziwne sklepienie i fantastyczne wnętrze. Nad brzegiem po­
śród korzeni mangrowów wykarczowanych, liczne, duże do­
my stoją rzędem. Tańczą TSELO - najładniejsza z melodyi tu
słyszanych. Patrzę i odczuwam zadowolenie artystycznej
i naukowej ciekawości. Bądź co bądź w tern jest dużo z pry­
mitywnego człowieka, z epoki kamienia polerowanego. Przy­
chodzą mi na myśl refleksje o niezmiernej sztywności zwy­
czaju. Ci ludzie trzymają się pewnych określonych form tań­
ca i melodyi - pewnej sztywnej kombinacyi błazeństwa i poezyi. Mam wrażenie, że zmiany mogły następować tylko nie­
zmiernie powoli i stopniowo. Niewątpliwie zetknięcie dwu
sfer kulturalnych musiało też mieć dużo do czynienia ze
zmianą zwyczajów.
42

14.XI. 14.. wieczorem.
Siedzę z Dirty Dick, z którym przed chwilą rozmawiałem.
Teraz on czyta jakiś stary artykuł czy nowelkę z magazynu;
ja poddaję się chwilowo chandrze. Jak w górach przez mgłę,
gnany wiatrem, przegląda raz ten szmat widnokręgu, to zno­
wu inny się odsłania, tak mgła chandry, ciemności spowijają­
ca, odsłania tu i ówdzie dalekie, odległe widnokręgi, wspo­
mnienia; snują się one jak owe obrazy światów odległych, le­
żących u stóp wśród mgły górskiej. - Czuję się dziś znacznie
lepiej. Chwilami zamroczenie, senność - niby w Reading
Roomie . Ale w ogóle brak tego beznadziejnego wyczerpa­
nia, które mnie wczoraj omotało. Dziś chwilami wdychałem
pełną piersią piękno tutejszej sceneryi. Charlie i Dimdim
obydwaj byli dziś na wyspie Amoro. Postanowiłem pojechać.
Pod żółtym żaglem [?] swe skrzydła jak ptak olbrzymi ba­
jeczna jazda. Poczucie, że się jest mocnym na fali - na tratwie
takiej - bezpośrednie zetknięcie z morzem. Na[d] mleczną
zielenią wody - niby turkus przezroczysty fioletowe sylwety
gór, jakby cienie rzucone na ekran mgły. Za mną, nad drze­
wami dżungli pokrywającej płaski brzeg wychyla się wynio­
sła piramida pokryta lasem. Przede mną lśniący pas piasku
żółtego, nad nim sylwety palm jakby wyrosłych z morza. Wy­
spa koralowa. Woda pluszcze między deskami platformy
- przegląda morze dziurami i pryska rozbijając się o brzegi
łódki. Mielizna. Chłopcy pchają łódkę. Dno przegląda - pur­
purowe rozgwiazdy wśród przezroczystej zieleni. Z daleka
Mailu - zamglona sylweta o szlachetnym profilu wulkanicz­
nej skały. Mała wioska o paru dobrze zbudowanych domach
typu Mailu i kilku ruderach bez charakteru. Na nagim piasku
parę drzewek - zresztą szare domki, ciemne słupy wyrastają
z fal piasku żółtego. Otoczone płotem - mimo to świnie naj­
spokojniej spacerują pod domami. Charlie i paru starców. Pi­
łują narzędzia kamienne. Przy mnie tłuką obsydjan - ja sam
odtłukuję flak. Golą chłopca. Jem orzech kokosowy - idę
spać. Wracam do Dimdima i piłuję gwiazdy. Zmęczenie. Po­
tem rozmawiam swobodnie o Madunie , o tańcach, o domu.
Wielkie poruszenie i dwa dugougi [dug-out - łódź z wydrą­
żonego pnia] pojawiają się na morzu. Chłopcy rzucają się
[na] łódki i walą co sił. Krzyki - rady rozlegają się naokoło.
43

44

45

Dugouty z outriggerami - jakby wlokąc dziwny cień za sobą
ślizgają się po morzu. Z daleka białe łby wal [fal] rozbijają­
cych się o rafę koralową. Na Zachodzie szkarłatne plamy na
ciemnym, zachmurzonem niebie - dziwnie ponure - jak wy­
pieki na schorowanej, śmiercią napiętnowanej twarzy (jak
przedśmiertne wypieki na schorowanej, dogorywającej twa­
rzy). Siadam - w pozycji niestałej równowagi - na dugout'e
jadę do Lugumi. Rozpięty żagiel. Płyniemy w rzędzie. Ciem­
ne deszczowe chmury. Na Płn.Z. łyska się, Igua twierdzi, że
to znak Laurabady wzmocnionej (Płd.Wsch. pasatu).
Wieczór z D.D. - Sylwetki: a) białe, 1. Hon. R. DeMoleyns, zwany „Dirty Dick" - syn lorda irlandzkiego, prote­
stanckiego. O rasowej, szlachetnej sylwetce. Urżnięty jak be­
la jak długo zapas whiskey się nie wyczerpie. Po wytrzeźwie­
niu (byłem obecny przy ostatniej butelce whiskey) dość rese­
rve i kulturalny; z wybitnie dobrymi manierami xb. przy­
zwoity. Mało wykształcenia i mało kultury umysłowej.
2. Alf[red] Greenaway „Arupe" z Ramsgate czy Margate,
ze sfery robotniczej, chamisko niezmiernie poczciwe i sym­
patyczne; wciąż ,,bloody"[cholerny] i dropuje „he" i żonaty
z autochtonką; czujący się fatalnie w porządnem towarzy­
stwie, zwłaszcza kobiet - nie mający najmniejszej ochoty
wyjechać z Niu Gini.
b) kolorowe. Dimdim (Owani) - nowoczesny Orestes
- zabił matkę własną w przypływie Amoku. Nerwowy, nie­
cierpliwy, wcale inteligentny. Życie z Demolinem w zupełnem zdziczeniu - nieogoleni, w piżamach, w szalonych bru­
dach - w domu bez ścian - 3 werandy rozdzielone przepie­
rzeniami - b. mi się podoba. Znacznie lepiej niż życie w Mis­
sion Housie. Olcza ulepszona. Gromada chłopców na usługi
b. przyjemna.
Kwato. 29.XI.14.
Potem następuje dość długie zamglenie. W Niedzielę
15.XI. rano wstałem dość wcześnie i zabrałem się do roboty.
Chciałem popracować nad notatkami. Pomimo wysiłku nie
byłem w stanie. Głowa nie odpowiadała. Koło 1 l=stej Saville (nieprzyjemne wrażenie), czuję się b. podle i nie mogę pra­
cować. Gadam z D.D.. Po objedzie czuję się już całkiem źle
i idę do łóżka. O 5=tej nie chcę iść do Saville'ow - leżę na
pryczy koło bawełny i beche de mere. Czuję się chory, opu­
szczony, zrozpaczony. Wstaję, okryty pledem siadam nad
morzem, na klocu. Na mlecznem, mętnem niebie - jakby wy­
pełnione zmąconą, brudną cieczą - fiolet różowy zachodu;
przepełnia wszystko, pokrywa morze ruchomą, powłoką
różowego metalu - zamykam na chwilę świat w jakimś za­
murowanym, dziwnym zaklęciu urojonego piękna. Fale roz­
bijają się o żwir u stóp moich. Wieczór samotny, mało co po­
żeram z bogatej kolacyi.
Poniedziałek] rano: morze dość niespokojne, kładę się
i nic nie widzę z ślicznego pejzażu między Moguba a Mailu.
W domu siedzę i czytam gazety - zmęczenie, przygnębienie,
doza długiej disability [niemocy]: głowa zupełnie anemiczna.
D.D. wyjeżdża przed lunchem.
Wtorek 17. S. wyjeżdża rano. Staram się trochę przeglą­
dać notatki, ale b. nieśmiało. Czytam Kiplinga, nowele. Epo­
ka przygnębienia, braku nadziei w możność pracy, przypomi­
nam owo lato w Anglii. Muszę się czuć b. podle. Prawie, że
rezygnacja co do dalszej pracy. Jestem b. kontent z planu ja­
zdy na Płdn. - W czytaniu nowel staram się utopić rozpacz.
B. prawdopodobnie] choroba morska skumulowana z rodza205

jem przeziębienia w Mogubo doprowadza mnie do podłego
stanu zdrowia.
We Środę 17. próbuję iść do wsi i trochę pracować, ale
wszystko b. ostrożnie i bez zaufania w swe siły. Wieczór czy­
tam Kiplinga. B. byczy artysta (oczywiście nie w porównaniu
z Conradem) i b. sympatyczny facet. Przez jego powieści Indje zaczynają mnie pociągać.
We Czwartek czuję się lepiej i zaczynam robić trochę gim­
nastyki - cierpię na bezsenność tych nocy, czuję nerwowy nie­
pokój w całym ciele. Zaczynam się czuć bez porównania le­
piej, zwłaszcza któregoś tu dnia, kiedy wziąłem chininę (Pią­
tek?). Potem znowuż jeden dzień relaps [nawrót]. Główne in­
teresy w życiu: Kipling, chwilami silna chandra za Matką rzeczywiście, gdybym mógł pozostawać w komunikacyi
z matką nie dbałbym o nic i chandra moja nie miałaby głębsze­
go podkładu. - W ogóle zaczynam czuć się mniej beznadziej­
nie, jakkolwiek bynajmniej nie świetnie. Arszenik zastrzyknąłem ostatni raz 18. b.m. - t.zn. 12. dni temu. To zbyt długa pau­
za! Przez ten czas podlegam urokowi Kima - b. ciekawa po­
wieść i daje dużo wiadomości o Indjach. Przez czas nieobec­
ności Saville'a pożycie z Saville'owa wcale niezłe. Ona znacz­
nie b=ej ożywiona. Parę razyrozmawiaze mną o przedmiotach
etnol[ogicznych] i raz nawet interpretuje [tłumaczy] dla mnie
Jenama. - Saville przyjeżdża w Poniedziałek] (23?) tak. Wy­
jazd do Samarai przyspieszony. W Poniedziałek rano idę do
wioski i robię zabawki i wychowanie z DAGAEĄ . Po połu­
dniu zbieram genealogiczny census [spis ludności] wioski. Iry­
tują mnie konszachty Saville'a z Armitem i znęcanie się nad
ludźmi, niechętnymi misyi. Zbieram w myśli argumenty prze­
ciw misjom i namyślam się, w jaki sposób by można najsku­
teczniej przeprowadzić kampanję antymisyjną. Argumenty: ci
ludzie niszczą radość życia krajowców; niszczą ich psycholo­
giczny raison d'etre [racja bytu]. To co dają natomiast jest zu­
pełnie poza dzikimi. Starają się oni walczyć konsekwentnie
i bezwzględnie z wszystkim co stare i wytworzyć nowe potrze­
by, materialne i moralne. Są niewątpliwie szkodliwi. - Chcę
o tern pogadać z Armitem i Murrayem. O ile możności też
z Royal Commission. - Armit obiecuje mi, że każe mnie „ob­
nosić' po swoim dystrykcie. B. mnie to uspokaja i cieszy. To
samo będę mógł zrobić w okolicach Rigo We Środę 25. pakowanie. Jakieś rozklejenie nerwowe,
sentymentalna chandra. Żal za skończoną epoką i trema, co
będzie dalej. Myślą jestem często w domu. Odbijam i utrwa­
lam fotografje. Odkrywam, że t odbita na selftoning paper
[samotonującym papierze] i odbijam ją. Widok smutnego może jeszcze zakochanego? - wyrazu twarzy przepełnia
mnie bolesną chandrą. Przypominam nastrój w czarno obi­
tym pokoju , tamtego ciemnego popołudnia, kiedy mąż nas
zastał ostatecznie i ona nie mogła wyjść ze mną. - Chwila sil­
nej, głębokiej miłości - widzę w jej twarzy urzeczywistnienie
ideału kobiecości. Jest mi znowuż nieznośnie, nieopisanie
bliska. Jest znowuż moja t - co ona teraz robi? Jak daleko jest
ode mnie? Czy pamięta jeszcze uczuciem? We Środę nie idę do wioski. Idę spać wcześnie, śpię kiep­
sko.
We Czwartek 26.XI. o 5=tej rano - cudny nastrój poranku,
ślubuję, że będę rano wstawał stale - wyjeżdżamy. Chwilę pa­
trzę na Mailu - wspaniałe, powyginane żebra górskie. Potem
kładę i leżę już przez jakie 4-5 godzin. Nic bym zresztą nie wi­
dział, bo wszystko pokryte gęstą mgłą. Choroba morska bez
rzygania, nieznośna, ale bez zrozpaczenia. - Koło Bona-Bo46

47

48

206

49

na wstaję i siedzę, z silnem bólem głowy. Zamglone pagórki,
dość suche i nie wściekle piękne. Isulele Bay b. ładna, wysia­
damy. Przypomina góry na L[ago] di Garda - szeroki grzbiet
pokryty zielonością. - Rich, sympatyczny, rzewny, jowialny je­
gomość - sądzę, że wolałbym go znacznie lepiej niż Saville'a.
Idę na górę, lunch. Rich emabluje mnie b. uprzejmie. S. jest,
w ogóle mówiąc, niemiły. Po lunchu i po długiej pogawędce
0 polityce etc. Rich odprowadza mnie na dół; ja czytam Timesy i w ogóle nic mnie bynajmniej nie ciągnie ku badaniom et­
nograficznym]. Około 5=tej jadę do wioski i poddaję się arty­
stycznie wrażeniom nowego Kulturkreistu [kręgu kulturowe­
go]. W ogóle wioska robi na mnie niesympatyczne wrażenie.
Domki starego typu, z wygiętym dachem są niewątpliwie cie­
kawsze i ładniejsze niż domki Mailu. Ale pewna dezorganiza­
cja, rozrzucenie wiosek; baciarowatość i namolność ludzi,
którzy śmieją się, gapią i lizą, peszy mnie trochę. Widzę 3 ty­
py domków - trzeba się będzie poorjentować w tym wszystkiem. - Wieczór u Richów, kolacja, schodzę i czytam; idę spać
późno. Rano wstaję; idę na śniadanie spóźniony, potem pracu­
ję trochę z pomocą syna Samoańczyka. Silne zmęczenie i przy­
tępienie. W Isuele w ogóle b. gorąco. Po lunchu kładę się spać
1 śpię do 4=tej potem znowuż trochę pracuję. Wieczór - kapi­
tan Smali, bilard, lekkie starcie z Saville' em.
W Sobotę 28 o 4=tej wyjeżdżamy. Leżę do 6=tej, potem
wstaję. Śliczny pejzaż. Brzegi jeziora Waldstadt z framą [fra­
me - rama] palm na samym dole. Jazda przez kanał Suau.
Myślę jakby było byczo mieszkać tam na stałe. Fantastyczne,
widocznie świeże wulkaniczne skały o ostrych konturach,
0 basztach i turniach silnie osadzonych po przełęczach
1 szczytach, spadają stromo w morze, sięgając ciemną skałą
w głębie. Siedzę, patrzę i nucę. Umysłowo jestem przytępio­
ny chorobą morską i bez hedonizmu ale wchłaniam wzroko­
wo rozkosz pejzażu. Za Suau góry schodzą i ustępują na le­
wo; z daleka wyłaniają się wykwity wysokich gór po drugiej
stronie Milne Bay. Bajeczny efekt rafy koralowej, wyglądają­
cej z głębin. - Powoli występuję z zamglenia oddali sylweta
- Rogei - thrill [wzruszenie] - nowa faza Pacyfiku. Cały ten
czas siedzę na wierzchu statku. - Przyjazd do Kwato. Abel
- przypomina Don Pepe Dunque. Szalone zmęczenie i sen­
ność. Siedzę na werandzie i feuilletuję Chalmersa . Cricket
na dole. Ładne dość i wcale miłe dzieci. Cała rodzina, tak zre­
sztą jak i rodzina Richów robi b. sympatyczne wrażenie. Lunch; potem jazda na Rogeje. Rozmowa z D=rem Shaw,
zbieraczem karaluchów. Decyduję się zostać na Kwato. Przy­
jaźń z Saville' em, kt[óry] proponuje mi przejrzenie manu­
skryptów. Kolacja u Abelów. Rozmowa z Abelem o dzikich
i o Maoryi. Wieczór i ranek nad wodą. Przede mną błękitne
fale - a raczej płaska, gładka woda. Z tyłu lesiste pagórki mainłandu [lądu stałego]. Na lewo koniuszczek Rogei, domki
wśród palm. Przede mną mała zielona kopułka wysepki.
Wszystko b. ładne. B. byczy nastrój. - Dziś rano zgubiłem
agrafkę, kt[órą] pożyczyłem t w Sundgate. Znów chandra
i poczucie że się w niej kocham. W Niedzielę 29. siedzę w domu rano i piszę powyższe
słowa, czując początek zmęczenia. Koło ll=tej schodzi Savil­
le i Ellis i gadają chwilkę. Potem, koło 11A idę powoli, z wyraźnem osłabieniem, na górę. Nabożeństwo z Ablem. Siedzimy
w czworokątnej kapliczce czy loży, wyglądającej na rotundę.
Smród b. wyraźny. Nabożeństwo długie z parokrotnie powta­
rzanymi hymnami. Czuję się b. zmęczony i wyraźnie zdemora­
lizowany. Po nabożeństwie Abel zapoznaje mnie z Johnim,
50

51

3

swoim najlepszym informatorem. - Potem schodzę na lunch.
Po lunchu jadę dingą z Iguą, Utatą i Sanjawanim do Samarai.
Jedziemy tuż koło Rogei. Przez nieskazitelnie przezroczystą
wodę widać fioletowe i brązowe kamienie w zielonym blasku.
Nad morzem schylone palmy wysuwają się z splotów zielonej
gęstwy. Nad nimi straszne ściany pagórka niezbyt wysokiego
pokryte wysokimi drzewami i gestem poszyciem. Zieleń ciem­
na wzgórz i dżungli wszechpotężnej i pełnej wdzięku, zieleń
jasna wody przezroczystej; niebo zastygłe w wiecznej pogo­
dzie, lazur głęboki morza. Na tem - sylwetki dalekich niezli­
czonych wysp; bliższe wyraźne zatoki, doliny, szczyty. Góry
lądu stałego - wszystko niezmierzone, skomplikowane a jed­
nak bezwzględnie harmonijne i piękne. Przede mną Samarai
w spokojnem omdleniu pogodnego popołudnia niedzielnego.
Oczekiwanie. Idę do Higginsona , kt[óry] nie b. uprzejmie
ofjarowuje pomoc i komunikację, ale przyjmuje mnie dość
chłodno. Potem schodzę; nie zastaję D=ra Shaw, kt[óry] mnie
poprzednio b. uprzejmie przyjął i zapraszał. Schodząc spoty­
kam Salomona, z kt[órym] rozmawiam o roślinach etnologicznych, zachęcam i objecuję kooperację. Z nim razem idę do
Ramsay'a; b. sympatyczne wrażenie i uprzejme przyjęcie. Potem do D=ra Shaw, kt[óry] mnie zatrzymuje na kolację; je­
stem dość bryljantny [brilliant - olśniewający] i czuję się w by­
czym sosie. Wracam dość późno; chłopcy głodni. Deszcz leje
poprzednio (to mnie zatrzymało na kolacyi). W nocy deszcz
przecieka na mnie, budzi mnie; kaleczę się w palec wielki le­
wej nogi. Rano pracuję z Saville'em; potem on jedzie ze mną
do Samarai. Każe mi czekać aż do 12=tej, co mnie peszy, po­
nieważ D=r zaprosił mnie na lunch. Przyjeżdżam o 12=tej
z minutami do Sa[marai]. Higginson daje mi bumagę do Jailu
[jail - więzienie]. Nikoll, staruszek o purpurowym nosie, idzie
ze mną; prisonery [prisoner - więzień] stają pod rjad; wybie­
ram paczkę na przedpołudnie. Lunch u D=ra dość ospały;
olbrzymi ananas b. soczysty, dość kwaśny. Idziemy z Shaw'em
do szpitala; potem do więzienia. Z początku jestem trochę spe­
szony; potem idzie mi lepiej. Charlie b. sympatyczny facet, nie
tak inteligentny, jak Ahuia. Koło 6=tej wracam; o 7=ej Saville
przychodzi. Wtorek 1. grudnia rano Saville, jak zwykle; staram się być
uprzejmy i unikać frykcyi [friction - tarcie] - co jest dość
trudne. - Któregoś dnia np. - we Wtorek właśnie, miałem je­
chać dingą do miasta. S. ofjarowuje mi launch, ale każe cze­
kać nieokreślony czas. Ja powiadam, że wobec tego wezmę
dingę; na co on powiada, że mi nie może dać dingi. Przez ca­
ły czas tych tranzakcyi nie straciłem panowania nad sobą. We Wtorek rano pracuję jaką godzinę w Jailu. Shaw zaprasza
mnie znowuż na lunch; umawiamy się na spacer na Czwartek
do Ebumy. Potem schodzę do Jailu. 2 chłopców z Rossel
I[sla]nd nietędzy. O 4=tej idę do Ramsaya i aż do 6=tej prze­
glądamy narzędzia kamienne. Facet (Hyland), który potem
obiecuje darować mi parę curiousfities - unikatów], zawraca
głowę i nic nie robi. - Wieczorem we Wtorek S. zdaje się też
przychodzi - czy też ja idę na górę i rozmawiamy o Conra­
dzie; ja biorę Youth.
We Środę przyjeżdża po mnie Government Whaleboat
[rządowy statek wielorybniczy]. 1. raz jadę pod żaglem.
Olbrzymia frajda w nieosobowej, cichej, tajemniczej sile
wiatru. Załoga złożona z 10 ludzi - mam poczucie Sahibowatości. [skreślone: Rano w Jailu; poznanie się z Anglikiem z N.
Gwinei niemieckiej] Nie jeszcze. Przedpołudnie] w Jailu zbieram się dość późno. Lunch, składający się z 3 tabliczek
52

208

czekolady zjadam idąc naokoło wyspy. Śliczny widok na
Płdn.Wsch., na otwarty Pacyfik z ładnie wyłożonej ścieżki.
Przez chwile poczucie, że morze jest ładniejsze, kiedy na nie
patrzymy z cywilizowanej abstanowki. Po południu w wię­
zieniu. Nagle popłoch. 2 destroyery [niszczyciele] z błyska­
wiczną szybkością wyjeżdżają. Widzę Union Jacka [banderę
brytyjską]. Idę do Ramsay'a - nie ma go; idę na brzeg. Roz­
mawiamy z majtkiem. Potem u Ramsay'a. Potem kolacja b.
smaczna i miła. Piję piwo i psioczę na misje, w czem Hig.
zgadza się ze mną, a facet sympatyczny i szczurowaty, Naylor, broni misjonarzy. - Odprowadza mnie on do Whaleboatu. Jadę o księżycu do Kwatou.
We CzwartekЗ.ХП.14. pracuję z Saville'em kiedy anon­
sują Morinder. Jadę Whaleboatem. Dowiaduję się, kiedy Mor.
wyjeżdża. W Jailu zapoznanie się z policjantem, wracającym
z German N.G. 6 [sześciu] więźniów, którzy obili misjonarza.
Wizyta na statku. Mordy Niemców. Mrs. de Ridghi. Chłodne
pożegnanie z Saville'ami (Rano miałem mocno niemiłe za­
warcie układu i zapłacenie za launch z S.). Rozmowa z poli­
cjantami. Silne i energiczne postacie krajowców z German
N.G. Spóźniam się mocno na launch u Shawów. Poznaję tam
Stanley'a, geologa rządowego. B. sympatyczny i uprzejmy,
trochę rough [niedelikatny]. Układamy się, że ewentualnie]
następnego dnia będziemy pracować w kamieniach. Potem
z D=rem jadę na Ebumę. Nie mogę pracować (b. bycza kobie­
ta; główny strażnik Kiwai). Proponuję mu yachting cruise
[podróż jachtem]. Jedziemy do Rogei, potem ku Saribie.
Mocne fale mnie peszą chwilami. Wracamy, cudny wieczór.
Wracam moim dużym whaleboatem. Idę potem rozmówić się
z Ellisem i obaj psioczymy na Saville'a. Jednego żałuję, że
traktowałem S. zbyt przyzwoicie. Ellis schodzi i gada ze mną
o różnych rzeczach. W Piątek rano, jadę dingą do Samarai. Tranzakcya z Aumullerem, kt[óry] mnie zaprasza na lunch. Potem praca
u Ramsay'a ze Stanley'em. Charlie nie przychodzi. Uczę się
dużo i lubię Stanley'a. Lunch z Aumullerem. Cudny, szeroki
widok z werandy. Rozmowa o Niemcach i wojnie - o czem
niby? Potem znów u Ramsay'a. Potem schodzę się z Haylandem, kt[óry] mi daje instrukcje. Wieczorem rozmawiam z Leslie'em o whalerze [marynarzu statku wielorybniczego],
kt[óremu] zarzucano chorobę weneryczną. Czuję się at home
[jak w domu], en pays de connaissances [kraju znajomym],
w Samarai. Wracam do Kwato - nie czuję się zbyt tęgo i idę
spać zaraz, nie czekając aż Ellis zejdzie. Od czasu do czasu
ogarnia mnie wściekłość na Saville'a i jestem zły, że nie wie­
działem o tem, że Ruby jedzie do Mailu.
W Sobotę jadę dingą dość wcześnie do Samarai. Przez
krótką ulicę zalaną oślepiającym słońcem, brukowaną miał­
kim, białym piaskiem, idę pod cieniem olbrzymiego fikusa,
między Rectory [probostwem] a kościołem, do domku Stan­
ley'a. Widzi mnie on z daleka i przychodzi. Równocześnie
zamawiam Charlie'a z dwoma więźniami. Robimy odkrycie
co do obsydianowej siekiery i co do klasyfikacyi siekierek na
użytkowe i ceremonjalne. Jestem faktycznie zainteresowany
tem, co robię. W południe chciałem zjeść lunch w hotelu Lesliego, ale wpadam na pijaka, który mnie zaprasza i muszę
dekompować [decompose - rozkładać się]. Idę na ławkę nad
morze i żuję czekoladę i suchary. Po południu wracam do
Stanley'a; pracuje z nami Hyland - potem przychodzą Orakaivy, które identyfikują obsydianową siekierkę. Wieczór idę na
chwilę do doktora; potem z Iguą wiosłujemy do Kwato.
53

Niedziela, Nie zdążyłem się spakować, jadę łódką dokto­
ra, pierwszy raz steruję. Jadę b. wolno, bo za mało przesuną­
łem się w kierunku wiatru. D=r spotyka mnie na quai'u [na­
brzeżu]. Jedziemy via Roge, potem Sariba, potem jeszcze je­
den track na prawo i wjeżdżamy w zatokę. Przez ten czas mo­
rze zdążyło mnie speszyć - lekka choroba. Chłopcy z Dobu
b. przystojni i sympatyczni, śpiewają; Igua w dobrym humo­
rze. Oglądamy dom, okradam grób, grzebię i znajduję foun­
tain pen [wieczne pióro]. Wracamy szybko. Kolacja u D=ra.
Speszony jestem i wściekły brakiem dinghi; podejrzewam
boyów o konspiracje zainstygowaną [instigate - podżegać]
przez Saville'a. Robie awanturę Arysie, kt[óry] wydaje się
pokorny i posłuszny. To mnie uspokaja. Igua pakuje, ja czy­
tam.
W Poniedziałek] 7.ХП. żegnam się z Ellisem i ze starą
panną, na wierzchu Daby, której nie lubię przez asocjacje
z Saville' em. - Pogodny dzień - morze zalane słońcem. Że­
gnam się z otoczeniem Samarai. Wracamy do Kwato [ten
drańНу land łgał - nie zostawił żadnej paczki w В.Р.]. - Je­
stem w ogóle źle usposobiony do całej drogi i do chłopców.
Tiabubu nie chce ze mną dyskutować o etnologii, co mnie pe­
szy ostatecznie. Siedzę na wierzchu i patrzę na pejzaż, prawie
że go już nie pamiętam. Nie patrzę na śliczny kawałek, który
przypomina Castel del'Uovo [w Neapolu], Blisko Suau ślicz­
ny pejzaż: na prawo w głębi wysokie strome pasmo gór. Na
lewo szereg wysp. Suau wygląda b. ładnie. Na lądzie zapo­
znaję się z grupą ludzi, mówiących po angielsku: Biga i Banarina. Potem jadę na lagunę. Śliczny widok: b. wąskie wej­
ście, prawie koliste jezioro; płaski brzeg porośnięty wysoki­
mi drzewami, w głębi wysokiej góry, ładnie zarysowane. Na
brzegu siedzę na ludożerczej gahanie i rozmawiam z Imtuagą, mistrzem w rzeźbieniu; byczy nastrój. Wracamy, noc wy­
iskrzona gwiazdami; rozmawiam z chłopcami o gwiazdach,
wiosłuję. - Potem Biga i Banarina przychodzą do mnie i ga­
dają; jestem b. śpiący. Na 2. dzień droga do Nauabu. Za mną płaski i , z tej stro­
ny, nieinteresujący Straits of Suau [cieśnina Suau]. Przez
chwilę otwiera się widok na lagunę; potem szerokie i zatoki
z poszarpanymi, wulkanicznymi turniami, i ostrymi zrębami
grani. Farm bay na pozór płaska i nieinteresująca. W miarę
jak wjeżdżamy coraz ładniejsza. W głębi góra z paru mnicha­
mi. Na prawo kopa ostra. Brzegi z framką palm.
Mailu 19.XII.14.
Dziś czuję się znacznie lepiej - dlaczego? Czyżby arszenik i żelazo działały na tak długi dystans? Przyjechałem na­
reszcie do Mailu i nie wiem naprawdę, a raczej nie widzę ja­
sno przed sobą, co mi należy robić. Epoka zawieszenia. Przy­
jeżdżam do pustynnego miejsca z uczuciem, że niedługo
przyjdzie mi skończyć, a tymczasem trzeba zacząć nową eg­
zystencję. - Dokończę systematycznego opowiadania zda­
rzeń, po kolei. Wjeżdżając do Nawapu, byłem trochę zmęczo­
ny kołysaniem, chociaż właściwej choroby morskiej nie mia­
łem. Prawie zawsze, wysiadając na ląd, jestem trochę przy­
ćmiony. W Nawabu otaczała mnie, obejmowała mnie wspa­
niałość roślinności podzwrotnikowej, roztaczająca się w ma­
jestacie geometrycznej prostoty form: półkolista zatoka, dwie
piramidy gór. prosta linia zachodn. brzegu, biegnącego
wprost do morza. Tu i ówdzie spośród palm wyglądają do­
mki. Boo łamie wiosło tuż przy brzegu. - Wśród regularnie
posadzonych, niskich kokosów domek native teachera. Przyj­
muje mnie chuda, wymizerowana Samoanka orzechem koko­
54

sowym; stół przykryty serwetą, kwiatki na stole, girlandy
kwiatów naokoło pokoju. Wychodzę, gromada ludzi, paru
boyów mówi pidgeon English [pidgin English - uproszczona
angielszczyzna]. Idę ku Rialu, skąd idzie naprzeciw mnie Samadu. Ani jednej gabany (zniszczone przez misjonarza!); ani
jednego grobowca. Domek zbudowany fasonem Misima „turtleback". Włażę do środka. Zdaje się, że jest to tylko skład na
rzeczy „yam house" [spichlerz na yam]. Zdobywam rzeźbio­
ną „prow" [dziób] łódki wojennej. Samudu, wysoki, dobro­
duszny, usłużny facet, mówiący nieźle po angielsku i motu.
Idziemy koło łódki Dagoisiu (Charley) z Loupom. Potem in­
spekcja domków, przygotowujących się na święto. Wspania­
łe domy, świetnie wykończone, z wizerunkami zwierząt tote­
micznych na froncie. - W rogu jednej z chałup widzę bagi
etc. - SOBO - które jest taboo - i początkowo myślę, że jest
ono połączone z potrzebą zrobienia „pigs plentiful" - rodzaj
Intichiumy . Tymczasem okazuje się, że chodzi tu tylko
o przyciągnięcie świń na Soi. - W każdym razie odkrycie
ważne; - jedyna forma religijnych ceremonii. - Nie mam ka­
mery, odkładam zdjęcie. Po lunchu kładę się spać - zmęczo­
ny wstaję. Samudu nie przychodzi, jadę łódką i kąpię się. Wieczór idę, ale nie ma tańców. Jestem porządnie zmęczony.
Po raz pierwszy słyszę przeciągły, przenikliwy dźwięk mu­
szli dętej - kibi; przytem potworny kwik świń i ryk ludzi.
Wśród głębokiej ciszy nocnej robi to wrażenie jakiegoś taje­
mniczego okrucieństwa - czegoś co nagle rzuca światło - po­
moc - na jakieś zamierzchłe ceremonie ludożercze. Wracam
b. zmęczony.
9.XII. Po śniadaniu kupuję matę dla Iguy, daję napiwek
Samoance i rozstaję się z nią w przyjaźni. Jedziemy - nie pa­
miętam pejzażu - wysoka góra Farm Bay zasuwa się, zasła­
nia Suau. Isuau nie wygląda [?] odświętnie. Wąski pas piasku
z obu stron objęty zaroślami mangrowów, z silnem smrodem
psującej się morszczyzny. Przed wioską domek teachera,
w który „zajeżdżam" z całym „kitem" [kit - rynsztunek]. Idę
na wiochę. Grupy i gromady ludzi siedzą pod drzewami, ko­
ło łodzi, na werandach. Dużo świń; odświętne ubrania; parę
kości w nosie - wyłącznie kobiety. Parę osób z bagi i samakupa na szyi. Kije hebanowe w ręku. Żałoba wysmarowana
na świeżo - błyszczą się jak kominiarze. Witam się
z „bossem" [naczelnikiem] „tanuwaganą". Wracam - wycho­
dzę parę razy, ażeby zobaczyć, jak przynoszą świnie. Po po­
łudniu idę znowuż. Rozmawiam z Tomem i z Banarim; dwo­
ma ekspolicjantami. Robię snapshot [zdjęcie migawkowe]
przynoszenia pigu. - Włóczę się i kupuję parę „curious".
W Czwartek rano spaceruję w pyjamie; oglądam łódź.
Amuiuwę z Amony, wspaniale rzeźbioną; chodzę między
ludźmi, którzy ledwo zwracają na mnie uwagę. - Awantura
o świnie z sierżantem - zdaje się, że 1. dnia popołudniu.
1. dnia wieczorem robię znajomość z Sixpencem i Janusem,
moimi późniejszymi przyjaciółmi. We Czwartek po południu
znowuż włóczę się i obserwuję.
W Piątek 11 .XII. Rano obserwuję ciekawą ceremonię za­
płaty z Sinesaramonamona; potem idę i siedzę na świniami
w domku tanuwagany; mocno znużony tern, co się dzieje. Po
południu idę jeszcze raz, mając nadzieję, że odbędzie się ce­
remonialne zarzynanie świń. - Tego w rzeczywistości, zdaje
się, że całkiem nie ma. - Koło 4=tej jadę dingą do Isuele.
Cudne popołudnie, przepełnione różnorodnymi światłami.
Przede mną olbrzymia ściana zielona przesycona złotem
słońcem ślizgającem się i wciskającem wśród zieleni, płoną55

209

cem jasno na kredowych kołach. Morze gładkie, naokoło
przestrzeń otwarta, pełna błękitu. Spokój pogodnego popołu­
dnia; odświętność. Czuję, że pozwalam sobie na swobodę.
Rich przyjmuje mnie uprzejmie i gościnnie - bez ceremonii.
Idę na spacer pod górkę. Bajeczny widok na stok górski - te­
raz wypełniony różowym światłem Zachodu i na zatokę. Bie­
rze mnie chandra; wyję motywy z Tristana i Izoldy. Tęskno­
ta za „domem". Przypominam różne sylwetki z przeszłości,
Tonie Stem, Żenię. Myślę o Matce - o Matkę jedną dbam na­
prawdę i naprawdę się niepokoję. No i o byt, na przyszłość. Wracam do Richa. Kolacja. Jazda z powrotem. Utala i Vela­
vi; niosą mnie wśród bagna mangrowowego. W Sobotę 12.ХП. rano zbieram się (wstaję b. późno) i idę
do wioski. B. opustoszałe. Przychodzi Rich. Daje tytoń i do­
staje świnie. Oglądamy razem fish-trap [pułapka na ryby].
Richowa robi zdjęcia. - Wracam z nimi; jadę dingą. W Isuele lunch - przejeżdża Roily z Bastard'em. Potem, po połu­
dniu, rozmowa o Soi za pośrednictwem Laury. Potem z Velavim robię wycieczkę łódką naokoło wyspy. Byczy nastrój
ustępujący nocy wśród gąszcza szalonych mangrowów - po­
lanki wodne; wśród drzew pnących się na kamienistej wysep­
ce. Kolacja, Bastard spóźniony. Grają w bilard. Ja słucham
potwornego gramofonu, który mnie bierze („Unter dem Doppeladler" i marne walce). Śpię.
Na 2. dzień śniadanie u Richów, którzy mnie b. gościnnie
zapraszają na dłuższy pobyt. Żegnam się z dziećmi i z nimi;
daję 1/. Samoańczykowi, który mi za to daje wachlarz. - Mo­
rze za Fife Bay (obserwuję wysepki, na kt[órych] cmentarze)
mniej spokojne niż w Poniedź. i Środę. Mijamy jedną głębo­
ką zatokę. Boye nie wiedzą, gdzie jechać. Pytamy się małej
łódki. Silo Siło na prawo. Kolista zatoka, objęta dość spadzi­
stymi choć niskimi pagórkami, bez zakamarków, o wąskiem
wyjściu. Wrażenie górskiego jeziora - stawek Smerczyński.
Jedziemy na lewo, dowiadujemy się gdzie Silo Siło. Na dnie
jedynego zagłębienia, pod wysoką piramidą, dominującą eks­
kluzywnie cały pejzaż. Jadę na brzeg. Girlandy liści ze­
schłych rzucone w morze i za pomocą wysokich drzew mangrowowych, jak w Nawapu - jakby ramiona wyciągnięte na
odświętne przyjęcie gości. - Nowy dom a raczej dubu. Wy­
chudzone i wysmalone postacie. Tanuwagana. Na lewo 2. du­
bu, gdzie króluje istna mumja, Kanikania. Spotykam Sixpen­
ces, którego namawiam na urządzenie Damorei. Kobiety
z piórami na głowach. 1. świnia przychodzi. Kobiety wycho­
dzą na jej spotkanie i tańczą. Cieszy mnie ten widok i dźwięk
bębnów i dekoracje. - Po lunchu i po drzemce (na Dubie), idę
na brzeg. Damorea. Notuję śpiew i figury. Dziewczyny nie
pomalowane. Sixpence też śpiewa i inni chłopcy - co nie jest
en regle [w porządku]. Ściemnia się. Jadę na dobę, gdzie po­
stanawiam spędzić noc. Noc b. kiepska.
W Niedzielę 13.XII. budzę się, jak z krzyża zdjęty. - Zu­
pełnie nie funkcjonuję. Deszcz, pochmurno - łaźnia rzymska
a la lettre [dokładnie]. Jadę na ląd; idę na spacer wśród sago­
wych palm: przedpotopowy las i rainy świątyni egipskiej;
olbrzymie - a raczej kolosowate, pokryte geometryczną łuską
pnie, omszałe, objęte splotem różnorodnych powojów i pną­
czy. Krótkie, krępe ramiona liści - siła, tępość, potworność
geometryczna: Sago swamp [bagno] daje wrażenie nieporów­
nywalne z niczem. Przytem zawsze połączone z szalonym,
duszącym upałem. - Idę do para domków w dżungli; zwie­
dzam wnętrze domu opuszczonego. - Wracam; zaczynam
czytać Conrada. Rozmowa z Tiabubem i Sixpencem - chwi­
210

lowe podniecenie. Potem opanowuje mnie znowuż marazm ledwo mam siłę dokończyć nowelkę Conrada. Oczywiście
chandra potworna, szara jak niebo wokoło, kłębi się na kraju
psychicznego horyzontu. Odrywam oczy od książki i ledwo
wierzę, że oto jestem wśród dzikusów neolitycznych, i że sie­
dzę sobie tu spokojnie podczas kiedy tam dzieją się rzeczy
straszne. - Chwilami mam impuls modlenia się za Matkę.
Bierność z poczuciem, że gdzieś daleko poza zasięgiem
wszelkich możliwości działania dzieją się rzeczy potworne
jest nie do zniesienia. Potworna, straszna, nieubłagana ko­
nieczność przybiera formy czegoś osobowego. Nieuleczalny
optymizm człowieka nadaje jej strony dobra łagodności.
Fluktuacje subjektywne - z Leitmotywem wiecznie zwycię­
skiej nadziei - objektywizują się na bóstwo dobre i sprawie­
dliwe, wyjątkowo czułe na moralną stronę postępowania subjekt. Sumienie - specyficzna funkcja przypisująca nam sa­
mym wszystko złe, które miało miejsce - staje się głosem
Boga. Zaprawdę dużo jest w mojej teoryi wiary. Apologeci
ignorowali tę stronę walcząc, wyłącznie z najniebezpieczniej­
szym wrogiem wiary - z czystym racjonalizmem. Wrogowie
religii uciekali się do czysto intelektualnej krytyki, do wyka­
zania absurdu w wierze, ponieważ to jest jedyną drogą pod­
kopania wiary. Rozważanie emocjonalnej podstawy wiary ani
nie niszczy religii, ani jej nie dodaje żadnej wartości. Jest ono
wynikiem wyłącznie dążenia do ujęcia psychologii wiary
w jej istocie. W Niedzielę po południu nic nie mogłem robić. Wcześnie
dość wróciłem z Jamesem (Tetete), który mi pomógł wyszu­
kać duży dom w Kalokalo. Nie mogę powiedzieć, ażeby
chwile spędzone w tym domu były miłe. Zaduch, dym, hałas
ludzi, psów i świń - febra, którą musiałem mieć tymi dniami,
wszystko to peszyło mnie mocno. 3 noce, które tam przespa­
łem nie były dobre; czułem się przez cały czas przemęczony.
W Poniedziałek rano, po wypiciu kakao na brzegu, jadę
łódką z Velavim. Nie pamiętam bardzo, co robię. Rano
w ogóle mniej animacyi. Zabawa rozpoczyna się po południu.
Zawsze parę korowodów ze świniami. - W Poniedziałek] po
południu - Damorea?
We Wtorek - ?
W Środę ostateczne przeniesienie świń do Tanawagany.
Awantura - prawie że bitka o rozwalanie kokosowej palmy.
Taniec Rana. Silne wrażenie, kiedy gromada naprawdę dzi­
ko wyglądających drani wpada pośród tłum wyraźnie prze­
rażony i zdenerwowany. Nie dziwię się, że dawniej takie rze­
czy prowadziły do bitew. Przedtem rozmawiam statecznie
z Carpenterem, który mi daje szereg cennych objaśnień. W ogóle te parę dni, które by mogły być szalenie cenne w samej rzeczy mógłbym był zdobyć mnóstwo ważnych rze­
czy - były mocno zepsute brakiem sił. W dzień bywało tak
gorąco, że wiłem się na platformie, na której leżałem. Więk­
szą część Poniedziałku przesiedziałem na tej platformie nic
prawie nie robiąc.
We Wtorek po południu przeszedłem z Sixpence'em do
jego hamletu [wioski], gdzie zrobiłem 3 ostatnie zdjęcia tego
dnia. Potem wracam na plażę i spotykam korowód, idący
wprost na mnie z włócznią, z Tanawaganą na przodzie: ofjarowują mi świnię. Staram się ją zwrócić, ale to niemożliwe.
Tego dnia (we Wtorek) zaczynają tańczyć Damoreę; ale je­
stem taki speszony świnią i tak potwornie przemęczony, że
wracam na Dubę i idę spać. Słychać wściekłe ryki. Tiububu

mówi, że być może bushmani przyszli i rozwalają chałupy
i niszczą palmy. Szereg krzyków jakby: Hurra! i odpowiedź
Wipp! Na drugi dzień obserwowałem to samo i przekonałem
się, że było to obalanie jednego z mangrowowych słupów,
stojących na mieliźnie, za pomocą długiego drąga z platfor­
my bori, ze świnią przyczepioną do tegoż.
Wtorek rano przyjechałem na lewo, za wreckiem i widzia­
łem sago gotowane i mieszane rodzajem wiosła. We Środę ra­
no przynoszą kuku [tytoń] tanuwaganie, który mnie naciąga
na więcej, prowadząc mnie do Kanikaniego. We Środę po po­
łudniu najintensywniejszy dzień: punkt kulminacyjny Raua.
Przez cały ten czas, niestety, czuję się raczej podle. Febra czy
wściekły upał niszczą mnie.
We Czwartek rano jedziemy do Dahuni. Za Silo Siło
otwarta zatoka; po lewej ręce (od Z.) olbrzymia skała zawie­
szona na końcu wąskiego pasa: Gadogadoa. Parę statków
z Mailu - im b=ej się posuwamy na Z., tern więcej Crabclaw
[kleszcze kraba] żagli się pokazuje. Objeżdżamy jeszcze jed­
ną, płytką zatokę, przesuwamy się tuż koło skały i wjeżdża­
my w Zatokę Bona Bona. Wyspa Bona Bona Rua przypomi­
na stoki Karpat o wielu ramionach. - Obidową za N. Targiem.
Tu i ówdzie polany - szmaty ziemi źle nawodnionej, porosłe
trawą - ale tak dziwnie przypominają hale gdzieś na zbo­
czach Kopieńca, koło starej drogi do Morskiego Oka... Na
prawo otwierają się wrota do Mullins Harbour, Gubanoga: od
północy płaskie brzegi i [?] pas zieloności gęstej, nieprzenikliwej ciągnie się tuż nad mlecznym błękitem morza; tu i ów­
dzie palmy, jakby jeszcze linje, geometrycznie równoległe,
wyryte ostrem, precyzyjnem narzędziem na pasie zielonem.
Na prawo góry pokryte bogatą zielenią i zatoki obszerne.
Wjeżdżamy z Zat. Dahuni. Zmęczenie szalone. Z rozkoszą
oglądam obrazki z Graphica z przed 3 lat; kładę się spać. Po
południu spacer. W 2 dubu siedzą goście: z Mailu i z Borowai
i jedzą taro z dużych drewnianych talerzy. Typy Borowojów
nadzwyczajne: zupełnie Australskie mordy, włosy gładkie,
nosy jak u małp, wyrazy dzikiego przestrachu. - Wciąż je­
szcze nie w stanie do roboty, wracam, i jadę łódką z Iguą,
Boo i Utatą. Spotykamy Mailu Lugumi, do którego przycze­
piam się na chwilę. Cudowny widok żółtego żagla na tle cie­
mniejącego błękitu; w oddali gubią się brzegi niskie Mullins
Harbour. Wracamy, ciężka praca wioseł. Wieczorem kupuję
parę przedmiotów - początek „muzeum nowego typu";
przedmioty gospodarstwa domowego.
Na 2. dzień rano (Piątek 18.XII) dzień jasny, pogodny
- widok na Mullins Harbour niezbyt czysty, gdyż tam burza.
Orangerie Bay doskonale widoczna. Trudności z boy'ami,
którzy zaczynają wierzgać. Jedziemy wzdłuż płaskiego, zie­
lonego brzegu - nad równiną wznosi się szereg wzgórz - we
mgle i drzewach. Gadajsju; plantacja jakby wymarła, ponura.
Lunch z Meredittem. Rozmowa o Grahamach; o sezonach
w tej okolicy N . Gwinei. - Dingą do wioski; wioska marna;
prawie nikogo nie ma; wszystkie domy zbudowane a la Suau,
chociaż niektóre specjalnie nędzne. Jedziemy; z za gór wysu­
wa się biała mgła; jakby ktoś z tamtej strony gwałtownie
przedmuchiwał watę. Widocznie monsoon z tamtej strony sil­
ny zpotyka tu wiatr Płdn. który go przecina. Widok bajeczny
szeregu wzgórz w aureoli białej mgły, tajemniczo wysuwają­
cej się z głębokich kotlin. Baibara. Starcie z Arisą; wście­
kłość. Idę krętą ścieżką wśród gęstwy powojów, oplatających
młody zagajnik palmowy. - Cattowa i Catt; gadatliwy; prze­
glądam gazety ilustrowane; czuję, że się od niego wiele nie
212

nauczę o rolnictwie krajowców. Idziemy na spacer, na plażę;
on rozpływa się nad plantacją, ja podziwiam. Pokazuje mi
swój stary dom i opowiada o historyi z wężem - wielu lu­
dziom to pokazywał i opowiadał już? Na brzegu dyskusja
o misjonarzach - lekie starcie; tracę do niego sympatję. Wra­
camy. Kolacja; dyskusja z Cattową, kt[óra] b. sympatyczna.
Idę do łóżka b. późno. Śpię marnie.
Rano niezbyt tęgo. Idziemy piechotą. Oglądam ananasy. Plażą idziemy; zajeżdża Daba. Jedziemy łódką do cmentarza.
Platformy i tłomoki z kościami. Czaszki zbielałe na skałach.
Jedna z przyczepionym nosem. B. nastrojowe. Rozpytuje się
0 zwyczaje pogrzebowe. Tymczasem chłopcy wrzeszczą i trą­
bią. Jestem wściekły na nich. Pożegnanie z Cattem. - Brzeg
skalisty, pokryty [?] zielonością. Ujście laguny, w której
cmentarz, objęte dwoma skałami; w środku sterczy trzecia.
Dalej pagórki się wznoszą wyżej; zieloność staje się nie­
zmiernie silna. Niestety dzień b. mglisty; nie widać dalszych
planów. Dojeżdżamy do P=t Glasgow, który przedstawia się
bajecznie, jako głęboki fiord objęty 2 sfinxowatymi pilonami,
otoczony wysokimi pagórkami, z cieniami olbrzymich gór
Main Range'u z tyłu. Schodzę na dół - czuję się od razu kiepskawo. Wracam. Stop koło Euraoro. Piaszczysta i skalista
wysepka z tuzinem dość marnych domków. - Dojeżdżamy do
Mailu. Nagle odczuwam pustkę i znak zapytania nad przy­
szłością. Dopiero co robiłem plany co do działalności w Mai­
lu: opisanie i sfotografowanie ekonomicznych czynności,
w ogrodzie i w domu. Próba skolekcjonowania wszystkich
przedmiotów techniki etc. - W Mailu czekam na launch
1 dawdleje. Nie czuję się tak b. źle; widocznie przyzwyczai­
łem się już trochę do kołysania. Robię dziennik. Koło 6=tej
idę do wioski. Rozdaję tytoń i obstalowuję model Orou. Aha; domek misyjny urządzony schludnie na moje przyjęcie,
uderza mnie sympatycznie i mityguje we wściekłości na Savil'ow. Koło 7=ej wracam do domu, kiedy dowiaduję się, że
przyjechała Elevala. Jadę drogą. Rozmowa z Murray'em
i Grimshawem. Kolacja z H.E. i rozmowa. Jestem znowuż zu­
pełnie na tej samej stopie z nimi co poprzednio; uprzejma
i swobodna rozmowność, przy tern ja raczej nadaję kolor roz­
mowie, bez poczucia natręctwa. - Czytam 4 listy od Mayowej (uprzejmy i przyjacielski) od [?] pomyślny co do 200
fu[ntów], krótki, ale zdaje się życzliwy; i 2 listy od п. 1. dość
suchy i krótki, speszony moim milczeniem. 2. serdeczny,
w odpowiedzi na listy z Cairns i P=t [Moresby] i fotografje.
Jedyne zetknięcie ze światem mi przyjaznem. - Choć na­
prawdę muszę przyznać, że ludzie, kt. tu spotykam są
w ogóle b. życzliwi i dają poczucie przyjacielskości. Tak, że
mam poczucie, jakbym był wśród przyjaciół. Nie czuję się b.
osamotniony. Nawet ludzie spotkani „po drodze" Rich'owie,
Catt'owie, Meredith są „ludźmi", są „znajomymi". W Samarai Shaw'ie, Higginsonowie, Ramsayowie, Stanley odnoszą
się do mnie b. życzliwie. - Wieczór, niestety oddaję się lu­
bieżnemu nastrojowi. Igua jedzie na statek. Dziś rano ze łza­
mi w głosie mówi mi o śmierci swojego „uncle" Tanmaku rozpłakuje się zupełnie. - Dziś siedzę cały dzień w domu; pi­
sze dziennik; opatruję palec.
Przygotowuję do fotografii - to było w Niedzielę 20.
W południe wziąłem b. byczą kąpiel morską, z pływaniem
i kąpiel słoneczną. Czuję się silny, zdrów i swobodny. Pogo­
da i względny chłód Mailu przyczyniają się też do podniesie­
nia ducha. Około 5=tej idę do wioski i spotykam Velaviego.
Obstalowuję kamień do robienia isaga i model łódki za 10

sztyków tabaki. Wracam - palec boli mnie po objedzie.
W domu siedzę i czytam Gautiera. Velavi, Boo i Utata robią
mój „dwór". Noc b. kiepsko, budzę się z bólem głowy - b. sil­
ny ból palca podczas nocy; widocznie zakaziłem znowuż ką­
piąc się. Wczoraj, Poniedziałek] 21.XII. cały dzień w domu. Rano
i po południu Puana; rozmawiamy o rybołówstwie. Chwilami
- popołudniu - chandra gwałtowna; samotność ciąży na
mnie. Zabawiam się nowelkami Gautiera, ale czuję ich ni­
cość. Jak niewidzialna zmora ciąży na mnie wojna europejska
i myśl o Matce. Chwilami tęsknię za Tośką, często patrzę na
jej photo - a i sam nie wierzę, że ta cudna kobieta... - Praca
idzie mi dość tępo.
22.XII. Wtorek. Rano przychodzi Puana i proponuje jazdę
do Kurere . Znów siedzę na tratwie i ślizgam się bo [pow.
być: po] przestrzeni, wśród cudownego widowiska otaczają­
cych wysp i gór. Koło 4=tej dojeżdżamy. Instalacja w domku
misjonarza. Jedną nogę mam bez buta, kuleję. - Idę do wio­
ski, tu i ówdzie znajomy, rozmawiam. Wychodzimy na wio­
skę - z daleka, na lewo; brzegiem idzie korowód taneczny.
Słychać tylko dość skomplikowany rytm bębna i śpiew. Bli­
żej widzę korowód. Na przedzie dwóch ludzi niesie drzewka
mangowe; z nich spływają festony jakichś liści, które z tyłu
znowuż dwuch ludzi niesie. Za kimś idą, mocno wysmukli
i udekorowani dwaj „naczelnicy". Potem gromada ludzi
z bębnami i bez, śpiewająca i tańcząca. Śpiew dość melodyj­
ny. Taniec: przeskakiwanie z jednej nogi na drugą z podno­
szeniem kolan wysoko. Chwilami tańczą zgięci wpół i tyłem
do mangrów, otaczając je - jakby w adoracyi. - Przy wejściu
do wioski spotykają ich kobiety udekorowane, z djademami
piór białego cacatoo [kakadu] na głowie, tańczą tak samo, jak
przy przynoszeniu świń, tzn. też przeskakując z jednej nogi
na drugą, choć, zdaje się, nie podnoszą kolan tak wysoko jak
mężcz[yźni].
Wszystko odbywa się poważnie - znać, że jest to uroczy­
stość, ale bez ezoteryi. Większość „społeczeństwa" zresztą
stanowi aktorów. - Potem „przyjęcie" przez kobiety rozpo­
ścierają duże eby [maty z pandanusa]; wszyscy siadają głównie aktorowie w 1. rzędzie i śpiewają jedząc betel. Śpiew
znów melodyjny; mam wrażenie, że melodja wszystkich za­
klęć jest tasama. Po jedzeniu orzechów betelowych, odbywa
się rąbanie drzewek mangowych, które potem, owinięte
w ebę stanowią charm [przynętę] na świnie. - Potem wracam
do domku misjonarza i mam konferencję z dzikimi. - Wie­
czór - b. zmęczony - śpię kiepsko, ból zębów. We wsi tańczą.
Następnego dnia (Środa 23.) rano konferencja; koło połu­
dnia posyłam policemana do Cowleya - po południu, koło
5=tej zaczynają się tańce. Przyglądam się. Potem idę na ko­
lację; wieczór znów tańce (Bara tylko). Idę spać.
We Czwartek, rano jedziemy do Magubo point - wiatru
prawie że niema, pomstujemy. - Campbell Covley dość
przyzwoicie ubrany, dość energiczny. Robi na mnie dość
sympatyczne wrażenie. Lunch. Potem gadamy - czytam
Dumasa. Wieczór wilja - siedzę sam nad morzem i myślę
o domu, o matce, o ostatniej wilii. Myśli dość potwomawe.
Potem wieczór gadamy. C C . opowiada o Afryce; o polowa­
niu na słonie - jest on synem Sir Alfreda C , którego pamię­
tam dobrze z Brisbane. Dość mi się podoba, typowy Australczyk: otwarty, ekspansywny (mówi ze mną o zamiarach
matrymonjalnych) - brutalny. Razem sobaczymy mocno
Saville'a.
56

Piątek (1. święto) i Sobotę spędzam zaczytując się na
śmierć Dumasem. W Sobotę popoł. przyjeżdża Puana, widzę
Dimdima. Potem przy świetle księżyca wracamy do Mailu.
W Niedzielę (27.) Poniedziałek] 28. zaczytuję się nadal
Dumasem. Wtorek 29, Środa 30, Czwartek 31. Jestem chory.
Gorączka. Ataki wściekłego bólu zębów.
Piątek 16.1.14. Od 1. (Piątek) aż do 7. (Czwartek) pracuję
nieźle. Przychodzi do mnie: Pikana , Puana i Dagaea i ga­
dam z nimi. Puana okazuje się dość inteligentny i b=ej otwar­
ty. Razem z Paparim dają mi szereg ciekawych informacji
i niewątpliwie czuję, że pogłębiam moją wiedzę na punkcie
Cora, tzn. tabu; na punkcie problemów pokrewieństwa itd.
Któregoś to dnia robię wycieczkę z Puaną, Boo i jakimś
3=cim jeszcze na szczyt pagórka, przy czem faktycznie zo­
staję wciągnięty na górę. Rano, budząc się (budziłem się dość
późno, koło 9=tej) ryczę o kakao. Zazwyczaj pod domem sie­
dzi już Puana, który potem włazi i gada ze mną. Po południu
raz czy dwa przyszedł Pikana. Wioska pełna, prawie wszyscy
na miejscu. Co wieczór tańce, teraz już w pełnym stroju,
z piórami, z wymalowaniem etc. Upał szalony - chwilami
czuję się fatalnie.
Koło Wtorku 5=tego wiatr zmienia się na Płd. - znowuż
nastrój passatu, znacznie chłodniej, pogoda, niebo jasne, mo­
rze błękitne i mgła lekka na horyzoncie. Od razu człowiek
czuje się rzeźwiejszy. - Plan domku misyjnego, w którym
mieszkam.
[plan domu]
Z początku moje łóżko stało na werandzie (zamkniętej) A,
koło okna A'. Potem, jak wiatr się przemienił, na Płn. Zach.,
przeniosłem łóżko do B. (tam gdzie litera stoi), ażeby mieć
przeciąg. Siedzę koło okna, w B' i patrzę na palmy, agawy
(duże kwiaty tuż pod oknem); papaye i dziwne drzewko,
kwitnące fioletowo, z zapachem jakby wysubtelnionego benzoezu i kwiatami jakby ulepionymi z wosku. Poprzez drzewa
widzę skrawek morza. - Po lunchu i wieczorami czytywałem
Pathfindera Coopera , kt[óry] mi robił miłe wrażenie, ale
mnie nie przepoił tą wściekłą poezją, którą odnajdywałem
w nim w młodości, czytając w wydaniu polskim. Niestety
z wiatrem wschodnim wyjechali absolutnie wszyscy ludzie
z Mailu. Chciałem z nimi pojechać, targowałem się, nie przy­
jęli mojej ceny i to mnie zaprowadziło do pasyi - przeciw obu
policjantom i większości mieszkańców; a także zniechęciło
mnie to kompletnie. Pozatem nie było absolutnie nikogo. Za­
cząłem czytać we Czwartek Bragelonne'a i czytałem go bez
przerwy literalnie, aż do Środy, czy Wtorku wieczór. Dumas
ma jednak urok. Zaczął mnie brać pod koniec, chociaż nie­
wątpliwie posiada on olbrzymie braki, itak np. kontrefekt
Bragellone'a polega na zamianie królów. Przy czem restytu­
cja dawnego przeprowadzona jest haniebnie. Aramis wycho­
dzi jak ostatnia dupa bez żadnego jądra i sensu. - Czytałem
zaraz po wstaniu; nie przerywałem jedząc, czytałem do pół­
nocy. Tylko o zachodzie zwlekałem się z tapczanu i szedłem
na krótki spacer nad brzeg morza. W głowie mi szumiało,
miałem [?] mózg i oczy - a pomimo to czytałem, czytałem
ciągle. Zupełne urżnięcie się na umór. Postanowiłem, po
skończeniu tego świństwa za żadną cenę nie wziąć już więcej
książki do ręki w N.G. We Wtorek 13 przerwałem - a raczej skończyłem. We
Środę spałem długo. Potem poszedłem do wioski rano i zro­
biłem parę fotografii. Wróciłem nie znalazłszy tam absolutnie
nikogo, z którym bym mógł pracować, i zacząłem czytać l i 57

58

59

213

sty M . Jeszcze przed epoką intoksykacyi Dumasem, zaczą­
łem czytać i segregować listy n. Teraz czytam je dalej. Chwi­
lami chciałbym napisać szkic mojego życia. Całe epoki wy­
dają mi się już tak obce. Bursa , Ślebodziński - Główczyński i Górski , Bukowina z Wasserbergiem - Chwistek
i przygotowanie do doktoratu - te rzeczy wydają mi się pra­
wie że nie połączone ze mną.
We Środę miałem gorączkę i we Czwartek także - dość
słabą 36.9 st. ale zawsze nie byłem żwawy. We Wtorek i Śro­
dę wieczór brałem chine we Środę rano także arszenik. Mia­
łem dość przykre noce, trochę bezsenne z tym narkotycznym
bólem głowy po chinie. Wczoraj (Czwartek) zacząłem zno­
wuż pisać notatki. Na razie poprzestałem na pracy z Iguą.
Popołudniu fenilletowałem Shakespeara i miałem ból głowy.
Rano przeglądałem Normana Angell'a i Rennana. Po połu­
dniu zdrzemnąłem się; o 5=tej jak z krzyża zdjęty, wlokę się
do wioski. Dekorują dom na Madune - obwieszają banana­
mi naokoło. Wracam po ciemku i znowuż straszę małego
chłopca, którego nazywam Monkey; dziwny od[g]łos wyda­
je w strachu; prowadzę go kawał drogi, nęcąc tytoniem, po­
tem nagle weszłem w krzaki, gdzie on zaczyna piszczyć.
Wieczór jestem całkiem caput; nic nie czytam. Mam chwile
szalonej tęsknoty za muzyką i słyszę chwilami wcale nieźle.
Wczoraj np. 9=tą symfonię. - Kocham się wciąż i tęsknię za
t. Jej ciało jest dla mnie czemś idealnie pięknem i świętem zdaję sobie sprawę jednak, że psychicznie nic mnie z nią nie
wiązało, jak np. z t Ale w ż nie kocham się już erotycznie.
Gdybym mógł wybierać którąś z nich na towarzyszkę
w chwili obecnej, czysto impulzywnie, bez wahania wybrał­
bym t. Dużo przyczyniają się bajeczne fotografje, które mam
ze sobą.
60

61

62

63

Sobota. 17.I.14.[pow. być 15]
Po bezsennej nocy i proszku bromu, oraz uśpieniu się her­
batą - czuję się wcale nieźle; choć serce nietęgo. Zobaczymy,
jak będzie dalej! Wczoraj rano pracuję z Iguą i Velavim o po­

karmie nativow - Velavi b. chaotyczny. Potem atletyczne za­
pasy z Velavim. Potem lunch (papaya) - potem czytam Riversa i przerzucam Hill Vachella. Chmurzy się; rano chłopcy wo­
łają Sail O! Wakefield przyjeżdża i cała flotylla OROU 'ów.
Po poł[udniu], koło 3=ciej mierzę gorączkę 36.9, prawie 37
st. Mam to już od paru dni; przy tern ból głowy i stumanienie.
Czytanie Riversa, wogóle teoryi etnologicznej jest nieocenio­
ne: daje mi zupełnie inny impuls do pracy i pozwala wyko­
rzystać informacje zupełnie inaczej. Ciągle mnie travailluje
[travail - dręczy] myśl o możliwości jakiejś rządowej posady
etnologicznej w N.G. Podejrzewam Haddona, że proteguje
Layarda na to miejsce. - Koło 4=tej - zdemoralizowany go­
rączką, bólem głowy i deszczem, sin embargo idę do wioski.
Góry ciemnoszafirowe; chmury, kumulusy śnieżno białe
wśród ciemnych ołowianych cieni [?]. Morze szkli się szmaragdowo pośród tych ponurych barw. Duszno, ciężko. Lugumy, pokryta domkami, stoję przy Ogobadzie. Odpływ b. da­
leki. Mnóstwo ludzi zbiera frutti di таге. Siedzę i patrzę jak
kobiety robią rami 's i pietą koszyki. - Potem deszcz się roz­
lewa. Siedzę na werandach; naprzód u Vavine, potem oglą­
dam werandę naładowaną małymi dziewczynkami; „pali się
w piecu" i gotują strawę. Potem idę ulicą i , wracając, siadam
na werandzie. - Jestem zmęczony. Ściemnia się. Domy
w przezroczystym, ponurym cieniu; środkiem ulicy płyną
strumyczki wody. Tęsknota za muzyką, za Tristanem; [?].
Wracam; w domu czytam Riversa, potem Hill. Długo nie mo­
gę zasnąć. Myśli erotyczne o E. Eat.; o Zosi Ziel-in, o Jadw.
Malesz.). Ale właściwie czuję, że instynkty monogamiczne
coraz silniejsze i myśl o jednej kobiecie. Tęsknię za t- za ni­
kim innym. Rozumując eliminuję t- jest ona jedynie chwilo­
wym substytutem jedynej. Ale lubieżność w ogóle staje mi
się czemś obcem. Przypominam tylko z dreszczem noc
10.ГХ. na Olczy, wspomn[nienia] z Windsoru, z Meck=g St.
- myślę o małym pokoiku z ukręconym bluszczem na Chalk
Farm. W niej kocham się jeszcze niewątpliwie. - Dziś rano
zrobiłem gówno - tego mi widać potrzeba.
64

65

66

Wszystkie fotografie wykonane przez Bronisława Malinowskiego
PRZYPISY
1

Motu, język plemienia Motu (wokół Portu Moresby na Nowej Gwi­
nei), lingua franca południowych Massimów. Malinowski używał gra­
matyki i słownika W.G. Lawesa (1888), jedynego wówczas opracowania
dotyczącego tego języka.
Henry Balfour, antropolog brytyjski i dyrektor Pitt-Rivers Museum
w Oxfordzie.
Henry Rider Haggard (1856-1925), pisarz angielski, twórca neoromantycznych powieści przygodowych, np. Kopalnie króla Salomona,
Pierścień Królowej Saby. Postać Haggarda posłużyła Malinowskiemu do
stworzenia następującego porównania: „Rivers był Riderem Haggardem
antropologii, ja będę jej Conradem".
„Merrie England" rządowy jacht parowy, którym w 1904 roku wy­
ruszyła ekspedycja karna na wyspę Goaribari dla pomszczenia kanibalistycznego morderstwa dokonanego tam w 1901 roku na dwóch misjona­
rzach i dziesięciu wyspiarzach Kiwai.
H.W. Champion był sekretarzem rządu Papui.
Sędzia J.H.P. Murray był „lieutnantem governorem" czyli guberna­
torem Brytyjskiej Nowej Gwinei.
Miles Stamford Cater Smith w 1907 r. był dyrektorem rolnictwa
i kopalń oraz pełnomocnikiem rządowym do spraw ziemi i badań w Port
Moresby, w 1908 został administratorem Papui. W latach 1910-11 pro­
wadził ekspedycję badawczą między Purari River a systemem Fly-Strickland River, za co został odznaczony medalem Królewskiego Towarzy­
stwa Geograficznego.
2

3

4

5

6

7

214

8

Ahuia Ova, lokalny informator wykształcony etnologicznie przez
Seligmana, później prowadził swe własne badania. Patrz F E . Williams,
77ie Reminiscences of Ahuia Ova, .Journal of the Royal Anthropological
Institute" L X I X , 1939, s. 11-44; C.S. Belshaw, The Last Years of Ahuia
Ova, „Man" 1951, nr 230.
Dubu (Mailu) dom klanu, wyraz ten może też oznaczać klan lub
podklan.
A.E. Pratt był badaczem biorącym udział w ekspedycji Smitha.
Henry Ryan, zastępca lokalnego sędziego, w 1913 roku badał tere­
ny, które zamierzał eksplorować Smith.
Leslie Bell, inspektor do spraw krajowców i jeden z czterech euro­
pejskich członków ekspedycji Smitha.
Sędzia C E . Herbert pełniący obowiązki administratora Terytorium
Papui w czasie ekspedycji Smitha
Iduhu (Motu): plemię lub rodzina.
Arszenik bywał używany jako środek stymulujący, najczęściej do­
ustnie, stosowanie go drogą iniekcji, jak to robi! Malinowski, było raczej
eksperymentalne.
9

ш

11

12

1 3

14

15

16

Chinina oprócz swojego podstawowego zastosowania przeciwmalarycznego i przeciwgorączkowego, bywała stosowana jako tonikum
- wzmacniająco.
Igua byl motuańskim służącym i kucharzem z Elevala, który poje­
chał z Malinowskim na Mailu i był jego tłumaczem.
17

18

Prawdopodobnie chodzi o Roberta Huntera, który w latach 1880tych towarzyszy! wyprawie Armit-Dentona.
W. Thackeray, Targowisko próżności, (oryg. 1848).
J. Conrad, Przygoda, (oryg. 1903).
Laloki to wieś pod Port Moresby.
Jules Barbey d'Aurevilly (1808-1889), pisarz francuski.
W oryginale dzienników Malinowski używa inicjałów n, t,
ż w kółeczkach na oznaczenie swoich przyjaciółek: Annie Branton, Otolii Retingerowej (Tośki) i Żeni Zielińskiej. Patrz poprzednie odcinki.
Chodzi zapewne o spotkania londyńskiego Kółka Polskiego.
Wspomnienie podróży do Australii przez Kanał Sueski i Morze
Czerwone w lecie 1914 r.
Atlee Hunt, C.M.G., sekretarz Departamentu Spraw Wewnętrz­
nych i Terytoriów Wspólnoty Australijskiej. Michael Young twierdzi, że
Atlee Hunt odegrał niezwykle ważną rolę w umożliwieniu i ułatwieniu
badań terenowych Malinowskiego. „Pisał niezliczone listy wprowadza­
jące dla Malinowskiego, naciskał na swojego ministra, aby ten wspo­
mógł Malinowskiego finansowo, gdy ten miał kłopoty z transferem pie­
niędzy z Anglii, gdzie tylko mógł, organizował bezpłatne przejazdy,
bronił go przed plotkami, że jest niegodny zaufania i że ma sympatie
proniemieckie, ochraniał go przed podejrzliwym i wrogim Sir Hubertem
Murray'em (gubernatorem Papui), wygładzał trudności z komendanta­
mi wojskowymi i ogólnie złagodził pewne przykre restrykcje, które
ograniczały jego ruchy. Hunt nawet załatwiał dla Malinowskiego zakup
materiałów fotograficznych po obniżonych cenach, darmowe lub bardzo
nisko płatne wykonanie odbitek, wypożyczenie z Gubernatorstwa apa­
ratu fotograficznego (ЗА Graflex wyposażony w anastygmat Zeiss Ko­
dak F.6.5 lens) i namiotu - słynnego namiotu, który miał się stać sym­
bolem stylu badań terenowych tego etnografa. Atlee Hunt robił to wszy­
stko nie tylko dlatego, że został zobligowany przez Haddona i Baldwina Spencera, innych wpływowych protektorów Malinowskiego, lecz że
posiadał oświeconą wiarę w praktyczną wartość badań antropologicz­
nych i niezachwianą wiarę w Malinowskiego umiejętności do ich prze­
prowadzenia. Żadna inna postać publiczna nie okazała takiego poparcia
dla Malinowskiego Gdyby to zależało od gubernatora Murraya, Mali­
nowskiemu nie pozwolono by na powrót do Papui w 1915 roku, chyba
że byłby zatrudniony przez rząd Papui. Murraya zirytowało, że grant
(250 funtów na dwa lata) Hunt zabezpieczył Malinowskiemu z budżetu
swej administracji; gdyby Murray płacił za badania Malinowskiego,
chciałby mieć coś do powiedzenia w kwestii tego, gdzie jedzie i co bę­
dzie robić. Wstawiennictwo Hunta w ministerstwie pozwoliło stawić
czoła Murrayowi i zapewnić kontynuację badań Malinowskiemu. Cho­
ciaż Malinowski był wystarczająco wdzięczny Huntowi za jego opiekę,
nie wiedział do jakiego stopnia był przez niego chroniony - często
w konsekwencji jego własnych gaf." Malinowski Among the Magi, Routledge, London and New York 1988
19

2 0

2 1

2 2

2 3

2 4

2 5

2 6

2 7

Jane Ellen Harrison, angielska archeolog, autorka dzieła pt. Prole­
gomena to the Study of Greek Religion, Ancient Art and Ritual, a także
innych wybitnych prac.
W.J.V. Saville, misjonarz Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego
pracujący wówczas na Mailu. Jego praca A Grammar of the Mailu Lan­
guage, Papua, została opublikowana w „Journal of the Royal Anthropo­
logical Institute" w 1912 roku.
Ferdynand Tabeau (1858-1919), zakopiański aptekarz, działacz spo­
łeczny, jeden z założycieli TOPR. W czasie I wojny świat, cały swój mają­
tek przekazał na potrzeby Legionów Polskich. Malinowski bywał częstym
gościem jego apteki, która pełniła także funkcje kawiarni i salonu.
Nie wiem na razie, kim była panna Nussbaum, ale natrafiłam na jej
trop w liście do Malinowskiego wysłanym przez Marię Czaplicką
w 1919 r. z Oxfordu: „(...) Panie Bronisławie, ma Pan wiele serdecznych
uczuć dla siebie u Haliny Nussbaumówny. Pisała mi o Panu dużo". Ko­
respondencja B. Malinowskiego w Archiwum L . S . E . w Londynie.
Papari byl naczelnikiem podklanu Banagadubu, potrafił przepo­
wiadać pogodę; Malinowski uważał go za przyjaciela i dżentelmena.
Victor Cherbuliez (1829-1899), autor powieści L'aventure de Ladislaus Bolski.
Suau, wyspa na wschód od Mailu.
Patrz przypisy do poprzedniego odcinka.
Chodzi zapewne o list Stasia Witkiewicza pisany w Hotelu Metropole, w Sydney, 2.IX.1914: „Kochany Broniu: (...) O kwestii naszego
stosunku nie piszę, bo (dodać nic nie mogę) na razie nie mam nic do po­
wiedzenia. W Papui będziesz mial wiele czasu na rozmyślania i może
wiele rzeczy zrozumiesz, jak się na nie z daleka i z samotności popa­
2 8

2 9

3 0

3 1

3 2

3 3

3 4

3 5

216

trzysz. Jeśli nie będzie za późno i jeśli mnie będziesz lubił naprawdę
(czego teraz dopatrzeć się nie mogłem), może kiedyś na Olczy będziemy
inaczej o tym mówić. Chciałbym bardzo, abyś się zmienił, zanim Cię ży­
cie nauczy różnych rzeczy w sposób bardziej okrutny niż dotąd./ Za pew­
ne rzeczy mam dla Ciebie głęboką wdzięczność. Jeśli nie było skutku, to
dlatego, że jestem człowiekiem kompletnie złamanym, którego jedynie
śmierć uleczyć może. Pół roku minęło i wszystko jest tak, jak było, a na­
wet gorzej. Oby moja śmierć nie była głupim przypadkiem i żebym zgi­
nął pożytecznie. Tej jednej rzeczy można mi życzyć7 Wierzę mocno, że
Ci się uda wyprawa i że wrócisz cało./ Ściskam dłoń TwojąJStaś (...)"
S I . Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, PIW: Warszawa
1981
Derebai, wioska w głębi lądu.
Notes and Queries on Anthropology, wyd. 4, Londyn 1912
Borebo, wieś nad płytką zatoką na zachód od Millport Harbour.
Patrz przypis w poprzednim odcinku.
Cat's cradle to dziecięca zabawa w przekładanie i zdejmowanie
sznurka z palców.
Pobliska wyspa.
Wioska na wyspie Mailu nad zatoką Amazon w pobliżu Mogubo
Point, część wioski Mailu.
W Londynie Malinowski pracował zazwyczaj w czytelni (Reading
Room) National Museum.
Obsydian - odmiana szkliwa wulkanicznego bogatego w krze­
mionkę, najczęściej czarny.
Maduna (Mailu) - coroczne święto, główne wydarzenie społecz­
nego życia krajowców.
R. Kipling, Kim, (oryg.) 1901
Przywódca podklanu.
Malinowski wspomina mieszkanie Rettingerów, które Tośka tak
opisywała: „Zajmowaliśmy podówczas jedno z tych wygodnych, ume­
blowanych „appartments", urządzone wyjątkowo niebanalnie przez arty­
stę malarza. W czarnym saloniku, pełnym barwnych plam...". T. Zub­
rzycka, Syn dwu ojczyzn, „Iskry" 1931, vol. 9, s. 141
Wyspa na zachodnim końcu Zatoki Orangerie
Rev. С.W. Abel, z Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego, autor
broszury Savage Life in New Guinea (bez daty), którą Malinowski opisał
jako „napisaną zabawnie, ale powierzchowną, a często niepewną".
Rev. J. Chalmers, misjonarz na wybrzeżu Zatoki Papuańskiej, au­
tor książki Pioneer Life and Work in the New Guinea, 1895
С В . Higginson, rezydujący sędzia w Samarai.
Leslie, właściciel hotelu w Samarai.
Dobu, jedna z wysp Archipelagu D'Entrecasteaux.
Intichiuma, australijska ceremonia magiczna, mająca na celu po­
mnożenie zwierzęcia totemicznego klanu. Malinowski w 1912 roku na­
pisał na ten temat artykuł 77ie Economic Aspect of the Intichiuma Cere­
monies.
Miało się tam odbyć święto Oilobo. Odprawia się je zawsze pod
koniec roku i rozpoczyna w ten sposób okres postu przygotowującego do
głównego święta w całym roku krajowców, mniej więcej dwa miesiące
później.
Pikana, informator z Mailu w średnim wieku, dzieli! dom z Omagą i jego rodziną; Malinowski uważał, że był chciwy i przemądrzały.
J.F. Cooper, Tropiciel śladów, (oryg.) 1840
A. Dumas (ojciec), Wicehrabia de Bragelonne, 1848
Ojciec Malinowskiego, Lucjan (profesor lingwistyki), był przeło­
żonym bursy akademickiej dla studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego
na Małym Rynku w Krakowie, gdzie też rodzina Malinowskich miała
mieszkanie. Po śmierci Lucjana bursę prowadziła pani Malinowska.
Ślebodziński, Główczyński i Górski, to koledzy Malinowskiego
studiujący z nim w Lipsku. Patrz poprzednie odcinki.
Ignacy Wasserberg (ur. ok. 1880 - zm. 1942), studiował na Wy­
dziale Medycznym i Filozoficznym UJ. W rodzinie Witkiewiczów był
znany jako filozof. Ożenił się z Oderfeldówną, w której młodszej siostrze
kochał się Staś Witkiewicz. W latach międzywojennych długoletni pra­
cownik Ligi Narodów w Genewie.
Leon Chwistek (1884-1944) logik, matematyk, filozof, malarz i te­
oretyk sztuki. Był przyjacielem Stasia Witkiewicza i Bronia Malinow­
skiego, który był jego kolegą gimnazjalnym i uniwersyteckim.
Oro'u (Mailu) - duża podwójna łódź z żaglem w kształcie kleszczy
kraba, uważana za najlepszą łódź morską w tym regionie.
J. Layard, antropolog, autor książki Stone Man of Molekuła, 1942
Rami - spódniczka z trawy noszona przez kobiety.
3 6

37

3 8

3 9

4 0

41

4 2

4 3

4 4

4 5

4 6

4 7

4 8

4 9

5 0

51

5 2

5 3

5 4

5 5

5 6

5 7

5 8

5 9

6 0

6 1

6 2

6 3

6 4

6 5

6 6

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.