86b6a125b690ac8d081ffe67fe5959ad.pdf
Media
Part of Szrukoj / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
- extracted text
-
Szrukoj
Krzysztof Lipka
Pamięci mojej ciotecznej babki,
Marty Gundlach (1888-1966)
Nie mam bynajmniej zamiaru pisać tu o kołysankach, ale
kołysanki stanowią dla opowieści, którą pragnę wysnuć, od
powiedni punkt odbicia. Pamiętam mianowicie z dzieciń
stwa trzy kołysanki, każdą w innym języku. Matka śpiewała
mi po polsku kołysankę najbardziej banalną, którą jednak
będę zawsze kochać dlatego, że należy do moich pierw
szych, najdawniejszych wspomnień i dlatego, że śpiewała mi
ją matka.
Spij, dziecinko, już,
Śliczne oczka zmruż.
Matka cicho nuci śpiew,
Wokół słychać szelest drzew,
W dali dziad wyciąga rękę,
Pies oberwał mu sukienkę,
Ciebie strzeże Anioł Stróż.
Śpij, dziecinko, już.
Od chwili, w której zacząłem rozumieć treść tej pieśni,
najbardziej mnie niepokoił ów dziad, który nie wiadomo co
robił w mojej kołysance; i zdawało się, że nawet jeżeli miał
stanowić przeciwwagę do obrazu spokoju i opieki, którą ja
byłem przez Anioła Stróża (i nie tylko) otoczony, to tak czy
inaczej szarpiący jego łachmany pies na pewno nie pomagał
gładko zapadać w sen.
Wszystko to działo się w Łodzi, gdzie w latach powojen
nych język niemiecki bynajmniej nie był rzadki, i to nie
wśród Niemców pozostałych po wojnie, ale wśród dawnej,
przedwojennej ludności tego miasta, która nierzadko
w pierwszym pokoleniu była spolonizowana i jej pierwszym
językiem, wyniesionym z domu rodzinnego, był niemiecki.
Takie było właśnie pochodzenie starej Klembergowej, kości
stej babki, która, mieszkając naprzeciwko, przychodziła do
170
nas codziennie w charakterze dochodzącej służącej. Coś tam
ugotowała, starła kurze, doglądała nas, dzieci. Z lubością
śpiewała mi niemiecką kołysankę, rozglądając się tylko spod
oka, czy aby ktoś dorosły nie słucha; język niemiecki nie był
mile widziany w naszym domu, babka i ciotka zginęły w Ravensbruck. Stara Klembergowa śpiewała:
Schlafe, mein Geliebter,
Schliess die Augen zu...
Dalej już dziś nie przypominam sobie słów owej niemiec
kiej kołysanki, ale pamiętam jak przez mgłę, że jej słowa by
ły żadne, jak to się mówi o niczym, łagodne i nie przeciwsta
wiały mojemu szczęściu żadnych okrutnych obrazów w dale
kim świecie. Do dziś doskonale pamiętam całą melodię tej
pieśni, ale słowa mi już umknęły.
I trzecia kołysanka, w języku rosyjskim. Ciotka mojego
ojca, pochodząca również z domu o niemieckich korzeniach,
wówczas, kiedy miałem lat kilka, była już emerytowaną na
uczycielką; swego czasu jednak cieszyła się sławą świetnej
polonistki. Zaprzyjaźniona z profesorem Kazimierzem Nit
schem, który z nią korespondował do śmierci, także z profe
sorem Zenonem Klemensiewiczem, nauczycielka Juliana
Tuwima, który wspomniał ją, Martę Gundlachównę, nawet
z nazwiska, w swych wspomnieniach z czasów szkolnych,
zamieszczonych w tomie różnych autorów, zatytułowanym
Kredą na tablicy. Znała kilka języków, niemiecki jak polski,
urzędowy rosyjski wyniosła w carskich szkół, francuskim
władała bardzo biegle. Ciotka Tunia w sumie była postacią
niezwykłą, schorowana, pokrzywiona,- wiecznie biadoląca,
do ostatnich chwil życia całe dnie spędzała wśród różnoję
zycznych książek, zajmowała się etymologią, słowotwórstwem i lubiła na te tematy każdemu czynić wykłady, na
przykład spotkanej na schodach sąsiadce, kobiecinie bez
podstawowego wykształcenia. Wciąż zbierała różne rzadkie
egzempla, na przykład dziwne i ciekawe nazwiska, do ja
kiejś' swojej niezwykle ponoć odkrywczej naukowej tezy ję
zykoznawczej, której jednak nie zdołała nigdy na pis'mie
utrwalić. Nieskazitelnej prawos'ci, nadzwyczajnego serca,
szerokich horyzontów i bardzo gruntownej wiedzy, należała
do pokolenia, które dawno odeszło, nie pozostawiając już lu
dzi podobnych sobie. Zawdzięczam jej nieskończenie dużo,
to ona wychowywała mnie i uczyła w zastępstwie zabiega
nych i przepracowanych utrzymywaniem domu rodziców.
Zawsze miała czas, rzucała wszystko, by odpowiedzieć na
każde pytanie kilkuletniego chłopca, godziny całe trawiła
w swej rozległej bibliotece, wyszukując przykłady dobrze
ilustrujące poruszone zagadnienie.
wiedniej stronie i czytam: „Kołysanka kozacka M . J. Ler
montowa, mój przekład z języka rosyjskiego".
Ciotka Tunia uwielbiała muzykę i niestety kompletnie nie
miała słuchu. Przeciwnie do mnie, który grałem od najmłod
szych lat i miałem w przyszłości pokończyć różne szkoły mu
zyczne. Tylko tym moim wrodzonym talentom zawdzięczam,
że kołysanka, którą śpiewała Ciotka Tunia, zawsze wydoby
wając z gardła dźwięki o niejasnej intonacji, jednak we mnie
brzmi. Jest to melodia dość nijaka, jednostajna, krążąca
w miejscu senna kołomyjka, powtarzająca w kółko identycz
ne niemal frazy i zdania, ale Ciotka, zapewne włas'nie z po
wodu swoich niedomogów muzycznych, twierdziła, że jest to
jej najukochańsza pies'n. Była to melodia rzekomo kozacka,
lecz chyba raczej - jak dzisiaj mys'le - stylizowana, bo, jak
się dowiedziałem wiele lat później, skomponowana do tekstu
Michała Lermontowa; kołysanka s'piewana kozackiemu
dziecku, które miało wyrosnąć na dzielnego wojaka i zginąć,
bardzo smutna i gorzka w treści; nie wiem, czemu Ciotka tak
mnie nią chętnie raczyła. Tak czy inaczej rzeczywis'cie uwiel
biała tę piosenkę i przetłumaczyła ją specjalnie dla mnie.
Ona, tłumaczka idealna i bezbłędna, płynnie czytająca pięk
ną polszczyzną z obcojęzycznych tekstów, nie miała może
szczególnych uzdolnień do lotnego i zapierającego dech
w piersiach przekładu poetyckiego, ale lubiła to robić dla
przyjemności i spisywała swoje tłumaczenia w niewielkim
zeszycie, obok skromnych wierszyków, rymowanek saty
rycznych czy złotych myśli, które czasem układała. Jest
w tym zeszyciku także kilka wartych uwagi białych wierszy
z ostatnich lat Ciotki. Układała ten zbiorek specjalnie dla
mnie, tak jak dla mnie tłumaczyła kołysankę i pozostawiła mi
go z następującą dedykacją:
Ruszysz w wojennej potrzebie - śmiały Kozak, chwat!
Wyjdę ja pożegnać ciebie, - machniesz ręką: at!
Gorzkie moje łzy popłyną z tobą w obcy kraj...
Spij, maleńka ma dziecino!
Kołysko, buj - baj!
„Na Twoje życzenie, Najdroższy mój Krzysiu, zbieram tu
'okruchy' mojego życia w nieudolnych dziecięcych i młodo
cianych wierszykach. Kiedy dorośniesz i będziesz już dojrza
łym i mądrym człowiekiem, to na pewno, czytając ten zbio
rek, machniesz ręką i uśmiechniesz się pobłażliwie, ale jed
nocześnie wrócisz myślami do swojej starej cioci - a raczej
babki ciotecznej - Tuni, która Ciebie bardzo, bardzo kochała.
Twoja Marta Gundlachówna 1961."
(Miałem wówczas dwanaście lat, ale to data spisywania
przeważnie wierszyków z zamierzchłej już wówczas prze
szłości.)
Sięgam dzisiaj po ten cienki zeszycik w zielonej plastyko
wej okładce, z nalepką, na której czytam dwie linijki skreślo
ne drobnym, nieskazitelnym pismem Ciotki: „'Z lat minio
nych', zmienić nalepkę na ładną, Tunia". Nigdy nic nie było
z tego zeszyciku publikowane. Dzisiaj otwieram go na odpo
Uśnij, synku, me kochanie, ukołyszę cię!
Księżyc na twoje posłanie blady blask swój śle.
Opowiem ci bajek wiele, cudnych niby raj...
Spij, maleńki mój aniele!
Kołysko, buj - baj!
Wojackiego życia brzemię poznasz, chwycisz broń,
śmiało skoczysz nóżką w strzemię, parsknie raźno koń.
Pstrym jedwabiem wyhaftuję ja siodełko twe...
Teraz pieszczę i całuję
i kołyszę cię!
Dam ci, gdy wypadnie droga, na twe piersi krzyż,
patrz nań, modląc się do Boga i wznoś myśli wzwyż;
gdy podążysz w groźne boje, matkę wspominaj!
Śpij, najdroższe dziecię moje...
Kołysko, buj - baj!
Rzecz w tym, że kołysankę tę Ciotka Tunia śpiewała mi
w obu językach, czasem w swoim przekładzie, czasem w ory
ginale, po rosyjsku. Jednak jej rosyjski śpiew był dla mnie ist
ną torturą; nie dlatego, bym nie lubił tego języka, miałem pięć
lat i język rosyjski wydawał mi się, jak i zawsze później,
piękny, melodyjny, łagodny; ale było tam jedno zatrważające
mnie miejsce, jedno słowo, które nie wiadomo dlaczego wy
woływało w dziecięcym serduszku grozę: „szrukoj"! Słowo
złowrogie i przerażające. Pojawiało się ono w momencie, kie
dy Ciotka zbliżała się do połowy trzeciej zwrotki: „mach
niesz ręką: at!" Po rosyjsku brzmiało to: „ty machniosz rukoj". W tym właśnie momencie zawsze w sposób niewytłu
maczalny wpadałem w drżenie i mówiłem: „Ciociu, ja się te
go 'szrukoja' boję!" Nie zdały się żadne tłumaczenia, że nie
ma mowy o żadnym „szrukoju", że to zbitka spółgłosek
dwóch różnych wyrazów, z których żaden nie ma w sobie ani
odrobiny czegoś przeraźliwego. Nic jednak nie pomagało,
powtarzałem uparcie: „Tego 'szrukoja' to ja się boję!" 1 ba
łem się rzeczywiście.
Nie jest to bynajmniej jakaś anegdota, którą opowiada
no mi, kiedy podrosłem. Doskonale pamiętam paniczny
strach, który ogarniał mnie na zbliżające się słowo „szru
koj". Zaciskałem piąstki i wtłaczałem je w kurczowo zaci
śnięte powieki, i sztywniałem jak sparaliżowany, bo nic
wówczas na ziemi nie wydawało mi się tak groźne, złowie
szcze i mrożące krew w żyłach jak znienawidzony wyraz
„szrukoj". Ciotka śmiała się ze mnie, śmieli się inni, nie
skutkowało, „szrukoj" wywoływał we mnie paraliżujący,
zabobonny niemal lęk.
Tak to nie istniejące słowo zrosło się w mojej dziecięcej
wyobraźni z czymś okropnym i niebotycznie przerażającym,
że wkrótce znalazłem wśród walających się po domu rzeczy
namacalny odpowiednik owego „szrukoja" z kozackiej koły-
171
sanki i zaraz też nazwałem ten przedmiot oczywiście „szrukojem". Miałem i potem nieraz rozmaite rzeczy magiczne,
ale nigdy już nic nie przedstawiało dla mnie tak potężnego,
całkiem irracjonalnego znaczenia. Była to rzecz o niewiado
mym dla mnie wówczas przeznaczeniu, a i z dorosłych jakoś
nikt nie wpadał na pomysł, do czego też owo dziwne akce
sorium może służyć. Niewątpliwie była to jakaś oderwana
od reszty część, jakaś ozdoba, odkręcona od większej cało
ści, bowiem w dole kończyła się wewnątrz gwintowanym
kołnierzykiem, świadczącym, że przedmiot ten przynależał
do jakiego pokaźniejszego urządzenia. Sama rzecz wygląda
ła następująco; mogę ją dokładnie opisać, mam ją przed
oczyma. A więc mniej więcej dziesięć centymetrów długi
i cztery wysoki płaski mosiężny płotek nie płotek, grzebień
nie grzebień, jakiś dziwnie palczasty, we wszystkie strony
najeżony szpikulcami uchwyt, na całej swej powierzchni
przepruty sporymi ażurami. Z pozoru zupełnie absurdalny
i nieużyteczny kawałek ostro, „złoto" błyszczącego metalu,
który jednak musiał na dziecku robić niemiłe wrażenie wła
śnie owymi wysterczającymi, palczastymi zakończeniami;
kształty nieco zgeometryzowane, w innych miejscach znów
opływowe, czyniły tę dziwną plakietkę, czy sam już nie
wiem, jak to nazwać, bezsensowną i nie nadającą się do żad
nego zastosowania i użytku. To był właśnie „szrukoj".
„Szrukoja" trzymałem w tajemnicy, wyciągałem z ukry
cia, kiedy nikt mnie nie widział i patrząc na niego, na jego
ostro wystające sterczyny, sam w sobie wzmagałem własny
niczym nie uzasadniony lęk; to była ta właśnie rzecz, która
zaspokajała i wyczerpywała moje zapotrzebowanie na strach.
- Szrukoj... - szeptałem do siebie i zamykałem z obawy
przed widokiem złowrogo łyskającego przedmiotu oczy
i chowałem go z zawartymi powiekami, by już ponownie nie
padł na niego mój zalękniony wzrok.
Czym jest „szrukoj", wyjaśniła po kilku latach tych za
baw Ciotka Tunia. „Ależ to wspornik na cygara z popielnicz
ki dziadka!" - powiedziała i zaraz sobie wszyscy przypo
mnieli. Oczywiście, nic prostszego! Po pradziadku Manitiu
sie zachował się garnitur nabiurkowy z szarego marmuru
i mosiądzu, wcale niemały komplet, na który składał się po
tężny dwupojemnikowy kałamarz z piasecznicą i dzwon
kiem na sekretarza, kalendarz z przestawianymi ręcznie da
tami, suszka, dwa świeczniki, łapka-capka do przytrzymy
wania karteczek oraz pojemnik na cygara i popielniczka.
Niektóre z tych przedmiotów stały tu czy ówdzie w naszym
ogromnym łódzkim mieszkaniu, inne, bawiąc się, jak to
dziecko, porozkręcałem i porozsiewałem po domu takie czy
inne ich części. Nikt mi tego nie bronił, mieszkanie ginęło
pod stosami starych rupieci; nie zwracano na to uwagi,
wszyscy w tym zapędzonym domu raczej się cieszyli, że
dziecko znalazło zajęcie.
Kiedy „szrukoj" został rozszyfrowany, jakoś sam z sie
bie automatycznie przestał był groźny. Odnaleziono jego
podstawkę, okrągły spodek marmurowy z dziurką pośrod
ku i za pomocą niewielkiej śrubki zamocowano na nim ów
bezsensowny sam w sobie płotek nie płotek, grzebień nie
grzebień, tak że teraz służyć może pożytecznie jako pod
pórka pod palące się i odkładane na spodek cygara czy pa
pierosy. A z czasem, kiedy już miejsce moich zabaw prze
niosło się na biurko, marmurowy garnitur po moim już prapradziadku Gustawie Manitiusie, Superintendencie Gene
ralnym, z mniej więcej połowy XIX w., poskładany i po
skręcany, znalazł się na jego blacie. Tu też stoi do dziś i do
dziś biorę do ręki, kiedy tylko zechcę, „szrukoja", zmorę
mojego dzieciństwa. I zawsze wówczas przypomina mi się
kozacka kołysanka Ciotki Tuni i słowa: „ty machniosz rukoj". I moja bezradna dziecięca skarga: „A tego 'szrukoja'
to ja się boję..."
Ale w tej historii jest drugie dno, czy raczej może druga
pointa. Bo przecież trudno pozostawić bez odpowiedzi ten
dziwny fakt: skąd u małego dziecka tak niezwykły, niczym
nie uzasadniony lęk przed niezrozumiałym obcym słowem?
Nawet jeżeli było to lub nie było słowo? Bo strach przed mo
siężnym przedmiotem był lękiem wtórnym, przeniesionym,
a pierwotne przerażenie wywoływało słowo. Nie wiem oczy
wiście, jak to wyjaśniać, ale po wielu latach nagle skojarzy
łem to nieprawdziwe, rzekomo rosyjskie słowo, „szrukoj",
z rdzeniem niemieckim: schrecken, schreklich, Schrecknis.
Przecież w samej tej właśnie zbitce spółgłosek: schr-, szr- jest
coś przerażającego i język niemiecki niezwykle trafnie to
właśnie oddaje, chwyta lęk w jego brzmieniowej istocie nieledwie onomatopeicznie. Trafniej niż polskie strasz-, ponie
waż w samej samogłosce „a" zawiera się już ukojenie.
Kołysanka kozacka Lermontowa jest pieśnią, która tyle
przygotowuje do snu, co do ostatecznego zaśnięcia, do
śmierci, oczekującej Kozaka „w wojennej potrzebie". Nie
wiem, czy przerażenie wychwytywałem z tej pieśni intuicyj
nie z powodu jej rosyjskiej, wówczas dla mnie jeszcze
niezrozumiałej treści, czy też z powodu niemiecko brzmiącej
zgłoski, którą tam sztucznie wprojektowałem, kondensującej
lęk już w samym swym brzmieniu. Coś jednak musi w tym
być, bo intuicja dziecka ma za sobą w tle doświadczenia
wielu pokoleń.
U с
172
