4405ea2437192450816437841f724a95.pdf

Media

Part of Portrety: Leszek Macak kolekcjoner / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2

extracted text
Portrety:
Leszek Macak
kolekcjoner
Aleksander Jackowski
Co cechuje kolekcjonera? Przede wszystkim pasja. Zaintere­
sowanie tak wielkie, że mu się poświęca czas, zdrowie,
pieniądze. No i cechuje go pożądanie. Dostał znaczek pocztowy
z 1918 roku, więc chce i z 1917. Tak samo z rzeźbą ludową. M a
Lurkę, Chajca, Zegadłę, ale brak mu Kudły, więc na głowie
stanie, aż kupi. A skoro Kudłę, to i W o w r ę . Taki los kolek­
cjonera. Spać nie może. Chce. Pożąda. Będzie jeździł, szukał,
namawiał - ja tobie dam to, ty mnie tamto. Telewizor sprzeda,
samochód zastawi, gdy nagle pojawi się coś, „bez czego żyć się
nie da".
Niełatwo być żoną kolekcjonera, synem, a nawet psem.
Wszystko wymaga troski a jemu ledwo starczy czasu na
kolekcję. Ta zaś wymaga i w końcu nie bardzo wiadomo, kto
kogo ma - on swoje zbiory, czy one jego. Pasja żąda, by jej
służyć. Przypomina się Skąpiec Moliera. Ale tu stop! Ponieważ
Harpagon kochał pieniądze dla nich samych, podczas gdy wielu
zbieraczy chce, aby to co posiadają, było oglądane, podziwiane.
Radość ich dopiero wtedy jest pełna, gdy j ą dzielą z innym.
Wielcy kolekcjonerzy zapisali się w'pamięci potomnych jako
mecenasi sztuki, nauki.
Także w Polsce, jeszcze w czasie, gdy nazywano j ą „ l u d o w ą ' '
istniało zbieractwo, działali znakomici kolekcjonerzy, że wy­
mienię tu z kręgu moich zainteresowań: Ludwiga Zimmerera
(Niemca, który pokochał Polskę a pokonany stresem Stanu
Wojennego, spoczął na warszawskich Powązkach) , Bolesława
Nawrockiego, Wojciecha Siemiona , Leszka Macaka. Każdy
z nich gromadził zbiory na miarę swych możliwości, zaintereso­
wań i preferencji. Dlatego nawet w obrębie tych samych postaci
inne walory ujawnia zestaw prac Katarzyny Gawłowej w zbio­
rze Macaka, inne zaś u państwa Nawrockich. Zmiana proporcji,
różnice w kontekstach, scenografii, sposobie życia ekspozycji
sprawiają, że m o ż n a traktować wybitne kolekcje jak dzieła
sztuki, świadomie zbudowane. To nie puzzle, które ułożone
przedstawiają zawsze ten sam obraz.
1

2

Kolekcje mają okresy tragiczne i wzlotów, historię, która się
w nich nawarstwia. W y b ó r Zimmerera to ślad wchodzenia
w Polskę, zetknięć z ludźmi, wędrówek po wsiach i posiołkach.
Jeśli tak wielką w a g ę przywiązywał do rzeźby Wincentego
Czerwińskiego, przedstawiającej pożegnanie Żyda z żoną przed
Pójściem do gazu, to nie ze względu na jej zalety formalne, lecz
emocje, które w nim wzbudziła. Przełamywała sztampę słów,
wstrząsała, kazała wczuć się w los ofiary. Od tej figurki zaczęły
się kontakty Zimmerera z ludowymi twórcami, dochodzenie do
Polski od dołu, od podszewki.
Kolekcja zbudowana przez dra Bolesława Nawrockiego
ukazuje nie tylko dzieła Wiśnios, W n ę k o w e j , Gruceli czy Żaka,
'e i osobowość człowieka, który właśnie te a nie inne dzieła
wybrał, i wyeksponował. To nie suma eksponatów, ale świado­
my ich wybór. Zapis życia, z którego, jak z taśmy elektrokardio­
grafu odczytać m o ż n a przemiany, które zachodziły w preferenc­
jach artystycznych twórcy kolekcji. Nie tylko bowiem kolek­
cjoner tworzy kolekcję, ale i ona tworzy jego. Wpływa na losy.
*>ywa pomnikiem, który bohater sam sobie wystawia, tytułem
chwały, szansą poznania najważniejszych osobistości kraju
a

0

- premiera, ministrów, znakomitości świata kultury, a nawet,
jak w przypadku Zimmerera: Kanclerza Schmidta, Brandta - ale
staje się też kulą u nogi. Przecież Ludwig wyjechałby z Polski,
pociągały go propozycje pracy w Ameryce Południowej, w in­
nym pejzażu ale kolekcja trzymała go jak kotwica. Wiedział, że
należy ona do tego kraju, że zabrać jej nie ma moralnego prawa,
więc z nią został. Do końca.
Kolekcje związane są z losem tych, którzy powołali je do
życia. To się czuje. Miałem to szczęście, że widziałem „od
ś r o d k a " życie paryskiej kolekcji Jeana Dubuffeta (Art Brut),
wtedy gdy czerpał z niej inspiracje i siłę do swej własnej
twórczości. Widziałem wenecką kolekcję Peggy Gugenheim,
jeszcze z lat, gdy w jej salach pracował Max Ernst. Później,
sprowadzone do ram muzealnej ekspozycji kolekcje te zatraciły
żywy puls, niby zostały te same, ale przecież inne, spetryfikowane, skazane na muzealną martwicę.
Przeżyłem dramatyczną śmierć kolekcji Zimmerera. Pul­
sowała życiem, mieniła się coraz innymi barwami, i nagle - po
wylewie krwi do mózgu, który powalił tego cudownego
człowieka - straciła blask, siłę oddziaływania. Bez niego stała
się inną jakością. Ale i on, wyłączony z życia, ciężko chory, stał
się innym człowiekiem. W obliczu spraw ostatecznych blichtr
towarzyskiego życia stał się niepotrzebny, zmienił się (i
pogłębił) stosunek do zgromadzonych dzieł. W a ż n e stały się
tylko te o silnym ładunku emocjonalnym, w których wyczuwał
wibrację duchowości, powagę. Z blisko 13 tysięcy eksponatów
w tym ostatnim okresie chciał mieć przy sobie tylko rzeźby
najważniejsze - Józefa Lurki, Romana Śledzia, Heródka.
Zastanawiając się nad różnicą jaka istnieje między zbiorami
muzealnymi a kolekcjami prywatnymi przede wszystkim widzę
j ą w tym, iż prywatne są dziełem autorskim, w tym sensie
jednorodnym, że prezentują sposób widzenia i szczególną
wrażliwość człowieka, który je od podstaw stworzył. M o ż n a je,
jeśli chodzi o porównanie z muzeami, przyrównać do autorskich
wystaw, ekspozycji. Natomiast fundament muzealnych zbiorów
pochodzi z różnego nadania, tworzą go mniej czy bardziej
celowo dobierane eksponaty w przeciągu wielu dziesiątek lat.
Różnicę między muzeum a kolekcją wyraźnie m o ż n a zauwa­
żyć w Londynie, gdy porównamy National Gallery z Wallace
Collection.

99

Prywatna kolekcja nie musi poddawać się sądom ogółu,
nawet autorytetów. Jej właściciel może zaufać tylko sobie,
zbierać co chce, nawet gdy komuś wyda się to śmieszne, czy
nierozsądne. Kolekcjonerzy uratowali (także u nas) rzeczy,
o których uczciwe, państwowe muzea nawet słyszeć nie chciały.
Dlaczego? Ponieważ muzealnicy byli, i wciąż jeszcze są, pod
presją sztancy przedmiotów, które „ n a l e ż ą " do kategorii sztuki
ludowej, i takich, których się do niej nie zalicza. Przynajmniej
w tym okresie. (Wiąże się to z dążeniem do odtwarzania obrazu
przeszłości, takiego, który zasłuży na miano autentyku, obrazu
który z perspektywy jawi się niczym mit dawnego raju.) To, co
pozostaje poza burtą ratują od ocalenia często ludzie przypad­
kowi, maniacy, śmiałkowie wyobraźni, zbieracze, którzy za nic
sobie mają ograniczenia - co „ n a l e ż y " , a co j u ż „nie n a l e ż y "
do uznanej kategorii eksponatów. Так пр.: warszawskie Państ­
wowe Muzeum Etnograficzne nie chciało (za grosze!) kupić
w swoim czasie - pieca kaflowego z Pokucia, malowanej X I X
wiecznej strzelnicy, malowideł jarmarcznych karuzel, ekranów
ulicznych fotografów. Nie chciało za d a r m o rzeźb i obrazów
z wystawy „ I n n i " , którą zrobiłem w Zachęcie (1965). Od kiedy
działał Zimmerer wystarczył sygnał, jechał, kupował, ocalał to,
czego muzea nie brały. Kolekcjonerzy, tacy jak Adam Fischer,
Franciszek Kotula, nie mieli muzealnych ambicji, działali na
własną rękę. Stąd nawet to, co w pierwszej chwili mogło się
w ich zbiorach wydać nieuzasadnione, po latach nabierało
znaczenia. Nawet bowiem strychy starych d o m ó w i rupieciarnie
mogą przechować ułomki wiedzy o czasach minionych, rzecz
w tym, kto w nich grzebie i co dostrzega.
Jest jeszcze jedna przewaga kolekcjonerstwa - swoboda
dysponowania pieniędzmi, łatwość decyzji wyjazdu, stały
kontakt z ulubionymi twórcami. W muzeach jest to bardzo
trudne. Jeśli wysyłają pracownika do Puszczy Białostockiej,
trudno sobie wyobrazić, by pod wpływem listu malarza „mam
teraz kilka o b r a z ó w " , za dwa tygodnie znów mógł pojechać.
A „ p r y w a c i a r z " pojedzie. Obserwowałem, jak pracował Z i m ­
merer, jak dzięki warunkom, które stwarzał, mógł się poruszać
po kraju dr Marian Pokropek. Pracował także na rzecz kolekcji,
ale dzięki niej miał szanse, których nie dawał ani uniwersytet,
ani muzeum. Przypomnę, że tylko w jednym roku samochód
Zimmerera przejechał po Polsce blisko 50.000 km.
Za co? To bardzo istotna sprawa. Żeby stworzyć kolekcję,
trzeba mieć pieniądze. Ale w warunkach polskich uczciwa praca
ich nie zapewniała. Każdy ze znanych mi zbieraczy pracował,
w różnym charakterze, za granicą. Zimmerer dostawał gażę
w markach, dr Nawrocki lata spędził w międzynarodowych

100

organizacjach. Ale w większości ci, którzy wracali - budowali
wille, kupowali samochody, jeździli na Wyspy Kanaryjskie,!
tylko nieliczni woleli otoczyć się dziełami sztuki, budować;
kolekcje, które miały, jak pomnik, zostać świadectwem icij
życia i działalności.
Oczywiście w latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych
podstawą ich sukcesu były różnice między oficjalnym i nieofic­
jalnym kursem dolara. Gdyby Balcerowicz nastał o ćwierć'
wieku wcześniej Zimmerer nie mógłby się stać mecenasem!
i dobroczyńcą. A n i inni.
Jeszcze jedno. Sytuacje, o których m ó w i m y należą do okresu
indywidualnego kolekcjonerstwa. Obecnie rolę miłośnika'
- zbieracza, mecenasa przejmują wielkie galerie, banki, a nawet
wielkie hotele. Gromadzą dzieła sztuki, ponieważ wzmacnia to
ich pozycję, przy czym czynią to w sposób „ z i m n y " , profes­
jonalny, powierzając zadanie menedżerom - historykom sztuki,
krytykom, galerzystom.
Jednak kolekcje to nie tylko kalkulowanie, co dobre a co złe,
co modne, podnoszące rangę, a co nie warte inwestycji.
W wymiarze publicznym rola kolekcji to także opieka nad
artystą, nad ośrodkiem sztuki, jak np. Paszyn. Kolekcja stworzo­
na przez księdza Nitkę nie da się oddzielić od działalności
animacyjnej, a nawet duszpasterskiej. Zimmerer, Nawrocki,
Macak, Łodziński - to przyjaciele artystów, ludzie, którym leży
na sercu dobro naszej kultury.
Ale publiczny wymiar kolekcjonerstwa na tym się nie
kończy. Operuje ono w tej samej przestrzeni, co muzea,
zwłaszcza etnograficzne.
Mogę się przy tym powołać na fakty, z którymi zetknąłem sif
bezpośrednio, organizując wiele wystaw w kraju i poza nim.
Doznałem, co zrozumiałe, pomocy ze strony dyrektorów i pra­
cowników muzeów. Byłem i m za to wdzięczny, ale uważałem tę
pomoc za naturalną, chodziło przecież o wspólną sprawo
Natomiast zaskakiwała mnie serdeczność i ofiarność kolek­
cjonerów. Zawsze dostawałem od nich najlepsze, najbardziej
przez nich cenione eksponaty, nawet gdy nie śmiałem o nie
prosić. Sukces wystaw w Stuttgarcie, Neuchatel, Londynie,
Paryżu, w Spoleto, Hamburgu, Rouen czy Bratysławie, to także
ich zasługa. Zdarzało się przy tym, zwłaszcza w latach ostat­
nich, że zarażeni duchem pieniądza kierownicy muzealnych
placówek nie zdradzali ochoty do „pracy dla wspólnego dobra"Wtedy też odwoływałem się do kolekcjonerów. Przed paroma
laty poprosili mnie Francuzi o zorganizowanie ekspozycji
polskiej sztuki naiwnej na Festiwalu w Rouen. Impreza wspfr
niała, tworzona przez rzeszę społecznie pracujących obywateli
miasta. U nas jeden minister akurat odchodził, drugi niczego nie

wiedział i wiedzieć nie chciał, a oni tam w Rouen ogłosili Polskę
honorowym gościem Festiwalu. Po eksponaty przyjechali cięża­
rówką, kierowca okazał się naczelnym chirurgiem miejskiego
szpitala, „ ł a d o w a c z " - psychiatrą. Kłopotów miałem co nie­
miara, nie muszę dodawać, że angażowałem się, jak oni
-społecznie. Niektóre muzea bardzo pomogły (Włocławek), ale
w innym, gdy chodziło tylko o wypożyczenie skrzyni i załado­
wanie eksponatów z prywatnej kolekcji, pani dyrektor od­
mówiła, tłumacząc że ma za dużo roboty. Jeszcze ktoś zapytał
wprost - a co j a z tego będę miał? co wprawiło w nie lada kłopot
organizatorów. Zadzwoniłem do Leszka Macaka, następnego
dnia przywiózł mi samochodem rzeźby i obrazy ze swojej
kolekcji. Znakomite! Uważał to za swoją powinność. Później
dowiedziałem się, że eksponaty z jego kolekcji znalazły się na
40 wystawach (!), że wracając od rzeźbiarzy niejeden raz
zachodził do krakowskiego muzeum, by ofiarować prace
nieznanego tam dotąd twórcy. Na ogół mu za to dziękowano.
Widziałem ścianę w jego mieszkaniu ogołoconą z rzeźb
i obrazów, które wypożyczył. Pomyślałem wtedy, że tak jak
przed laty pisałem o Zimmererze i Siemionie, tak teraz
powinienem nakreślić „ p o r t r e t " Leszka Macaka. A po nim dra
Bolesława Nawrockiego.
Schemat takiego portretu wydaje się prosty. Jak i kiedy
zrodziła się idea zbierania. Co kolekcjonowanie „ z a ł a t w i a " ,
jakie zaspakaja potrzeby, jak zmieniło życie zbieracza. Na czym
polega specyfika kolekcji, czym się różni od innych, co w sobie
zawiera.
Zacznijmy od zainteresowań. Zadecydował o nich przypa­
dek, ciąg wydarzeń, które trudno było przewidzieć. Oto sytua­
cja. Macak jest prawnikiem, na myśl mu nie przychodzi
zajmowanie się sztuką. Mieszka w bloku. Matka, z którą
emocjonalnie bardzo jest związany, rzutka, przedsiębiorcza,
dusi się w atmosferze peerelowskiej Polski. Likwiduje sklep,
wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Tam pomnaża kapitał,
z myślą o dzieciach. Postanawia, że sensownie ulokuje posiada­
ne pieniądze, tak by zabezpieczyć los dzieci. Decydują - wybu­
duje się w Bukowinie Tatrzańskiej dwa bliźniacze domy w stylu
góralskim. Piękne i solidne. Leszek zajmuje się budową,
angażuje znakomitych majstrów. Powstają domy z wielkich
Płazów modrzewiowych zbudowane. Gdy stolarka jest j u ż
niemal gotowa Macak zwraca się do Bronisława Cukra, kowala
z Zakopanego, prosząc by ten mu zrobił stosowne okucia,
zawiasy, zamki. Ale kiedy się pozna Cukra trudno oprzeć się
"rokowi i sile jego osobowości. To niezwykły człowiek, o dużej
wiedzy etnograficznej, orientujący się w historii, socjologii
"lozofii, korespondujący z wiedeńskimi archiwami, ponieważ
1

interesuje go historia góralskich rodów. Przy tym świetnie
zorientowany w problemach współczesnej twórczości ludowej.
Cukier zamówienie przyjmuje, robi co do niego należy, ale
wzbudza w Macaku niepokój. Pyta - a co będzie w środku? na
ścianach? Przecież w chałupie góralskiej u powały była listwa,
na której umieszczano święte obrazy na szkle. R z ę d e m ? pyta
Macak. Rzędem. Wiele. A skąd wziąść obrazy? przecież trudno
kupić nawet jeden! Stare trudno, potwierdza Cukier, ale są
przecież malarze i malarki, którzy kontynuują dawne tradycje.
Cukier prowadzi Macaka do pracowni Eweliny Pęksowej, Zofii
Roj, Władysława Walczaka a później także do Zdzisława
Walczaka, który przejmuje rolę przewodnika, i kontaktuje
Macaka z innymi twórcami Podhala. I tak się zaczęło. Macak
jeździł często do Stanów, pracował tam, nieraz bardzo ciężko,
a gdy wracał zajmował się kolekcją. Trwało to 12 lat. W tym
czasie uzyskał obywatelstwo amerykańskie, płacił ze edukację
syna (który teraz, po ukończeniu School o f visual A r t osiadł
w Krakowie).
Szybko stał się znanym, już niepotrzebne były rekomendacje
Cukra, czekano na jego przyjazd, pisano listy z prośbą o załat­
wienie różnych spraw, był przecież prawnikiem „ m e c e n a s e m "
- jak mówią w Krakowie. Nawiązał kontakt z ks. Nitką,
animatorem ośrodka rzeźby i malarstwa w Paszynie. Dzięki
księdzu poznał Ludwiga Zimmerera, który gorąco zachęcał
Macaka do rozbudowy kolekcji, dał mu adresy kilku ciekawych
twórców.
Kolekcja rosła, mieszkanie w krakowskim bloku nie mogło
pomieścić przywożonych eksponatów. Żona narzekała, znów
więc pojechał do Stanów, pracował, by kupić willę, drugi
samochód. A skoro miał j u ż dom trzeba było go umeblować.
Zaczął gromadzić stare chłopskie skrzynie, zydle, szafy. Kolek­
cja rosła, zaczęli do niej przychodzić znakomici artyści.
Podziwiać, radzić. Tak kolekcja stała się tytułem do chwały.
Czy w domu mogliby gościć artyści, dyrektorzy polskich
i zagranicznych muzeów - gdyby nie ona? Powtarza się
sytuacja, na którą zwracałem uwagę pisząc o Ludwigu Zim­
mererze. Niezależnie od osobistych zainteresowań, kolekcja
podnosi rangę jej właściciela, sprawia, że człowiek żyjący dotąd
w cieniu, staje się osobą znaną, cenioną, podziwianą. Wchodzi
do historii.
Zwróćmy też uwagę na mechanizm kompensacji, począt­
kowo nawet nie uświadamiany. Kolekcja bowiem wywyższa,
daje satysfakcję swemu twórcy. To do niego przecież przyjeż­
dżają dyrektorzy muzeów z Zachodu, przychodzą Nowosielski
i Panek, to jemu doradzają Edward Mucha, czy Teresa Stan­
kiewicz.

101

Doradzają zresztą nie tylko oni. Macak chciałby, aby kolekcja
była możliwie pełna, wszechstronna, obiektywnie doskonała.
Ale jak osiągnąć tę obiektywność? Sądy krzyżują się, zderzają;
ktoś, z k i m bardzo się liczy odmawia wartości rzeźbom Śledzia,
Chajca i L u r k i ; ktoś inny przeciwnie - w nich dostrzega
znamiona prawdziwej sztuki, napięcie życia duchowego, lekce
sobie ważąc setki bezdusznych figurek, niczym w swej istocie
nie różniących się od zabawek z drewna. To też jest zrozumiałe
- szacunek dla opinii specjalistów, ludzi wybitnie wrażliwych.
Kolekcja jakby wyprzedza w tym okresie świadomość swego
twórcy. Dopiero w następnym etapie ujawniają się prawdziwe
preferencje zbieracza, nabiera pewności siebie - w końcu to
kolekcja jego, dla niego i przez niego budowana. Wtedy też,
w masie przedmiotów zaczynają błyszczeć te naprawdę ważne.
Przestaje imponować rozrost liczbowy, narasta świadomość, że
ilość wcale nie musi przechodzić w jakość. Przedmiotem dumy
stają się dzieła wybitne.
W domu państwa M a c a k ó w wyróżniłbym przede wszystkim
zestaw rzeźb Edwarda Sutora. Nie ma wielkich, bryłowatych,
fantastycznych głów - ale ten brak rekompensują średnie i małe
figurki, świetnie dobrane. Doskonały jest zestaw dzieł Heródka,
Ludwika Więcka, M a r i i Wnęk, Katarzyny Gaweł. Jest kilka
rzeźb Leona Kudły, wśród nich (piękna!) dziewczyna z ptakiem
na wyciągniętej dłoni, jedna z najwcześniejszych prac artysty.
Ekspresyjne rzeźby Romana Śledzia, artysty bardzo wysoko
ocenianego w Niemczech, ale u nas niedocenianego - tak dalece
odbiega od potocznych
oczekiwań. Dobry jest
zestaw Nikifora. Monsiela, Zagajewskiego,
Jędrzeja Wowry, Stani­
sława M i k i , Janasa,
Hołdy, Muchy. (Z po­
zycji wybitnych - nie­
wiele rzeźb L u r k i . Sła­
bszy
jest
Chajec
i
Szczypawka-Gołębiowska). Cenny, pięk­
ny zestaw ptaków, za­
bawek z drewna, w tym
emausowych
„Ży­
dów".
Z dawnej sztuki ob­
razy z X V I I I i X I X w.
Matki Boskiej Często­
chowskiej, Gidelskiej,
z La Salette. Nieprze­
ciętnej urody Święta
Rodzina.
Doskonały
dobór rzeźb: różne we­
rsje Chrystusa Frasob­
liwego,
Ukrzyżowań.
Fragmenty z ołtarzy łe­
mkowskich cerkiewek.
To, czego nie mają mu­
zea - setka oleodruków
zbieranych we wsiach.
Drzeworyty: z Płazo­
wa, Wowry.
Zbiór uzupełniają lu­
dowe skrzynie, szafy.
W nich około 130 wy­
cinanek 26 autorek.
Dokumentacja w trak­
cie opracowania. Goto­
we ok. 350 opisów.
Leszek Macak zbie­
ra eksponaty, ale podo­
bnie jak to miało miejs­

102

ce z Zimmererem, czy Bolesławem Nawrockim, ważne
niego są spotkania z twórcami. Poznał ich wielu. Niektó
z nich, to ludzie o niezwykłej osobowości, ciekawsi nawet
dzieła ich rąk (np. Piotr K w i t ) . Z wieloma twórcami Les
zaprzyjaźnił się, jeździ do nich, zaprasza do siebie. Ostatnio
Aleksander Jackowski
u niego twórca pięknych ptaszków z drewna - Zachura. M ;
bardzo go ceni, zawiózł nawet sporo jego ptaków swe
dawnemu szefowi w Stanach. Surowy ten, niezdolny
Był słotny dzień jesienny. Czekałem na Ludwiga Zimmerera
uśmiechu człowiek, zobaczył kiedyś u Macaka ptaszki | przed jego willą. Nie przychodził, za to przyjechali dwaj
sufitem, no i teraz ma je sam w swym biurze. Trzepoczą Holendrzy. Podnieceni, kupili w Krakowie „fantastyczne"
poruszane powiewem powietrza z A i r Condition. (Poczc obrazy. Pytam - czyje? Gawlowa. Nie słyszałem. Pokazują.
człeczyna! myślą klienci. Ptaszki sobie powiesił!).
Radosne, ludowe do szpiku kości, a przytym poza tradycją.
A Zachura, to nie tylko ptaszki, lecz i los człowieka, z n Gdzie mieszka - pytam. Za Krakowem, zawiózł ich do niej
związany. W czasie okupacji Niemcy wzięli go do kamiet właściciel kramu w Sukiennicach. Bardzo, bardzo dziwny
łomów. Warunki były straszne, ludzie umierali - jeden człowiek. Grosza od nich nie wziął, jeszcze się cieszył, gdy

Jacek Łodziński

c i l i

a , a r c e

nadzorca zobaczył, a było to tuż p n >
5?
- f a z u j ą wizytówkę, wymówić nazwiska nie
drugim. Niemiec
Bożym Narodzeniem, że Zachura struga sobie ptaszka. A
.
iego
kę umiesz zrobić? zapytał Zachura wyrzeźbił, jedną, drug £ ™
w o w a n y , zacinał się mówiąc. Przyszedł prosić
No i zwolniono go z tego kamieniołomu. Ocalił życie. Ptasi
,
i a n o mu odebrać koncesję. Chodziło o donos,
mu je ocaliły.
sprawę kapliczki koło Paszyna. M ó w i o n o , że j ą ukradł, zdjął,

J^S^SL^^^yi

w

I n s t y t u c l e

N i e w i e l k

z d e n e r

Q

p

o

m

o

c

c h c

Kiedy w kolekcji Macaka przypatruję się rzeźbom i obrazo przehandlował, zrobił, zawiesił. O co tu chodzi? Wyjaśniłem,
wiszącym wszędzie ptaszkom, zastanawiam się na tym, f. Łodziński przejeżdżał, widział starą, już rozpadającą się kapwielkie talenty drzemią w ludziach, i jak mało trzeba (czas liczkę, więc uznał, że trzeba w jej miejsce dać podobną; nie
jednego impulsu), by mogły z całą siłą wybuchnąć. Oglądt czekał aż ją spalą a drzewo zetną. Pomówił z ludźmi, sfotowspaniałe rzeźby Sutora, Heródka, Zagajewskiego, Ной grafował, obiecał że przywiezie nową. A bo można takiemu
niesamowite rysunki Monsiela, obrazki Nikifora - tych, kto* wierzyć? Ksiądz Nitka na wszelki wypadek starą wziął do
tworzyli,
poniew siebie. Łodziński, jak obiecał, n o w ą kapliczkę przywiózł,
musieli tworzyć, p o ł Zawiesił na drzewie. Trochę się zmartwił, że starej nie ma, ale
waż ta potrzeba don nową dał. Pieniędzy żadnych za nią nie chciał. To już wydało się
nowała w ich żyd l u
bardzo podejrzane. Niepojęte.
Sprawę wyjaśniłem, no i zapomniałem o kupcu z Krakowa.
i oglądam rzeźby I
nych artystów, który Tym bardziej, że podobnych spraw, z donosów zrodzonych,
w ujawnieniu talen było więcej. Choćby taka, gdy powiadomił mnie wyższy
pomógł przykład sąsi urzędnik resortu kultury, iż w Szwajcarii doktór Nawrocki
da, konkurs, czy wys handluje rzeźbami. Rzeczywiście, działał w Szwajcarii i za­
wa. Tak, jakby ni jmował się - także - rzeźbami, tyle, że wygłaszał o nich odczyty
twórcza była hamo*. w najświetniejszych gremiach i pokazywał je na wystawach.
Ale wracam do Holendrów, Gawłowej i Łodzińskiego. Przy
na wstydem przed ot
pierwszej nadarzającej się okazji pojechałem do Krakowa, aby
czenicm. Przecież I
z nim się zobaczyć. Zawiózł mnie do Gawłowej, wręczył 10
robi się na wsi tego,!
kaset z rozmowami, jakie z nią nagrał, pokazał obrazy,
nie przyjęte, со I zgromadzone u siebie w domu, a ponieważ robiliśmy wówczas
przynosi
dochodu z Zofią Bisiakową wystawę sztuki nieprofesjonalnej w ramach
Ale wystarczy, że kto Dni Krakowa (1978), dał na tę wystawę doskonały zestaw prac.
kto zobaczył u stan
Od tamtego czasu, kiedy przyjeżdżałem do Krakowa, pierw­
Katarzyny Gawłów sze kroki kierowałem do Sukiennic. Kram Jacka wyróżniał się
Niebo
z
Malt zdecydowanie, zwłaszcza dzięki rzeźbom, które go dekorowały.
Boską i aniołami, Щ Rzeźby były świetne. Jednak, kiedy pewien Niemiec nie mógł
malowane na ścian oczu oderwać od Chrystusa na łodzi Adama Zegadły, i nie
komórki, w której mk odchodził mimo kilkakrotnych zapewnień, że rzeźba jest nie do
szkala, zachęcił ją* sprzedania, Łodziński zapytał, co go tak w tej rzeźbie zaintere­
malowania
obrazo' sowało. Należę do ludzi, którzy wierzą - odpowiedział - iż Pan
by w ciągu krótkie Bóg przychodzi z wody. Zamykano kramy, a on jeszcze stał
patrzył. Wtedy Jacek zdjął z półki Zegadłę i dał mu. To rzeźba
czasu powstały пара»
dę znakomite. Patt me do sprzedania, więc tylko dać j ą Panu mogę, powiedział.
Ale i z dawaniem były kłopoty. Przyjechał kanclerz Niemiec,
na nie w domu Leszł
Macaka i cieszę s i e ł Schmidt. Kramy pięknie wypucowano, gość zainteresował się
stworzył tak znakom* stoiskiem Łodzińskiego; postanowiono więc dać mu rzeźbę
Adama i Ewy. Jacek przyniósł najładniejszą z tych które miał
kolekcję.
* domu i ofiarował gościowi. Ale władze nie chciały prezen. • Pieniądze przekazano, przez muzeum, ale dyrektor wpłacił
J do Urzędu Skarbowego, i po 2 latach Łodziński dostał
wezwanie do zapłacenia podatku i kary za nielegalnie prowaPRZYPISY
o n ą pracownię rzeźby (!!!).
Aleksander Jai
ruedyś przyjechałem do Krakowa wściekły. Właśnie ukazał
ki, Ludwig Zimmei
^,
e r „Polskiej Sztuki L u d o w e j " poświęcony kulturze
go kolekcja, PSL 1
Mg°wskiej. Jeszcze nie było wtedy mody na tę tematykę, numer
1/2; Ludwig Zi\
lem
. ^ którego realizację włożyłem wiele trudu, uważao swojej kolekcji,
że d * y k l e ważny, i to z wielu powodów. Ale okazało się,
1971, nr 1/2
Wojciech Sien^
j y^ktor „ O s s o l i n e u m " we Wrocławiu, nie porozumiewając
Pamiętnik spotkań PS
mną, ani z dyrekcją Instytutu, kazał drukarni
1975, nr 1/2
'ejszyć nakład o ponad tysiąc egzemplarzy, tak by numer
d z i o m

1

e

az

1

n u m

w

Z a n

e z w

2

S

e

z e

l r n

dotarł jedynie do prenumeratorów. Nie muszę wyjaśniać, jak
mnie to zdenerwowało. Oczywiście od razu powiedziałem o tym
Jackowi. Zamrugał powiekami i spokojnie zapytał, czy można
zrobić dodruk? Nie wiem, odpowiedziałem, a zresztą skąd
wezmę pieniądze. D z w o ń ! - poprosił, zapytaj o wszystko.
Dodruk mogli zrobić, miało to kosztować 10 milionów. Jacek
kiwnął głową - każ robić. Zwitek banknotów wsadził mi do
kieszeni. I tak stałem się przestępcą, w y d r u k o w a ł e m 2.000
egzemplarzy bez zgody wydawcy, bez podatku. Napisałem do
„ O s s o l i n e u m ' ' , że od tej chwili sami będziemy w y d a w a ć pismo.
Był to już okres przemian, wielkich nadziei. Zelżał gorset
zakazów. Łodziński kupił kompletnie zrujnowany dom przy
ulicy Solskiego, a właściwie półtora domu. Zachwyciły go
piwnice, czternastowieczne. Za n a m o w ą Andrzeja Majews­
kiego, wspaniałego scenografa, w dawnym warsztacie urządził
galerię sztuki naiwnej. Lokal (to też był pomysł Majewskiego)
nazwał Camelot. Na inaugurację urządzili wystawę sztuki
żydowskiej. To był majstersztyk scenograficzny. Na środku sali
stał wóz, wyładowany po brzegi rupieciami, tobołami. W ó z
Żyda - Wiecznego Tułacza. Przyprószony bielą symbolizował
los narodu. W piwnicy wyeksponowano ocalone macewy,
wydobyte z błotnistej drogi do PGR przez Andrzeja Toborowicza, (kupowane za pół flaszki każda), w salkach rzeźby Żydów,
tegoż Toborowicza. W y s t a w ę otwierałem razem z Piotrem
Skrzyneckim. Grał skrzypek z Piwnicy pod Baranami, pod­
skakiwał (bo mały) i śpiewał żydowskie niguny Antoni Pilch,
a w odwodzie czekało kilku górali z ciupażkami „na wszelki
wypadek". Zrobiliśmy też promocję „ Ż y d o w s k i e g o " numeru.
Kraków zdumiał się plakatem - adres galerii wyprzedził
oficjalne decyzje Magistratu, Jacek podał d a w n ą nazwę ulicy
- św. Tomasza. I tak zostało. N a z w ę wkrótce przywrócono.
Tam, w piwnicy, przy grzanym miodzie i znakomitym
„ e k o l o g i c z n y m " jedzeniu, miałem ostatnio promocję książki
Sztuka zwana naiwną, tam odbyła się narada zorganizowana
przez Centrum Animacji Kultury, w której instruktorzy i działa­
cze dyskutowali na temat sytuacji sztuki ludowej. Gości
podejmował śniadaniem, w przygotowywanej do otwarcia
winiarni, Jacek Łodziński.
W tym czasie do Sukiennic zaglądał j u ż rzadko, urządził,
wykorzystując materiał z rozbiórki starych chałup, stare kapli­
czki, drewno i wiklinę - sklep sportowy „ O l i m p " . Obok
winiarni (pięknej!) ma znany w Krakowie sklep z „ekologicz­
n ą " żywnością „Pod A n i o ł a m i " . Byliśmy pod wrażeniem
scenerii, zarówno „ O l i m p u " jak i winiarni. Łodziński zaufał

103

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.