efc043cf0894322054f5e6e4a1af1162.pdf

Media

Part of Etnograficzne deja vu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2

extracted text
Etnograficzne deja vu
Czesław Robotycki
Wbrew tytułowi rzecz będzie o faktach a nie o przywidze­
niach, nie będzie więc o etnografii nieprzeźroczystej, nostalgii,
wspomnieniach i skrótach. Jednak to dziwne nieokreślone
odczucie „ja j u ż to kiedyś w i d z i a ł e m " posłuży mi do po­
stawienia ostatecznej tezy, która w sposób niemodny rzeczywiś­
cie znajduje się w zamknięciu niniejszego tekstu.
Oto więc fakty i zdarzenia wielce zróżnicowane, ale wszyst­
kie odnoszące się do znowu dyskutowanego problemu o miejscu
kultury ludowej w całości kultury polskiej.
Przykład pierwszy.
Spotkanie w Ministerstwie Kultury i Sztuki, które odbyło się
na takie zaproszenie:
Pan/Pani
odpowiednie tytuły
adres
W związku z przygotowywaniem przez Ośrodek Dokumentacji
i Informacji Etnograficznej PTL w ramach programu
Ministers­
twa Kultury i Sztuki „ochrona ginących zawodów" bazy danych
dotyczącej szeroko pojętej wytwórczości
ludowej, zapraszamy
do wzięcia udziału w dyskusji panelowej, która odbędzie się dnia
30.03.1995 w gmachu MKiS...
Przedmiotem dyskusji pragniemy uczynić następujące
zagad­
nienia:
1. Twórca. Kim jest obecnie twórca tzw.
„ludowy"...
2. Dzieło. Kryterium doboru wzorów (przedmiotów
i zdobnic­
twa...)
3. Współczesne potrzeby związane z problematyką
dziedzictwa
kulturowego itd.
Odpowiednie pieczęcie, daty i podpisy.
30 marca 1995 roku w gabinetach ministra Podkańskiego
zebrała się więc grupa specjalistów z uniwersytetów, muzeów,
CPLiA i ministerstwa z Warszawy, Krakowa, Łodzi, Katowic,
Torunia, Zielonej Góry i Lublina zachęcona cytowanym wyżej
pismem. Przyjęci kawą, herbatą i ciasteczkami mieliśmy okazję
zapoznać się z wiszącą na ścianie planszą: „Ginące zawody".
W wykazie przeczytałem, między innymi, sypanie wzorów
z piasku, dłubanie w drewnie, plecenie z korzenia, ale też
garncarstwo, kowalstwo, haft itd.
Kierująca dyskusją wprowadzając w zagadnienie podkreśliła,
że zdaje sobie sprawę ze zmityzowanego charakteru kultury
ludowej, stwierdziła też, że mityzowania należy unikać, ale
przecież giną zawody znane nam etnografom z czasów naszej
młodości, ubywa wiejskich twórców i rzemieślników, pozostały
zaledwie resztki kultury ludowej. Ale jest minister - ma
pieniądze - będzie wspierał kulturę ludową, bo jest jej entuzjas­
tą. Trzeba tylko odpowiednio mu doradzić, co należy chronić,
komu pomagać.
Pobudzeni wprowadzeniem uczestnicy obrad zaczęli spon­
tanicznie wspominać dobre czasy PRL. Przecież nie było wcale
źle, kultura ludowa kwitła, iluż to twórców udało się uratować
dzięki państwowej pomocy, stypendiom i opiece muzeów. Na
wszystko były pieniądze. Panie wspominały legiony hafciarek
i specjalistek od bibułkowych kwiatów, panowie garncarzy,
kowali i rzeźbiarzy. Ileż dobrej roboty wykonała CPLiA
- a teraz co? Wszystko ginie! Czyżby ta licytacja dawnych
sukcesów i entuzjazmu pracy to efekt regularnej lektury
felietonów Ludwika Stommy w „ P o l i t y c e " . Nadszedł jednak

138

czas by przejść do rzeczy, przycichł gejzer nostalgii, wy.
słuchano merytorycznego wprowadzenia do dyskusji.
Niezależny specjalista, oryginalny w sądach, ekspresyjny
w wypowiedziach, zastanawiał się nad istotą twórczości. Praw­
dziwą sztuką, według niego, jest umiejętność kładzenia klusek
na wodzie. Rzecz nie jest prosta, najpierw trzeba umieć zrobić
kluski - zgodnie z przepisem, następnie położyć je na wodzie.
W a ż n a jest więc łyżka, kąt nachylenia, zanużenie - ciągną)
znawca sztuki. Jakże głęboka metafora - można by pomyśleć.
Autor wielu prac o świadomości piękna miał zapewne na myśli
„ t e c h n e " - manualną sprawność a przepis to przekaz tradycji,
zgodność z regułą. Natrętnie powracający w jego wypowiedzi
wątek klusek kierował jednak w inną stronę: sztuką może być
wszystko - nawet robienie klusek - nie m o ż n a więc zdefiniować
współczesnej sztuki ludowej - zostają kluski. Ale nie był to
jedyny spożywczy wątek w wypowiedzi. Oto - znawca Kurpiów
i Afryki - wnioskował z ilości i formy zjedzonych przez nas
ciasteczek o ukrytych preferencjach odnoszących się do sztuki
ludowej. Ponieważ nikt nie zjadł piernikowych serc, kojarzą­
cych się podobno z kulturą ludową, ergo, nie lubimy sztuki
ludowej i mamy miejskie gusty, bo zjedliśmy wyroby „Wedla"
(d. „ 2 2 L i p c a " ) .
Po tej błyskotliwej improwizacji, sugerującej bezradność
etnografa wobec skomplikowania współczesnego świata, kolej­
ne wprowadzenie specjalistki od haftów wydawało się szkolne
i odwołujące się do dawnych ustaleń. Niemniej jedno i drugie
wystąpienie było podstawą dyskusji.
Głosy debatujących przechodząc ponad tezami panelistów
krążyły wokół tego samego. Potrzebny jest państwowy mecenat
tylko dzięki temu będzie można podtrzymać kulturę ludową
Rzemieślników, j u ż teraz nazywanych przez etnografów twór­
cami, trzeba zachęcić do pracy. Należy organizować więcej
konkursów typu „mistrz i u c z e ń " , można w ten sposób
przekazać tradycje rękodzieła. Rozpocząć m o ż n a od uzupeł­
nienia centralnej bazy informacyjnej - najlepiej przy MKiS.
Przygotowana przez OIDE ankieta może być pierwszym narze- j
dziem do gromadzenia danych.
Pomijając j u ż fakt, że w ankiecie uwzględnia się też przypa­
dek twórcy zmarłego, co ma zapewne sens, skoro dotyczy
zawodów ginących, uważam, że pomysł ma swoje słabe punkt)
już na poziomie projektu.
Banalne stwierdzenie, że sztuka żyje w kontekstach i że te
konteksty są współcześnie wielce zróżnicowane spowodowało
nasze nieporozumienia w trakcie dyskusji. Okazało się, że nie
wiemy po co nam te „ k l u s k i " . Metafora to czy kpina. W ob«
jednak rozumieniach mogą one nas przestrzec przed złu&
etnograficznej rzeczywistości, jaką sami sobie kreujemy.
Przypomnijmy przecież, że od lat sztuka lub szerzej wytwór­
czość ludowa, nie służy ludowi. Zainteresowani są nimi etno­
grafowie i kolekcjonerzy. Ikonosfera w kulturze potoczne]
i obiegi treści kultury tworzą melanż różnorodności, w które)
zaledwie częścią może być rzemieślniczo powielana twórczo!
ludowa. W nowej sytuacji estetycznej preferuje się dowolno*
przekłada się siłę wyrazu ponad formę. Kultura jest wielow*
kowa, ironiczna, pełna cytatów i autointerpretacji. W
bogact* ''
otaczających nas form rutynowo szuka się form znanych, a wv
banalnych i stereotypowych. Oryginalność i autentyzm nie
w cenie potocznego gustu.
Sztuka ludowa przez ostatnie 50 lat jej promowania i ochro
1

1

skostniała w kanonie, który określili dla niej etnografowie,
entuzjaści i instruktorzy. Zamknięta w ramy tradycji i normy
nieodwracalnie osiadła w muzeach. Współcześni „wytwórcy
ludowi" są dobrze zorientowani w tej sytuacji. Znają przecież
konteksty swojej twórczości, bo nie żyją w kulturowej izolacji.
Potrafią więc tworzyć na konkursowe zamówienie etnograficz­
ną fikcję lub atrakcyjny towar.
Złudę i fałsz autentyczności ginących zawodów pogłębia też
i to, że nie uniknie się wpływu nowości technicznych. Przed­
stawiciele „ginących z a w o d ó w " z dużą wprawą posługują się
nowoczesnymi narzędziami ułatwiającymi przygotowanie i ob­
róbkę tworzywa. Wieloczynnościowe agregaty do obróbki
drewna, wspaniałe dłuta, mieszadła do gliny i szkliwa, piece
elektryczne, maszyny, gotowe grunty malarskie, farby, wernik­
sy w spray'u, kleje, wyposażenie ślusarskie, to tylko przykłady
tego czym posługuje się współczesny przedstawiciel upadające­
go rzemiosła. Wie on dobrze, jak wycyzelować ręcznie swój
prosty, ludowy wytwór.

Przykład drugi

- Miejsce i rola telewizji jako źródła informacji społeczności
wiejskiej.
- „Przemiany kulturowe na Orawie w okresie transformacji
ustrojowej".
- „Obcy wśród swoich. Społeczne podłoże twórczości samoro­
dnej".
Program sesji z maja 1996 proponuje wśród innych na­
stępujące tematy:
- „Wybrane aspekty codzienności wsi bielskiej a proces
zmian"
- „Przemiany społeczno-kulturalne na wsi podbeskidzkiej"
- „Studia etnologiczne a badanie funkcji tradycji na pograni­
czach kulturowych"
- „Zmiany uczestnictwa w kulturze wsi podbeskidzkiej (nowe
tendencje 1993-1995)"
- „Ludowa muzyka instrumentalna Beskidu Śląskiego i Żywie­
ckiego dawniej i d z i ś "
- „Przemiany tradycyjnego żywieckiego ośrodka zabawkarskiego"
Wybrane dwa programy sesji pojawiły się tu, bo to przykłady
mi bliskie, jako że w ich organizowanie zaangażowany był i jest
mój „macierzysty" Instytut Etnologii UJ. Ale to nie jedyne
konferencje o takiej problematyce, które w ostatnich 3 latach
odbyły się w Polsce. Sam uczestniczyłem w podobnych kon­
ferencjach w Poznaniu, Krakowie, Myślenicach, Mysłowicach
i Tychach. O innych wiedziałem z zaproszeń i informacji
pośrednich. Bez względu na ich lokalny lub ogólnopolski
charakter, zakres rzeczowy konferencji obejmował problematy­
kę tradycji, „małej ojczyzny", pogranicza i zmiany kulturowej.

Oto programy dwóch konferencji: jedna odbyła się w 1995
roku w Krakowie, druga odbędzie się w maju 1996 w BielskuBiałej. Mają one wspólny tytuł i według organizatorów spot­
kania opatrzone hasłem „Kontynuacja i zmiana w kulturze
współczesnej wsi polskiej" powinny przekształcić się w wielo­
letni cykl. Niektóre tematy zapowiadane w programach zwraca­
ją uwagę znaną już retoryką nazywania problemów. Kilka z nich
przytaczam tu tylko jako ilustrację bez jakichkolwiek innych
zamiarów.

Swoista moda na wymienione tematy może wydawać się
oczywista. Mieliśmy bowiem przez pewien czas poczucie, że
wszystko budujemy od nowa, ale okazało się, że są to, niestety,
zbiorowe projekcje części elit społecznych, a nie rzeczywistość.
Słusznie zwrócił uwagę Ryszard Kantor w jednym z pokonferencyjnych wydawnictw (OgródSpustoszony,
Kraków 1995),
że dla środowisk prowincjonalnych rok 1989 nie okazał się
czasem zmiany. Z tezy tej, wysnuwam pesymistyczny wniosek
i to nie tylko co do perspektyw opisu kultury ludowej ale i także
co do jej badaczy. Opieram go na następujących przesłankach.

Program z roku 1995 zapowiada:
- „Przejawy religijności ludowej we współczesnej wsi podkar­
packiej".
- „Postawy mieszkańców wsi małopolskiej wobec środowiska
naturalnego".

W etnografii polskiej powstało już wielkie zbiorowe dzieło
zawierające w tytule frazę: ...przemiany kultury
ludowej.
W dziele tym nie postawiono jasno tezy w co zmienia się kultura
ludowa, jaką przybiera formę. Wiadomo było, że rozpadała się
chłopska kultura tradycyjna. Została ona w poszczególnych

I rzecz kolejna: znowu powstanie centralny zarząd - tym
razem ginących zawodów. Rozpocznie się krzątanina etnogra­
fów wokół list kwalifikacyjnych, powstanie odpowiednia komi­
sja przyznająca stypendia. I to dobre samopoczucie. M y daliśmy
pieniądze, my ratujemy, znowu będziemy ważni i społecznie
przydatni, robimy tyle dobrego - za pieniądze podatnika, jak to
się dzisiaj mówi. Oczywiście, tych pieniędzy nie można dać
gminom, tam na kulturze nikomu nie zależy, na pewno by je
zmarnowali.

Wojciech Oleksy, Paszyn, ok. 1970 r. Fot. A. Różycki

139

rozdziałach etnograficznej „ s u m m y " , traktowanej tu jako znak
powszechnej wówczas tendencji, odpowiednio zrekonstruowa­
na i zinterpretowana. Obraz po rozpadzie, czyli kultura środo­
wisk wiejskich z lat Polski „ l u d o w e j " jest w „wielkiej syn­
tezie" zarysowana mgławicowo. Czytelnik „ s y n t e z y " , współ­
czesny i fachowy, ma podstawy do stwierdzenia, że świat PRL
pozostał nie opisany, że kultura ludowa, ograniczona do
jej wiejskich postaci, to resztki dawnej kultury chłopskiej
zmieniające się w oczywistość racjonalizującej się kultury
powszechnej, już przez etnografów nie zdefiniowanej.
Odpowiadały temu idee i praktyka ochrony kultury ludowej.
W a ż n e w tym „postępowym nie wiadomo c z y m " były nurty
plebejskie. Czego? Czasem sztuki, czasem fragment w obycza­
j u , czasem ginących zawodów lub folkloru. Dlaczego właśnie
te? To zależało od aktualnego kontekstu i lokalnych preferencji
oraz od wyobrażeń „administratorów kultury" wszystkich
szczebli.
Gdy więc czytam hasła wywoławcze rozmaitych konferen­
cyjnych referatów i znajduję w nich: „ p r z e j a w y " , „przemia­
n y " , „postawy wobec...", „społeczne p o d ł o ż e " , „funkcje
tradycji", „zmiany uczestnictwa"... itd., to mam prawo stwier­
dzić: ja to j u ż kiedyś widziałem. Nie zmieni mojego przekona­
nia rozszerzenie problematyki (mała ojczyzna, pogranicze),
jeżeli wykładnia pozostaje ta sama co dawniej - służą jej tamte
metody eksplikacji i dawny język.
P r z y k ł a d trzeci
Są to tezy i propozycje Anny Tatarkiewicz zawarte w jej
artykule zatytułowanym Ku przemienionym kołodziejom („Sycyna" nr 6 : 12.11.1995). Na tekst ten zwróciła moją uwagę prof.
Bronisława Kopczyńska-Jaworska za co Jej niniejszym bardzo
dziękuję.
Anna Tatarkiewicz proponuje: wyjedźmy na wieś. Na wieś,
która dzięki skokowi cywilizacyjnemu może się zmienić.
Załóżmy tam kluby inteligencji wiejskiej. Wieś to inny krajob­
raz - autorka pamięta go z dzieciństwa - to inne przeżywanie
świata. A współcześnie nie trzeba się czuć oderwanym od życia
w tzw. kulturze wyższej. Środki komunikacji na to pozwalają.
Jest telewizja, wideo, kamera, komputery. Jak to zrobić? Po
prostu. Skok cywilizacyjny opłacą wywodzący się ze wsi ludzie

dysponujący dużymi środkami finansowymi. M o ż n a też opodat­
kować się na ten cel. Programy w telewizji się zmieni, żeby nie
były kiczowate, brutalne i złe. Trzeba tylko znaleźć [...] „ludzi
utalentowanych, wrażliwych i rzetelnych, zdolnych do tworze­
nia kultury audiowizualnej na miarę rzeczywistych potrzeb
ludzkich..."
Po co to robić? Trzeba przeciwstawić się miastu. Ono ma
kainową genealogię. Jest molochem. Zabija. Miasto odnosi się
do wsi z lekceważeniem, nie rozumie jej. Nowe możliwości
komunikacyjne, stanowią argumenty za powrotem na wieś, lub
pozostaniem na niej.
W zakończeniu autorka stwierdza: „... Oczywiście można
uznać, że moje rozumowanie to naiwne dywagacje utopistki.
Ale w takim razie kim był Norwid ze s w ą wizją Polski
przemienionych kołodziejów? Czy jego także uznamy za
naiwnego u t o p i s t ę ? "
No właśnie, gdzież są Norwidowi kołodzieje? Nie w tę stronę
podryfował - bo przecież nie poszedł - naród, jak chciał tego
poeta.
Przytoczone trzy różne i wyrywkowe przykłady są funkcją
zdarzeń, które nam współczesnym przypadło obserwować
w kulturze. Zbiór tych zdarzeń oznacza kres, nieodwracalny
koniec kultury ludowej, w wersji j a k ą przez dziesiątki lat
obserwowaliśmy, opisywali i po części swoimi dobrymi inten­
cjami wykreowali. I kwestia transformacji systemowej nie matu
znaczenia, nie ona zadecydowała o zmianie. Proces zaniku
resztek dawnych sekwencji kultury trwał długo i oto dokonał
się. Gdy to sobie uświadamiamy, przyprawia nas to o przykre
uczucie, że nie udało się zatrzymać tego co okazało się
nieuchronne. Ciągle trwamy w przekonaniu, że mamy wpływ na
otoczenie zewnętrzne tak kulturowe jak i przyrodnicze.
Oczywiście, nic nie kończy się ostatecznie. Już zaczynamy
mówić o nowej, innej kulturze ludowej, inaczej zorganizowanej
strukturalnie, o innych odniesieniach do świata wartości i innym
korelacie materialnym. Zrozumiałe jest, że wobec tego jeszcze
nierozpoznanego świata kultury stosujemy dawne miary, mode­
le i klisze. Nie wiadomo czego bronimy. Dawnych wartości, czy
własnych przyzwyczajeń. I wówczas, przy narzucaniu siatki
naszych utartych pojęć na samokreującą się rzeczywistość,
w części powstającą z byłych elementów, doznajemy dziwnego
uczucia etnograficznego deja vu.

m

Antoni Toborowicz z Woli Lubartowskiej na Jarmarku Płockim, 1980 r.
Fot. W. Burzawa

140

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.