3005661231b03eded60353934d389617.pdf

Media

Part of Dzienniki 1908-1913 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

extracted text
Bronisław Malinowski,
Dzienniki 1908-1913
Na zeszycie I I I , który jest kontynuacją dwóch odcinków zamieszczonych w poprzednich numerach przerywamy druk Dzienników 1908-1913 i roz­
poczynamy druk Dziennika z 1914 roku. Dzienniki 1914 poprzedzone są artykułem Daniela Geroulda Podróż Witkacego do tropików: itinerarium cejlońskie rekonstruującego podróż Malinowskiego i Witkacego do Australii. Jednym ze źródeł rekonstrukcji dokonanej przez prof. Geroulda był fragment
Dziennika 1914, który po raz pierwszy publikujemy dalej na stronie 197. Tak jak w poprzednich odcinkach zachowaliśmy oryginalną pisownię,. Nawia­
sy [?] oznaczają miejsca nieczytelne.
red.

Z E S Z Y T III (X.1909-22.XI.1909)
Dziennik ten rozpoczyna się od wspomnień z pobytu w Szwajcarii, w okolicy Genewy, gdzie Malinowski spędził
dłuższy czas w lecie 1909 roku z Annie Branton. Później był także w Krakowie, gdzie spotykał się ze Stanisławem Igna­
cym Witkiewiczem, Leonem Chwistkiem i Tadeuszem Szymberskim , a także w Warszawie i Lwowie - o czym sam pi­
sze. W październiku spędza z Annie kilka dni w Weimarze, szukając tam śladów Goethego.
Romans ten był dość skomplikowany, gdyż Annie była wtedy jeszcze związana z muzykiem S., którego darzyła „platoniczną miłością". Malinowski przeżywa rozterki moralne i sentymentalne, ale w końcu ich obopólne uczucie zwycięża.
Poza tym w dzienniku dużo miejsca poświęca dalej pracy nad sobą i autoanalizie. Pojawiają się też inne ciekawe re­
fleksje, jak np. „Nie mam obowiązku czuć się b[ardzo] blizkim mojemu społeczeństwu. Muszę tylko pracować dla nie­
go". Ten wątek będzie się pojawiał i później w dziennikach terenowych oraz w listach do przyszłej żony - Elsie: poczu­
cie dystansu do kraju, ale jeszcze ciągle więź moralna.
Dziennik ten dotyczy bardzo krótkiego okresu: zaledwie dwóch miesięcy (października i listopada 1909 roku).
1

Grażyna Kubica-Heller

[Na początku jest 7 stron różnych wzorów i schematów
matematycznych, min. rysunki obwodów elektrycznych i pól
magnetycznych, transformacje układów współrzędnych].
Geschichtliches:
1°. In M . 1°. I-rst evening: meeting [ang. pierwszy wieczór
spotkanie], razem idę do hot[elu], jemy. Wychodzimy nad
Quai. Piwo w s'rodkowej kawiarni. Rozmowa o domu gry, po­
bycie u Mary, o [?] lunchu etc. Powrót. [???] Idę do [???]
Wracam [?] Ogólny nastrój: Beklommenheit [niem przygnę­
bienie]. Kocia skromność i delikatność. Mówię sobie „dobrze
poszło". Ubrana w smart blue coat [ang. elegancki niebieski
płaszcz], w beżowy kapelusz.
2°. Późne śniadanie. Spacer, „shopping". Jazda do Iwana
i Francuzcy chłopcy. W [?] charakterystyczna. Pytamy się
przy studni. Idziemy szosą. Schodzimy pomiędzy kasztanami
na śliczną łączkę. Idziemy dalej.[?] Powrót. Deszcz. Chowa­
my się w karczmie. Kawa i jemy. Powrót. [???]
3°. Wyjazd do Role [Rolle na jez. Lemańskim]. Droga
wśród [?]. Chłopi w drodze. Motor cary. [???] Violetta, dzie­
ci. Stara baba. The old rubbish [??]. Spacer nad brzegiem do
[?] villi i lasku. Powrót; droga do [?]. Jazda do [??] po obie­
dzie idziemy nad brzeg. Ciemna noc księżycowa. 2. dzień.
Wyjazd (dom). Zakupy (książki, okulary, portki, p. Cybula).
Droga i druga kłótnia w wagonie. Przyjazd i objad w pokoju.
Czas [?].
I I . Pobyt. 28 środę wieczór przyjechałem. 28 sobotę wy­
jechałem. Tu się mi da opisać dzień po dniu. Lepiej da się
podzielić na grupy odpowiednio do różnych motywów.
Г . Ogólny podział czasu stosownie do okoliczności ze­
wnętrznych. Pierwszy okres kiedy zastaliśmy towarzystwo
zwykłe, przyjaźń [?] staruszkiem. Księżyc; jazdy wieczorne.
0

5tego czy szóstego jadę do Genewy. [???] Przyjaźń z zegar­
mistrzami. Ich wyjazd. Wyjazd staruszków. Parę dni z Maksem(?) (? na dworze) i ostatni tydzień. Sam na sam i liczne
wycieczki.
- Wtargnąć poza fakty w istotną osnowę uczuć. - Opis domku: pierwsze wrażenie, [?] sad na przedzie,
drzewa wiśniowe, zwłaszcza jedno [??]. Opis Mouriac'a.
Sceny at the meals. Further the garden of vegetables. The ro­
uge of bushes at the shore. The way to the boat. When I used
to go there: twice bathing often to the boat. The big scooner
coming in the evening.
- Stosunki osobiste: The mystery of my feelings. It was
a power that mort[?] against which I struggled. I was rest qu­
ite free. This fight in me is one of the leading features. My at­
titude in the presence of other people: at the meals (remember
the tipical periods) in the morning. During our excursions with
the Maccharoni's, Viollette's interference & her mother's (the
evening at the boat). My feelings when [?] myself between her
& the impressions. I don't speak now of the stronger impres­
sions when traveling, but even on our walks home. When sit­
ting at the lakeside under our castagna tree, when rowing in
the boat (this afternoon when I felt very lonely & far away),
when reading Goethe. When working in her presence.
Now at home in our room. A few evenings, we „began"
the night in my small room.There was also this „most beauti­
ful" time. I think we also slept there one or two nights. As
a rule we went each evening to her room, I went in my, arra­
yed the window, the bed & came back. She was the ready. Of
course I was rather exhausted all this time & przejedzony to
that I hardly did enjoy it any when as well as these 2 nights
in Leipzig. I often have been irritated.
The spooning. In the morning - during the [urwane]
2

183

Problemy aktualne:
Moim zamiarem jest, z punktu widzenia społecznego, pra­
cować w kraju i dla kraju. Zakres; praca naukowa. Z powodu
dotychczasowego kierunku idę teraz dalej w naukach matem[atyczno-] przyrodniczych, nie zaniedbując i innych. Ści­
ślejszy zakres: nauka o cieple, głównie druga zasada termodynam[iki]. W tym roku będę w Lipsku także pracował dalej
w laboratorjum. Chodzi o to aby przyswoić sobie metody rze­
telnej, spokojnej pracy, bez gwałtownego wysiłku. - Do teoryi: faktem jest, że umieć daną rzecz jest to 1°. posiadać tę
rzecz w pamięci np. własności gazów, cieczy, fizykę opisową,
2°. umieć nią posługiwać się np. formułą gazów idealnych.
Np. obecnie powinienem starać się wykuć Nerusta, ażeby
znać na wylot tę książkę. Po za tern każde zagadnienie indy­
widualnie przetrawić i spisać np. konstytucja molekuł, regu­
larności optyczne związków itp. W Lipsku skupić się też na
porządnem odrabianiu pracowni, bez podnieceń, bez gadań,
bez szukania inspiracyi z zewnątrz; starać się przede wszystkiem o Tuchtigkeit [niem. dzielność].
(...)
Weimar
13.X. Sam jadę tramem. Mam pewną tremę w najmowaniu
mieszkania, jadąc układam jak będę udawał „starego", łysego
pana. W ogóle zewn[ętrzne] niewygody stanowią eine starkę
Hemmung [niem. silną przeszkodę]. Na stacyi widzę parę
dziewczyn ładnych. Jakie będzie 1. wrażenie? Wygląda bardzo
elegancko, ale jesteśmy b[ardzo] obcy sobie. Pytam się jak je­
chała, co jadła, o p. Stern. [?] schody duże drewniane. Siada­
my na kanapie, przypatruję się jej [???] oczy zaczynają kochać
się znowu. Pytam się raz czy mnie kocha. - tak, ale... Chce już
iść spać. Kładziemy się. Gwałtowny wybuch namiętności, [?]
budzą się tak dzięki wspomnieniom. Mówi mi, że mnie nie
chce. To znowuż rozbudza we mnie jakieś opory. [?] a platonicznie jego kocham bardziej. Tak. Jestem bardzo nieszczęśli­
wy. Mówimy o litości i o odporności. Gaszę światło i wybu­
cham gwałtownym płaczem. Po prostu wiję się w bólu. Ona
nie reaguje. Utrata przyjaźni, nowe zimno. Całą noc czuję się
nieszczęśliwy. Nad ranem, zmęczony, chcąc się jeszcze wy­
spać, idę do 2. łóżka. Rano przychodzi ona do mnie, ale nie ma
wybuchu namiętności i wciąż jestem nieszczęśliwy bardzo. Je­
stem jakby bez wyjścia, nie wiem co będzie na przyszłość. Ro­
bię wymówki, że mi tego listu nie przysłała. Aha, poprzednio
i teraz dopiero pytam się jej uparcie czy wogóle myśli o moż­
liwości powrotu do S. Wprost przeraża mnie ta myśl. Opieram
się. Ona chce mieć teraz jego a potem mnie. To (burzy) podko­
puje we mnie wiarę w jej głęboką miłość do mnie. Tłumaczę,
dlaczego nie mogę się teraz zgodzić na to, przeciw czemu
przedtem nic nie miałem. Bo zupełnie zmieniłem, pogłębiłem
moje dla niej uczucia. Chcę wstać, przejść się, skupić się i roztrzygnąć z nią tę sprawę, ale nie mam wielkiej nadziei, ażebym
mógł ją zatrzymać, bo nie wierzę już w jej prawdziwą miłość,
na której tyle budowałem. Wcześnie się zrywam, myję, (jej
wyraz twarzy). Schodzimy, idziemy poprzez Markt, Fiirstenhaus [niem. dom książęcy], z powrotem obok Goethehausu
do Teatru; potem przez stare miasto do ogrodu. Mówimy o rze­
czach „aktualnych" (o 3 koncertach S-a). Potem ja mówię pa­
rę zdań o sobie. Idziemy do Gartenhaus [Goethego]: na I pię­
trze pokój bawialny (?) od tyłu b[ardzo] skromny; pracownia
z paru krzesłami, prostem biurkiem, widok na zielony wał
drzew poprzez łączkę. Obok jeszcze dwa pokoje na dole kupfersztychy [niem. Kupferstich - miedzioryt] z Włoch. Idziemy
184

w ogródek, gdzie siadywał z panią v. Stein. 2 półokrągłe ław­
ki, w środku wmurowana tablica z napisem. Nad nami zżółkłe
drzewa kasztanowe, niebo pogodne, słabe, jesienne słońce, l i ­
ście spadają z suchym szumem z drzew. Mówię jej czem zro­
biłem dla siebie - miłość do niej, czem stała się po [?] jakie dla
mnie zrobiła. Potrzebę przyjaźni i jej zalety. Idziemy dalej; ona
mówi mi o swojej [?] o niemożności szczęścia w obecnem po­
łożeniu. Dalej do Belwedere; mówimy (ja opowiadam deta­
licznie aferę z H.) Schodzimy na podwójną miłość; potrzebę
Siihne [niem. zadośćuczynienia], ona proponuje system po­
szewki, ja przyjmuję. Siadamy koło zamku i mówimy o Emchen st. i jej niepowodzeniach i fobii. Ja chcę jeszcze iść dalej
ona ciągnie do miasta. Stajemy na brzeżku i patrzymy, z po­
wrotem ja staję się nieswój i rozmowny jak dziecko, kupujemy
banany i grona. Idziemy do jadłodajni, potem na kawę. Wita­
my S. i [ ? ] . W domu: najprzód w [?] pierwszy raz (ból), potem już na
bis (?), [?] nad ranem też i cały czas nastrój cudny i rozkosz
płynie cudownie. Następny dzień późno: idziemy do Goethehaus: szerokie schody i pokoje frontowe; rysunki własnoręcz­
ne Goethego, pokój ogrodowy i rzut oka na ogród: porządne
i równe grządki, [?] jesienne, niski (i też starszy) domek. Pokój
sypialny, zielono obity, fiołkowa kołdra, koło łóżka stoi fotel,
na którym G[oethe] umarł. Słońce popołudniowe wpada i sze­
roką wstęgą kładzie się na zielonym kobiercu. Pracownia: na
środku stół owalny, 3 krzesła, pod jednym oknem mały pulpit,
pod ścianą w sypialni długi pulpit z drzewa białego, nieheblowanego. Naprzeciw wejścia pułki [sic!] książkowe; meble pro­
ste z bejcowanego dembu [sic]. Na górce zbiory: portrety Goeta, rodziny i niektórych znanych ludzi. Widok z okien b[ardzo] zmieniony, tylko na lewo uliczka jakoby stara i środku
placyku studnia. - Obiad (sos[?]). Na polu zimno i popołudniu
na pocztę, list od Flóhchen. (S. smutny) Mówię o Sz[?] i Fran­
klinie, potem o staranności S.a. Potem staram się wytłomaczyć. Annie milczy. To i ja też milknę. Idziemy pod górkę
i drogą milcząc. Dopiero w lasku zaczynam jej tłomaczyć. Cią­
głe nieporozumienia, robi mi gorzkie wyrzuty. Tłomaczę jej że
nieprawda i nad rzeczką wychodzi „szydło z worka" (z począt­
ku nieśmiało, potem [?] i nie rozumie). Staram się wytłomaczyć, że jest to wtajemniczanie w moją psychologję, że jest to
humiliation [ang. upokorzenie] - nic nie pomaga. Ciągle [?] że
będzie się [??]. Mówię jej, że uważałem ją za silny charakter:
chciałem się oprzeć na niej. Ciągle zła; wówczas kiedy ja je­
stem już w bardzo czułem usposobieniu] po wyjściu na drogę
to bydle [?] jeszcze dogryza. Ja nie mogę wprost zrozumieć, że
moje pełne uznania i oddania słowa nic jej nie trafiają - docho­
dząc do góry robi znów uwagę, potem w lesie mówi, że powi­
nienem wybrać choćby [?]; potem znów na drodze. Wracamy,
mówię jej o wielu rzeczach [?] mnie denerwują - skręcam
w las na lewo. Nowy brutalny atak; cierpliwość moja wyczer­
pana! Milczę; ona robi smutną uwagę i zeszliśmy na dół; ona
jeszcze raz robi uwagę. Ja jestem już zamknięty w sobie: jak
źle jest pragnąć i potrzebować zbyt blisko ludzi, tylko się nara­
żam na bolesne zawody; przypominam jak nieraz w ten sposób
obrażałem Matkę. Czuję jak silnie oddalam się od wszelkich
potrzeb stadowych, od potrzeby przyjaciela. Samotność i po­
wracam sam, w ciemny wieczór, spokojny, zimny bez szczę­
ścia i troski. Chwile boleści; [?] się w sobie; idę całkiem sam:
wejść w pracę, buduję gmach, plan jego już mam, wznieść ru­
sztowania i zapuścić fundament; a w duchu radować się już
dziełem dokonanym. Wchodzimy do miasta po nocy, do domu,
jestem znowu łagodny; leżymy [?]. Ja się jej pytam dlaczego
i robię nowe wyrzuty o płytkość [??]. Należy dużo wybaczyć

ze względu na jutro; przepraszam ją, całuję. Idziemy, s'licznie
wygląda w kawiarni. Patrzę na nią z wyłączną miłością. Potem
coś się psuje i wyrzut (samemu sobie) zmysłowości; [??]; fer­
menty uczuć stłumionych; ona się pyta, czy ją kocham. To py­
tanie budzi we mnie cały szereg kojarzeń o tern co było, wra­
cam myślą do naszych przejść; nie mogę się zdobyć na lekko­
myślność. Namiętność ciągle zaszachowana głębszemi wątpliwościami:"Nie mogę jej kochać tylko zmysłami, w kobiecie,
która mi daje rozkosz, muszę widzieć też i duszę". Popełniam
draństwo, a cóż u djabła, ażebym dla skrupółów nie potrafił ko­
biety zerżnąć!". Smutno „ostatni raz może, na zawsze?" Roz­
kosz słaba. Śpimy. Rano budzi mnie. Wstaję niewyspany, zmę­
czony. Idziemy, pogodny, cudny ranek, niebo prześwieca, cięż­
kie, ciemne chmury. Czy się obawia? Staram się być dobrym
dla niej. Baby idą na targ. - Stoi w oknie, proszę żeby mnie nie
zapomniała, idę za pociągiem... [???] Myślę trochę o niej ale
jestem ogólnie raczej zjebany. Ciągle myślę o niej., Paulinella;
Monburg: idę aleją wśród drzew, szmer wody, co ona robi? Je­
stem spokojny, szczęśliwy. [???] i układam list do niej: o [???].
- W hotelu, potem zaproszenie [???] пр. n u p. Ta(?]. Na górze
(śliczny widok) [??] się trochę(?). Myślę o Lipsku i o twardym,
czynnym, [?] metodycznym życiu.
17/X. Tempus fugit! już 20 dni odkąd opuściłem Lubicz
a jakże mało przez ten czas postąpiłem. Robiąc rachunek z te­
go czasu muszę położyć stanowczo - na Warszawie, na Kra­
kowie i na Lwowie, spisałem się dość żwawo.W ogóle mam
pewną dążność do zerwania z marzycielstwa, lenistwa i opie­
szałości. Natomiast zbyt wiele czasu poświęcam na „uczucio­
we" sprawy i intrygi np. obecne z n i S. ostatecznie tylko rze­
czy that are already settled, which form a part of our life have
some worth.[ang. które są już ustalone, które są częścią nasze­
go życia mają jakąś wartość]. Jeżeli moje stosunki z n się uło­
żą, jeżeli będzie ona moim przyjacielem i będzie zadawalniała moją tęsknotę za [?] to rzecz ta będzie miała wartość. Ale
np. spychać cały akcent obecnego życia (tych wrażeń tu,
w Turyngii) na tę chwilę w której ją znowu zobaczę poraź
pierwszy i dowiem się jak sprawy się ułożyły - to znaczy znowuż [?] istotę życia. - Idąc tu wczoraj, szeroką szosą wśród
starych wysokich świerków, widziałem ich oboje, w ich turyngskim nastroju, patrzących sobie w oczy jak para zakocha­
nych; tęsknota, żal, zazdrość a jednak nie wolno szukać roz­
koszy życia jedynie w spojrzeniu kochających oczu. Świat jest
pięknym nie tylko wówczas kiedy się odbija w parze bły­
szczących oczu. Tak rzadko tęsknota naszych oczu spotyka się
w radosnem upojeniu z wzajemną odpowiedzią! Patrzę na Szwarcberg. U stóp szeroka płytka dolina; dno
porosłe murawą; jeden brzeg okolony szeroką wstęgą rzeki.
Drugi cienistym brzegiem lasu liściastego, który obecnie
mieni się w barwach brązu. [?] półwyspie, tu mieszkał [?]
a Szwarcberg. Refleksja historyczna: kraj ten był zdecentrali­
zowany, potęgę jego stanowiło jednak chyba mieszczaństwo.
U nas kultura prawdziwa jednak nie dotarła. Obecnie płacimy
koszta gwałtownej ekspanzyi kultury. Ja jestem ekranem
przeniknięcia się kultfur] Nie mam obowiązku czuć się b[ardzo] blizkim mojemu społeczeństwu. Muszę tylko pracować
dla niego. - Wracam; śliczna pogoda ([??]) Szwarcberg
oświetlony wspaniale.[??] fiolet cieniom jasne [?]. Układam
plan na Lipsk i umacniam się na wypadek przeszkód
ewentualnych]. Potem myślę o St[asiu] Witkiewiczu] jego
wpływie. Garkuchnia miłości.
Jena Wilhelmshóhe Wczoraj (Szwarcberg). Wstaję rano
o 8 otwieram okno, słońce, niebo lekko przykryte; żółte buki

na zaokrąglonym pagórku: „pozostanę". Ubieram się, chcę
być wieczór u n piszę kartkę. Potem (poczta w Niedzielę tyl­
ko rano) zostawiam sobie swobodę. Idę pod stację, z wido­
kiem na 1. zakręt. 0[?] Szwarcf?], ledwo oddycham, chcę się
skupić i przeżyć pełny dzień na łonie natury jako przygoto­
wanie do pracy w Lipsku. Co do n to obawiam się czy się
zbyt czule nie pożegnała z S=rem. - Układam też początek
„oficjalnego" dziennika w stylu publishable: „można uznać
to za szczyt grafomanii i nieużytecznego wydawania albo też
(ponieważ tu nikt niepowołany nie będzie miał pokusy) jako
rzecz o pewnej wartości dla niewielu którzy jako pokrewni
tern się zainteresują. Chodzi tu o dokument psychologiczny]
posiadający wartość społ[eczną]. Są pewne rzeczy, które nig­
dy nie staną się tanie ani łatwe ani sprofanowane, bo się do
nich dochodzi za cenę cierpień osobistych, pracy, wiedzie do
tych rzeczy droga otwarta tylko dla powołanych". „Dla siebie
dziennik jest czem innem. Często [?] (osobiście) [?]. Dzien­
nik dla siebie pisany nie może być dostępny dla wszystkich.
Taki dziennik powinienem prowadzić. Takie memoranda na
listy, sprawy ważne. Natomiast wyeliminować stado" - Czu­
ję, że dojrzewam i że rzeczy które były dla mnie niedostępne
same się nasuwają. Muszę zacząć żyć metodycznie, w syste­
mie. Pod nową formą staje przede mną fakt że człowiek wart
jest przez swą siłę, odporność, wytrwałość. Moja siła jest
w rozumowym obmyśleniu i skupieniu. Radość, że oderwa­
łem się od Stasia Witkiewicza]. Co do nauki to koniecznie
zwiększyć receptywność i system pracy.
Lipsk 21. Czwartek.
Ile zmian przez te parę dni! Od spokoju w Jenie i Szwarc bergu przez nieznośną szarpaninę Wtorku i Poniedziałku aż
do radosnego prawie wyzdrowienia wczoraj!
Niedziela.
Rano: wstanie piszę kartkę do n i szperam w kursbuchu
[niem. Kursbuch - rozkład jazdy]. Idę i siedzę na ławce na
zakręcie, schodzę w las, piszę patrząc na widok. Wracam aż
do zamku. Powrót doliną. Blaukenburg, parę górek w słońcu,
pogoda, jestem trochę fizycznie zmęczony (serce) ale nie
przewrażeniowany. Jadę 3-cią klasą (3 baby) do Rudolf[?].
Widzę żółty zamek nad marnemi domkami. Przez mało [?]
ulice (Ratskeller malutki) wychodzę na rynek; porządnie po
staremu wybrukowany. Po jednej stronie 2 hotele po drugiej
1. stary dom, piję kawę i patrzę na rynek jako na symbol po­
rządku niem[ieckiego]. Idę pod górę. I podwórze zamkowe
z żołnierzami, idę na tarasy ogrodowe, ładny widok na obie
strony. Poprzez bramę południową przechodzę na 2. stronę
(rozmawiam z lokajem); co chwila myślę o S =rze i o jego ze­
szłorocznym koncercie tutaj. Schodzę wzdłuż, chcę iść na
przedłużenie pagórka. Idę pustą ulicą, po prawej ręce wille.
Na drugą stronę rzeki; chwilę siedzę i dumam; plac footballowy. Do Jeny szeroka dolina Saali. W myśli rozmawiam
z S=rem. Małość moja wyrosła z widoku ich szczęścia
z podłego instynktu zazdrości, naśladownictwa i chęci ode­
brania, podłej drapieżności. Wstyd też że on, slaby, może te­
raz patrzyć na mnie jak na złodzieja. Postanawiam się zrzec
i pozwolić jej wrócić bez zastrzeżeń. Jestem przy tern dość
spokojny; nie przedstawia mi się to w dość żywych barwach
jeszcze. Jena. Ciemny banhof, czekam na tram, uczucie opu­
szczenia. Hotel ([?]) Piszę do n, błądzę (?) [dopisek:] (?)
i koncert Landowskiej. Nazajutrz: ulicą na prawo Ratskeller;
rynek (tylko ratusz ładny),wąską uliczką idę do Domu. Oglą­
dam Burgkeller (nationalism!) potem cywilizowaną ulicą idę
185

ku bramie. Cmentarz: spokój pogoda śmierci - targanie ży­
cia; a więc przeciąć, bez zbytniej, sentymentalnej frazeologii,
bo to są rzeczy ważne, wszak tak mało mamy w życiu. Ulicą
uniwersytecką na dół. Kupuję Mortbroschiire. Idę przez Saale (z policjantem) i pnę się pod górę myśląc o n i Miss Croper. Widok, żądza zorjentowania się z batville do Jena. Widok
na miasto, siedzę i piszę. Schodzę; idę przez miasto (flagi),
owoce. Jadę IV. klasą, czytam Mortbroschiire. Układam plan
wynajmowania; potem, dojeżdżając, myślę o jonach; o „spra­
wie" mam tylko niejasne, miłe uczucie że będzie już rozwią­
zana, wyklarowana. Na poczcie jak rażony piorunem; wpółprzytomnie idę szukać mieszkań; coś mnie piecze ale nie
ujawnia się. Wynajmuję tutaj; to mnie ciągle absorbuje; ukła­
dam list przez cały czas; ostateczne, beznadziejne zerwania.
Idę do p. Hau - tam przypomnienia. Wracam, pełen jednak
niepokoju; najprzód piszę i wysyłam potem do Górskiego .
3

Wtorek. 19.X.
Rano budzę się z potwornego snu (z [?]) ból zawiedzio­
nych instynktów. Myślę znowuż o n i S. i doznaję bez­
piecznego] altruistycznego bólu że oni obecnie nie mogą być
przezemnie szczęśliwi. Czuję, że niegodnie, zniszczyłem
rzecz piękną. Nie o sobie, z wielkim bólem o nich - bezna­
dziejna zabawa. Zabieram się do Plancka - napróżno. Lecę
do Botte[?] zniechęcony - peszy mnie raczej i pakuje na tego
amerykanina, który mnie nuży. Idę 1. raz na B.Sstr. niema jej.
Idziemy z amerykaninem. Po raz pierwszy przechodzę znane
mi ulice, Sophienstr[asse],[??], Grassi tu, szczęśliwie, spoty­
kam Goldschmida.[?] i osobliwości u ameryk[anina]. Idę po
raz drugi; [??], ostatnia nadzieja pryska. [??]; jeszcze nadzie­
ja że będzie ona u p. Hau. Powrót, nowy atak. - z zaczerwienionemi oczami do Górskiego. Uciekam od Sz[?], pod okna
Haschera; potem wybuchają co chwila [?] przez Waldstr[asse] nic nie myślę i nie wyobrażam. Ślepy popęd wszystkich
zmysłów i ciała do niej. [???] w ciemności potworne wykrzy­
wienie gęby. [??] gwiaździste niebo nademną. Wracam,
wciąż naj nieznośniej obolały. U Schneider stękam bez zwie­
rzeń na niemożność nauki. Pociesza mnie, stanowczo. Pod
okna Huschen; światło; spotykam Franka Lym[?] - uspoko­
jony wracam znaną mi już raz boleśnie drogą; trochę spokoj­
niej; automobile na Worm, strfasse]
4

Środa rano.
Zbolały wstaję. Piszę, to mnie znów roztkliwia; [?] termo­
dynamika. Gimnastyka; wychodzę; radość wyleczonego
człowieka; żadnych wyrzutów, żadnych skrupułów, tylko
swoboda, swobodny nastrój! U Górskiego czuję się dobrze;
idąc przez Aug[ustus] platz mało co nie skaczę z radości. Ja­
dę tramem i nie płaczę. W Central[?]ten niema jeszcze Fran­
ka. Przychodzi i rozmowa z nim, świadomie przyłgiwana [?],
ubrana w pochlebstwa i przymilanie się. Trochę mnie „po­
wraca". Ale załatwiam interesy ([?] wraca trochę chandra,
przypominam poszukiwanie w Bedekerze i na mapie, bezpo­
średnio przed latem i to, że tu myszkując za n tęskniłem.) Idę do Górskiego i uczę się w podnieceniu ale porządnie.
Wieczór też wciąż radość z powodu pozbycia się bólu, cho­
roby. Wieczór spacer [??] Grassi [Muzeum](starą drogą [??])
[?] do domu i postanawiam się skupić absolutnie.
Czwartek rano
gimnastyka, piszę; p[opołu]dniu zaczynam grać. Prze­
zwyciężam się i f?] Plancka podczas tego; męczy mnie to, ale
robię; potem idę do instytutu - wciąż jeszcze a raczej właśnie

186

pełen prawie tytanicznego zapału, żądny gnębienia w sobie
różnych rzeczy i pracowania na przebój. Przemyśliwam
0 funkcjach termodynamicznych. Bótte[?] i Deiselbaum.
Z tym ostatnim mówię o odrzucaniu tego z czego nic nie bę­
dzie, „jestem synem ziemi", głód życia. Idę do biblioteki, nie­
ma Chwolsona. Czytam Lutra. Potem u Szultheissa, trochę
mnie już ściąga. Wysyłam 41 MK Idę naprzód do Hildy, wy­
chodzę, do domu [?], w botanice [ogrodzie botanicznym]
czytam Plancka o gazach. Ściąga mnie porządnie; czuję jej
zapach już w domu, zmysły, głupia tęsknota. Czy znów [?]
zachody (piszę w domu). Idę do Górskiego i pod napięciem
pracuję z nim, nieźle. - wciąż mi wyłazi zmora melancholii,
postanawiam zrobić daleki spacer wieczorny, ażeby się wgłę­
bić w siebie. Idę do domu, jem; poezje ang[ielskie] rozbiera­
ją mnie potwornie. Przedtem jeszcze (rozkoszuję) + nurzam
się w dekoratywnej samotności: jak przyjemnie módz być
z samym sobą jak ze starym, wyrozumiałym, oddanym przy­
jacielem. Być dla samego siebie przyjacielem. Powoli to nik­
nie, z poezyi wychodzi tęsknota i zapach dni minionych
w Buchillon. Spann. Nadzieja, że wróci, chcę się upewnić
czy mi dochowa wiary; co teraz robi? Idę znów pod jej okna.
Gdzie mieszka? do Franka, ulica przypomina mi wieczorne
spacery, u niego bez sentymentalizmu. Potem idę znowuż sta­
rą drogą (Schenkendorf - Mat[?] - Brau Flannplatz, ale odry­
wam się powoli; odpędzam sentymentalne] genius loci. Sku­
piam się, ale nie mogę zdobyć się na usystematyzowanie ży­
cia. Ani też na określoną postawę w stosunku do tej sprawy.
Liczę dni, mam ciągłą nadzieję, że przyjdzie. A przyjmę ją
tylko:[??]. Chwilami wymyślam: ciele, nie rozumie mnie.
Przypominam [?]ffurt i brak inteligencyi, brutalność. Przypo­
minam jałowe chwile w Buchfillon]. Z drugiej strony życie
żąda swego. Na to odpowiadam, że życie może mieć też
chwile zawieszenia w krystalicznym eterze samotności. 5

Piątek 22 rano.
Tak jest. Trzeba koniecznie objąć całość jednem spojrze­
niem i wybrać kierunek drogi. Otóż nie chcę zabić przyjaźni
1 miłości do n; zbyt czuję się jeszcze przywiązany i przypu­
szczam z drugiej strony, że i ona kiedyś się jeszcze o to upomni.
Sam zaś chcę żyć obecnie znów życiem woli, usystematyzowa­
nym życiem wewnętrznego postępu i pracy. Jestem obecnie doj­
rzalszy. Z drugiej strony mam tu aparat naukowy którego mi
brakło w Breńa. Powinienem więc dłużej wytrzymać. Nie być
zbyt przykutym do ziemi. - W tej sprawie: 1°. postanowienie
i ewidencja koniecznego, zupełnego zerwania wszelkich nici
(list). 2°. Altruistyczna rozpacz, że skrzywdziłem ich, że wla­
złem niegodnie tam gdzie mnie nie brakowało. 3°. Tęsknota;
rozpacz ciała, nadzieja, że wróci, że się coś nawiąże, 4°. Lekko­
myślny optymizm, nadzieja płytkiego nawiązania, lub pocie­
szenia się. 5°. Wczorajszy powrót do niej, obietnica wierności.
6°. Dzisiejsze postanowienia: skupić się w sobie, rzeczy zewnę­
trzne nie istnieją; praca, poza pracą samotność. - Przez cały
czas, pomimo postanowień, błąkają mi się wspomnienia po du­
szy - to obecna wizyta u Flótchen, w którą wkładam trochę
nadziei, to możność spotkania jej na motecie, to gdzieindziej, to
wyraz jaki, lub obraz przypomni mi Buchillon.
Sobota 23.X.
Wczoraj: Rano wstaję, matem[atyka], gimnastyka (Dera).
Potem śniadanie. Kładę się i czytam Daucka (roztwory po raz
pierwszy) z początku D. brzdąka, potem wychodzi; intermez­
zo baby. Koło 12'/ jem drugie śniadanie - chwila „wyrzutów"
robionych n, potem zabieram się do porządnego obrobienia,
2

z ołówkiem; pomimo oporów rżnę dalej aż do 7 3ciej potem
siedzę i próbuję muzykę u D. Idę do botaniki. Tam trochę oczy
bolą, przerywam czytanie; skupiam się, i znów robię (cho­
dząc) kalorymetrię. Idę do Górskiego (radość z powodu wik­
tuałów) objadam się i robię kiepsko [?] a jego amory z Hildą
i zmysły obudzone po objedzeniu, dają mi na tęsknotę, która
chwilami wyłazi. Golę się i kupuję mleko. Ociężały idę naszą
drogą, zbierając ochłapy przeszłości. - Postanawiam sobie
być „sobą", „głębokim i [?]". Nic z tego. Różne plany. Cho­
dzę pod oknami n i S=a układam list ultimatum. W domu pi­
szę w gorzkim stylu, roztkliwiam się nad sobą i wieczorem
0 litej (kładę się) jestem znów roztrzęsiony, piszę w łóżku.
Stanowczo liczę w kierunku uproszczenia i siły. Ostatecznie
tu mogę sobie powiedzieć że albo, albo. Albo ją jeszcze odzy­
skam i wtenczas cała rzecz ma sens, albo nie i wtenczas wol­
no mi i muszę cierpieć, ale nie małostkowo - nieść ciężar na
sobie i koniec. Co do poprawy to jeszcze mi pozostaje sposób
pracy, mam zbyt mało zainteresowania przedmiotem (nic
dziwnego!) dalej: kiedy mówię o tej całej sprawie ze sobą,
mówię w całkiem innym tonie, spokojnie, silnie z determina­
cją: mówiąc w liście do niej piszę niepewnie, targany uczucia­
mi - nie jest to kłamstwo jest to znowuż dowód owego bez­
względnego dualizmu uczuciowego. Otóż być tylko ze sobą.
- Teraz robię Planck[a] i b[ardzo] cierpię. Trzęsie mną
1 myśl ciągnie wciąż w jedną stronę.
- Jak szczęśliwym jest człowiek, który ma pewne refuge
[ang. schronienie] w samym sobie przed wszelkiemi nie­
szczęściami. A jednak ja nie ustąpię tak od razu. Układam
znów listy i argumenty.
- Robię gimfnastykę] i niepisany żal przenika mnie całego.
2

Niedziela 24.
Wczoraj cały dzień prawie od rana poświęciłem tej spra­
wie. Nie będąc już w stanie pracować, zacząłem pisać do niej.
Potem znalazłem list o pieniądze, który znów mnie speszył.
Idę na miasto i szukam tylko jej pomiędzy wszystkiemi; ku­
puję czekoladę, czuję się b[ardzo] nieszczęśliwy idąc przez
B[?]. Na muzyce ledwo mogę wytrzymać. Kupuję kwiaty (je­
stem trzęsiony jak w febrze) idę do Flóhchen. Z jej danych
wnoszę, że n kocha mnie tylko, że nie wróciła do S=ra i że
mogę mieć jej miłość na przyszłość. To mnie powraca do ży­
cia. Idę sam z biedną Fl[óhchen] wyglądającą dość nędznie mówi że na własny koszt by sprowadziła n z Afryki. Nadzie­
ja, pewne obrzydzenie z powodu „uzewnętrznienia" się prze­
dnią. Ostatecznie to tylko jest pewien sposób aby n się o mnie
czegoś dowiedziała. Kupuję cukierki dla Flóhchen. Idę do
Górskiego; ogarnia podniecenie o zabarwieniu radosnem.
Rozmowa o radykalizmie. Uczę się kiepsko, układam list
podczas tego. Wracam i piszę (kupiwszy kwaśne mleko).
Kończę i odnoszę (3 na litą [czyli 10. 45, wyjaśnienie dla
osób spoza Galicji i Śląska]). Zamieniamy parę słów. Później
w radosnem, wiosennem usposobieniu idę utartym szlakiem,
siadam na ławeczce i wracam popod jej oknami. Jestem za­
kochany po uszy jak sztubak.
Dziś.
Tak jak - zrobiłem parę dalszych postanowień, ale bez­
skutecznie. Plancka robić nie mogłem, czekając na jej list,
a gdy list jej dostałem - już po kopercie poznałem jej stimmung - radosne upojenie, zupełny przewrót wewn[ętrzny].
Przychodzi D. i zawadza mi. Czytam jej listy poraź drugi
i trzeci. Wstaję i odpisuję i piszę dziennik dla niej, ażeby
w ten sposób zrzucić ciężar nastroju i módz pracować popo­

łudniu. Idę na objad, jestem szalenie radosny idąc. Wracając
wstępuję do niej - wydaje mi się cudnie piękna zupełnie jak
mięki soczysty owoc który dojrzał. Czekam dotknięcia miękiej wełnianej różowej bluzki. Z początku patrzę w jej oczy,
nieprzytomny pod uderzeniem wrażenia - potem rozkosz
i szczęście zaczynają mnie przenikać. Uciekam; robię muzy­
kę z D. Idę do Górskiego; dyskutuję znowóż [sic] z Ros. o pę­
cherzu i ślepej kiszce. Potem czytamy [?] Idę na kwartet.
Zdejmuję okulary i siedzę; nie widzę nikogo i słucham jakby
nikogo nie było. Potem spostrzegam ich - jest naprzeciwko:
uderzenia, [?]; siedzę sztywno od czasu do czasu spoglądam
na nią. Z początku czuję, że gdybym wiedział o jej obecności
to inaczejbym słuchał - Tak, fakt ich obecności krępuje mnie;
wychodzę - zachód słońca.
Poniedziałek.
Rano wstaję późno, idę się golić i po kwiaty. Przychodzi,
kończę się ubierać; rozmowa o rzeczach przeszłych; o listach,
żartujemy; o różnych konjunkturach. Czas mija szybko; sie­
dzimy na kanapie; tym razem nie jest tak ładna i wczoraj.
Awantura z babą. Na obiad i muzyka. Kupuję wino i idę do
Hildy, która chora i F[?] też.
Wtorek.
Do [?]; zabieram się nieźle. Po południu na dole. Wieczór
u Górskiego; kupujemy dla [?]; jedziemy do Hildy i wracam
na drugi dzień.
Środa.
Labor. Obiad na Gutenb[ergstr.] Główka [Główczyński ]
przyjechał. Fizykum. Idę na Fidelia. Po drodze kupuję jabłka.
Stimmmung oczekiwania i pewnej tremy. Dotyka mego ra­
mienia. [?] Patrzę się na nią cały pierwszy akt. Potem siada­
my na [?]. Nie patrzy mi w oczy. Podczas muzyki; specyficz­
ne wrażenie ze skojarzenia muzyki i rozkoszy ciel[esnej].
Idziemy radośnie Aug[ustus] placem, promenadą do Grassistrfasse] i Alb[ert] parku. Siadamy na ławeczce i rozmowa
dwojga zakochanych. Mówię jej ciągle, że jest piękna. Wra­
camy przez znane ulice; idziemy na Ló[?] nawet na
Kromp[?]. Pożegnanie. Jestem zmęczony.
6

Czwartek.
Labor późno. Ona mi mówi co będzie robić cały dzień.
Myślę o niej. Wieczór u Szmajskera. Fotografje dra F.
Piątek.
Po przejedzeniu ociężałość. W laborze - Mam mało wra­
żeń z tej nocy, faktycznie. O 6=tej spotyka mnie n jestem [?],
łazimy chwilę. Potem odwożę D[?] do szpitalu.
Sobota.
Rano wcześnie do lab[oru]; nie kończę ([?] wsadzenie ter­
mometru). Zmęczenie. Idę na motety, potem wracam, golę się
i w tej chwili wchodzi n. - Idziemy (kryjąc się); potem u FI. bar­
dzo miło; nowe wzruszenie, leżę na kanapie; fotografia Cape­
town. Przy herbacie ja obżeram się potwornie. Idziemy z n do
Alb[ert] P[ark] po drodze mało co odczuwa.f?] o możliwości jej
pobytu w Ewr. Wieczór sprzątam, wściekłe zmęczenie.
Niedziela.
Rano jej listy, porządkowanie, Duhem, obiad z Bolkami.
Idę po Zeizerce. Wracam, robię [?]; wyczerpanie. Idę do Pa­
namy. Wracam; trochę czytam Duhem. Śpię w nocy [?].

187

Poniedz. ЮЛ.
Wstaję 7 i [?] leżę, gim[nastyka]; [?] idę wcześnie do la­
bor (o 9=tej) kończę rano kamforę (urządzam się trochę wy­
godniej i odpoczywam od czasu do czasu). Idę do Gutenbergkelleru z Główką. Radosne uczucie, że będę się widział z n.
Potem b[ardzo] truję na 1. piętrze (wciąż się cieszę z tego po­
wodu). O 5'/ wychodzę, szalenie zmęczony; odpoczywam
w botanice. Spotykam, nie biorę jej towarzystwa intenzywnie; wypoczywam na kanapie obok n. Przeglądamy listy. Je­
dziemy 5=tką. Cudowny kącik na galeryi. Rosjanka; czekola­
da. Brahms. 1. część; jakieś mgliste przypomnienia dawnych
porywów, wyzwolenia. 2=a część zepsuta partyturą. 3=cia
(alegreto) znów bez [partytury] ale mi brak głębi, dramaty­
zmu; wspaniały temat allegro - czysto niemiecki. - Er[?];
bierzemy go raczej humorystycznie. Czajkowski; cudowny
zwłaszcza 2a i За część. Uciekamy przed Leonorą. Jedziemy
znów. Pewna trema przed wejściem. Znów zmęczenie, leżę
na kanapie, n przygotowuje czaj. Żal że woli Br[ahmsa] niż
Czajk[owskiego] i że jest taka zaabsorbowana. [?] (my bad
manners [ang. moje złe zachowanie]). Rozmowa o innych.
Potem listy i poprawka. Kładę się znowu i całujemy się - [?]
aż za bardzo. Jest znowu taka jak w tamtą Niedzielę. Wycho­
dzę; (dość obojętny).
2

Rano Wtorek 2=go
kładę się z uczuciem szczęścia, wspomnieniami i instynkty.
Memoranda: List do Stryja.
Napisać: kartka do M .
Niedziela 7.XI.
Sprawozdanie z poprz[edniego] tygodnia. I. Punkt ciężko­
ści w życiu uczuciowem.
Wtorek
wstaję późno; lambinuję; idę o 12=tej do laboru i pracuję
z punktu na górze. Piszę list (2 razy zaczynam). Wieczór
z Ka[?], zmęczenie.
Środa.
Rano optyka; golę się; spotykam и w dużym kap[eluszu].
Rozmowa o zaprzestaniu tete a tete. Muzyka: Oburon (przy­
pominamy motywy) Brahms 4=a słucham w hipnotycznem
skupieniu. Ostatnia część nie działa. Mendelsohn. Podoba mi
się («) patrzę wciąż na nią. Idziemy potem przez Grassistr[asse] Czuję się swobodny, szczęśliwy (obiad w P[?]) Fotomat.
z Zenkerem, Kruger, Auregung. Robię wieczorem.
Czwartek.
Zaczynam wodę ale złe rezultaty. Popoł[udniu] na górze.
Piątek.
Robię cały czas na górze; pod koniec tracę czas. Spoty­
kam n rano. Chodzimy po bot[anice] wieczorem. Befangenheit [niem. onieśmielenie]. Całujemy się na kanapie. Wie­
czór robię, p. Nachod.
Sobota.
Robię wodę; lepiej [?] pomocnicza kiiltemischung. Potem
motet, zmęczenie. W domu wypoczywam; czytam Kamę.
They came [ang. oni przyszli]. Z punktu pewne speszenie.
Potem b[ardzo] miło. Ślicznie wygląda in the pink blouse
[ang. w różowej bluzce]. Potem siedzimy na kanapie; myślę
o tern jak na podłodze, na [?]str., mówię jej to. Tłomaczy mi

188

że miała już pociąg zmysłowy. Potworne [?]. Pewna rozkosz
tego uczucia. Odprowadzam. Zachowuje się jak gęś. Wracam
i piszę list. Potem wychodzę - tracę wieczór dla pracy. - II.
Analiza mojej pracy. W laborfatorium]: starać się o usunięcie
wszelkich obciążających czynników a więc rozmów, kłótni,
zawiści, przyjaźni np. z pedelami. Ignorować zewn[ętrzne]
rzeczy tak jak dziś ignorowałem ulice Lipska. Pracować je­
szcze więcej [??] i koncentrować się na termodynamice i na
możliwych własnych problemach. Powinienem rozpocząć
życie metodyczne.
Poniedziałek. S7XI.
Wstaję i lamb[inuję] w łóżku. Dostaję list od n, który ro­
bi na mnie niewielkie wrażenie. Piję mleko i myślę o Pension
Klaner. Robię plany co do pracy w laborze. Na dziś: w laborze porządnie i ze skupieniem. Na obiedzie zachowywać się
z nonszalancją i nie pozwolić wyciągnąć z siebie ani kropli
energii. Potem znów labor, wieczór p. K[?].
Sprawozdanie. W laborze rano robiłem Gefr[ierpunkt,
niem temperatura zamarzania] I po obiedzie też. Postano­
wienia co do odporności na zewn[ątrz] i co do intenzywności pracy i skupienia, całkiem nie zostały zrealizowane. Gefr[ierpunkt] lodu oznaczam z pewną subj[ektywną] pewno­
ścią, ale roztworu nie. Na obiedzie rozmawiam zbyt sympa­
tycznie - p. Schaffer, co ze mnie wyciąga trochę en[ergii].
Roztrzęsiony (tracę 2 1/2 godziny!) Biorę się kiepsko do pra­
cy - i całkiem nie „abschliessend". Wieczór, idę po Chwolsona, oglądam Rezu[?] Kocyremb. słabo. Potem czytam peozje i „biblja!". Kładę się spać całkiem zniszczony. Na dru­
gi dzień wstaję późno, czytam różności; w laborze b[ardzo]
podle. Wychodzę wcześniej; idę na błonia; do domu; piszę
list; przychodzi n (kartka rano od Mamy jeszcze osłabiła
i tak b[ardzo] słabe w ostatnich dniach uczucia. Wczoraj
z początku siedzi w kap[eluszu] i b[ardzo] niewygodnie; na
myśl ojej wyjeździe ogarnia mnie tender[?]. Potem idziemy
kupować. Kolacja (ja piszę list). Mówimy o Franiu, S=[?]
Hasschen[?] i t p. Potem na kanapie [?] naughty [ang. nie­
przyzwoity]. Pomimo „nieestetyczności" ja znajduję, że
wszystko jest b[ardzo] ładne i miłe. „Lekarskie oględziny"
i compensation [?].
Sobota. 13.XI.
Muszę zrobić jeszcze kroku ku systemowi. Msza Bacha
wprawiła mnie w zachwyt i nadała popęd ku skupieniu.
W pierwszej chwili uniesienie religijne: ideał wyrażony w tej
muzyce; ażeby zrozumieć trzeba się nim przejąć. Obecnie
chcemy przyjmować sztukę jako pustą „Hiille" [niem. powło­
kę] w którą kładziemy treść naszą; bankructwo: nie wszystko
jest odlewem naszej jaźni lub formą aktualną życia. Zatapiam
się chwilami w muzyce; sprawa (zaniedbana) stypendyum .
Potem znów muzyka. Chwila pochłonięcia: tak brzmią trąby
sądu ostatecznego. - Potrzeba skupienia się: nadania sobie si­
ły i szpiku jest moim pierwszym obowiązkiem. Ułożyć racjo­
nalny system. Uwagi: dotychczas rano zawsze wylegiwałem
się. W ostatnich paru dniach (pobudzony Wtorkowym sean­
sem u n, Środową muzyką i poezjami erotfycznymi] i an­
gielskimi]) cierpiałem na szarą i jałową chandrę, rano budzi­
łem się, nie skupiałem się i nie robiłem planu na cały dzień;
nie robiłem też zaraz gimnastyki. Pierwszym giestem było
pójście po list, który mnie bez wyjątku rozczarował (nic
dziwnego). Potem cały ranek lambinowałem i szedłem do la­
boru dopiero koło jakiejś dziesiątej. Wieczorami pracowałem
ale trochę ospale. Praca laboratoryjna znów bez porządnego
7

protokółu i obliczeń. Całe dnie tracę na desultorycznem [ang.
desultory - bezładny]wałęsaniu się. Tak dalej iść nie może!
Szereg postanowień które bezwzględnie w życie wprowadzę.
Podstawą nowej poprawy będzie głębokie uprzytomnienie
sobie mojej samotności, niezależności. Wzniesienia się po­
nad stado, powszedniość i małostkowość. Zabić znowuż
w sobie nędzną kreaturę która ciągle i ciągle znowuż głowę
podnosi.
I . W domu: ruchliwość, sprężystość; załatwiać interesy
(listy terminowe, zakupy, książki); pracować konsekwentnie
nad odpowiedniemi teorjami.
II. W laboratorjum: nie „udawać", nie gadać; czasem słu­
chać; być bezwzględnie niezależnym od osobistych stosun­
ków (np. Hiszpan); nie chcieć fikcyjnie „pokazać" komuś
czem jestem i co potrafię; zato intenzywnie pracować, robić
wszystko z przesadnym prawie spokojem i powolnością
i z bezwzględnem skupieniem.
Ш. W stosunku uczuciowum do л i do branży starać się
faktycznie o wyeliminowanie histeryi i drobiazgowości, cac­
kania się własnemi uczuciami. Okres zazdrości w dnie
czerwcowe: o Arego był wynikiem niedozwolonych koja­
rzeń, narkotycznie pobudzonych muzyką. Równocześnie
zbytnie przeczulenie i niezaspokojone popędy. Pewien post
pomógł mi a także powstrzymywanie się od pornograficznej
lektury. Doszedłem do tego, że wahałem się pomiędzy groź­
bą zerwania a próbą nawiązania bliższych stosunków. Przytem (cha[?]) chciałem zrzucić z siebie wszelką odpowiedzial­
ność. Nie ; wiem czego chcę aby zachować poszanowanie dla
samego siebie i dać jej dowód siły. Sam jestem odpowiedzial­
ny i kieruję tern. Jeszcze raz z nią to obmówię i postawię na­
sze stosunki na tej [?]. Przytem byłby wstyd gdybym nie
mógł wytrzymać tak długo bez obłapki (unikać [?]). Najtrudniejszem jest nieustanne utrzymywanie się w zupeł­
nym uświadomieniu własnej drogi. Wiedzieć dokąd idę i do­
kąd dojść mogę; nie zamykać oczu, nie brnąć [?] naprzód w gą­
szczu. Nie chcę utonąć; muszę wypłynąć! Codzień rano - zro­
bić krótki plan i spisać takowy. Starać się ani na chwilę nie
odbiegać myślą od moich zadań; przytem jako zasadniczy ton,
zabarwienie humoru: spokój i poczucie, że ani przez chwilę nie
będę się spieszył ani natężał. Robić wszystko z zasady lekko,
swobodnie i pomału. Jutro: rano gimnastyka i śniadanie; praca
z Nachodem; listy do Krakowa; poprosić Nachoda aby wstąpił
do Zenkera (lepiej iść samemu i kupić obiad); iść do kultury;
potem do Hiischen; Tristan i Izolda. Wszystko pełnie, ze sku­
pieniem i nie wychodzić z własnej jaźni.

Czwartek 18.XI.909
Sprawozdanie: Niedziela. Wstałem dość późno. Niepo­
trzebna dyskusja z Nach[odem] o Polakach. Pracujemy
(przy dźwiękach muzyki). Obiad w Pomornie. Potem jadę
do Herch. W Kulthist. czytam Schurza. Do Gorkiego. W do­
mu Zenker, Brewiński. Tristan b[ardzo] [?]. Drożyński, list
do n.
Poniedziałek. W laboratorium] Kupfer, źle. Popoł[udniu]
Siedepunkt [niem. punkt wrzenia]. O 5=tej n. Jemy kolację
i idziemy na H[?]. Wściekłe zmęczenie ale słucham mile
i wielkie rozumienie. U niej; nic nie jem; leżymy na sofie i [?].
Wtorek. Rano meeting i do Bolkego; w laboratorium]
Kupfer z Re[?] źle; popoł[udniu] Kupfer, elektrolfiza] i ben­
zol (zapalam!). Wieczór robię z p. Nach[odem] (przedtem
młody Żydek i u Górskiego), śnieg, zawieja.
Środa. Rano Nachod. Potem obiad u p. Klauer. Potem go­
dzina nauki z Zenk[erem], potem n i Hóndel. W ogóle oklap­
nięcie i brak popędu naprzód.
Czwartek. Nie pamiętam co robiłem w laboratorium] chyba tr[?] przeważnie. Colloquium Ruesonera. Wieczór FI.
i n. Po kolacji robimy spacer sentymentalny: KohIenstr[asse],
Tumner, Universitatstr[asse], Nikolaistr[asse], Dresden Bhf
z popwrotem przez Koenigsplatz, Elisenstr[asse] do domu.
Piątek. Kopfer z Bedu. wykład Druck. Zaczynam Sieden
Berg; pokazuje się, że złe naczynie. Coli. Wienera. Weissbach. Kolacja u n. Nic nie pamiętam, rozmowa o S=rze i je­
go tajemniczości.
Sobota. Rano Kupfer sam. Wykład Freundl. Robię z Ko­
walskim. Popoł[udniu] straszne zimno. Z Nachodem nie
idzie. Franek. Idę do n. Połykam szybko kolację. Idziemy na
Upiory. Straszna targanina nerwów. Uczucie ciepła od n. Wy­
chodzimy na deszcz i wiatr. Brak szwungu. Jedziemy do
Mauricionum. Wino. List [?]. Powrót (koło uniwerku).
Niedziela. Rano pracuję razem z Kupf[erem] (mało inten­
zywnie). Potem idę na obiad (wybieram się do Leskinia). Po­
tem do Kult.hist. Vollkes. Haschen, Franio. Z Bobienkowem
niepotrzebnie dyskutuję. W domu nie odrabiam wieczór po­
rządnie rzeczy. Postanawiam się skupić.
Poniedziałek. 22.XI.
(Rocznica przyjazdu do Lipska) W laborze rano i po­
południu]. Siedepunkt (porządnie czytam Berkmanna)
Wykł[ad] Freundl. Rozmowa z Drucker. U л z początku miło
[??] Potem przy kolacyi Blonf. i jej uwaga o niepotrzebnej
dyskrecji; ja jestem speszony.

PRZYPISY
1

Patrz S. Witkiewicz, Listy do syna, Warszawa 1969, s.413
[ang.:]Sceny przy posiłkach. Dalej ogród warzywny. Rząd krzaków
na brzegu. Droga do łódki. Kiedy tam chodziłem dwa razy żeby się kąpać
często do łódki. Duży skuner przypływa wieczorem. Stosunki osobiste
[w oryg. po polsku]: tajemnica moich uczuć. To była siła która [?] przeciw­
ko której walczyłem. Byłem całkiem wolny. Ta walka we mnie jest jedną
z wiodących cech, Moja postawa w obecności innych ludzi podczas posił­
ków (pamiętając typowe okresy) rano. Podczas naszych wycieczek z pań­
stwem Maccharoni, wtrącanie się Violetty i jej matki (wieczór na łódce).
Moje uczucia kiedy [?] się między nią a wrażeniami. Nie mówię teraz o sil­
niejszych wrażeniach podczas podróży lecz nawet podczas naszych space­
rów do domu. Kiedy siedzę na brzegu jeziora pod naszym kasztanowcem,
kiedy wiosłuję na łodzi (tego popołudnia kiedy czyłem się bardzo samot­
ny i daleki), kiedy czytam Goethego. Kiedy pracuję w jej obecności. Teraz
w domu, w naszym pokoju. Kilka wieczorów, „zaczynaliśmy" noc w mo­
im małym pokoju. To był ten „najpiękniejszy" czas. Myślę, że także spali­
śmy tam jedną czy dwie noce. Z reguły szliśmy każdego wieczora do jej
pokoju, ja szedłem do swojego, szykowałem okno, łóżko i wracałem. Ona
2

była gotowa. Oczywiście cały ten czas byłem wyczerpany i przejedzony
[po pol.] tak, że prawie się tym nie cieszyłem tak jak i tymi 2 nocami
w Lipsku. Często bywałem poirytowany. Zadurzenie. Rano, podczas...
Malinowski na odwrocie tego zeszytu a spisie adresów podaje też
ten: Marjan Górski w Warszawie, Plac Witkowskiego nr. 10
Planck Max (1858-1947) - fizyk niemiecki, autor prac głównie
z zakresu termodynamiki oraz termicznego promieniowania ciał, wpro­
wadził pojęcie kwantów energii, które zapoczątkowało rozwój fizyki
kwantowej.
Orest Chwolson (1852-1936) - fizyk, zajmował się termodynamiką.
W spisie adresów i ten: Główczyński zob., Hołużno, przez Wojsła­
wice, gb. Lubelska, Warszawa, Sienna 17
Chodzi o stypendium im. Barczewskiego (600 Koron rocznie),
które pobierał od 1906-1908 roku, po powrocie z Wysp Kanaryjskich
starał się o nie ponownie, ale mu go nie przyznano z powodów biurokra­
tycznych. Potem jednak wskutek interwencji grona profesorów Wydzia­
łu Filozoficznego Wydział Krajowy przyznał mu je na czas habilitacji.
Pobierał je do 1914 roku.
3

4

s

6

7

189

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.