209149825be256be0e9831903ec99543.pdf
Media
Part of Notatki z podróży po Polsce / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.3-4
- extracted text
-
Notatki z podróży po Polsce
Andrzej Różycki
Spicymierz. Zwyczaj układania dywanów kwietnych
przed procesją Bożego Ciała
Obserwuję bacznie wszelkie zjawiska z obszaru obrzędów
i zwyczajów ludowych^ czynię to można by powiedzieć
z nawyku zawodowego. Siedzę te tradycje i zwyczaje również
z głębokiego przekonania, iż jest to bardzo istotna część
możliwości rozumienia swojego narodu. Jest to właściwy
smak i barwa kraju. Bez pewnych zwyczajów i zachowań
ludowych życie narodu się kurczy, spłaszcza, szarzeje i wysy
cha.
Zawód reżysera filmowego, o specjalistycznej orientacji:
rejestratora obrzędów ludowych, w kraju kapitalizmu pełną
gębą europejskiego, okazuje się zupełnie zbędny czy też
wstydliwy. Co mam jednak robić, pasja obserwatora pozo
stała, stąd i fotografia dokumentacyjna.
S p i c y m i e r z , mała wioska i zarazem parafia leżąca tuż
koło Uniejowa, nad Wartą (woj. konińskie). Obrzęd znany
nielicznemu gronu etnografów i to nie wszystkim nawet ze
swojego regionu.
Zwyczaj zdobienia, dekorowania trasy, w tym ścielenia
i układania kwiatów, przed procesją w dzień Bożego Ciała
w Spicymierzu ma długą tradycję, z pewnoścą sięga grubo
ponad 100 lat. Jest to jedna z niewielu tradycji obrzędów
ludowych w Polsce, która pozytywnie ewoluuje i rozrasta się.
Zwyczaj ten w latach międzywojennych pamiętany był jako
obrzęd sypania piaskiem wzorów na trasie całej procesji. Po
wojnie, trudno powiedzieć dokładnie kiedy to nastąpiło,
informatorzy różnią się w relacjach kiedy zaczęto układać
wzory kwietne. Prawdopodobnie nastąpiło przenikanie
dwóch technik: sypania piaskiem i układania kwiatów, by
z czasem w latach pięćdziesiątych przejść całkowicie na
układy kwietne. Tradycja ta z całą pewnością rozrasta się
a forma układów kwietnych, jak i udział kwiatów szlachet
nych, ogrodniczych wzrasta wzbogacając sypane wzory
z kwiatów natury: z pól, łąk i drzew. Mówią o tym relacje
mieszkańców i obserwatorów tego obrzędu. Są jeszcze dwa
elementy potwierdzające wzbogacania się tradycji. Z roku na
rok wydłuża się trasa procesji, gdyż więcej ludzi chce mieć
swój wkład w zdobienie szlaku procesji. Drugi powód
rozrastania się zwyczaju, to fakt iż zaczyna przyjeżdżać coraz
więcej „obcych" obserwatorów tego kwietnego święta. Z te-
122
go samego chyba względu, czas procesji przeniesiono na
godziny popołudniowe, godzinę szesnastą. Dziś trasa liczy
ponad 1 km drogi usłanej kwiatami.
Układ kwiatów na drodze jest najrozmaitszy i zależy od
inwencji gospodarzy danego odcinka. Mamy więc kwiaty
polne i kupne, szklarniowe. Układane są one we wzory
geometryczne, rytmiczne, w pewne obrazy symboliczne:
serca, Hostie, Baranki Boże itd. Bywają napisy o treści
religijnej. Jakże to wszystko kolorowe i na dodatek pach
nące. Jest to jedno z barwniejszych świąt jakie znam. Jedna
z najwspanialszych form obrzędów ludowych, w którym
hołd Bogu spełniany jest poprzez ofiarę darów natury, darów
Boga właśnie.
Ta tradycja ze Spicymierza jest całkowicie nieznana gdzie
indziej w Polsce. Sądzę iż taki obrzęd nieznany jest w więk
szości krajów europejskich. Pewne nikłe naśladownictwo
tego zwyczaju napotkałem w dwóch blisko leżących Spicy
mierza miejscowościach i jest to ewidentne naśladownictwo
tegoż. W Piekarach, parafii leżącej poniżej, jest dywan
kwietny długości 200 m. W Poddębicach mieście leżącym
najbliżej Uniejowa układane są kwietne dywany o wymia
rach ca 5 x 7 m przy każdym z ołtarzy.
Święto i ten właśnie obrzęd może zafascynować i wzruszyć
głównie przez tak bardzo czytelną ideę hołdu ofiary religijnej
Bogu, spełnianej darami bożymi.
Krynki i okolice
Trudno nie wspomnieć o samej miejscowości pełnej poezji
i niedomówień jak przystało na osadę kresową. Nie będę
opisywał atmosfery i klimatu tego miasteczka-wsi, zadanie
to raczej dla wyrafinowanego pisarza, ograniczę się jedynie
do podania kilku faktów historycznych. Te dane przypo
mną, iż Krynki to jedna z istotniejszych miejscowości na
mapie białostocczyzny, która onegdaj była „sercem europej
skiego (czytaj: światowego) żydowstwa". Cytuję za Toma
szem Wiśniewskim historykiem i publicystą, znawcą tematu.
Mimo iż jestem wytrawnym poszukiwaczem i wędrowcem,
nie znam drugiej takiej miejscowości (tej z grupy kilku
tysięcznych), która miałaby 12 dróg wyjazdowych a także
specjalnie skomponowany sześcioboczny olbrzymi rynek. Te
12 dróg-ulic to chyba jednak bardziej symbol i swoista
manifestacja niż prawdziwa funkcja. Powędrowałem kilko
ma z tych ulic, po rogatkach szybko zamieniają się w polne
drogi. Tak naprawdę liczyła się tylko trasa Białystok - Grod
no. Dziś ten trakt nie istnieje, Krynki to ostatnia miejs
cowość granicząca z Białorusią. Jeżeli zważy się, że w latach
osiemdziesiątych ub. wieku 85% mieszkańców stanowili
Żydzi to w dużej mierze tłumaczy strukturę miasta. Było to
swoiste centrum handlowe, z ogromną ilością kramów na
środu rynku, dziś już nie istniejących. W Krynkach znaj
dował się jeden kościół rzymsko-katolicki, jedna cerkiew
i kilka bóżnic i synagog. Do 1939 r. funkcjonowały: Duża
Synagoga (Beth Ha Knesth), Duży Beth Midrasz, Beit Tefila
,,Chajej Adam" (Życie Człowieka), Jenles Beth Midrasz,
bóżnica Słonimskich chasydów, Kaukaski Beth Midrasz oraz
Chasodim Sztib Beth Midrasz (cyt. za: T. Wiśniewski:
Bóżnice
Bialostoczcyzny).
Żydzi osiedlili się w Krynkach już w początkach X V I I w.
i w połowie tego stulecia mieli zorganizowaną gminę.
W połowie X I X w. zaczęto produkować tekstylia i założono
garbarnie zatrudniające żydowskich robotników i tutaj
powstał jeden z pierwszych żydowskich związków zawodo
wych. Żywa była działalność partii politycznych, m.in.
Agudat Syjon. W Krynkach rozwijał się ruch rewolucyjny,
w 1905 r. doszło nawet do utworzenia Republiki Kryńskiej,
przy czym władza czasowo przeszła w ręce robotników.
W okresie międzywojennym działało na tym terenie kilka
silnych organizacji komunistycznych i syjonistycznych przy
gotowujących Żydów do emigracji i pracy w systemie
palestyńskich ki buców. Wszystko to niechybnie nie bez
związku z powstaniem kilku szkół żydowskich, m.in. Tarbut
i kilku klubów sportowych jak: Makabi i Bar Kochba.
Krynki dotknęły bolesne doświadczenia wojenne, z około
5000 mieszkańców w 1939 r. zostało 300 w 1944 r. Z trudem
dochodzi do siebie, jednak niewielkie ma szanse rozwoju,
onegdaj znaczące miasto na ruchliwym szlaku Rzeczpo
spolitej Wschód-Zachód, dziś ostatnia osada przed zamknię
tą granicą z Białorusią. Liczy około 2000 ludzi i pozostaje
nadal stolicą gminy. Nie tylko same Krynki są ciekawe, ale
cała gmina, tworząca mozaikę wielu kultur, tradycji i religii.
Jest kilka cerkwi wraz z jej białoruskimi wyznawcami. Są
Kruszyniany. z X V I I wiecznym meczetem oraz mizarem,
cmentarzem mahometańskim. Tatarów osadził w 1679 r.
król Jan I I I Sobieski, nadanie dotyczyło również sąsiednich
wsi Nietupa i Łużany.
Z tej gminy, z grzybowszczyzny, pochodzi Eliasz Klimontowicz, samozwańczy prorok - święty Ilia, który uwiódł
biednych, choć mocno rozmodlonych chłopów, fantastyczną
ideą budowania Nowego Jeruzalem w osadzie Wierszalin.
To dziw, że na tak nieurodzajnej ziemi, gdzie same piaski,
lasy. i kamienie polne, gdzie na przednówku pieczono chleb
pół na pół z mąki i kory brzozowej a zupę gotowano na
myszach, powstawała tak intrygująca kultura, porywające
idee, i wyraziste osobowości. Tu z pewnością funkcjonuje
pewna zasada, ku której się skłaniam - teoria kontrastowego
123
i
dopełniania się (nie wszędzie sprawdzalna, tutaj zdecydowa
nie tak) - przy ubóstwie pojawiają się wielkości duchowe. To
tu znajdują się najuboższe cmentarze żydowskie z najuboż
szą formą pomników nagrobnych z pojedynczych kamieni
polnych z amatorskim rytem krótkich hebrajskich inskryp
cji. Najuboższa forma nagrobków, biorąc pod uwagę reguły
religii judajskiej. Ale to właśnie tutaj, w samych chociażby
Krynkach, powstają wyjątkowe monumenty kultury żydow
skiej jakim są potężne w bryle synagogi. Podobnie jest
w Tykocinie i Orli. Tym bardziej trudne to do zrozumienia,
gdy się zważy, iż prawa budowlane władz chrześcijańskich
zabraniały stanowczo wywyższenia się tych budowli ponad
świątynie katolickie czy też cerkiewne. Można się tylko
domyślać jakich to sztuczek prawnych, sofistycznych używa
no by mogły powstać te synagogi. Tak na marginesie, Wielka
Synagoga w Krynkach powstała cała nie z czego innego, jak
właśnie z głazów polodowcowych.
Na białostocczyźnie mamy do czynienia z większą ilością
najdziwniejszych spotkań, styków i przenikań kultury pol
skiej, białoruskiej i żydowskiej. To również tutaj niedaleko,
bo kilkadziesiąt kilometrów od Krynek w Knyszynie znaj
duje się najniezwyklejszy cmentarz, jaki w życiu odwiedziłem
o jakim słyszałem czy też czytałem. Otóż ten cmentarz
żydowski znajduje się nie gdzie indziej jak na g r o b 1 а с h...
Tak, tak, na wąskich pasach ziemi, sztucznie usypanych
wałach odgradzających poszczególne partie stawów. Cmen
tarz jest rozlokowany na wąskich pasmach ziemi, szerokości
25—30 m a długość uzależniona jest od długości stawów
hodowlanych. Brzegi grobli-cmentarza stromo urywają się
nad wodą. Szczerze mówiąc nie znam faktów historycznych
124
i nie wiem, czy to był „żart" ziemskich „łaskawców"
darujących gminie tę „ziemię", czy też dzierżawca (bądź też
właściciel) podarował najniezwyklejszy teren pod miejsce
pochówku współwyznawców Jehowy. Faktem jest i dowo
dem zarazem, że status ekonomiczny i prawny tutejszych
Żydów był bardzo mizerny. Jako nagrobek stosowano
również kamienie polne - polodowcowe.
Kamienne macewy z Krynek
Zdjęcia przedstawiają macewy znajdujące się na żydows
kim cmentarzu w Krynkach. Macewy zostały zrobione
z najprostszego materiału, z dużych kamieni polnych zalega
jących w olbrzymiej ilości pola, a raczej miedze i nieużytki.
Dziś są już przez wiele pokoleń zniesione z pól. Te kamienie-macewy mają swoje znamię, inskrypcje mówiące w języ
ku hebrajskim o pochowanym człowieku. Mam niejaką
nadzieję, że te zdjęcia mówią wszystko. W tym i to, że te
kamienie przeszły przedziwną drogę i ewolucję.
Te kamienie - tablice pamięci zatoczyły olbrzymi krąg
przeistoczenia. Doskonałość kształtu uzyskały przez funkcje
służebne, będąc kulami tocznymi przez masy niszczyciels
kiego lodowca taranującego wszystko na swej drodze. Pozo
stały po ociepleniu klimatu w miejscach zupełnie przypad
kowych. W momencie gdy nadszedł do tych miejsc człowiek
i zaczął wprowadzać kulturę agrarną, kamień spełniał jedy
nie rolę przeszkody, stając się zawalidrogą dla motyki
i lemiesza. W obszarze sacrum jakim z całą pewnością było
pole, bowiem dawało chleb, nie było miejsca na profanum
jakim była bryła skalna, kamień narzutowy. Kamień polo-
dowcowy musiał więc zostać zepchnięty na miedzę, na
nieużytek — obszar profanum. Przy kulturze rolnej trwał
tam przez wiele pokoleń, przez wieki. Stąd, ku uciesze
chłopa, wyciągał go domorosły kamieniarz i po minimalnej
obróbce (ścięciu lica) najczęściej używając go całego, takiego
jakim go uformowała przygoda lodowcowa, wykuwał heb
rajskie inskrypcje. Kamień uzyskiwał indywidualny charak
ter. Dostawał imię. Postawiony na cmentarzu, wieńczy grób
zmarłego Żyda, wchodzi w rejon wyjątkowej wartości,
pełnego sacrum. Kamień spełnia podwójną rolę - kulturową
i religijną, zaczyna przynależeć do sfery czysto duchowej.
Holokaust zmieni tę sytuację zasadniczo, wprowadzając
na obszar cmentarza prawa pierwotne. Miejsce pochówka
zamienia się w nieużytek, szczerze mówiąc - w pastwisko,
w teren neutralny, obojętny dla nowych sąsiadów. Kamień
nagle traci swój awans, zostaje pozbawiony funkcji zarówno
kulturowych jak i sakralnych. Macewa-kamień porasta
mchem, zapada się, ginie w trawie. Cały rejon cmentarza
zaczyna przypominać obszar polodowcowy, do złudzenia
wygląda jak rezerwat geologiczny (jest kilka takich w Polsce
północno-wschodniej, w końcu niedaleko Krynek) nazywa
sieje „głazowiska", ślady pozostałości polodowcowych.
Koło całkowicie się zamknęło.
Kamienne macewy w Krynkach i wielu innych cmen
tarzach żydowskich w tym rejonie geograficznym, to jedna
z wielu „przygód" jakie spotkały kamienie porzucone przez
lodowiec. Wydaje się jednak, iż ta nowa rola kamienia
oznaczająca przypisanie jednego kamienia jednemu człowie
kowi, chociażby po śmierci, i tworznie znaku pamięci jest
w tym przypadku jedną z najwznioślejszych i najdramatyczniejszych.
Tych refleksji ogólnych - gdy myślę o kamieniach polnych
dla których tak wiele ról zaprogramował Dobry Bóg - jest
znacznie więcej. Zawsze ponosi mnie wyobraźnia, gdy
„widzę" etapy przymusowych podróży kamieni ze skalistej
Skandynawii. Na początku dramatyczne złamanie dum
nych, potężnych gór, skruszenie i uprowadzenie przez lodo
wiec, niesienie skał na sobie i pchanie przed sobą, by
następnie całkowicie zniewolić je pod sobą, tak że po drodze
całkowicie zmieniły charakter skał na nową formę i kształt
dzisiejszych kamieni. Po tajemniczej misji lodowca, ten się
topi, ginie i znika, zostawiając zbawienne dla człowieka
niecki wodne i kamienie tak liczne, że trudno przez wieki
myśleć o rolnictwie.
Chyba długo człowiek o kamieniach polodowcowych
myślał w kategoriach przeszkód i nieszczęścia. Pierwotny
„pogański" człowiek głównie jako „myśliwy" nie mógł
inaczej patrzeć na głazy stojące niespodziewanie w najrozmaitrzych miejscach, jak na objaw boskich sił i mocy.
Z czasem gdy człowiek stał się bardziej rolnikiem i poszerzył
swą wiedzę o istnienie również diabła, a kamień zdecydowa
nie przeszkadzał w uprawach rolnych, niekiedy pojawienie
się kamieni-olbrzymów przypisywano diabłom.
Przez długi czas człowiek był bardzo zdezorientowany
istnieniem takich kamieni małych i dużych, przeważnie
krągłych, nijak w końcu kolorystycznie i strukturalnie nie
pasujących do tego, co dookoła. Nie dziwi mnie wierzenie (o
rodowodzie pogańskim), rozpowszechnione u chłopów
w Polsce północnej i centralnej, że kamienie rosną. No bo
i jak nie wierzyć w to, gdy co roku pod pługiem i bosymi
nogami co rusz pojawiają się nowe polne kamienie?
Dopiero człowiek uspołeczniający się i myślący konstruk-
125
I
cyjnie zaczyna doceniać kamienie, by mogły mu służyć
i z czasem stać się bezcennym materiałem budowlanym i to
w obiektach zwanych dziś dziełami sztuki: zamkach, w mu
rach, warowniach, świątyniach. Trochę później nieocenione
usługi oddał kamień w budownictwie ludowym.
Piszę o tym tylko sygnalizując zjawisko, i z niejakim żalem.
Kamień polodowcowy (podkreślam ten typ kamienia
— w końcu o ograniczonym regionie występowania) wydaje
mi się, iż miał ogromne zasługi w budowaniu cywilizacji
i stylów budownictwa romańskiego, gotyckiego i w pod
stawach budownictwa również każdego następnego stylu.
Nie doczekał się nigdy zasłużonej uwagi naukowców: his
toryków sztuki, architektów, etnografów czy innych piew
ców - pisarzy, eseistów, poetów. Dziś kamień polny cał
kowicie został usunięty z ambitnych planów architektonicz
nych, a w budownictwie indywidualnym zepchnięty został
jedynie do wypełniania fundamentów, tak by żaden nie
wystawał ponad poziom ziemi. Wydawać by się mogło, że
„kariera" kamienia polodowcowego się skończyła...
Bardzo duże zainteresowanie kamieniami okazują ludzie
spod znaku Nowej Ery: geomanci, radiesteci, parapsycholo
dzy, ezoterycy... To oni wiedzą, że kamienie mają różną moc,
mają swój plus i minus. Właściwe zakomponowanie kamieni
węgielnych występowało w budowie domu, świątyni. Złe
odpromieniowywanie zostało wyprowadzane na zewnątrz.
Imponuje mi ta wiedza, tak samo jak przejmuje i fascynuje
umiejętność dawnych mistrzów budowlanych. To wszak
pierwszymi wtajemniczonymi, tworzącymi zamknięte zwią
zki i klany, pierwszymi wolnomularzami byli właśnie budow
niczowie świątyń. A największą wiedzą było znanie wszyst
126
kich tajemnic kamienia. Nie czas i miejsce na takie roz
ważania, może kiedyś „Polska Sztuka Ludowa - Konteksty"
pokusi się o specjalną edycję poświęconą radiestezji, ezoteryce i część tych zjawisk opisze?
Mnie kamień polny jak sięgnę pamięcią intrygował i fas
cynował.
Ktoś, kto zna moją twórczość fotograficzną może się
zdziwić, iż przedstawiam zdjęcia tak proste, surowe portrety
kamieni, kamieni-macew. Bez przetworzeń, bez zmian czy
opracowań kreacyjnych, bez działań, dzięki którym łatwiej
można by fotografię określić mianem sztuki. I chyba te
zdjęcia do tego nie aspirują. Wydaje się, iż wystarczająco
dużo jest w nich dynamicznej treści, by dodatkowo wzboga
cać czy deformować je nową formą czy ekspresją.
Załączam zdjęcie z roku 1969, które jako jedno z nielicz
nych nazwałem po prostu Kamień polodowcowy. Ta informa
cja jest o tyle ważna, że wszystkie zdjęcia do tego czasu
i w tym czasie nazywałem poetycko. Zamiar zdjęcia był
praktycznie taki, z wielu bezimiennych głazów narzutowych,
ten jeden w otoczce naturalnych traw, dostał odemnie dawkę
ekspresji natury czysto fotograficznej, w tym czasie specjal
nie nie praktykowanej tzw. pseudosolaryzację. Zabieg ten
miał dać odczucie siły promieniowania i mocy tego kamienia
jak i każdego innego zapomnianego kamienia polnego. Po
reperkusjach, zainteresowaniu i recenzjach osiągnąłem właś
ciwe zamierzenie. Dziś mimo to wszystko wybieram i lansuję
kamienie z Krynek. I promocję, i pierwszeństwo w eks
ponowaniu przyznaję pismu antropologicznemu a nie galerii
artystycznej czy fotograficznej. To też dla mnie dużo znaczy.
Cenię to pismo bardzo.
