360da13a21363a62bf7b4570d3208c14.pdf

Media

Part of Szlachcice i "dziady" - widowiska zwyczajowe / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1959 t.13 z.1-2

extracted text
Ryc. 1. Niektóre

Barbara

Bazielichówna,

„SZLACHCICE"

Stefan

Żywiec.

Deptuszewski

I „DZIADY"

Rupienka to obecnie część wsi Koniaków w po­
wiecie cieszyńskim. Jeszcze niedawno (do czasu
ostatniej wojny) należała ona jednak do powiatu
żywieckiego. Badacz, który by o tym nie pamiętał
i zaliczył ją do rzędu wsi śląskich, popełniłby za­
sadniczy błąd. Rupienka bowiem, mimo że przyłą­
czono ją do województwa katowickiego, etnicznie
związana jest nadal raczej z Małopolską; w ten spo­
sób potwierdza się fakt, że nie zawsze granice ad­
ministracyjne muszą pokrywać się z etnicznymi. Dla
grupy krakowskiej stanowi ona teren peryferyjny,
zachowujący rodzime cechy kulturowe, dla grupy
śląskiej zaś — teren, na który bezpośrednio prze­
ciekają wpływy Śląska.
20

postacie z grupy „dziadów". Laliki. pow.

-

ZWYCZAJOWE

WIDOWISKA

Jednym z przejawów etnicznej łączności Rupienki
z Małopolską są praktykowane tutaj do dziś dnia
zwyczaje związane z okresem zimowym, i to przede
wszystkim ze świętami Bożego Narodzenia i z No­
wym Rokiem. Chodzi mianowicie o tzw. „szlachci­
ców" i „dziadów", t j . korowody przebierańców, któ­
re w tym czasie chodzą po wsi i dają swego ro­
dzaju widowisko, składając równocześnie gospoda­
rzom życzenia.
Na terenie Polski południowej i południowo-zachodniej korowody takie znane są i od dawna no­
towane w ludowej obrzędowości . Nie wszędzie jed­
nak są one nadal żywotne, nie wszędzie odbywają
się w taki sam sposób, w tym samym czasie i nie
1

wszędzie przetrwały w swej pierwotnej formie.
Jak ten. stan rzeczy przedstawia się obecnie, trudno
dokładnie stwierdzić, albowiem nie prowadzi się
w tym kierunku specjalnych badań. Przy okazji
jednak naszych terenowych penetracji nad innymi
zagadnieniami udało nam się w niektórych miejsco­
wościach zaobserwować także omawiane zwyczaje,
a tym samym potwierdzić ich żywotność. Taką sa­
mą zresztą sugestię nasuwa artykuł Zygmunta W i glusza opublikowany w „Ziemi" .
Na Śląsku Cieszyńskim — wśród zwyczajów zimo­
wych wiążących się z przebieraniem i charaktery­
zowaniem osób biorących w nich udział — najbar­
dziej znany jest obchód „Mikołajów" w wigilię lub
w sam dzień św. Mikołaja . „Szlachcice" natomiast
i „dziady" to zwyczaje praktykowane w Żywieckiem, które wraz z przyłączeniem Rupienki do Ko­
niakowa tutaj się przedostały. Dziś w Koniakowie
wszyscy je dobrze znają, nawet niektórzy miesz­
kańcy sami biorą w nich udział, jednak granica
zasięgu wyraźnie się odcina. Poza Rupienką, gdzie
korowody te odwiedzają poszczególne dziedziny,
przychodzą one jeszcze tylko do centrum Konia­
kowa, tzn. do gospody. Tutaj zatrzymują się na
chwilę, a następnie wracają w stronę Rupienki omi­
jając zasadniczą część Koniakowa.
2

3

„Szlachcice" to nazwa związana z kilkuosobową
grupą poprzebieranych parobków, którzy wieczo­
rem w dzień św. Szczepana wśród dźwięków skocz­
nych melodii góralskich, rozśpiewani, roztańczeni
i rozbawieni obchodzą dziedziny, dając widowisko.
Notatka w Orlim Locie z 1930 r o k u podaje, że
w Soli, pow. Żywiec, i sąsiednich wsiach w czasie
świąt Bożego Narodzenia chodzą „ślachcice". Gru­
pa składa -się z masarza, górala, żyda, żydówki,
ślachcica i anioła. Wiadomość ta, nader zresztą la­
koniczna, dla dzisiejszego badacza ma podwójną
wartość: wyznacza mianowicie, aczkolwiek mało do­
kładnie, zasięg tego zwyczaju, oraz na podstawie
obecnych materiałów pozwala skonfrontować skład
osobowy grupy. Jest to zresztą jedyna tego rodzaju
drukowana wzmianka. Poza nią bowiem nie zna­
my żadnych innych, które mogłyby rzucić nieco
światła na charakter zwyczaju w latach ubiegłych.
Trudno też wśród informatorów znaleźć kogoś, kto
umiałby powtórzyć oracje wygłaszane przez wystę­
pujących w widowisku. Starsi, którzy je znali —
poumierali, ci zaś, którym z lat dzieciństwa pozo­
stały w pamięci wspomnienia „ślachciców", nie po­
trafią powtórzyć szczegółów. Na podstawie ich re­
lacji można tylko ustalić w przybliżeniu zasięg zwy­
czaju, który jednak z biegiem lat coraz bardziej
się kurczył. Jeszcze około 50 lat temu „ślachcice"
chodzili w Zabłociu koło Żywca. Poza „ślachcicem"
grupa ta składała się tutaj z „żyda", „masarza",
„górala" i „kozy". Wstępowali oni do „pańskich" do­
mów, wygłaszali mowy, a „żyd" śpiewał np.:
4

A na moście trowka rośnie,
a pod mostem śloz.
Dałbym ja ci g ę b y , dziewczę,
gdybym z mostu zloz.

W samym mieście Żywcu zwyczaj ten nie był
praktykowany — Soła stanowiła tutaj granicę''.
Granica ta dziś przesunęła się znacznie na południe,
obejmując wsie: Kamesznicę, Szare i wspomnianą
Rupienkę. W tym przysiółku obecnego Koniakowa
grupa „szlachciców" składa się z „szlachcica" i jego
poddanych, t j . „górala", „rzeźnika", „żyda" i „ży­
dówki" oraz z muzykantów, t j . dwu skrzypków
i harmonisty. Kiedy przechodzą przez wieś idąc
•z dziedziny do dziedziny, już z dala słychać jak nad­
ciągają. Towarzyszy im nieodłączny tłum gapiących
cię dzieci. Gdy wchodzą do wybranej chałupy —
muzyka milknie, wszyscy gapie się rozstępują i jako
pierwszy w kręgu zebranych wychodzi „szlachcic".
Kłania się wszystkim, a przechadzając się tam
i z powrotem, wygłasza mowę. Niegdyś była to mo­
wa rymowana i zaczynała się, jak zapamiętał Jan
Zeman, mniej więcej w ten sposób:
Pochwalony lau-tau,
przyjmijcie tu gości.
Jestem szlachcic wyuczony,
wyście wszyscy prości.
Mam ja se czapeczkę,
mysi piórko iza nią,
gdzie j a sie obrócę,
wszędzie mie witają.
Mam ja dwoje butów,
/nogą sie mi przydać,
jeden jaki taki,
w drugim wiechcie widać.
3uty, jako buty,
ale gorsze spodnie,
trzysta lat minęło
na te Święta Godnie.

Mam ja brata na ogrojcu,
cztery krowy doi,
jak ja mleka potrzebuje,
to mie wodą poi.
Mam ja brata na ulicy,
co k o b y ł y dusi,
jak ja mięsa potrzebuje,
on mi kości znosi.
Idem jesce po podcieniu,
w tem krótkim odzieniu,
ona mi sie pokłoniła,
witajże młodzieniu.
Hersko pani nie gniewaj
sie...

Z czasem jednak zaczęto mowę tę aktualizować,
zmieniać. W 1956 r. „szlachcic", którym był Józef
Kubica z Koniakowa, recytował:
„Jestem szlachcic młody i wysoko uczony, prze­
szedłem cały świat: Moskwę, Berlin, Londyn. Jak
wróg napadł na Polskę, byłem bohaterem i schowa­
łem się do świńskiego chlewka. Jak Niemcy byli
pod Berlinem, skoczyłem do działa i zaraz byłem
za nim. Zdobyłem 30 medali, miałem pojedynek,
położyłem gościa i zdobyłem szablę. Byłem w Mo­
skwie, za jednego całusa musiałem się ożenić, ale
długo nie pożyłem, bo zostałem emigrowany do
Polski. Poszedłem do krawców. Krawcy tam śnia­
dali, czterema nożami jedno jajko krajali. Prosiłem
ich aby mi uszyli żupon nie długi, nie krótki, tylko
równy z d... . Co m i od żupona zostanie, uszyjcie
mi torbę, która ładna panna, to se do niej włożę.
Przyszedłech w jedno miejsce, ładna panna była,
jażech tobie otwarł, ona m i sie skryła. Ale tymżech
sie nie zgniewoł, bo za to sie dwadzieścia do mnie
przyciska. — Jestem szlachcic młody, wysoko uczo­
ny, a ta reszta wszystko proste. Mam ja zygarek,
wiem, która godzina, chodź ty masarzu, bo ci zdy­
cha świnia." '
Opowiedziawszy swój życiorys, który w okresie
stalinizmu — jak informował Paweł Czepczor —
21

Ryc. 2. „Debły" (diabły) z grupy „dziadów"
Laliki. Ryc. 3. Maska diabła rzeźbiona w drew­
nie i malowana. Rupienka-Koniaków,
pow. Cie­
szyn. Ryc. 4. Maska diabła drewniana i ma­
lowana. Laliki. Ryc. 5. Śmierć z grupy „dzia­
dów". Rupienka.
22

2Z

i o ten temat zahaczał, „szlachcic" kończy oraeję
inwokacją do swego poddanego, czyli do „rzeźnika".
Ten, zanim ukaże się w kręgu widzów, już z da­
leka coś wykrzykuje i podzwania nożem i kolcem
do ostrzenia. Raptem staje wśród zebranych, kłania
się wszystkim, a wykonując te same ruchy i spa­
cerując, donośnym głosem mówi akcentując nie­
które słowa:
„Boże pomagaj gospodarzu, gospodyni. Dajcie mi
tu Wieprza. Jak ja mu dam w łeb obuchem, to za­
żyje pieprza. Jak ja mu dam koło ucha, to ani nie
zakwiczy, tylko prosto przez okno wyskoczy. Soli,
wody dużo trzeba; krew, szkucina, babska bździna — też do tego trzeba. Byłem w Żywcu na jar­
marku, bardzo mi sie tam wiodło z kiełbasami, ze
szynkami, bo zjechałem z tysiąca na sto. Jakżech
był swobodny, miałech dużo sadła, jakżech sie oże­
nił, baba mi go zjadła. A wy, panieneczki, wyrze­
kajcie sie tego sadła, bo która jest czyrwiono, to
by zaroz zbladła. Chowajcie sie tu panieneczki do­
brze, jedno swoich okieneczek nie pozawierajcie.
A jo kończę swoją godkę, ty, góralu, wyproś swoje
łapy."
Następnie niespodziewanie wpada wśród zgroma­
dzonych „góral", a podskakując i przytupując jak
do tańca obiega krąg ludzi mówiąc przy tym:
„Góról jo se górolicek, mom ciupagę i rzemyczek.
Przyszedłech tu do wos, gospodarzu, dowiedziałek
sie, że tu mocie ładną dzieweczkę do wydonio. Wy­
dajcie se ją za mnie, za małego góralicka, nie pobanujcie [nie pożałujecie]. Bo chocioż jo je ma­
lutki, ale do wszystkiego zgrabniutki. Do całowanio
i do ikochanio. A gaździnka już też okiem zyrkają
na mnie, bo sie im spodobała nie ta mojo czopeczka, jak te moje białe gacie i mój poseczek z du­
katami. Mama z tatą pojechali do Warszawy kupić
kilo mąki i paczkę kawy, a mnie sie kazali żenić.
Zagrajże ml organisto, bo mi kierpeczki kelżą [śliz­
gają się], bo mom nowe kierpeczki jeszcze z ku­
dłami."
Muzyka więc zaczyna grać, „góral" zaś, przyśpie­
wując najpierw jedną z obyrtek, porywa następnie
do tańca gospodynię lub którąś z dziewcząt:

A

ja

mały

a ja m a ł y
ka

by-dem

jo

se

e n

pa olicek
c h

śtuderował

ma dziywce p o d o ł e k .

ŚŁM. - de - ro-wał

"ket ma.

ókny-woe

vo-do

Po paru obrotach znów przyśpiewuje
partnerkę:
24

Siekiereczka, siedem b i o t ó w ,
nie chodź do mnie, nie d r z y j b u t ó w .
Moje b u t k i m a r m u r o w e ,
j a k sie z e d r ą , b ę d ą nowe.

Z kolei przed zebranymi pojawia się „żyd" pro­
wadzony pod rękę przez „żydówkę". Także i oni
tańczą. Ale jest to tylko parodia tańca połączona
z pantomimą. Ich rola bowiem polega nie na wy­
głaszaniu odpowiedniej mowy czy śpiewaniu, lecz
na zabawianiu widzów komiczną gestykulacją i rzad­
ko wypowiadanymi słowami, których siła zależy od
dowcipu osoby przebranej za „żyda". „Żyd" jest
bardziej ruchliwą postacią, „robi handle" lub mówi
np.: „Wicie co, gospodarzu? M i sie śniło, że był
na wojnie, potem mie wystrzelili z armaty i po­
leciał ja het, het...".
Widzowie jednak, rozochoceni muzyką i tańcem,
mało zwracają już na niego uwagę. Kto bowiem ma
chęć, ten się bawi. Wreszcie — otrzymawszy poczę­
stunek w postaci jedzenia, przede wszystkim zaś
wódki lub Wina, oraz parę groszy •— „szlachcice"
udają się do następnej dziedziny. I tak dalej i da­
lej. Obchód kończy się ostatecznie w gospodzie, gdzie
j u ż , dobrze wszyscy podchmieleni dają
ostatnie
przedstawienie dla zebranych tutaj, czyli „czekaczy". Potem zaczyna się ogólna zabawa przy wciąż
grającej muzyce.
Poza muzykantami, którzy ubiorem swym nie
różnią się niczym od innych ludzi, pozostali człon­
kowie grupy są poprzebierani w specjalne stroje.
„Szlachcic" ma na sobie zniszczony, wojskowy
mundur khaki, obwieszony bogato na piersiach or­
derami, wykonanymi ze starych monet, u boku sza­
blę, a na głowie rogatywkę. „Góral" występuje
w stroju góralskim, t j . w sukiennych nogawicach
i kierpcach, w białej wyszywanej koszuli ściśniętej
szerokim, skórzanym pasem; na głowie ma filcowy,
góralski kapelusz, obszyty wokół krawędzi ronda
zwisającymi kolorowymi paskami papieru lub szmat.
„Rzeźnik", odziany w spodnie wpuszczone do bu­
tów z cholewami i w marynarkę, przepasany jest
skórzanym albo białym fartuchem. Osobliwością je­
go stroju jest wielka, kulista, pierzasta czapa, spo­
rządzona z czerwonej, gęsto strzyżonej bibułki. Sto­
sownie do swego zawodu, „rzeźnik" trzyma w ręce
nóż i kolec stalowy do ostrzenia.

pa ołek

bydem j o se

Siekiereczka, obuszek,
nie ściskaj mnie za brzuszek,
bo m ó j brzuszek cielęce,
j a k go ściśniesz, to b r z ę c z y .

- l*%

i zmienia

Twarze wymienionych postaci są mocno ucharakteryzowane przy użyciu sadzy i czerwonej kredki,
„żyd" natomiast ma na głowie drewnianą, rzeźbioną
maskę, kolorowo pomalowaną, z wąsami, brodą i wło­
sami sporządzonymi z bydlęcego włosia i sierści ba­
raniej, która kędzierzawymi puklami opada spod czar­
nego cylindra. Maska ta jest pełna wyrazu i wraz ze
starym chałatem, stanowiącym resztę stroju „żyda",
doskonale przypomina arendarza-karczmarza. Również
i „żydówką" odziana jest w jakiś stary, połatany

Ryc. 6. Śmierć na
z grupy „dziadów".

niedźwiedziu
Rupienka.

płaszcz i powykrzywiane buty; twarz i w ogóle ca­
łą gtowę ma zasłoniętą białą firanką. Pod pachą trzy­
ma kurczowo torebkę, natomiast „żyd" dzierży w ręce
drewnianą, wysoką laskę, zakończoną u góry kolcami
jeża lub skórą.
Skąd wzięła się nazwa dla tego zwyczaju, trudno
dociec. Niektórzy informatorzy tłumaczą to w ten
sposób, że „jakiś szlachcic czy książę życzył sobie",
aby zachowano go w pamięci, stąd co roku grupa

składająca się z „szlachcica" i jego „poddanych"
przypomina żyjącym dawne, pańszczyźniane czasy.
Jest to oczywiście dość swobodna interpretacja, bo —
jak wiemy — przebierańcy występujący w okresie
Bożego Narodzenia z właściwym sobie repertuarem
widowiskowym
mają inne znaczenie i związki
w obrzędowości ludowej. Trudno jednak zaprzeczyć,
że zwyczaj „szlachciców" nie miał jakichś powiązań
Z miejscową specyfiką regionalną.

25

Ryc. 7. Maska śmierci wykonana z pa­
pieru. Laliki. Ryc. 8. Grupa „dziadów"
wi drodze. Rupienka.

Podobny zresztą charakter mają i „dziady", t j . wie­
loosobowa grupa przebierańców występująca w syl­
westrowy lub w noworoczny wieczór. Zasięg tego
zwyczaju jest również ściśle ograniczony — obejmu­
je tylko część Żywiecczyzny i jej pogranicze południowo-zachodnie. Na północ nie przekracza on
Soły, a więc, wyłączając miasto Żywiec, kończy się
na Zabłociu. Znają go prócz tego wsie leżące przy
głównej drodze, np. Sienna, Leśna, Kamesznica, M i ­
lówka, Rajcza, Kaszperki, Laliki i Rupienka, nadto
Sól i Rycerka. Natomiast Sporysz, Radziechowy,
Wieprz — zwyczaju tego nie praktykowały.
W przeciwieństwie do „szlachciców", grupa ta jest
bardzo liczna, a ilość i charakteryzacja poszczegól­
nych osób nie jest najczęściej stała. Biorą w niej
udział tylko mężczyźni: kawalerowie lub nawet żo­
naci, starsi i młodsi, którzy nie mają specjalnie wy­
znaczonych ról. Ich gra polega w zasadzie na wpra­
wieniu w zachwyt widza odpowiednim strojem oraz
zwinnością, zręcznością, dowcipem i wytrwałością
w nieustannym bieganiu, skokach i w tańcu. „Dziady"
biegną, lecą z niesłychanym impetem, pośpiechem
i wrzawą przy brzęku dzwonków, trzaskach z biczy,
rytmie bębna i w takt melodii wygrywanych przez
muzykantów na harmonii i skrzypcach. Niezmiernie
prędko przenoszą się z miejsca na miejsce, siejąc za­
męt i rwetes, śmiech i wesołość.
26

Nie wszyscy informatorzy potrafią wskazać po­
chodzenie tego zwyczaju. Tłumaczą sobie jedynie jego
nazwę, która, jak uważają, nadana została od „dzia­
dowskiej", tzn. niedbałej, niestarannej i podartej
odzieży, w jaką ubierają się uczestnicy „dziadów".
W Zabłociu koło Żywca, które zdaje się być głów­
nym ośrodkiem tradycji „dziadowskiej", żyje wśród
miejscowej ludności kilka wersji usiłujących wyjaśnić
genezę samego obchodu. Zdaniem jednych, jest to pa­
miątka po wałaskich pasterzach, którzy od X I V wie­
ku począwszy, wędrując z południa szlakiem Karpat
w te strony, zanim osiedlili się tutaj na stałe i zasy­
milowali z miejscową ludnością, zamieszkiwali są­
siednie hale, wypasając na nich bydło. W okresie zi­
my, kiedy bieda i głód bardzo im dokuczały, spadali
znienacka w doliny rabując i kradnąc, co się dało,
oraz krzywdząc miejscową ludność. Inni zwyczaj ten
łączą z najazdem Szwedów, którzy siejąc wokół po­
strach i gwałt dotarli jedynie do Soły, gdyż Żywiec
usilnie się bronił i ostatecznie ich odparł. Trzecia
wreszcie wersja nawiązuje do czasów pańszczyźnia­
nych — członkowie grupy „dziadów" występujący
z batami mają reprezentować ekonomów, pozostałe
zaś osoby z cepami, kosami i widłami — poddanych .
6

Ta ostatnia interpretacja wydaje się najmniej
prawdopodobna. Zasadniczym bowiem strojem „dzia­
dów" są skóry baranie, często maski z rogami, a re­
kwizytami dzwonki zawieszone na pasie każdego i bi-

cze. Ciężkiej doli chłopa pańszczyźnianego nie wyra­
żałby również ustawiczny i szybki bieg członków
grupy, który jest raczej oznaką siły i wytrzymałości.
I także rola ich nie byłaby milcząca i nie polegałaby
jedynie na pantomimie.
Również i druga wersja nie wydaje się realna,
aczkolwiek znajduje już pewne potwierdzenie w h i ­
storii. Kiedy bowiem Szwedzi wtargnęli do miasta
Żywca i „zmęczeni walką rozłożyli się obozem nad
Sołą rozstawiwszy straże [...], z brzaskiem dnia od­
dział górali, którzy nocą się zwoływali, w sile 100
ludzi napadł na warty szwedzkie i Szwedów, uwal­
niając miasto" . Szwedzi wtargnęli do miasta od pół­
nocy, a więc z terenów, które zwyczajem „dziadów"
nie są objęte. Górale natomiast nie tylko zamknęli
im dojście do kotliny żywieckiej na południe, ale
także odparli ich z powrotem. Działo się to wszystko
W porze zimowej. Gdyby jednak zwyczaj ten miał
związek z owym najazdem, inaczej rysowałby się
jego zasięg — obejmowałby większy obszar kraju.
7

Najbardziej prawdopodobna jest pierwsza interpre­
tacja, którą — poza charakterystycznym strojem —
potwierdza nadto inna jeszcze nazwa nadawana „dzia­
dom". Zwą ich mianowicie także i „jukace". Według
Jana Karłowicza „jukac" to to samo co „juhas", czyli
pasterz owiec . Wprawdzie w górzystych, południo­
wych partiach naszego kraju pasterze stanowili za­
sadniczy zrąb miejscowej ludności, a wpływy wa8

łaskie działały nie tylko w Beskidzie Zachodnim, lecz
zetknąwszy się z zamożniejszymi wieśniakami ży­
wieckimi, wynędzniali wędrówką pasterze mogli po­
łakomić się na ich dobytek. Napadającymi mogła być
także banda rabusiów pod dowództwem Proczpaka
z Węgier, przybyła tu około 1790 r. Delaveux podaje,
że „zbrojna ta gromada w broń palną napełniała po­
strachem okolice. Co wieczór na grzbietach najwyż­
szych gór pozapalane ognie świadczyły o bliskości
rozbójników i o ich gotowości do napadu. Co noc
alarm po wsi budził ze snu i wywoływał do obrony
swego dobytku opatrzonych w kosy i siekiery wło­
ścian, a wybladłe z trwogi kobiety z dziećmi kryły
się po chrustach i przekopach" .
9

Jakkolwiek by zresztą było, najbardziej prawdo­
podobny wydaje się fakt, że w tym ludowym zwy­
czaju, jak często bywa, splecionych jest z sobą kilka
wątków. Okres bożenarodzeniowy, noworoczny i za­
pustny znany jest z różnego typu korowodów prze­
bierańców. Że f omawiany zwyczaj należy do tego
rodzaju świadczy różnorodność i charakter wystę­
pujących w nim przebranych osób. Wprawdzie jego
istota i sens dawno zatarły się w ludzkiej pamięci,
lecz forma zachowała się po dziś dzień, stanowiąc
świetną zabawę tak dla samych uczestników jak też
i dla widzów: „kiejści naród był ucieszny, to sie
bawili — tłumaczył jeden z informatorów — a z dzi­
siejszej młodzieży tego nikt nie dokaże, co ze star27

Mas/ci Żydów
Ryc. 12. Zyd

10
g
z Rupienki: ryc. 9 — wykonana z papieru i chleba, ryc. 10 i 11 — rzeźbione
z grupy „dziadów".
Rupienka.

szych", bo nie potrafią już tak dowcipkować i żar­
tować. „Prędko się upijają i awanturują".
Stąd też co roku prześcigano się w pomysłach, cha­
rakteryzowano nowe postacie, wymyślano nowe stro­
je, nowe maski... Były one nieco odmienne w poszcze­
gólnych miejscowościach, tak jak ilość i skład wy­
stępujących osób. Wspomniana notatka z Orlego Lo­
tu podaje, że w Soli w grupie „dziadów" spotykało
się poprzebieranych za księdza, organistę, konia, pa­
chołków, niedźwiedzia, diabła, żyda, żydówkę, babkę,
kominiarza, śmierć, doktora, a więc ponad dziesięć
osób. Mieli oni stroje sporządzone z kożucha odwró­
conego włosem na zewnątrz, przewiązanego powrósła­
mi ze słomy, którymi także okręcali i nogi. Twarz za­
słaniali maską z sukna, papieru lub skóry ze starego
kożucha, a na głowę wkładali kapelusze ozdobione
słomą, kłosami, barwnymi papierkami lub robili so­
bie nakrycia z tektury i kolorowych papierów. „Koń
trzyma w ręku osadzoną na kiju, drewnianą głowę
konia z dzwonkami u szyi. Śmierć występuje z kosą,
na ręku trzyma niby dziecko, a w koszu różne zioła
lecznicze". Oprócz wymienionych postaci w skład
grupy wchodzili także grajkowie — jeden z gajdami,
a drugi ze skrzypcami .
10

11

Jak podają informatorzy z Zabłocia, „dziadów" by­
ło zawsze bardzo dużo. Przypominają sobie, że
w 1911 r. było 40, w 1917 — 60, po wojnie w 1952—
24, a w 1957 r. — 53 osoby. Głównymi „figurami"
byli oczywiście „dziadowie", stanowiący /4 całej- gru­
py. Poza tym uczestniczyło w niej kilku diabłów,
kominiarzy, babek, śmierci; raz była też koza, jednak
w zasadzie w Zabłockiej grupie zwierzęta nie wystę­
pują. Ostatnio pojawiła się też postać chuligana, ale
3

28

w

drzewie.

w następnych latach ją usunięto. Stale natomiast wy­
stępuje osoba kasjera oraz 4—5 poganiaczy i wstrzy­
mujących, przebranych za „znaczniejszych dziadów",
którzy kierują ruchem „lecących".
Tak jak w Soli, stroje „dziadów" i tutaj były nieg­
dyś „dziadowskie", tzn. biedne i nieporządne. Skła­
dały się tylko z podartych kożuchów wywróconych
włosem na zewnątrz i przepasanych powrozem ze sło­
my, z masek i czap ze skóry baraniej oratz z kier­
pców. Obecnie natomiast stroje są porządne, nawet
wyszukane, bo każdy uczestnik wynosi się jeden nad
drugiego. Specjalne czapki, tzw. „ciaki", w formie
dostosowane do kształtu głowy, szyte są ze skóry i ma­
ją nawet po kilka rogów; są kolorowe, niedobrane do
ubioru. Jedynie kasjer ma czapkę szpiczastą, stano­
wiącą komplet z całością stroju. Są to jednak już
modyfikacje wchodzące w życie równocześnie ze zmia­
ną charakteru „dziadów" — z obrzędowego na za­
bawowy. Tradycyjny jednak pozostał kożuch wywró­
cony włosem na wierzch i bat, który dzierży każdy
z „dziadów". Niegdyś baty mieli tylko niektórzy „dzia­
dowie", zgrabni chłopcy, którzy umieli z nich strze­
lać; pozostali zaś trzymali w ręku cepy, kosy, grabie.
Te rekwizyty jednak już zaginęły i każdy „dziad"
strzela z bata. „Kominiarz" występuje w czarnym
ubraniu, w cylindrze na głowie, z umorusaną twarzą;
na ramieniu dźwiga drabinkę, szczotki, kulkę. „Babka"
odziana jest w wiejski strój, t j . spódnicę i bluzkę;
na szyi ma korale z kasztanów, twarz zaś zamasko­
wana jest pończochą. Na plecach trzyma zawiniętą
w chustę lalkę ze szmat, a w rękach miotłę i krzyż.
„Diabeł" zawsze jest z widłami. Jego twarz zasłonię­
ta jest maską z kożucha z doprawionymi rogami i wy-

wieszonym językiem. Na pozostały jego strój składa
się kożuch długi po kolana lub krótki z włosem na
zewnątrz i spodnie z cielęcej skórki albo sukienne
ciemne z lampasem. Spośród całej tej czeredy zawsze
wyróżnia się „kasjer" swym czerwonym ubiorem.
Każda z postaci bez względu na swój ,strój i charak­
ter jest ściśnięta pasem, na którym gęsto pozawie­
szane są dzwonki. W czasie biegu i za każdym poru­
szeniem się wydają one ustawiczny brzęk, którego
głos roznosi się wkoło.
W Rupience stroje „dziadów" są bardziej prymi­
tywne. Ilość zaś i rozmaitość występujących figur jest
odmienna, lecz także niestała. Tak np. w ich składzie
w różnych latach występowali: „ksiądz", „koń i pa­
chołek", „cyganie z cygankami", „żyd", „kominiarz",
„koza", w innych latach dołączano jeszcze „niedźwie­
dzie", „śmierci", „psa", „diabłów", „doktora", „fryzje­
ra". Za każdym oczywiście razem byli muzykanci gra­
jący na skrzypcach, harmonii i bębnie. W Sylwestra
1956 r. grupa ta składała się z: 2 „koni" i 2 „pachoł­
ków", „księdza", „dziechciorza", „kominiarza", 2 „de­
blów", 3 „śmierci", „cygana" i 2 „cyganek", 2 „ży­
dów" i 2 „żydówek", 2 mężczyzn trzaskających z ba­
tów, czyli „baciorzy", i 2 muzykantów grających na
harmonii i bębnie. W rok potem, czyli w Sylwestra
1957 r. występowali: „ksiądz", 3 „debły", 3 „niedź­
wiedzie", 2 „kominiarze", 3 jkonie" i 6 „pachołków",
2 „śmierci", 2 „cyganki" z „feruśkiem" czyli małym
cygankiem i 2 „cyganów", 2 „żydów" i „żydówka",
„dziechciorz", 4 „baciorzy" oraz 3 muzykantów, t j .
harmonia i skrzypce.
W przeciwieństwie do „dziadów" z Zabłocia, maski
futrzane mają tutaj tylko „niedźwiedzie". Wszystkie
inne postacie uoharakteryzowane są odmiennie.
'Pierwotnie, jeszcze za czasów młodości starszych
informatorów' maski były z papieru, często oblepio­
ne chlebem, 'lub z dykty. Sami je robili, kleili i ma­
lowali. Niektóre części twarzy szyto z tkaniny, np.
nos „żyda", do nosa doklejona była reszta twarzy
wykonana z papieru; wargi, aby były duże, robiono
z drewna. „Zyd" ubrany był w chałat zapinany na
dwa rzędy guzików z kwaka" pomalowanego farbą.
Z czasem na wzór masek papierowych zaczęto robić
drewniane, np. z drewna lipowego. Wykonywali je
miejscowi rzeźbiarze-amatorzy, malowali i uzupełniali
kudłami baranimi, rogami lub innymi charakterystycz­
nymi elementami. Maski takie obecnie nie należą by­
najmniej do rzędu tradycyjnej, nie powtarzającej
się już twórczości artystycznej miejscowych górali.
W Koniakowie-Rupience np. młody rzeźbiarz Franci­
szek Worek jest specjalistą od tych wyrobów. Zresztą
nie tylko on jeden. W razie potrzeby uczestnicy
„dziadów" sami sporządzają sobie maski, bądź zama­
wiają u kogoś, pokrywając koszta z części „kolędy"
przeznaczonej specjalnie na cele kostiumowe.
2

Obok drewnianych, spotyka się jeszcze współczesne
maski z jedwabnych pończoch, z wyciętymi otworami
na oczy i usta, a założone na twarz i głowę; czasem
są one jeszcze posmarowane sadzami. Sadza bowiem
i czerwona kredka do ust to podstawowe farby uży­

wane przy charakteryzacji. Takich masek używają
przede wszystkim „cyganie" i „cyganki" odziane rów­
nocześnie w kolorowe, postrzępione spódnice, swetry,
chustki. „Cyganki" jak też i „żydówki" mają nadto
mocno podkreślone kształty kobiece przez wypchanie.
Jedna z „cyganek" występuje najczęściej z „feru­
śkiem"— małym cygankiem trzymanym na ręku w
„dzichcie", t j . płachcie. „Ferusiek", czyli kukła ze
szmat, ma w brzuchu flaszkę z wodą, której szyjka
wystaje między nogami. „Cyganka" potrząsa „feru­
śkiem" lub naciska jego brzuszek, a ten moczy po­
słanie gospodarzy, na którym go przewijano. Inna
„cyganka" ma tzw. „świńską d...", czyli spyrkę, i jak
jest zła, to nią „chlasta po twarzy". Ma także kaga­
nek ze starej puszki od konserw i nim okadza „ko­
nie". „Cyganki" i „cyganie" grają oczywiście w karty
i wróżą, kłócą się z sobą i krzyczą, a także, jeśli się
da, to „kradną" gospodarzom co tylko popadnie im
w ręce. Aby odzyskać potem zabrany przedmiot,
trzeba dobrze się okupić, oczywiście wódką.
Przy masce używa się najczęściej jakiegoś nakrycia
głowy — jest to zwykle stary, pokrzywiony i dziu­
rawy filcowy kapelusz, a u kobiet, co bardziej zwią­
zane jest z ich strojem — kwiecista chusta, także
nienowa. Ulubionym fasonem jest cylinder, dlatego
też często główkę kapelusza otacza się czarną tekturą.
W cylindrze występują przede wszystkim „żydzi" i „ko­
miniarz", „dziechciarze" natomiast i „cyganie" raczej
w zwykłych kapeluszach.
„Śmierci" oczywiście kapeluszy nie mają; za na­
krycie głowy, jak i za cały strój, służą im przeście­
radła. Twarz natomiast zasłonięta jest maską — prze­
ważnie z kartonu. Każda „śmierć" trzyma w ręce
pałkę ze szmat umieszczoną na metalowym pręcie
i nią rozdaje razy w lewo i w prawo, każdemu kto
się tylko nawinie.
Niewątpliwie najlepiej i najstaranniej wypracowa­
ne maski mają „debły" i „żydzi". Wyrzeźbione
z drzewa lipowego i pomalowane farbami, mają one
głęboko zaznaczone cienie i fałdy skóry; uzupełnione
są kędzierzawymi kudłami baranimi i włosiem bydlę­
cym oraz rogami — jak u „deblów", którzy mają
niekiedy maski wykonane z czaszki baraniej. Oprócz
masek strój „deblów" stanowią opięte trykoty, czer­
wone lub czarne, oraz doprawiony w tyle krowi ogon.
Każdy przy tym trzyma w ręce drewniane widły.
Całą szpetotę starej, pomarszczonej twarzy, kostropatej i niemiłej, wyrażają maski „żydów" uzupełnio­
ne cylindrem, włosiem bydlęcym zastosowanym jako
wąsy i broda oraz kudłami baranimi — jako włosy.
„Żydzi" odziani bywają w połatane, zniszczone pła­
szcze przypominające wyświechtane chałaty. Poza tym
trzymają w ręce laskę zakończoną u góry gałką z kol­
ców jeża lub skórą; laska służy do podpierania się
i potrącania ludzi. Jeden z „żydów" — stary Icek —
ucharakteryzowany jest na Żyda, który prowadził tu
niegdyś karczmę.
„Żydówki" ubrane są podobnie, zamiast masek jed­
nak mają głowy i twarze zasłonięte welonem, t j . ka­
wałkiem firanki, tak jak w „szlachcicach".

13

Ryc. 13. Maska kominiarza wykonana

14

z papieru. Rupienka.

Ze skór owczych i psich uszyte są ubrania i maski
„niedźwiedzi" pokrywające całą postać przebranej
osoby. Wokół otworów na usta i oczy maski obszyte
są czerwonym suknem.
„Konie" i „pachołcy" masek nie mają, tylko wielkie
czapy na kształt czaka, wykonane z kartonu, oklejo­
ne kolorową bibułą i ozdobione gęstym pióropuszem
z kolorowych bibułkowych pasków. „Koń" porusza
się w prostokątnej, drewnianej ramie; do krótszego
boku ramy przyczepiona jest głowa drewnianego ko­
nika z uchwytami i dzwonkami; na tych uchwytach
spoczywają ręce osoby przebranej za „konia"; „koń"
okryty jest całkowicie kocem (lub kapą), który zwisa
z ramion i rozpościera się na owej drewnianej ramie,
wydłużając kształty człowieka w poziomie. „Pachoł­
cy" mają na sobie kurtki albo kożuchy i długie spod­
nie narciarskie.
Bez maski występuje także „ksiądz", który ubrany
jest w komżę i płaszcz; na głowie ma biret, a w ręce
kropidło. Również ubranie „kominiarza" i „dziechciorza" dostosowane jest do charakteru przedstawia­
nej osoby. W myśl miejscowej tradycji postać „dziechciorza" przypominać ma wędrującego niegdyś z Gor­

Ryc. 14. Żyd z grupy „dziadów".

Rupienka.

lic w te strony cyrulika, który umiał leczyć wszelkie
choroby.
Jak odmienny bywa skład osobowy w poszczegól­
nych grupach „dziadowskich", tak samo nieco różni
się i sam program ich obchodu. W Zabłociu np. „dzia­
dy" oficjalnie występują dopiero w Nowy Rok. Oko­
ło godziny 6 rano zbierają się wszyscy przy browa­
rze w szopie i stamtąd wyruszają, tzn. „lecą" wzdłuż
całego Zabłocia aż do Soły; poza jej granice, czyli
do miasta Żywca nie docierają. Bieg polega na tym,
że grupami wstępują do domów (każdy stara się nie
pominąć swoich znajomych), a także na drodze za­
trzymują przechodniów, zwłaszcza dziewczęta, i do­
pominają się o kolędę, fcj. datek: — „Juhuu na tabacke" — to stare, tradycyjne ich zawołanie. Na tra­
sie biegu mają wyznaczonych kilka punktów przy­
stankowych — zbornych, gdzie poganiacze spędzają
wszystkich z powrotem w jedną grupę. Potem znów
się rozbiegają i trwa to mniej więcej do godziny trze­
ciej po południu. Nie czekając Nowego Roku, niektó­
rych „dziadów" można spotkać już wieczorem w Syl­
westra. Około godziny czwartej—piątej po południu
zaczynają „latać", ale z odkrytymi twarzami. Maski

3J

15
wkładają dopiero po. północy — od tej pory każdy
z nich stara się, aiby nikt go nie rozpoznał. Lecąc
wpadają przede wszystkim do sklepów, zdobywając
kolędę w postaci wódki, piwa, kiełbasy. Wieczorem
zaś i nocą wstępują na wszystkie zabawy. Ich ucze­
stnictwo jednak w tych zabawach jest tylko chwilowe:
orkiestra gra wówczas specjalnego walca, potem pol­
kę dla „dziadów" — „dziady" wybierają partnerki,
zatańczą, ktoś ich czymś ugości i „dziady" „lecą" da­
lej. Tak trwa do rana, do momentu ogólnej ich zbiór­
ki. Kolędę zbiera przede wszystkim „kasjer", prócz
tego każdy „dziad" stara się zdobyć jak najwięcej
pieniężnych datków dla siebie. Z wspólnej kasy urzą­
32

dzają potem wszyscy w najbliższym czasie zabawę,
a czasami też tę kwotę składają na ofiarę do kościoła.
W Rupience „dziady" biegną czeredą i czeredą też
wpadają do domów. Nie wszyscy jednak gospodarze
chętnie ich wpuszczają — oni sami zresztą nawie­
dzają tylko tych, których darzą sympatią i u których
spodziewają się dobrej kolędy. Tutaj więc już w Syl­
westra, a potem ponownie jeszcze w Nowy Rok oko­
ło godziny 14—15 uczestnicy korowodu zbierają się
w jakiejś chałupie. Jedni przychodzą już przebrani,
inni dopiero się „maskują" i charakteryzują, odzie­
wając w przygotowane uprzednio stroje. Często po­
magają w tym dziewczęta, za co potem przebrani pa-

Ryc. 15. Poczęstunek
„dziadów".
Laliki. Ryc. 16. Cyganie z grupy
„dziadów".

robcy „mają wzgląd" na nie i nie dokuczają im
w czasie widowiska. Natomiast dziewczęta, które nie
cieszą się sympatią chłopców, bo są dumne i „za­
dzierają nosa", bywają szczególnie napastowane
i narażone na różne złośliwości.
Gdy wszyscy już są gotowi, cały korowód przy
dźwiękach muzyki opuszcza domostwo i podąża do
z góry upatrzonego gospodarstwa. Leżący na polach,
wzgórzach i dolinach śnieg sprzyja oczywiście rozma­
itym wyczynom i harcom. „Niedźwiedzie" popychają
się i kulają rycząc, „debły" zjeżdżają z góry na dół
na siedzeniach, „cyganie" kłócą się i wygrażają sobie,
a „śmierci" biegają i straszą gapiów. „Dziadom" bo­

wiem towarzyszy tłum ciekawskich, którzy jednak
z obawy trzymają się w pewnej odległości; dziewczę­
ta i małe dzieci czekają na nich w domu. Poza mu­
zykantami grającymi bez przerwy skoczne, góralskie
melodie taneczne, jak np. obyrtki, owięzioki, i poza
brzękiem dzwonków „koni", dają się słyszeć raz po raz
głośne trzaski z batów. To „baciorze", posługujący
się specjalnymi, dość ciężkimi batami o krótkim b i ­
czysku i długim postronku, trzaskają nimi z całej
siły, aż echo obija się po groniach i lasach.
Chałupa, do której zmierzają „dziady", stoi otworem,
a jej mieszkańcy pełni są wyczekiwania i podniece­
nia. Wreszcie głosy, nawoływania oraz dźwięki dzwon-

33

ków i muzyki zbliżają się pod okna i część owej cze­
redy zwala się do sieni, a wnet potem potem do izby,
w której wszystko musi być pozamykane i pocho­
wane, bo nigdy nie wiadomo, do jakiego figla może
posłużyć.
Najpierw w progu izby staje „ksiądz" i po słowach:
„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" oznajmia:
„Nowy Rok bieży" lub też od razu życzenia: „Śliczna
lilija na świat sie zrodziła, z małemi rączkami, z dużemi darami, pobłogosław Panie tu temu domowi".
On też przyjmuje następnie od gospodarzy „kolędę".
Jeżeli jednak nic nie dostanie lub za mało, wtedy bia­
da gospodarzom, gdyż złośliwościom i psotom wyrzą­
dzanym przez pozostałych uczestników nie ma końca.
To zatkają komin szybą i w piecu nie chce się palić,
to porwą coś z gospodarskiego sprzętu i wywleką het
w pole, to rozbiorą wóz i złożą go ponownie na dachu
chałupy. A wszystko to dzieje się gdy gospodarze nie
uważają, zajęci w izbie pilnowaniem i przypatrywa­
niem się tym, co tu weszli i tańczą.
Następnie „ksiądz" kropi wszystkich „święconą" wo­
dą i usuwa się na bojk, a za nim już po kolei wcho­
dzą inni. Najpierw więc „wjeżdżają konie" z „pa­
chołkami", a między nimi przeciskają się „cyganie".
Muzykanci stoją w kącie izby i cały czas grają a „ko­
nie" wieżgają, kopią, rżą i bez przerwy skaczą brzę­
cząc dzwonkami. Na skutek tego ustawicznego ruchu
34

w izbie jest ciasno i gwarno. Wreszcie jeden z nich
przewraca się. „Pachołcy" uderzają batami o podło­
gę, szarpią lejce „koni" i zmuszają upadłego do pow­
stania. Ponieważ wysiłki te są daremne, wołają na
pomoc „cygankę": „na urok", „na ciasnochę". Ta oka­
dza przewróconego „konia" trzymanym w ręce ka­
gankiem, „cygan" zaś podkuwa go, a „pachołcy" szar­
pią i pomagają mu wstać. Pozostali „cyganie" przez
ten czas, rozsiadłszy się na ziemi, grają w karty i kłó­
cą się albo wróżą. Czasem któryś z nich coś zatańczy
i zaśpiewa, np.:
A cyganie cyganie
carna ziem pod w a m i ś
na macie cyganecke
z carnemi o c a m i .
u

-ul

ma-cw

cy — ga - n *

ctm

r ; a - -w

*m

*o

Albo inna przyśpiewka:
c n

My su ł o p c y , my su
my lubiemy muzyku

c h

my piyniązki "udzielamy
na zielonem trawniku.

łopcy

- ca — "H

Ryc. 17. Niektóre postacie z grupy
„dziadów". Rupienka. Ryc. 18. Ma­
ska diabła z czaszki barana. Ru­
pienka. Ryc. 19. „Baciarze" trzaska­
jący z batów. Rupienka.

3a

Ryc. 20. „Koń" z grupy „dziadów".

J-K.816,5")

Rupienka.

Zanim „cyganie" wyniosą się już na dobre z cha­
łupy, jeszcze któryś z nich coś zaśpiewa i zatańczy:
Moje dziewce, moje lube,
ja cie nie chce, boś ty hrube,
hrube, hrube jak "ocierek 14
ja nie lubiem takich dziywek.

Przyśpiewki bywają oczywiście rozmaite, a dobór
ich zależy od fantazji śpiewającego. Pod tym bo­
wiem względem nie ma żadnej reguły, a brak usta­
lonego i przemyślanego programu pozwala na zupeł­
ne indywidualizowanie w tworzeniu ról poszczegól­
nych postaci.

J-142(6,8")

Ttlo-j*

dziewce

rno-je

Ut-te

ja

ci* w

<Act toity

W*«

Grała mi muzyka
od wieczora do dnia,
jeszcze mi będzie grać
jutro do południa.

To, co śpiewają, nie jest również żadną regułą
związane z osobą-aktorem, która przyśpiewuje; cho­
ciaż są tutaj pewne wyjątki. Te odnoszą się jednak
przede wszystkim do „żydów" -i do „cyganów".
Wydom jo sie wydom,
na moj prawdu wydom
jak umrze cygonka,
to mie w e ź m i e cygon.

36

Wiele przyśpiewek jest nieprzyzwoitych. Nie wy­
wołują one jednak zgorszenia, mimo iż pełno jest
dzieci. Przeciwnie, nawet powodują salwy śmiechu
i wesołość. Szczególnie dosadni pod tym względem
są „cyganie", którym wszystko uchodzi:

Zagrojcie mi zwyrtoka,
bo m ó m w rzyci roboka,
zagrojcie mi jesce raz
bo ml jesce nie wylfiz.

Ryc. 21. Postać z grupy
Żywiec—Zabłocie.

„dziadów".

J-H8(6,5")

Za - ęroj-ctt

m-(xq-cU

mi

rru

/u-cw

cuy-

ni*.

to- t a .

to

Soiwtitufl^d

M^u-a

nit

ro-bo-ta

uy-fń

Pomiędzy zebranymi gapiami biegają „śmierci"
i uderzają ich pałkami. Pod Oknami zaś uganiają
„debły" i „wyją" lub dokazują z „niedźwiedziami".
„Niedźwiedzie" zresztą także wchodzą do izby i ku­
lają się po podłodze, dopadłszy zaś gdzieś w kącie
dziewczynę łapią ją, wywlekają na dwór i przewra­
cają na śnieg. Szczególnie biedne są te dziewczęta,
które nie cieszą się sympatią chłopców. To wrzucą
taką do wody, to umażą pastą do butów lub sadzą.

Gdy w izbie zrobi się nieco przestrzenniej, wchodzą
„żydzi". Najpierw jednego z nich „ksiądz" zmusza,
aby się wyspowiadał, a jako pokutę zadaje mu
„ojczenasze na grzebieniu". Spowiedź ta trwa dość
długo. Wreszcie, wyrwawszy się z tych opałów, „żyd"
podchodzi do muzyki i „hajdukując", to znaczy przy­
tupując, śpiewa jakąś obyrtkę, np.:
Miaia ja se kanarecka,
co m i p i ę k n i e ś p i y w o w a i
d a ł a m ja go Jasinkowi
z ę b y do mnie c h o d z o w a ł .

37

Ryc. 22. „Dziady" z Soli, potu. Żywiec,

Potem tańczy. Śpiewa zresztą i tańczy niejeden
raz, zależnie od ochoty. Starszy „żyd" — jego ojciec,
Icek, także śpiewa:
1. Na m ó m jo se synusia
na bardzo b o g a t e g o
na ludzie sie go bojum
jak diabła rogatego.
2. Na, synusiu, synusiu,
na, co sie tobie stało
co ci zona n a g otuje
na tobie zawse m a ł o .

1930 r.

J-15*1(6,25 ł

VJ (o)*
I Pój-da ja se.

-pój-da ja

se w ciomny las, w ciomny las.

u

Z.Za-ce-laj

ty

ie-1i-nio-c%1c.il

na cJiwiAe,

na

3Za-

se

Ica - ra - bi - nek

na-bi-jdt,

na -bi-

chuti-lt.

u

3. Na, s y n u ś sie " o ż e n i ł
na, nie wiedział co baba,
naci
ogno
na slabizne
na, wrzescał ze to ziaba.
na mel. „Na śniło mi sie śniło"
u

u

„Żydzi" są najbardziej reprezentacyjnymi posta­
ciami, dlatego też „scena", w której występują,
trwa najdłużej. Oni też obydwaj najwięcej śpiewają.
Oto np. jeszcze coś z repertuaru „synusia":
1. Pójdą ja se, pójdą j ś se
W ciomny las, w ciomny las.
zobacem ta jelinioka
co sie pas, co s i ś pas.
2. Zacekaj ty jeliniocku
na chwile, na chwile,
zakiel jo se karabinek
nabije nabije.
3. Zakiel ja se karabinek
i
nabijał n a b l j ś ł
za tyla se jeliniocek
w ciemnem lesie w y w i j a ł , wywijał,.

1ael ja

za- iy-la se ja -li-mo-ce'k wctomnśm l*s*a wy~uii jat,

Stary „żyd" kilkakrotnie wtóruje:
1. Jak j ś se pojadę
do piekła na byku,
przywice mie diabeł:
— witaj, masarcyku.
2. Jak j ś se pojadę
do piekła na
ośle,
przywice mie d i ś b e ł :
— witaj stary pośle,
u

3.

v

u

O j dana, o j dana
wziyni dzisia pana.
Wziynl g ó do piekła
oiera
"uciekła.
u

wy-wi

jat,

jat

czarni tymi bywa skradziona gęś, kura, czy królik
lub upolowany kiedyś przedtem zając:

vry-u>t - ct -mit ata-M

Czasem zwracając
śpiewa:
1.

u* - taj

się

do

-ma-iyr- ey

.śmierci" stary

P ó j d ź m y do dom, pójdźmy do
tata zabił królika,
lepszy królik, lepszy królik,
jak ta cała muzyka.

tu

„żyd"

Na, śniło mi sie śniło
na, dziś koło północy
na, ze mi to śmiercisko
na, zatykało
ocy.
u

2. Na, a ja juz nie d y c h o ł
na, rusołem wargami
bom sie jesce c h c i ś ł pomodlić
na, ludkowie za wami.

J-18I1S-)

na, za-

ty

fca-

|

0

2 chciał po~+*u>-a*t%ć

Na odchodnym
młody:

śpiewa

albo

stary

„żyd",

albo

1. A nie pójdę dó domu
na jaze jutro rano
na jaze mi tez bydzie
na słónecko świtało.
2. Na nie pójdę dó domu
na jaze bydzie świtać
na bydzie mie m a m u ś k a
na korbacoskiem witać.
3. A
na
na
na

nie p ó j d e m dó domu
jaz jutro rano
jaze mi tez bydzie
słónecko świtało.

<

4. Na stary ja se stary
na juz ni mogem chodzić
na musis mie rybeczko
na za róncycke wodzić.
5. Na stary jo se stary
na juz m ó m sto ś t y r y lata
na jesce jo nie
uzył
na ani troski świata.
na mel. „Na śniło mi sie
u

śniło"

Jeśli śpiewa młody, to niekiedy nawiązuje do swoich
zdobyczy, które ma w worku na plecach. A zdoby-

dom,

Kiedy już wszyscy zakończą inscenizowany na po­
czekaniu swój program i zakosztują poczęstunku,
wówczas jako ostatni wychodzi z chałupy „ksiądz"
ze słowami: „Z Bogiem, dziękujemy za kolende bar­
dzo pięknie".
W tym czasie część jego współtowarzyszy podąża
już do następnej dziedziny w takt dźwięków mu­
zyki, przy pohukiwaniu i trzaskach z batów. Tam
zebrawszy się wszyscy powtarzają całą imprezę, po
czym znów idą dalej, zabawiając się tak do późnego
wieczora w wielu chałupach.
Niegdyś po całym takim obchodzie, dobrze już
wszyscy podchmieleni, schodzili się w karczmie „na
pańskiej łące" koło Rupienki, którą prowadził Zyd.
Tam
odegrawszy
ostatni
raz
„przedstawienie"
wszyscy pili, tańczyli i bawili się na koszt szynkarza, bądź też rzadziej za pieniądze z kolędy. Ten
zarobek bowiem najczęściej zachowywano. Opłacano
z niego muzykantów, kostiumy, a resztą dzielono się.
Gdy w czasie obchodu spotkały się dwie różne gru­
py „dziadów", wówczas zwykle dochodziło do bija­
tyki. Te tradycje zresztą pozostały i do dnia dzisiej­
szego, z tą tylko różnicą, że zamiast „na pańską
łąkę" „dziady" z Rupienki wstępują do gospody
w centrum Koniakowa, gdzie jednak na krótko się
zatrzymują, podążając z powrotem w swoim kie­
runku. Zakończenie następuje przeważnie w domu
któregoś z uczestników.
Jak z powyższego widać, role poszczególnych
osób są bardzo różnorodne, raczej mało przemyślane
i dowolne, po prostu zależne od okoliczności i chęci
danej osoby. Jedno przy tym jest jednak wyraźne —
nie wszyscy występują oficjalnie ze słowem mówio­
nym czy śpiewem. U niektórych rola ogranicza się
tylko do pantomimy i do naśladowania głosów zwie­
rząt, krzyku czy pohukiwania. Takimi postaciami
są np. „dziechciorz" i „kominiarz". Ten ostatni płata
jedynie figle związane z kominem i piecem, inni zaś,
zwłaszcza postacie demoniczne — „debły" i „śmier­
ci" — straszą. „Dziadów" boją się nie tylko dziew­
częta i dzieci, ale także kobiety, chociaż otwarcie
do tego się nie przyznają; na wszelki jednak wy­
padek unikają samotnego z nimi spotkania.
Mimo wielu szkód, które przy tego rodzaju zaba­
wie są nieuniknione, żaden z gospodarzy o swoje
się nie upomina. Zabawa bowiem jest ogólna, ucie­
cha wielka i nikt od niej nie stroni. Ponieważ zaś
wiąże się ona z końcem starego roku i z tym, że
pomyślnie się go przeżyło, oraz z początkiem roku
nowego, w którym każdy życzy sobie powodzenia,
cała wieś niecierpliwie czeka na to zaimprowizowane
widowisko, ogląda je z przejęciem i w ten sposób
sama się do niego włącza.

3S

PRZYPISY
1

Wymieniamy tylko niektóre pozycje: Z. Gloger,
Rok Polski w życiu, tradycji i pieśni, Warszawa 1900,
s. 59—60, 74, 110; J. St. Bystroń, Wstęp do ludoznawstwa polskiego, 1939, s. 170.; A. Fischer, Lud polski,
Lwów 1926, s. 136; E. Frankowski, Kalendarz obrzę­
dowy ludu polskiego, Warszawa (po 1928), s. 26;
O. Kolberg, Lud (np. Kieleckie, Radomskie, Lubel­
skie i inne).
Zygmunt Wiglusz, Sieteskie
„droby", Ziemia
1957/1.
Maria Szubertowa, Dary i świadczenia
obrzędo­
we, Prace i Materiały Etnologiczne, t. VIII—IX,
s. 595.
Orli Lot 1930, nr 1, s. 12—14, Notatki z Soli,
L. W. (Kraków).
Informacji udzielili Jerzy Habdas (lat 32) i jego
matka (lat 70), Zabłocie—Żywiec.
Informacji udzielili ks. Stanisław Słonka (lat
ok. 65) i Jerzy Habdas (lat 32) z Zabłocia w Żywcu,
którym na tym miejscu składamy serdeczne podzię­
kowanie.
7 Franc. Lenczowski, Materiały do dziejów miasta
Żywca od XIV do XVIII w., Kraków 1957, s. 26—29.
8 Słownik Języka Polskiego pod red. Jana Karło­
wicza, Warszawa 1902, t. I I .
9 L . Delaveux, Górale beskidowi, Kraków 1851,
s. 110.
10 Orli Lot, wyd. cyt.
11 Jw.
12 Informatorom: Pawłom Czepczorom — ojcu
(lat 60) i synowi (lat 30), Janowi Zemanowi (lat 50),
a zwłaszcza Ludwikowi Kubaszczykowi (lat 56) nie
szczędzącemu czasu i sił, jak też wszystkim innym
osobom z Koniakowa, które dostarczyły wiele cen­
nych wiadomości na omawiany temat, serdecznie
na tym miejscu dziękujemy.
13 Kwak — brukiew.
14 Ociyrek — snop żytni.
15 Korbacz —• bat.
2

3

4

5

6

Ryc. 23. Dekoracje z zabawy „dziadowskiej"

Fotografowali:

w Żywcu.

Barbara

Bazielich

i Stefan

Deptuszewski.



Piosenki transkrybowali: teksty — Zofia Jaworska,
me­
lodie — Ludwik Bielawski. [Teksty bez melodii według
zapisu autorów.]

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.