57b9750d7fbd90ba607f6b0a98202ddf.pdf
Media
Part of Dywan na suficie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1977 t.31 z.2
- extracted text
-
I I . 1. Zamek-pałae w Strudze.
Jacek Olędzki
DYWAN NA SUFICIE
„Tu sąsiad sąsiadowi kijem od szczotki wyłupił oko...
Odwiedziłem żonę tego bez oka, aby zapytać co z t y m co krzywdę
zrobił. Mówi m i ona, że we więzieniu. Na to ja, że nie chciałbym
być we więzieniu. A ona m i na to, że ja już jestem we więzieniu...
I może to i ja już i więzień jaki ? Albo pustelnik ? Ale co to za
pustelnik, co do którego ludzie tłumem w a l ą ? "
Są to słowa Waldemara Paciuka, mieszkającego samotnie
w renesansowym zamku-pałacu w Strudze, w województwie
wałbrzyskim.
Do „Belwederu" w Strudze „walił t ł u m " dziennikarzy, f i l
mowców, mieszkańców wsi, urzędników i rzemieślników, fun
kcjonariuszy i kontrahentów. Był Waldemar Paciuk zasypywany
listami z całej Polski. W listach tych pisano: „Szanowny Panie,
nie wiem jak Pan przyjmie ten list, więc dużo nie będę się rozpi
sywał, krótko chciałbym powiedzeć Panu, że proszę Pana o przy
jęcie mnie na współlokatora solidarnie partycypującego w kosztach
Pana szlaohetnej pracy konserwacji pałacu. Jeśli Panu odpowiada
ma oferta będę się bardzo cieszył. Proszę o kilka słów do mnie.
Jestem samotny, bez rodziny, mam 36 lat i dużo strasznych prze
żyć, pragnę spokoju i stabilizacji. Proszę napisać do mnie." Na
listy te adresat nie odpowiadał, bo był zajęty ogromem spraw
i nie zawsze wiedział co ma odpowiedzieć. T y m bardziej, że
piszący byli czytelnikami „Świata Młodych" lub „Nowej Wsi",
a on romantycznym bohaterem relacji tych tygodników, który
już od б lat nie był w kinie, a kiedyś w młodości był scenografem
w teatrach radzieckich, na początku w Brześciu, a potem nawet
w Kaliningradzie.
„Oto moje zdjęcia... Wszystko przeminęło z wiatrem.
Wszystko szybko leci, przemija... To mój Teatr Leninskowo
Komsomola Biełorusi... A to mój piesek Miś... Zastrzyk mu usy
piający dali w 68 roku... A t u cała nasza trójka, mama, siostra i ja.
To z 58 roku, kiedy z ZSRR wróciliśmy. Wszystkie zęby miałem,
a teraz zaczęły się kruszyć jeden po drugim... A to dziadek. Był
popem, umarł w więzieniu. Syna mu rozstrzelali... Moja rodzina
to duchowna. Ten pop to miał dwóch synów i dwie córki. Ocalały
tylko córki, to jest i moja mama. A ich jeden brat poszedł do
Białej Armii, a drugi do Czerwonej. Jeden zginął za młodu, a
drugi rzucił się pod pociąg. Mój ojciec za cara ambulansem po
cztowym jeździł i był Polakiem. Żyje już tylko siostra w Wałbrzy
chu, ma dwoje dzieci i siostra cioteczna w ZSRR, ona niemiec
kiego uczy, a jej syn jest instruktorem lotniczym... A ten co
rzucił się pod pociąg to przez syna rodzonego to zrobił. W 60 roku
życia doszedł do czegoś, wielkim dygnitarzem w ministerstwie
został, a syn bradziaga-żulik po więzieniach, to ojca pociąg rozje
chał. Miał ten syn za dobrze, to się wykoleił... Ojciec był dla niego
za dobry... A to fotografia mego taty. (Mężczyzna w garniturze
z muszką, ostre rysy twarzy, spojrzenie twarde, stanowcze—J.O.).
Mój ojciec ambulansem pocztowym jeździł. Jeździł koniami.
Za Piłsudskiego w kawalerii służył. W 1941 roku umarł. Był młody
jak umarł, miał 50 lat. Matka moja była nauczycielką, a ojciec
urzędnikiem pocztowym i kawalerzystą. Oboje na zapalenie płuc
umarli... Jak ojciec mi umarł, to od tego czasu musiałem pracować.
Miałem dwanaście lat... Pikolakiem pracowałem w kasynie nie
mieckim. W kasynie oficerskim pracowałem... Podłożyli tam raz
bombę. To pamiętam, to był wypadek straszny. Strasznie kasyno
zniszczyli... To jest mój portret, a że w niebieskiej czapce, to co?
(Portret wisi w sali recepcyjnej —J.O.). Z mojej ręki nie było
pobitych ani zastrzelonych... W 1948 roku wstąpiłem do wojska,
do K G B , cztery lata służyłem, w N R D cały czas... Mieliśmy nie
bieskie czapki... Zaraz jak z wojska przyszłem, to od razu do
107
3
Dramatycznego Teatru w Brześciu przenieśli mnie aż na dwa
lata... Ja byłem kierownikiem dekoracji. Ja to wszystko wymyś
lałem... Z wojska poszłem na scenę jako pracownik techniczny do
ustawiania dekoracji. Ale i wysłali mnie na kurs. Trzy tygodnie
tylko na t y m kursie byłem... Inni po dziesięciu latach nauki
nie wiedzieli tego co ja... Do tego trzeba mieć dryg. Ja dekorowa
łem Annę Kareninę; 21 dekoracji, nawet wagony musiały być na
scenie; dekorowałem Maskaradę, wszystko w pluszach, francuskie
firanki, plusz pozłocisty, błyszczący... A spektakl za spektaklem...
Zawsze wymalowałem elegancko farbami na papierze, a reżyser
zawsze zatwierdził. Moja specjalność to dekoracje, meble, obicia.
Meble z lwami, na łapach, z paszczami... Wszystko było fajnie.
Nadawałem się tam! W Maskaradzie było 10 pokoi, sala balowa,
tam lody zatrute dawali, scena pogrzebowa też była, śliczne schody
kręcone, z tyłu dużo świeczek i ta scena pogrzebowa, czarne firan
k i . A czarnego materiału wtedy nigdzie nie było. Trzeba było
samemu farbować... Ile kolumn, filarów, wszystkiego... Wszys
tko przeszło. Co z tego... I płacili dobrze, 1100 rubli na miesiąc.
To było fajnie, to można było pracować. Ale co robić panie 1!
Nie da rady. 900 zł mam teraz renty... Polityką się nie zajmowa
łem. W Brześciu dwie były otwarte cerkwie. Bo to graniczne
miasto. Ale tam kościoła nie było. To aż do Pińska, 100 k m jeź
dziłem do kościoła. Były takie momenty, że były wyjazdy Teatru
do Pińska... Piękny w Pińsku kościół katolicki... W kościele
tym nie leżałem krzyżem, ale zaszedłem do niego. Trzeba było
zajść do niego i przeżegnać się jak należy..."
Przez cały czas tej opowieści Waldemar Paciuk zabawia
swego pieska — Azę, rozmawia z nim, karmi babką świąteczną,
która nie wyrosła, a których aż trzy napiekł sobie na Wielkanoc,
i mnie częstuje ciastem, tłumacząc się, że za dużo masła „nakładł"
do mąki. A także podkłada drewna do ognia na kominku w sali,
gdzie za stołem siedzimy.
„...Azuniu, no masz piesku mój jedyny. Tylko t y mi zo
stałaś. No jedz, t y mój dobry piesku. Tyś najlepsza..."
Paciuk jest obywatelem Polski Ludowej od 15 lat. Do ojczy
108
zny swej przybył, kiedy miał 30 lat. Z m a t k ą i siostrą zamieszkał
w Wałbrzychu.
„Pracowałem w „Dalgazie", w Gazowni Miejskiej w Wałbrzy
chu. W tej gazowni byłem aparatowym. Regulacja urządzeń po
miarowych, nic specjalnego. Gdyby gaz nie śmierdział wszędzie,
to nawet byłaby to lekka praca... Próbowałem wracać do Polski
przez cztery lata. Jakby nie było do ojczyzny ciągnęło. Jakbyś
wilka nie karmił, to do lasu pędzi. Dali pozwolenie powrotu, to
powróciłem. No i pracowałem w „Dalgazie" normalnie, ale zła
pała mnie choroba i poszłem na rentę... Dwunastnica mi pękła!
Ale jeszcze przedtem poszłem do szpitala, do neurologii... 7 godzin
operacji przeszłem. Jak m i pękła dwunastnica cały czarny byłem.
Podwójną narkozę mi dali, jakbym 100 litrów wódki wypił. 7 dni
trwał kryzys. Ja widać przeziębiłem się na przystankach, a wy
jeżdżałem o 4.45. No i zapalenie nerwów, już miałem wcześniej,
ale nie aż tak! No i blokady m i dawali... Do połowy jesteś znie
czulony... 500 zastrzyków przez 6 miesięcy. Potem piłem to
zastrzyki, aż dziury m i się w kiszkach porobiły. Kazali to pić, to
piłem. Wróciłem z tego leczenia, to na schody wejść nie mogłem.
Kręgosłup m i przebili! Mlecz m i badali."
Aza zlazła z kolan swego pana. Poszła spać do sąsiedniego
pomieszczenia, jedynego zamieszkałego i ocieplonego pośród dwu
dziestu kilku najrozmaitszych komnat „Belwederu" w Strudze.
Ogień wygasł na kominku. Siedzimy nad nie wyrośniętą babką
wielkanocną w przeddzień uroczystości pierwszomajowych. Salę
recepcyjną rozjaśnia lampeczka nocna skonstruowana przez
Paciuka. Czerwony abażur, na ozdobnej podstawie z pomalowa
nego na złoto świecznika. I ta lampa jest ustawiona na dokoracyjnym słupku nakrytym czerwonym pluszem.
„ W Wałbrzychu mieszkaliśmy w bloku. W bloku nie było mi
źle. Ale dziś do żadnego bloku bym się nie przeniósł. Chcę być
sam! W bloku panie nie narzekałem, dzień dobry, do widzenia,
do pracy, z pracy... Ale teraz jest dla mnie nie do pomyślenia,
żeby mieszkać z jakimiś ludźmi. Nie mam czasu. 6 lat już nie byłem
w kinie. A nawet t u w Strudze są podobno dobre filmy."
Waldemar Paciuk po uzyskaniu renty, mając matkę na
utrzymaniu, znalazł się bez środków do życia. Postanowił wów
czas starać się o objęcie opieki nad zamkiem — pałacem w Krze
szowic Zezwolenie otrzymał od Urzędu Konserwacji Zabytków
we Wrocławiu. Budowlę będącą w ruinie wyremontował. Ale
przed tym przez dwa lata — od 1968 do 1970 r. — mieszkał
w tym zamku i był krzeszowianinem.
,,W Krzeszowie, takiego kościoła jak tam to nigdzie nie ma.
Tam jest kościół św. Józefa. Jakie tam malowidła! To cudo! To
kościół — mauzoleum. Bolko Świdnicki tam leży z żoną i dziećmi.
To bardzo śliczna rzecz ten kościół w Krzeszowie... Ale panie
musiałem stamtąd uciekać. W Krzeszowie mieszkałem bardzo
krótko, półtora roku. Jesienią 68 r. tam przyjechałem. W t y m
pałacu wymalowałem salę przyjęć — na suficie chryzantemy
i winogrona... No, ale ten sufit z trzeciego piętra na drugie upadł.
Cała posadzka nad korytarzem się zawaliła. To ja panie musiałem
stamtąd uciekać. Ludziom nic o t y m nie powiedziałem. Uciekłem.
Nie wiem nawet kto tam teraz mieszka. Nie byłem tam od czte
rech lat... I t u przyszedłem."
Aby zamieszkać w Strudze, Waldemar Paciuk wybierał po
śród 26 oferowanych mu zabytkowych budowli... Na Dolnym
Śląsku zabytków wymagających natychmiastowej opieki jest
więcej niż 1000. Paciuk wybrał budowlę wzniesioną w pol. X V I w .
w Strudze, miejscowości uzdrowiskowej, pięknie położonej pośród
wzgórz i strumieni, w której znajduje się kilkadziesiąt gospodarstw
rolniczych i „chłopo-robotniczych", znakomicie zaopatrzony
sklep GS,PGR — Stacja Hodowlano-Zarodowa, kościół, epitafia
właścicieli strudzkiej rezydencji (od 2. poł. X V I w. do X I X w.),
cmentarz, na nim grób matki Paciuka, pola, łąki, lasy oraz
zamek — pałac, budowla zabytkowa w klasie I I I na Śląsku,
a która byłaby zerową na Podlasiu i Mazowszu. Zamek — pałac
w ciągu tylko dwóch lat stał się instytucją rentowną. Jest on
położony naprzeciwko PGR. Zanim zamek stał się własnością
Waldemara Paciuka był w posiadaniu wspomnianego PGR.
W Strudze znajduje się ponadto posterunek MO.
„Potem była chora matka... Widziałem jak zmarł ojciec i
jak matka... To sekundę trwa... Ale jest straszne... Zacząłem
do kieliszka zaglądać. Ale wódka nic nie daje... Dużo też czytałem,
ale to co mi ktoś przyniósł — chłopak sąsiada przynosi — czasam i
do 4 rano czytałem, bo to mnie ciekawiło. Ostatnia rzecz co czyta
łem to Powrót z oflagu (Mariana Brandysa — J.O.). To mnie
ciekawiło... Ale potem musiałem przerwać, bo byłem przemę
czony i robota od rana... Było m i ciężko panie, ale o samobójstwie
nigdy nie myślałem. Żeby o t y m myśleć, to trzeba mieć coś na
sumieniu, coś złego zrobić!''
Na cmentarzu grób matki Waldemara Paciuka jest jednym
z najskromniejszych. Czarno pomalowany drewniany krzyż
i mogiłka, na której rosną bratki. Obok grobowce solidne, wyko
nane z lastriko... Na każdym fotografia i szczegółowe dane...
Paciuk wie, że grób jego matki jest najskromniejszy. Nie chciałby
jednak, aby się t y m wyróżniał. Nie wie jeszcze jaki wzniesie gro
bowiec. Rozmyśla jednak, aby go wznieść. Zbyt jednak dużo
spraw do załatwienia ma na zamku, aby mógł zrealizować swoje
postanowienie.
„...Jest t u na zamku 8 milionów dachówek, które wszystkie
należy wymienić. A każda dachówka kosztuje więcej niż jeden
złoty... A stropy, a ściany, a oporządzenie... Dziesięć milionów
potrzeba na sam surowiec... Panie, ja t u czas na rozmowy tracę
a Święto 1 Maja nadchodzi... Każdy musi na 1 Maja jakiś czyn
wykonać. Muszę dziedziniec upiększyć i za wieżę się b r a ć ! "
I I . 2. Waldemar Paciuk na balkonie pałacu w Strudze. I I . 3. W. Paciuk ze swoim psem Azą. U . 4. Zegar w sali balowej.
109
— Jak Pan upiększy dziedziniec ?
„Na czyn majowy zrobiłem już trzy kwietniki na dziedzińcu
i trzy małe fontanny. Ale nie wiem czy zdążę zrobić wszystko jak
zamierzam. Wczoraj z cementu trzy słupki ulepiłem. Na nich po
stawię donice, w których nasturcję pnącą posadziłem. Bo to pa
suje, pnie się i pnie się i kwiaty ma pluszowe. Różnie kwitnie ta
nasturcja pnąca. Kwitnie bordowo, czerwono, żółto i dużo ma
zieleni, liści. Dobrze się wyciąga do góry i do dołu..."
Rozmawiamy dalej o ludziach samotnych i o żonatych.
„ W Rosji nie ożeniłem się, bo byłem w wojsku. I byłem po
wyjściu z wojska za młody... I miałem od początku życie pokrę
cone... Panie, 4 lata służyłem w wojsku! ... Zazdroszczę t y m ,
ale za późno. Samotny człowiek to jest sam... Nawet nie wiem
kim jest naprawdę... W głowie m i się nie mieści. Cholerny to
świat, alo dla mnie przesądzony. I w nim jest tak dla mnie lepiej...
Tak los człowiekiem pokierował i tak musi być... A pewnież,
że tam gdzie są dzieci, rodzina, to lepiej... Szczególnie jak święta
przyjdą. Dla samotnego święta najgorsze. Wtedy człowiek dziwnie
się zachowuje... Ale się już do tego przyzwyczaiłem. Co zrobić."
Paciuk może i ożeniłby się. Ale obserwacja pożycia młodych
małżeństw w Strudze utwierdziła go w przekonaniu, że naznaczony
jest mu los człowieka samotnego. Bowiem w Strudze — jego zda
niem— ci „co się ożenią", zaraz „się kłócą i rozwodzą". Wcześ
niej zaś tak się układał los Paciuka, że nie miał czasu, ani okazji,
aby myśleć o małżeństwie. Kiedy mówi mi o t y m , kładzie dłonie
na stole. Teraz dopiero dostrzegam tatuaż. Na wierzchu prawej
dłoni ma wytatuowane serce przebite szpadą. W środku serca
napis: Za izmienu. Na wierzchu drugiej dłoni — nazwa jednostki
wojskowej i dwa imiona Witia, Sasza. To drugie to zdrobnienie
rosyjskie imienia Aleksander. Paciuk ma takie właśnie drugie
imię. Za izmienu — za zdradę.
„Niewierność to nie na moje myślenie. Takich dwulicznych
to bym rozszarpał... Ja mam t a k ą w sobie mściwość, ale to jest
zła rzecz. I wiem o t y m . . . I to już musi być bardzo duża sprawa,
żeby się mścić. Ja nie wiem jaka, żeby można było się mścić.
To musi być coś bardzo poważnego... Ja mam t u takiego gościa...
Fałszywy, chytry. To takiemu wszelkiemi sprawami popsułbym
mu wszystko... Wyparł m i się w żywe oczy, że to niby ptaki
zjadły przez jeden dzień cztery worki paszy... A 100 zł dawałem
mu na dzień, żeby tych ptaków doglądał. A jak by pan do niego
przyszedł, to łyżki śniegu by nie dał. A do spowiedzi chodzi...
I ja taki sam się stałem. Przychodzili t u wypić, a potem mi zegarki
pokradli. Od takich trzeba się odseparować, bo to taki naród, z
którym się nie da żyć... Ci młodzi co t u są w Strudze, jak się nie
wykoleją, to będą inni niż ich rodzice. Ale ja i t y m młodym nie
ufam. Uczciwy człowiek to wyjątek panie!
...Ludzie są panie rozmaici... Jak dobry dla mnie, to i ja go
lubię... Ale takich jest mało... Na ogół ludzie są niedobrzy. Jakby
mogli skórę by zerwali z człowieka. Ja wielu pomagałem, ale prze
konałem się, że to nie popłaca... I przez nich nie chodzę t u do
kościoła. Muszę chodzić przez nich do kościoła do Wałbrzycha...
Tu są ludzie niedobrzy. Chodzą do kościoła, aby plotkować,
ocyganić, oszukać... I dlatego chodzę aż do Wałbrzycha. A trzeba
się za coś pomodlić... Za umarłych, za ojca, za matkę. O pieniądze
się modlić nie będę przecież, bo ich z nieba i tak nie zrzucą...
Aza do nogi, nie rusz..."
Aza wybiegła z kuchni do salonu. Przez salon przebiegł rudy
kot. Aza wróciła do swego pana. I się łasi.
„Nie wolno Maciusia gonić... Nie nauczyłem jej, zazdrosna
jest... Cały chciałabyś zawojować świat... Pędzi go, ale go nie
ugryzie... Jest t u panie i drugi Maciuś, też rudy, ale to kaleka.
Do komina spadł z 3 piętra. Poszedł, wszedł — był mały — i
upadł. Musiałem ścianę wywalać. W ślepą dziurę wpadł. Panie,
to było trzy lata temu, to była tragedia. Nie wiedziałem gdzie
on, ale go odnalazłem... Moja ukochana Azuniu tylko pana masz...
A była chuda, skóra i kosteczki Szczekać nie miała siły... Jest
bardzo mądra. Jak tylko ją przyniosłem do domu, nie chciała
na schodach, na korytarzu. Od razu się na kanapie położyła...
110
Daj łapkę, daj kochana moja. Pan cię kocha żeś taka mądra...
Mądra jest, tylko po pokojach by chodziła, na kanapie l u b ' otelu by siedziała. Nie jest ona śpic, bo by i służyła... Mądra jest...
Tylko łapki podajesz, podajesz... Za ciężka jest, żeby służyła,
ale czołgać się umie jak żołnierz... Kładź się na brzuchu i czołgaj
się! No czołgaj się, czołgaj!
Pies się nie czołga.
„Zdenerwowana jest, ale dlaczego?... Przed Wielkanocą
poszedłem z nią do lasu na łąkę. Jest tam polanka taka. Z Azunią
poszedłem... Na świeże powietrze... Trzeba stąd wychodzić...
Trzeba się odlenić. Powiedz panu Azuniu, że nie można stale w
takich starych murach siedzieć..."
W czasie tego spaceru Paciuk nazrywał kwiatków i po pow
rocie do zamku włożył je do słoika. Słoik postawił na stoliku
w salonie. W czasie rozmowy ten słoik i babka z zakalcem stoją
przed nami.
„Najbardziej lubię róże, bo najszlachetniejszy, delikatny
kwiat. Bez turocki uszlachetniony, co ma takie duże kiście też
bardzo lubię i pnącą nasturcję... Moja Azuniu, t y jesteś najmil
sza... Ona nie nasika, ona łapki podnosi, żeby pan nie nakrzyczał... No daj kochana łapkę. Moja kochana psinka. Dopuście
do niej nie dam psa! Bo topić bym po t y m nie chciał!"
Aza leży na kolanach swego pana.
„...Wódka nic nie daje, ale pół Strugi napiłem, jak miałem
za co..."
Z czego czerpał Paciuk dochody ? Rozpił „pół Strugi i dopro
wadził zamek — pałac w tejże Strudze do stanu użyteczności?!
I nie tylko użyteczności. Bo „belweder" jest obecnie — za
ledwie po dwóch latach pracy nad nim — budowlą reprezen
tacyjną. Instalacja tylko jednego kontaktu wynosi 60 zł. A tych
kontaktów miał do zainstalowania Waldemar Paciuk więcej niż
100. Oprócz kontaktów i wyłączników należało zainstalować
wodociąg... Należało wyreperować podłogi, zabezpieczyć stropy,
usunąć gruz i wzmacniać ściany. No i myśleć o wymianie 8 mi
lionów dachówek. Otóż pomysł zdobyoia pieniędzy przyszedł sam.
Obserwacja i rozmyślania nad niedochodowośoią Stacji Zarodowej
PGR w Strudze sprawiły, że „pomysł przyszedł sam". Waldemar
Paoiuk założył w pałacu — zamku hodowlę japońskich przepiórek.
Postarał się o Wyhodowanie 3 000 ptaków. Pobudował klatki,
zorganizował i m dostawę ziarna i zbyt jaj. Zatrudniając tylko
jednego pomocnika, potrafił zarabiać dziennie blisko 1000 zł.
Przedsięwzięcie to nie udałoby się, gdyby nie wielkie Paciuka
rozmiłowanie w tej hodowli, zachwyt i podziw dla japońskich
przepiórek:
„To mądre ptaki... Po godzinie jak się urodzi je i pije. Taki
to m ą d r y ptak. A po 40 dniach już jajka niesie. 3 000 przepiórek
japońskich 1 600 znosiło m i jajek. 500 zł kosztowała mnie dla
nich pasza, zarabiałem blisko 1 000 zł. Bo za jedno jajko Delika
tesy dawały 1 zł... Jak jest dużo panie ptaków, to też jest dużo
jajek... 10 dni jedna partia niesie, potem odpoczywa dzień, dwa
i znowu niesie, a kiedy ta pierwsza odpoczywa, to drugą niesie.
To bardzo mądre ptaki... Jak się po 17 dniach wylęgnie małe,
jest jak naparstek, małe pluszowe takie. W pudle od margaryny
zmieścić się ich może 500 sztuk, taka kupa, że można objąć je
dwoma rękami, jak główkę kapusty. Po tygodniu już ich koguty
śpiewają, ale inaczej niż zwykłe koguty, po swojemu śpiewają,
całkiem inaczej... Czerwonego koloru się boją, a najbardzie,
lubią zielony. Jak piały to na kilometr się niosło. Stanął dęba,
jak żołnierz na baczność, cały opierzony i pieje. Jakoś tak śpiewa.
Jak jeden zaśpiewa, to 150 się dołącza, to trudno rozróżnić,
a ko ko kooo, a ko ko kooo... Oczy mają ukośne jak Japończycy.
Kogut opierzony a kura jest cała goła, tylko ma skrzydła z pió
rami, jest goła, inaczej niż kogut biega. Po podłodze biega szybko
jak mysz. Jak jajko zniesie, to nie gdacze. A jak upadnie, to
zdycha, bo taka ciężka jest. Na wolności nie dałyby sobie rady.
Muszą żyć w klatkach. To nie głupie jak kury. Jak jajko zniesie
to nie gdacze, czasem tylko piśnie cicho. Strasznie są nerwowe.
Kogut zarżnięty — bez głowy — a jeszcze chodzi. Bardzo grzeez-
ne, przywiązują się do gospodarza. Jak swój do klatki podejdzie,
to odchodzą w k ą t , żeby zebrał jajka. A jak obcy to szum, nie
dadzą... Co raz to 500 zł, co raz to 500, to bez przerwy je,
dwa worki dziennie, łącznie 100 kilogramów!!! W książkach pisa
no, że jedno tylko jo 2 dekagramy. Ale to bzdura. Sto lat trzeba
by czekać, żeby jajko zniosła. One stale jedzą! Ale dzięki nim
jednak trochę pożyłem. Jak człowiek w t y m belwederze pożyłem...
Przed belwederom codziennie ze 3 taksówki stały po jajka. Panie
tu bankiety się odbywały... Ale wszystko się skończyło... Panie
tu pili na przemian wódkę i jajka na surowo. Bo takie jajko trzyma
lepiej niż szmalec. Ja ich nie jadłem. Za dużo w nich witamin.
Jedno leczy, drugie nie leczy. Nerwy leczy, serce leczy! Ale
przeważnie te jajka to na płuca dobre. Na surowo bardzo dobre.
Komendant wypił 10 jajek i mógł pić... To trzyma lepiej niż
szmalec... A teraz wszystko się skończyło. Nastała tragedia!
Przyszedł lipiec, o Boże. Panie, mam 10 000 jajek, a zbytu nie ma.
Co robić ? Ja je gotowałem te jajka i mieliłem ze skorupami
i z powrotem dawałem im, żeby żarły".
Ostatecznie Waldemar Paciuk musiał zlikwidować swoją
hodowlę. Wykopał w lesie dół i w t y m dole pochował zarżnięte
przopiórki. Musiał zarżnąć 3 000 ptaków. Wszystko to zrobił w
tajemnicy przed mieszkańcami Strugi. Nie chciał, aby dowiedzia
no się o jego nieszczęściu. Obserwacje przeprowadzone nad dzia
łalnością innego przedsiębiorstwa w najbliższej okolicy (chodzi o
wytwórnię rur kamionkowych w Ziębicach) pozwoliły Paciukowi
odzyskać nadzieję, że ponownie uzyska możliwości opłacenia prac
przy konserwacji zamku — pałacu. Postanowił Paciuk produko
wać rurki cementowe do drenowania pól, rurki, na które jest
ogromne zapotrzebowanie, a których — prawdopodobnie — ze
względu na małe rozmiary („niska masa przerobowa") fabryka
w Ziębicach nie produkuje. Mimo tej nadziei, Waldemar Paciuk
często boleje nad nieszczęściem, jakie go spotkało:
„Z wygodami i m to urządziłem (przepiórkom — J.O.). Ale
to wszystko poszło na szmelc. Ale skoro sklepy nie chcą brać już
tych jajek, jajka nie idą... Tak Azuniu. Tyś moja. Mądry,
grzeczny, dobry piesek."
Po wypiciu herbaty — wodę zagrzaliśmy przywiezioną przeze
mnie grzałką, woda postawiona przy lampce z czerwonym aba
żurem wykipiała — poszliśmy spać. Paciuk oddał mi swoje
łóżko — szorokie, z pierzyną. Spałem w pokoju a on w kuchni
zajmowanej przez lata przez jego matkę. Paciuk spał na łóżku
pod obrazem Świętej Rodziny, na którym św. Józef przedstawiony
jest z toporem na ramieniu. Ja spałem na jego łóżku, nad którym
nie ma żadnego obrazu. Sypialnia Paciuka sąsiaduje z „Salą Ró
żową", która — jak powiada jej konserwator — była „Śmiertną
Komnatą".
*
Drugi dzień w Strudze rozpocząłem od oględzin wspomnianej
„ K o m n a t y " . Puste pomieszczenie, usytuowane na węgle budowli.
111
Później powie m i jeszcze Paciuk o swoim rozmiłowaniu i ro
zumieniu kolorów. Wybór różowego na tę komnatę był zapewne
też poważnie przemyślany. Bo — jak mówi:
„Żółty kolor na przykład, to rozwodny kolor. On ludzi nie
łączy, a rozdziela, to żydowski kolor. I dlatego u mnie tylko ko
rytarzyk żółtowaty. Kanarkowy zaś i saladyna, znaczy się saladynowy, to razem ze sobą się dobrze mają I tak trzeba dobierać
kolory, żeby nie było rozbieżności. Kanarkowy gzyms i saladyna
na ścianie. To pasuje. Ale już nie pomarańczowa lub czerwona.
To byłby zły gust... Tak, Azuniu, moja t y perełko. Tak, moje ty
kochanie. Moja perełko malutka, ale że czołgać się zapomniałaś ?!
Prawda, panie, t u jeszcze są jadalnie, sale jadalne... Ale to jest
nie do pomyślenia, żeby to jedna osoba to wszystko zrobiła. O Je
zu ! Ale pomału wszystko się zrobi; grunt to nie upadać na duchu.
Bo praca, panie, tylko praca uszlachetnia człowieka. Ja też tylko
takiego uważam człowieka, co ma charakter do pracy i taki mi
pasuje, a nie taki, co by był mądry, choćby najmądrzejszy w so
bie... Trzeba zawsze coś mieć. Starać się A jak nie wychodzi, to
w porę rzucić. O tak!"
Paciuk nie ukończył jeszcze ostatecznie swego dzieła. Tym
samym nie można poznać go w całej krasie. Wyremontowane i wy
malowane sale będzie meblował. J u ż obecnie udało mu się zdobyć
wielki stojący zegar, czerwoną pluszową kanapę oraz duży rozsu
wany stół. Tymi trzema sprzętami musiał umeblować aż trzy naj
bardziej reprezentacyjne sale. Natomiast w Sali Balkonowej po
wiesił dużych rozmiarów obraz własnego pędzla. Nazwał ten obraz
Noc wenecka (il. 6 — 8).
о
Jasne i wesołe. Paciuk wymalował ściany na różowy kolor, sufit
na biało. Na farbie różowej odcisnął wałkiem „srebrny rzucik".
Jest to więc obecnie wnętrze pomalowane na różowo w srebrny
rzucik, pogodne. Niczym nie zdradzające swego pierwotnego
przeznaczenia. I gdyby nie informacje Paciuka, nie domyślibym
się, jaką rolę to pomieszczenie pełniło w wielkiej budowli zamku —
pałacu.
„Tam była sama czerń, już na ścianach namalowana od
ziemi. Tam musieli kłaść umarłych. Jak kto umarł, to tam zanosili.
Tam musiała być śmiertna komnata. Osiem pokoleń t u mieszkało.
Są t u herby (umieszczone na frontonie zamku — J.O.) każdej
nowej młodej, którą wprowadzono do zamku... W tej komnacie
były namalowane trumny, jakieś kotary i anioły... Mało było
widać. Wszystko w strasznym stanie, sufit przeciekał, PGR za
niedbał."
Zapytałem Paciuka, dlaczego tę komnatę pomalował na
różowo ?
„ J a sobie cenię kolory: róż, błękitny-morski, taki chłodnikowaty uspokajający. Ale różowy uwielbiam. I dlatego tam go dałem.
Żeby nie straszyło, bo w takich domach to straszy! No widzi pan,
takie buty z cholewami. Panie, w t y m zamku jest tajne przejście
podziemne 3 kilometry do Książa. Największy zamek na Dolnym
Śląsku — Książ. To przejście jest szerokie, że karetą mogli prze
jechać. Odkryliśmy to, jak zakładaliśmy t u wodę... T u osiem po
koleń mieszkało, a ostatni remont prowadzili w 1803 roku. Taka
data t u jest wycięta na chorągiewce na głównej wieży. A jak t u
przyszłem, to t u było wszystko zniszczono, że lepiej nie mówić.
A było co robić... Powierzchnia 1500 m sześciennych, kondygna
cji 3, czwarty strych, duży jak las. Komnat nie jest dużo, ze dwa
dzieścia, może jest dwadzieścia trzy: Sala Balowa, Rycerska,
Balkonowa, Niebieska albo Kominkowa, Seledynowa (gdzie Aza
śpi — J.O.). Jest i Morski Pokoik na styl pompejański, bo tam są
firany i tam są kostki pod sufitem, musowo się już dobrze prezen
tuje. Te wszystkie sale odremontowałem i wymalowałem. Każdy
musiał inaczej wyglądać, musi w każdym być coś innego... A ten
różowy to prawda, że był trupiarnią. To go na różowo zrobiłem..."
112
„Tam jest duży staw, przy księżycu. Księżyc namalowałem,
ale go nie widać. Księżyc m i się nie zmieścił i musiałem zagiąć, bo
w ramę się nie mieściła. Po t y m stawie jeżdżą sobie na łódkach pan
ny, panienki w takim parku z wieżą zameczka... I ten księżyc jest
podwinięty na drugą stronę w prawym rogu. Są też dwa łabędzie,
zgodna para, no i te samotne trzy Wenecjanki. Jeżdżą sobie na
gondoli... Ramę do obrazu dal m i kierownik z restauracji „Polo
nia" w Wałbrzychu w 1963 r. A w 1965 roku namalowałem do
tych ram obraz (ramy przez ten czas trzymał puste na strychu —
J.O.) jak się zbierałem z Krzeszowa, żeby nim ustroić zamek —
pałac w Strudze. W 1965 r. namalowałem ten obraz na czarnym
płótnie, żeby się ładnie reprezentowało. Taka czarna satyna,
18 zł 50 groszy metr. Kupiłem 1,5 m. Taniocha. Farby też tanie,
po 3,5 zł tubka, to drukarskie. Takie pakowane jak pasta do
zębów. Kredką białą naszkicowałem... Ale to malowanie to głupo
ta. Teraz to mnie się już nawet nie chce, ręka mnie nawet boli.
Tylko jeden obraz namalowałem i jeszcze jakiś, którego nie
pamiętam dobrze. Porwał się w drodze, ale był lepszy."
Zapytałem Paciuka skąd zaczerpnął pomysł do Nocy weneo
kiej. Odpowiedział tak:
„Znikąd, ułożyłem sobie w głowie. Bo ja panie mam to wszys
tko w głowie. Ja cały dywan na suficie namalowałem. Malowałem
leżąc na rusztowaniu, wszystko z głowy, wszystko sobie wyobra
żałem, winogrona, kiście kwiatów, chryzantemy... Na to malowa
nie nikt nie zwraca uwagi. Zrobiłem to dla siebie. A teraz jak tu
malować. Nerwy mam roztrojone. Trzeba myśleć z czego żyć.
Żeby malować, trzeba mieć pieniądze... O, drzwi muszę pomalo
wać."
Z przytoczonych wypowiedzi — jak się wydaje — osobowość
Waldemara Paciuka rysuje się dosyć wyraziście. Osobowość tę
określają najlepiej jego własne poglądy, odczucia, reakcje:
„CZŁOWIEK SAMOTNY TO JEST SAM", „NAWET NIE
W I E M K I M JEST N A P R A W D Ę ?", , ŚWIAT D L A MNIE
PRZESĄDZONY", „ I W N I M JEST T A K D L A M N I E LEPIEJ"
„LOS CZŁOWIEKA P O K I E R O W A Ł " , „TAK MUSI BYĆ",
„CI CO SIĘ OŻENIĄ SIĘ KŁÓCĄ I ROZWODZĄ", „DWTJLICZNYCH TO B Y M ROZSZARPAŁ", „MAM TAKĄ W SOBIE
MŚCIWOŚĆ", „ Ż E B Y MOŻNA S I Ę BYŁO MŚCIĆ, TO MUSI
BYĆ COŚ BARDZO POWAŻNEGO", „NARÓD, Z KTÓBYM
N I E DA S I Ę ŻYĆ", „OD T A K I C H NALEŻY SIĘ ODSEPAROWAĆ", „UCZCIWY CZŁOWIEK TO W Y J Ą T E K " , „NA
OGÓŁ L U D Z I E SĄ NIEDOBRZY", „POMAGAŁEM , TO N I E
POPŁACA", „ CUDZEGO N I E R U S Z Ę " , „ L E P I E J SWOJE
ODDAM", „MŚCIWOŚĆ TO JEST ZŁA RZECZ", „ N I E DAWA
ŁEM SOBIE W KASZĘ DMUCHAĆ", „ K T O K R Z Y W D Ę
ZROBI, TO N I E PRZEPUSZCZĘ", „ J A K DOBRY D L A
M N I E , TO I JA GO L U B I Ę " , „CHODZĄ DO KOŚCIOŁA T U ,
A B Y OCYGANIĆ, OSZUKAĆ", „O P I E N I Ą D Z E MODLIĆ
SIĘ N I E B Ę D Ę " , „TRZEBA SIĘ POMODLIĆ ZA UMAR
ŁYCH", „GRUNT TO N I E UPADAĆ NA D U C H U " , „ T Y L K O
PRACA USZLACHETNIA CZŁOWIEKA", „ T R Z E B A ZAW
SZE COŚ MIEĆ", „ W P O R Ę RZUCIĆ", „ K T O WYSOKO LA
TA, T E N NISKO SIADA".
Dodać można, że Waldemar Paciuk preferuje wartości
uznano i znano:
„ J a tam lubię muzykę przedwojenną — takie tanga. To
lubię słuchać. A tej dzisiejszej, to w ogóle nie rozróżniam. Jakiś
pisk, krzyk. Zaraz wyłączam." Ponadto: „ J a k to powiedzieć, ja
tam wszystkiego nie zauważam... Ja tam bardzo lubię spokój...
I wolę patrzeć na to co zagospodarowane, na pola, a nie na to co
sobio samo rośnie. Uważam wiosnę. Wiosna ładnie wygląda, do
życia przychodzi. A jesień to mglisto, szaro i niezdrowo. Maj naj
piękniejszy; wtedy kwitną kasztany... Też jest przyjemnie, jak
śnieg pada biało na Sylwestra, jak pada to ładnie, tylko trzeba
mieć węgla dużo. A i mróz na szybach ładnie się prezentuje.
Ale to chwilowo... O wschodzie to słoneczko ładnie wygląda.
A wieczorom to już takie smutne za górą zachodzi."
Powiedzieć toż trzeba, że wszystko co przemija, nie radością,
locz wielkim i głębokim smutkiem napawa Paciuka. Odwołuje się
też do uznanych stwierdzeń „wszystko przeminęło" lub „prze
minęło z wiatrem". „WSZYSTKO BARDZO SZYBKO PRZE
M I J A " . Nie brzmi to toż z łagodzącym uzupelnioniem — „na
szczęście" czy „chwała Bogu", lecz jako tragiczne „niestety".
Ale też ujawnia się w t y m postawa aktywna, twórcza. Albowiem
Paciuk świadom jest, że podlega deterministycznym uwarunko
waniom losu. I dlatego toż tak skwapliwie korzysta z doświad
czenia ludzi, zbiorowości, które doznawały największej goryczy
losu, jego nieubłaganej przewrotności. Postawę i poglądy Paciuka
łączyć można z trwałym dziedzictwem bezwzględnej chłopskiej
etyki. Podbudował i wyostrzył ją Paciuk, znajdując ku temu
obfity „materiał motywacyjny" we własnych doświadczeniach
niezbyt długiego żywota. Środowisko, obok którogo istnieje, ut
wierdza go w najsurowiej i bezwzględnie formułowanych opiniach.
Nie tylko utwierdza, lecz ró%vnież zmusza do swoistej aktywności
społecznej. Bo istotą tego światopoglądu, w jaki uwikłany jest
Paciuk i jego otoczenie, nie jest wprawdzie miłość bliźniego, lecz
baczno nim zatroskanie, na ile i w jakiej mierze można mu ufać,
obawiać się, mieć pewność, że nie zostanie się obmówionym i
przeklętj m, a w najlepszym przypadku wydrwionym. Stąd także
znaczenie przypisywane przez Paciuka działaniu pracy, która
u s z l a c h e t n i a . I znowu nie kryje się w t y m rozumienie
uszlachetniającej roli pracy w kategoriach bezinteresownych
(kształtowania ducha i charakteru człowieka), ile całkiem prag
matycznych, instrumentalnych. Dzięki pracy jednostka wyzwala
się z otępienia, lenistwa, bezczynności rodzącej się pod wpływem
bezwzględnych osądów otoczenia. Tylko rezultaty niezwykle
ciężkiej pracy połączonej z przemyślnością iście diabelską mogą,
i tylko na krótko, przociwstawić się skutecznio złu tkwiącemu
wśród ludzi. Stąd idea odbudowy opuszczonych pałaców, miesz
kania w nioh bez wyrzeczeń.
r
Uzyskany niegdyś przydział do pracy w teatralnym zespole
dekoratorów okazał się w życiu Paciuka faktem przesądzającym
i bodaj najważniejszym. Spowodował ukształtowanie się w Paciu-
ku świadomości artystycznej. Paciuk odkrył w sobie powołanie
artystyczne. Obserwacja umiejętności i wrażliwości otoczenia
utwierdziła go w przekonaniu o swych zdolnościach i powołaniu.
Jakiego formatu musiały być gusta i aspiracje otoczenia, w którym
pracował Paciuk, można domyślić się, słuchając wspomnień
0 sukcesach dekoratorskich w teatrach, i obsorwując kontynuację
tych sukcesów w drobnych tylko przebłyskach czerwonogo pluszu,
dywanów, francuskich firanek itp. którymi zostanie wystrojone
wnętrze zamku w Strudze. Te akcesoria „mieszczańskości" i te
same umiłowania (rzewnych tańców, tanga, spacerów, przyjaźni
z pieskiem i kotkiem) złagodziły i niewątpliwie uszlachetniły
plebejską naturę poglądów i postaw reprezontowanych przez
Paciuka i jego najbliższe otoczenie. Otoczeniu, z którym trzeba
mu liczyć się i z konieczności obcować — nie jest obcy tego rodza
j u melanż wartości. Przeciwnie, jest on uznawany jako czaro
dziejskie spełnienie odwiecznych marzeń. Marzenia te potrafi!
Paciuk ukazać temu otoczeniu jako gotową realizację w porcji
niełatwej do strawienia, odrzucenia czy poddania szyderstwu
1 wzgardzie. Potrafił tej realizacji nadać również estetyczne wy
miary zarówno malując „dywan na suficie", jako też wieszając
obraz tylko jeden, lecz w ramach — jakich mało kto widział;
dostatecznie strojny, dostatecznie frywolny, a zarazom dostojny,
ucieszny, bo w żywych kolorach, jak też pobudzający do poważnej
zadumy pizez swe czarne tło i biel zgodliwej pary łabędzi.
Waldemar Paciuk stał się jednakże twórcą dzielą, które oce
niane będzie nie tylko przez środowisko Strugi. Jedyny konser
wator i mieszkaniec zamku — pałacu włączony został w niezwy
kle odpowiedzialne posłannictwo ochrony najcenniejszych dóbr
kultury narodowej.
Już sam fakt, że Paciuk jest rencistą, osobą samotną, na
kazuje spojrzeć na jego dokonania zarówno z podziwom, jak też i
uznaniem. Może oczywiście ktoś wtrącić, że w ochronie owych
najcenniejszych dóbr kultury liczy się tylko i wyłącznie kompe
tencja, zgodny z „substancją zabytku" program przeciwstawienia
się jego zniszczeniu. Niestety, w sytuacji ogromnego zaniodbania,
w jakiej znajdujo się wiele jeszcze zabytków na Dolnym Śląsku,
nie bez znaczenia stają się paradoksy. Paradoksalnio wprost
niepowołany do konserwacji zabytków konserwator wyręcza upo
ważnioną do konserwacji zabytków służbę konserwatorską.
Ale służbie tej nałoży się pochwała, że przyzwoliła Paciukowi na
podjęcie się prac konserwatorskich. Bo gdyby nie to przyzwolenie,
no i wielki wysiłek samego Waldemara Paciuka, zamek — pałac
w Strudze uległby w najbliższym czasie całkowitemu zniszczeniu.
Paciuk uratował go w sposób taki, w jaki umiał. Najważniejsze,
że uratował. Nie bez znaczenia jest również to, że w „Belwederze"
zrodziła się realizacja dekoratorskiej sztuki naiwnej w wymiarach
pałacowych, jodyny tego rodzaju dokument aspiracji i dążeń
reprezentantów tego nurtu we współczesnej kulturze artystycznej
Polski.
Na zakończenie rozmów z Paciukiem o teraźniejszości,
pojawia się optymistyczny akcent przyszłościowy.
Pytam: co potem?
„A potem — jak skończę — to koniec, swego dokonam.
Komuś się to dostanie... Co t u będzie? Nie wiem. Może muzeum
jako pomnik ? Może to będzie pomnik kultury. Ale jakiej to będzie
pomnik kultury też nie wiem. Chociaż, mam t u pisemko, to zaraz
panu odpowiem. (Wyjmuje paczkę z toaletki z trzema lustrami —
J.O.). To byl taki list jednego pana co pisze książki. To był list
z Siedlec Musiał o mnie gdzieś wyczytać... Ja muszę to pisemko
znaleźć. Masa listów przychodziła..."
Po blisko godzinie podał m i list. Fragment tego listu zamieści
łem na początku niniejszej relacji.
Fot.: Autor
