b90e50e47427c475c0f0501c4861dd12.pdf

Media

Part of Recenzje i noty recenzyjne/ LUD 2011 t.95

extracted text
Lud, t. 95,2011

V. RECEN ZJE I N O TY R ECEN ZY JNE

Thomas Hylland E r i k s e n, Małe miejsca, wielkie sprawy. Wprowadzenie do
antropologii społecznej i kulturowej, przeł. Joanna Wołyńska, Warszawa: Oficy­
na Wydawnicza Volumen 2009, ss. 350, ISBN: 978-83-7233-116-9.
Klasyczni antropolodzy starali się uchwycić istotę kultury, obserwując i analizu­
jąc sposoby życia kultur lokalnych. Odpowiedzi na wielkie pytania szukali wśród
wyodrębnionych, niewielkich społeczności. Można więc powiedzieć, że chodziło
0 „małe miejsca, wielkie sprawy”, i tak właśnie Thomas Hylland Eriksen zatytułował
swoje wprowadzenie do antropologii społecznej i kulturowej.
Autor, świadom, że współczesny świat wymyka się opisom etnograficznym,
takim jak za czasów Malinowskiego czy jeszcze Lévi-Straussa, broni antropologii
jako wciąż mającej zastosowanie. Przekonuje, że wiedza o dalekich i dawnych spo­
łecznościach przyczynia się w dużym stopniu do zrozumienia wielu współczesnych
zjawisk, jak migracje, urbanizacja czy czystki etniczne. Wychodząc od historii dys­
cypliny i przez cały czas się do niej odwołując, równolegle wprowadza czytelnika
w gąszcz tematów współczesności, od kapitalizmu i praw człowieka po drużyny pił­
karskie i Internet.
Poszczególne rozdziały odpowiadają najważniejszym zagadnieniom antropolo­
gii. Norweski antropolog rozpoczyna od krótkiej historii, w której w sposób zwięzły
1 klarowny omawia najważniejsze podejścia antropologiczne. Potem pisze o bada­
niach terenowych i ich interpretacji. Warto wspomnieć, że sam prowadził badania
empiryczne na Trynidadzie i Mauritiusie. Kolejne rozdziały są już poświęcone klu­
czowym dla antropologii zagadnieniom, takim jak wymiana, pokrewieństwo, religia,
płeć, wiek czy rytuały. Jednocześnie autor rozważa różne problemy, jakie stoją przed
antropologią.
Eriksen kilkakrotnie podkreśla wagę badań terenowych i fakt, że antropologia to
nauka porównawcza. Tylko jak porównywać, jeśli nasze sposoby myślenia są różne?
Czy przekład innej kultury na nasz język jest w ogóle możliwy?
Autor pisze o fundamentalnym dla antropologii dylemacie: uniwersalizm versus
relatywizm - w jakim stopniu wszystkie istoty ludzkie, kultury i społeczeństwa są
do siebie podobne, a w jakim są zupełnie wyjątkowe? Chcąc porównywać, musimy
stosować pojęcia teoretyczne neutralne kulturowo, „ludzkie uniwersalia”, takie jak
system pokrewieństwa, podział pracy, walka płci, ozdabianie ciała itd. Zakładamy
wówczas a priori, że wszystkie lub niemal wszystkie społeczeństwa mają pewne ce­
chy wspólne. Ale przecież są to terminy przez nas stworzone, jak więc możemy być
pewni, że nie nadinterpretowujemy, nie zniekształcamy obrazu kultury, którą chcemy
za pomocą tych terminów opisać? Przecież zjawiska takie jak rodzina mają w róż­

356

Rezenzje i noty recenzyjne

nych społeczeństwach czy kulturach zupełnie różne znaczenie i nie można twierdzić,
że wszędzie są takie same. Małżeństwo aranżowane znaczy co innego na wsi w Pendżabie, a co innego wśród francuskiej arystokracji. Zatem czy to ta sama instytucja?
Rozdział „Sposoby myślenia” Eriksen rozpoczyna od przypomnienia hipotezy
Sapira-Whorfa, zakładającej, że sposób widzenia świata jest zdeterminowany przez
język, i przywołuje przykład Indian Hopi, którzy nie mają wielu rzeczowników
o podstawowym dla nas znaczeniu, na przykład tych odnoszących się do czasu, bra­
kuje im też standardowych koniugacji czasowników, występujących w językach indoeuropejskich. Omawia dalej różnice między rozmaitymi kulturowymi sposobami
myślenia, trudnymi do porównawczego wyjaśnienia. Pisze, że tak, jak wiara w cza­
ro wnictwo może się etnocentrycznemu obserwatorowi wydać „nieracjonalna”, tak
obce systemy klasyfikacji mogą jawić się jako niesystematyczne komuś, kto nawykł
do zachodnich. Karamowie z Nowej Gwinei, na przykład, nie uważają kazuara za
ptaka, wbrew ustaleniom ojca systematyki organizmów, Linneusza. Kazuar jest po­
dobny do strusia, ma pióra i składa jaja, ale nie lata. Dlatego Karamowie nie uważają
go za ptaka. Z drugiej strony, klasyfikują oni nietoperze jako ptaki (stworzenia lata­
jące), chociaż my „wiemy”, że „naprawdę” są to ssaki.
Trzeci, czwarty i piąty rozdział książki są poświęcone osobie społecznej, spo­
łecznościom i społeczeństwu. Eriksen, odwołując się do przykładu „dzikich dzie­
ci”, zajmuje się relacjami między naturą a społeczeństwem, ekologią a kulturą, pisze
0 fundamentalnej roli języka oraz o różnicy między statusem a rolą społeczną. Przy­
pomina też, że fakt, iż antropologia kładzie nacisk na to, co publiczne i społeczne,
nie oznacza, że nie istnieje czy nie liczy się to, co prywatne. Autor przedstawia różne
poziomy organizacji społecznej, pisze o normach i kontroli społecznej, socjaliza­
cji, etapach życia i rytuałach przejścia. Analizując przykłady z Afryki Zachodniej
1 z Karaibów, pokazuje różnice pomiędzy strukturami gospodarstw domowych, któ­
re mogą, według niego, rzucić światło na różnice między całymi społeczeństwami.
W rozdziale „Osoba i społeczeństwo” skupia się na takich zagadnieniach, jak struk­
tura, organizacja, systemy społeczne i sieci, w tym sieci bez lokalizacji, jak Internet.
Jednym z walorów książki jest to, że autor pisząc o klasycznych zagadnieniach
antropologicznych, nie ogranicza się tylko do przykładów odległych w czasie i prze­
strzeni. Omawia trobriandzki rytuał kula, potlacz czy magurski kult przodków, ale
przywołuje też rytuały nasze, zachodnie, współczesne. Podejmując kwestie płci,
wieku i władzy w społecznościach odległych, nie zapomina o społeczeństwach nam
bliskich. Pisząc o seksualności na egzotycznych wyspach, wspomina też o homo­
seksualistach w Norwegii, a rozważając kwestie klas i kast w przeszłości, pisze też
o współczesnym zróżnicowaniu społecznym w Indiach. Tym samym buduje pomost
pomiędzy antropologią klasyczną i współczesną.
Bardzo ciekawe są ostatnie rozdziały poświęcone etniczności, nacjonalizmom oraz
temu, co globalne, lokalne i glokalne. Autor prowokuje do zastanowienia, czy świat
w dobie globalizacji staje się bardziej homogeniczny, zuniformizowany, czy jednak
bardziej zróżnicowany, bo kultury zaczynają wreszcie „zdawać sobie sprawę”, że są
kulturami. Pojawiają się też dylematy moralne, na przykład czy komercjalizacja afry­
kańskiej muzyki plemiennej nie niszczy jej. Albo innego rodzaju: czy każdy oby­

Recenzje i noty recenzyjne

357

watel wielokulturowego państwa powinien mieć prawo do utrzymania tożsamości
kulturowej, nawet jeśli pewne aspekty tej tożsamości (np. kary cielesne) są sprzeczne
z obowiązującym prawem tego państwa? Oto wyzwania. Świat staje się dziś coraz
bardziej skomplikowany i życie ludzkie nie jest już, jak pisze Eriksen, ani całkowicie
lokalne, ani całkowicie globalne - staje się glokalne.
Antropolodzy posługiwali się często takimi kontrastowymi parami, jak: magia
i nauka, pismo i mowa, abstrakcyjny czas linearny i czas konkretny, społeczeństwa
nowoczesne i społeczności tradycyjne. Tego typu dychotomii używano chociażby
dlatego, że ułatwiały klasyfikację zjawisk społecznych i kulturowych, choć w isto­
cie nigdy nie dostarczały satysfakcjonującego empirycznie obrazu świata. Rozdział
„Sposoby myślenia” dotyczy między innymi tych właśnie kontrastów. Już w kolej­
nym, „Wyzwanie wielu tradycji”, modelowanie dychotomiczne zostaje jednak pod­
dane krytyczne j ocenie, wskazującej na jego siłę, ale i ograniczenia.
Eriksen wciąż podkreśla, że świat jest różnorodny. Nie jest czarno-biały, jest bar­
dzo kolorowy, może miejscami szary, ale nie czarno-biały. Społeczeństwa tradycyjne
nie są takie same - na przykład dawne królestwa Indii i ludy pasterskie Afryki mają
ze sobą niewiele wspólnego. W społeczeństwach (po)nowoczesnych istnieją ogrom­
ne różnice między takimi państwami, jak Japonia, Francja i USA. „Tradycyjne”
i „nowoczesne” - to tylko typy idealne, we wszystkich społeczeństwach są obecne
zarówno elementy tradycyjne, jak i nowoczesne. Nowoczesna polityka, pieniądze
i państwo mogą współistnieć z kultami przodków, a ludzie żyjący w „nowoczesnych”
społeczeństwach mogą zachowywać cechy „tradycyjne”, jak nepotyzm, spójność na
poziomie wspólnoty czy wiara we wróżki. Zatem pojęcia „tradycja” i „nowocze­
sność” mogą być jedynie modelami do analitycznego organizowania faktów, ale
w sensie empirycznym nie znajdują uzasadnienia. Zwłaszcza w dobie globalizacji,
kiedy świat z całą pewnością nie jest już archipelagiem izolowanych kultur, a syste­
mem wielokrotnych, dynamicznych i swobodnych relacji.
Tradycyjna antropologia była skoncentrowana na analizie społeczności lokal­
nych, odizolowanych wiosek. Można je było badać za pomocą obserwacji uczestni­
czącej, ponadto społeczności lokalne ujmowano jako grupy samowystarczalne. Dziś
nikt już nie wyznaczy do analizy wyraźnie zamkniętego systemu. Kultury nie są ani
zamknięte, ani wewnętrznie jednorodne. Faktu, że taki przedmiot badań jest „nie­
trwały”, byli zresztą świadomi już Franz Boas i Bronisław Malinowski. Powstało
nawet pojęcie salvage anthopology, antropologii ratunkowej, antropologii „ocalenia
od zapomnienia”. Wiadomo bowiem było, że te kultury rychło znikną. Ludy czy ple­
miona, które antropologowie badali w okresie kolonializmu, zostały włączone, choć
w różnym stopniu, w większe systemy ekonomiczne, kulturowe i polityczne. Nie
zawsze odbyło się to tak dramatycznie, jak obawiali się badacze. U Trobriandczyków, na przykład, modernizacja doprowadziła do zmian w organizacji politycznej,
w gospodarce i polityce tożsamości, ale tradycyjny system pokrewieństwa i wymiany
rytualnej nadal funkcjonuje, choć nie mają już one takiego samego znaczenia, jak
wcześniej.
Nie ulega wątpliwości, że modernizacja pociąga za sobą nieodwracalne zmiany
kulturowe i społeczne. O ile dawniej było jasne, że antropolog bada „innych”, kultu­

358

Rezenzje i noty recenzyjne

ry obce, egzotyczne, to dziś ta granica się zatarła. Niemożliwe stało się jednoznacz­
ne rozróżnienie między „nami” (nowoczesnymi) a „nimi” (pierwotnymi). Również
rozróżnienie „swój - obcy” zaczęło stwarzać problemy. Niemiecki etnograf może
pod pewnymi względami mieć więcej wspólnego z kenijskimi przedstawicielami
klasy średniej niż z neonazistowskimi skinheadami z własnego miasteczka. Skoro
świat plemienny zanika, „inni” - główny przedmiot zainteresowań antropologów
- się „wyczerpują”. Nadchodzi czas skupienia się antropologii na własnych społe­
czeństwach. Ogólnym argumentem za badaniami „u siebie” jest fakt, że podstawowe
pytania odnoszące się do społeczeństwa i kultury dotyczą całego świata, a więc nas
wszystkich.
Poza tym, badanie „bardziej świadomych” „innych” nastręcza coraz więcej trud­
ności. Rezultaty antropologicznych dociekań są „im” już szerzej dostępne. Zmusza
to badaczy do poważnego i ostrożniejszego podejścia, niż to miało miejsce w prze­
szłości. Antropolodzy tworzą niejako historię: ich ujęcia przyczyniają się do defi­
niowania świata w określony sposób. Nie zawsze są więc już mile widziani w wielu
państwach Trzeciego Świata, które swojąhistorię współczesną chcą napisać same.
Przed antropologią stoją nowe, złożone wyzwania, zarówno na poziomie teoretycz­
nym, jak i metodologicznym. Ponieważ nie sposób dziś jasno wyznaczyć autonomicz­
nych systemów do badania, coraz więcej antropologów interesuje się studiowaniem
systemów, które nie mają określonych granic i przynależność do nich jest płynna, na
przykład szpitali, igrzysk sportowych czy społeczności internetowych. Jak pisze Eriksen: „Głównym zadaniem antropologii nie jest już odkrywanie i opisywanie obcych
sposobów życia po raz pierwszy, ale raczej zdawanie relacji z procesów zachodzących
w różnych miejscach i na różnych poziomach w systemie globalnym” (s. 307).
Eriksen przyznaje, że antropologia może nie odpowiadać na pytanie o sens życia,
ale stara się pokazać, że istnieje bardzo wiele różnych sposobów uczynienia tego ży­
cia ważnym. Badania „innych” mogą nam służyć za zwierciadło, w którym ujrzymy
nasze życie z innej perspektywy. Zobaczymy, że nasz sposób życia ma alternatywy.
Dziś „inni” są wśród nas.
Książka norweskiego antropologa to kolejna pozycja, po Antropologii Alana Bar­
narda, Antropologii kultury Wojciecha J. Burszty czy Swiecie człowieka - kwiecie
kultury Ewy Nowickiej, która zasili zapewne spis lektur obowiązkowych na kursie
antropologii. Jako lektura uzupełniająca z powodzeniem sprawdzi się na socjologii,
archeologii czy filozofii. Dla osób, które nie wiedzą jeszcze nic o antropologii, może
być po prostu interesującą książką, bo autor pisze prostym językiem, a naukową nar­
rację okrasza ciekawymi przykładami i anegdotami.
Dzięki indeksowi i klarownemu układowi treści książkę można czytać selektyw­
nie, wyszukując tylko interesujące nas zagadnienia. By jednak pełniej zrozumieć
antropologię jako dyscyplinę, warto ją przeczytać w całości. Książkę wzbogaca kil­
kanaście ramek, w których umieszczono biogramy wybitnych antropologów lub do­
pełnienia poruszanych zagadnień, jak: kanibalizm, zmysły, „anomalie etniczne” czy
kluczowe debaty w antropologii. Niestety, są też niedopatrzenia, na przykład autor
kilkakrotnie powołuje się na jakąś pozycję, umieszcza przypis, ale nie podaje jej
w bibliografii (np. Giddens 2001 - na s. 145 i 314 czy Ingold 1996 - na s. 103).

Recenzje i noty recenzyjne

359

Dla bardziej zaawansowanych czytelników Małe miejsca, wielkie sprawy mogą
okazać się zbyt „powierzchowne”. Jest to jednak pozycja przekrojowa, z założenia
poruszająca bardzo wiele zagadnień, taki jest jej cel - wprowadzenie. Jeśli ktoś chce
swoją wiedzę pogłębiać, może sięgnąć do sugerowanych na końcu każdego rozdziału
dalszych lektur.

Anna Jawor

Krzysztof P i ą t k o w s k i , Mit - Historia - Pamięć. Kulturowe konteksty antropologii/etnologii, Łódź: Dom Wydawniczy Księży Młyn 2011, ss. 300, ISBN:
978-83-7729-083-5.

Nie chcę przymykać oczu nafakty,
lecz nie mogą one przesłonić mijasności myślenia
Krzysztof Piątkowski

Książka Krzysztofa Piątkowskiego należy do gatunku tych dzieł, które należy
czytać w całości, od początku do końca. Jest w niej pewien zamysł i projekt, nieśmia­
ło prześwitujący przez główną narrację. Zwróćmy uwagę na wprowadzenie. Mamy
w nim do czynienia z kolejnym streszczeniem historii antropologii XX wieku. Jest
tam oczywiście zestawienie sprzeczności klasycznych antropologów, ocierający się
0 fetyszyzm podział na nich - starych badaczy, reprezentujących dominującą kulturę
europejską monografistów, oraz na nas, z tym, że owo „nas” znika w postmoder­
nistycznym dyskursie o nieokreśloności znaku, zaniku jednej dominującej prawdy
1 nieskończenie multiplikowanej estetyzacji. Początkowo czytelnik może mieć wra­
żenie, że antropologia boi się tego, co zobaczyła za wyważonymi przez postmoder­
nizm drzwiami, zza których wyziera horyzont polityczności i zaangażowania. Czy
nie potwierdza się to w uporczywym cytowaniu balijskich doświadczeń Geertza,
gdzie amerykański badacz po raz pierwszy w dziejach antropologii wyraźnie zajmu­
je stanowisko? Jak autor podkreśla za Malinowskim, antropologię należy robić, a nie
o niej mówić (s. 14).
Na czym jednak to robienie antropologii miałoby polegać? Przede wszystkim na
oddaleniu wulgarnie materialistycznego paradygmatu rzeczy jako rzeczywistości sa­
mych w sobie i oddzieleniu, jakiego dokonuje z jednej strony estetyka, a z drugiej
semiologia, pomiędzy znakiem i przedmiotem odniesienia. Główny kontekst antro­
pologii, czyli odpowiedniość pomiędzy znakiem i rzeczą, zdaniem Piątkowskiego,
rozdziela się i rozpuszcza w trakcie historycznego stawania się, od bezpośredniego
uprawomocnienia rzeczywistości w Bogu, jak w średniowieczu, aż po swoiste roz­
puszczenie się podmiotowości w obrazach (Foucaultowska „śmierć człowieka”).
Antropologia, według Krzysztofa Piątkowskiego, miałaby rejestrować takie obra­
zy w ich kulturowych kontekstach, które są jednocześnie horyzontem ich możliwości
istnienia. Dzięki oderwaniu obrazu od jego standardowego odniesienia w rzeczywi­

360

Rezenzje i noty recenzyjne

stości i potwierdzenia w podmiocie stają się one rzeczywistością samą dla siebie, któ­
rej jedynym gwarantem jest inny obraz w ciągu symulakrycznej reprodukcji. Obrazy
zbliżają się do tego, co zwykliśmy rozumieć pod pojęciem symbolu. W takim ujęciu
symbol byłby funkcją obrazu (albo odwrotnie) i jego realność uzależniona byłaby od
logiki odniesienia do interpretanta, niekoniecznie związanego z podmiotem. Zarów­
no obraz, jak i symbol odna jdywałyby swój punkt odniesienia w innym obrazie/symbolu i zarazem w nieskończonym ruchu interpretacji, w którym tylko cięcie w postaci
podmiotu ostatecznie może zamknąć ciąg tej hermeneutyki. Podmiot, o jaki chodzi,
to oczywiście antropolog, i tutaj, myślę, Piątkowski odnajduje jego rolę. Autor pisze:
„choć kamera nie wytwarza indywidualnego, swoistego punktu widzenia, to potrafi
w pewien sposób «wejść w grę» z dystansem wobec rzeczywistości. W tym sensie
praktyka audiowizualna przypomina doświadczenie antropologiczne” (s. 16).
Pozostając w kręgu metafor audiowizualnych, powiedzieć można, że autor sy­
tuuje się niejako na poziomie „montażu” obrazu antropologicznego, interesuje go,
co sprawia, że dany symbol nasycił się akurat takim znaczeniem. Co stoi u podłoża
rozumienia się ludzi bez słów? Kiedy, przy wtórze porozumiewawczego kiwnięcia
głową, przywołując dany obraz, nie trzeba opatrywać go komentarzem? Piątkow­
ski zdaje się delikatnie suponować podwaliny pod nowy rodzaj antropologii, już nie
zajmującej się własnym stylem, krytyką klasycznych tekstów czy udawaniem, że
w przeciągu ostatnich 50. lat nic się nie zmieniło. Antropologia kontekstowa, bo tak
ma się nazywać projekt sygnujący książkę, zdaje się w ogólnej formie jeszcze raz
powracać do znanej analizy mrugnięć Geertza. Już nie sam opis gęsty jest tutaj przed­
miotem, ale to, co zjawia się jako jego tło, i chodzi o obszar, który zdradza się w za­
obserwowanym mrugnięciu, nieznacznym geście, „krótkim spięciu” rzeczywistości.
By cokolwiek móc powiedzieć o rzeczywistości stojącej za „mrugnięciem”, trze­
ba móc cokolwiek powiedzieć o rzeczywistości. Spośród programowo wyznaczo­
nych ujęć rzeczywistości Krzysztof Piątkowski lokuje się po stronie konstruktywi­
zmu, rozumianego tutaj jako sposób kulturowego „ustawienia” się wobec rzeczy.
Spór o status rzeczywistości oglądanej przez antropologów zostaje sprowadzony
do opozycji pomiędzy realistami a konstruktywistami. Pierwsi twierdzą, że rzeczy­
wistość jest gdzieś „tam”, ale jeszcze nie znaleźliśmy sposobu, żeby ją adekwatnie
przedstawić, natomiast drudzy, w swojej skrajnej wersji, idą pod ramię z radykal­
nymi postmodemistami postulującymi istnienie rzeczywistości tylko w jej szcze­
gólnych, kulturowych przejawach. Autor, choć deklaruje się jako konstruktywista,
w jakiś sposób przyjmuje pewne założenia realizmu. Doskonale wiemy, że rzeczywi­
stość jest społecznym kontraktem, istnieje jednak gdzieś jej gwarant, niekoniecznie
lokujący się w rzeczach. Innymi słowy, konstruktywizm Piątkowskiego akceptuje
tekstualny charakter świata, jednak wierzy w istnienie czegoś, co byłoby twardym,
choć niekoniecznie materialnym rdzeniem rzeczywistości. Postmodernizm w antro­
pologii „pobrudził” tekst, sprawił, że zaczęły pojawiać się w nim plamy zaburzające
jego przejrzyste odnoszenie się do rzeczywistości kulturowej, stąd możliwa, a nawet
wskazana, zbieżność literaturoznawstwa i antropologii. Skoro więc literaturoznawcy
od dawna już ćwiczą się w geografii i geologii tekstu, antropologia kontekstowa siłą
rzeczy musi przekroczyć w ich kierunku granice dyscyplin.

Recenzje i noty recenzyjne

361

Kontekst to, według Piątkowskiego, wyobrażeniowe tworzenie płaszczyzny od­
niesienia w sytuacji dialogu i spotkania. Jestbezpośredniąkonsekwencjąskierowania
uwagi na kontakt z innym podmiotem. Wyłuszczony zostaje aspekt intersubiektywny
komunikacji, kierując się w stronę świadomości kulturowej jako efektu dialektyki
podmiot - podmiot. Podstawowy punkt wyjścia kontekstowej antropologii opiera się
na zakorzenieniu w symbolicznym dziedzictwie, które tworzy płaszczyznę kulturo­
wego zjawiania się. „Teraźniejszość ciągle dyskutuje z przeszłością (poprzez realne,
bądź symboliczne, np. mityczne, odniesienia), tworzy także projekcje przyszłości”
(s. 71). Przeszłość tworzy kulturowe platformy, na których osadzone zostają osoby
w momencie kontaktu, zetknięcia się z innym. Im wyższy stopień obcości, tym inten­
sywniejsze rozpoznanie się w symbolach i obrazach przeszłości. Dlatego propozy­
cja Piątkowskiego w pełni ukazuje się przez zestawienie ze sobą literatury i estetyki
w antropologii. Literacki nacisk na dialogiczność, otwartość i polifoniczność dzieła,
zestawiony z estetyką, uzupełnia refleksyjność - skoncentrowaną na stylu i języku
- o hermeneutykę obrazu jako symbolu. Byłaby to etnografia estetyczna, gdyby nie
nacisk na historyczność jako symboliczny fundament.
Krzysztof Piątkowski powołuje się na trzy perspektywy, diachroniczne punkty mit, historię i pamięć. Pierwszy z nich - mit - rozumiany jest tutaj jako uzasadnienie,
przez co zbliża się do ideologii, jako fałszywej świadomości. Mit tworzy samouzasadniające się, uniwersalne odniesienie dla kulturowego kontekstu działania. Dlatego
też mit, jako kontekst, funkcjonuje, tworząc podwaliny pod tożsamość, a co za tym
idzie także polityczność. Przykład mitu kosowskiego, przywołany przez Piątkow­
skiego, ilustruje, jak wielkie niebezpieczeństwo polityczne stwarza traktowanie mitu
jako neutralnego światopoglądu. Musimy pamiętać, że w micie, jak w soczewce, sku­
pia się podstawowy antagonizm tworzący tożsamość grupową opartą na logice: „my
- oni”. Mit jest ideologiczny nie dlatego, że zastępuje rzeczywistość, ale dlatego,
że ją w ogóle stwarza. Antropolog winien być szczególnie wyczulony na momenty,
w których opowieść mityczna staje się podstawą tworzenia narracji o przeszłości,
innymi słowy: kiedy mit staje się historią.
Jest pewien niezbywalny punkt, w którym mitologia zbiega się z historią, rozu­
mianą jako uprawniona narracja o przeszłości. Tym punktem jest Prawda - punkt
odniesienia i punkt organizujący dla historycznej narracji. Jeżeli Eliade’owski mit
wiecznego powrotu oferuje ruch kolisty, ciągle powracający do ekscesywnego wy­
darzenia powołującego tożsamość, to należy sobie postawić pytanie: dlaczego
wydarzenie przybiera taką, a nie inną postać? Tutaj wkracza historia jako uzasadnie­
nie mitologii.
Dyskurs prawdy tożsamości, z gruntu subiektywnej, zostaje podniesiony do rangi
obiektywnej prawdy historycznej. Autor celnie wskazuje na ten niebezpieczny punkt
zborny, przekonująco przedstawiając tkwiące w nim niebezpieczeństwa. „Wszelako
między podziwem dla wielkiej poezji [romantycznej - M.R.] a «prawdą objawioną»
mieści się cała nasza wyobraźnia, całe niebo i piekło Polaków” (s. 133). Dochodzimy
tutaj znowu do momentu cięcia, w którym Piątkowski konfrontuje nas z tym, co za­
czyna przeświecać zza wyważonych drzwi, wstrzymuje się jednak przed ich przekro­
czeniem. Sam precyzyjnie wskazuje ten otwarty horyzont: „«Nie ma faktów, sątylko

362

Rezenzje i noty recenzyjne

interpretacje», ale co ma być odniesieniem interpretacji, jeśli nie fakt? Rzecz (przed­
miot) podsuwa nam kryteria do interpretacji” (s. 115). Można odnieść wrażenie, że
celowo zatrzymuje się w pół drogi, by pozostać w obszarze kontekstualnym, jednak
sfera praktyki społecznej, kultury w działaniu, dopomina się o swoje prawa. Wszak
jej konteksty są tylko nadbudową, i do tego twierdzenia prowadzi wprost tok wywo­
du. Kiedy więc Piątkowski przyznaje rację Nietzschemu, w stwierdzeniach będących
podstawą konstruktywizmu, aż prosi się, by pójść dalej tą drogą i przyjąć je w pełni.
Taka perspektywa w konfrontacji z tożsamościąjuż nie „dzikiego”, a Europejczyka,
Polaka, podważa ustalone, esencjalistyczne jej fundamenty.
Zadziwiające, jak łatwo antropolodzy zgadzają się co do konstruktywistycznego
charakteru kultury obcych i jak jednocześnie, nieświadomie, pozostawiają w starych,
dobrych ramach klasyczne założenia naturalności i niezmienności kultury własnej.
Antropologia za wyważonymi przez postmodernizm drzwiami zobaczyła wycelo­
wany w siebie konstruktywistyczny palec. Po przełomie musieliśmy przyznać, że
nie tylko kultura obcych jest ideologiczna jako forma zafałszowania rzeczywistości,
ale jest taką także nasza kultura. Dlaczego, z kompulsywną wręcz werwą, antropolo­
gia zajęła się swoimi klasykami? Dlatego, że ich kryteria uzasadniające traktowanie
innego jako ciekawego i egzotycznego przedmiotu równie dobrze stosują się wzglę­
dem naszej kultury. Zobaczyliśmy, jak łatwo jest przenieść twierdzenia klasyków na
naszą kulturę, i to, być może, nas przeraziło.
Książka Krzysztofa Piątkowskiego posiada prześwity, które wytrącają jej od­
czytanie z przewidywalnych torów. Projekt antropologii kontekstowej, która - jak
chce autor - miałaby pełnić misję przygotowywania ludzi do współistnienia, jest
wielce interesujący. Na tle wcieleń zbanalizowanego postmodernizmu w antropolo­
gii i miernej autoetnografii, propozycja Piątkowskiego jawi się jako odświeżający
intelektualny powiew, i tak należy ją odczytywać. Choć w kilku miejscach recenzja
ocierała się o krytykę, to nie powinno to przekreślać wartości książki. Tylko uważna
lektura pozwoli dostrzec w niej subtelne sugestie dotyczące teorii i sposobu, w jaki
można dzisiaj pisać antropologię. „Przyszłość nie kroi się w postaci homogenizacji
kulturowego świata - jak wieszczono jeszcze niedawno. Czeka nas raczej współist­
nienie niejednorodnych wspólnot wielokulturowych, gdzie różnice się nie zniwelują,
lecz będą się ostro konfrontować” (s. 273), a jak mówi niemieckie przysłowie: „zo­
stań moim przyjacielem albo urwę ci głowę”.

Michał Rauszer

Recenzje i noty recenzyjne

363

Ewa F r y ś - P i e t r a s z k o w a , Anna S p i s s (red.), Etnografowie i ludoznaw­
cy polscy. Sylwetki, szkice biograficzne, t. 2, Wrocław, Kraków: Polskie Towarzy­
stwo Ludoznawcze 2007, ss. XV, 392, ISBN 978-83-87266-96-7; Anna S p i s s ,
Zofia S z r o m b a - R y s o w a (red.), Etnografowie i ludoznawcy polscy. Sylwetki,
szkice biograficzne, t. 3, Wrocław, Kraków: Polskie Towarzystwo Ludoznawcze
2010, ss. XXI, 282, ISBN 978-83-87266-28-8.
Kiedy w 2002 roku ukazał się tom 1. Etnografów i ludoznawców polskich, znakomitąjego recenzję zamieścił w „Ludzie” (87: 2003, s. 314-317) Roman Bąk. Przy­
pomniano w niej między innymi złożoną historię, jaką to opracowanie przeszło od
chwili pojawienia się pomysłu (w 1977 r.) do szczęśliwego wydania pierwszej czę­
ści, zaś wśród wielu komplementów oraz drobnych uwag krytycznych znalazł się
też postulat, aby doczekało się ono w przyszłości piękniejszej, bardziej „dostojnej”
szaty graficznej. Owo „marzenie”, jak określił je recenzent, wydaje się jednak mniej
istotne w zestawieniu z faktem, iż prace nad tym, pod wieloma względami wyjątko­
wym słownikiem biograficznym kontynuowano, czego dowodem są dwa kolejne jego
tomy. Przypomnijmy zatem, że interesujące nas dzieło realizowano poza strukturami
instytucji naukowych, dzięki bezinteresownej - misjonarskiej wręcz pracy członków
krakowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Wspomnieć w tym
miejscu należy o dr Ewie Fryś-Pietraszkowej, współredaktorce 1. i 2. tomu (zmarła
w 2008 r.), dr Annie Kowalskiej-Lewickiej, współredaktorce 1. tomu (zmar­
ła w 2009 r.) oraz dr Annie Spiss, współredaktorce wszystkich trzech tomów, a także
doc. dr hab. Zofii Szrombie-Rysowej, współredaktorce tomu 3. Wspomniane Panie nie
tylko podjęły się żmudnych procedur redakcyjnych, ale potrafiły też „zarazić” twór­
czym entuzjazmem autorów opracowywanych biogramów, wiele instytucji nauko­
wych, które bezpłatnie udostępniły materiały ikonograficzne, recenzentów poszczegól­
nych tomów słownika oraz wybitnego biografa prof. dr. hab. Wiesława Bieńkowskiego,
który ową inicjatywę podjął się „namaścić” wymogami profesjonalnej biografistyki.
Wszystkie z wymienionych prac wykonywano społecznie.
Wydany w 2007 roku tom 2. Etnografów i ludoznawców polskich zawiera sto
dziesięć biogramów, opracowanych przez osiemdziesięciu dziewięciu autorów.
W tomie 3. zaś, wydanym w 2010 roku, odnajdujemy odpowiednio pięćdziesiąt dwa
biogramy oraz jeden suplement (do biogramu Suli/Sary Benet z tomu 1.), przygoto­
wane przez czterdziestu dwóch autorów.
Podobnie jak w tomie 1. słownika, tak w dwóch kolejnych częściach przyjęto tak
zwany holenderski system układu haseł - w każdym z nich biogramy ułożone są alfa­
betycznie, poczynając od „A” i kończąc na „Z”. Taki wzorzec pozwala na publikowanie
kolejnego tomu, kiedy odpowiednia liczba biogramów jest już gotowa do druku. Stąd
też właśnie w tomie 2. i 3. znajdujemy biogramy osób, których działalność przypadała
na XIX lub przełom XIX i XX wieku, między innymi H. Biegeleisena, M. Czaplickiej,
A. Derewińskiej, M. Federowskiego, M. Gralewskiego, B. Hoffa, O. Kolberga, J. Konop­
ki, I. Kopemickiego, W. Nehringa, W. Szkolnika, W. Weryho (w tomie 2.), L. Barszczew­
skiego, J. Brandta, F. Ceynowy, J. Lompy, W. Sutora (w tomie 3.), a więc rzec można

364

Rezenzje i noty recenzyjne

pionierów ludoznawstwa, jak i późniejszych kontynuatorów tej pięknej idei, związanych
już z naukowym uprawianiem etnografii/etnologii w pierwszej połowie wieku XX (m.in.
S. Ciszewski, A. Fiszer, B. Malinowski, S. Poniatowski), ale też uczonych, których dzia­
łalność przypada na drugą połowę ubiegłego stulecia (m.in. J. Olędzki, A.K. Paluch,
E. Pietraszek, D. Tyłkowa).
Najcenniejszym bodaj walorem omawianego wydawnictwa jest to, iż wśród bio­
gramów znakomitych naukowców, których dorobek jest powszechnie znany i wcale
nierzadko szerzej już omówiony, zamieszczono życiorysy osób, których działalność
znana jest tylko lokalnie bądź zupełnie nieznana, w wielu zaś przypadkach zapo­
mniana. Dzięki takiej koncepcji słownik staje się lekturą tworzącą nie tylko obraz
rozwoju myśli naukowej związanej z etnografią/etnologią, ale również przekładania
się owych teoretycznych rozważań na konkretne realizacje, służące szerokim krę­
gom społecznym. Mam tu na myśli w szczególności muzealnictwo etnograficzne,
i to zarówno pawilonowe, jak i na wolnym powietrzu, oraz działalność regionalnych
towarzystw i domów kultury. Oto bowiem bez trudu odnajdujemy, nie zapisane gdzie
indziej, relacje mistrzów z ich uczniami, które czynią zrozumiałymi poczynania tych
ostatnich, na przykład na polu muzealnictwa w zakresie kierunku tworzenia kolekcji
muzealnych, naukowego ich opracowywania, w końcu kreacji ekspozycyjnych.
Znaczną część biogramów opracowali autorzy, którym osoby opisywane były znane,
niekiedy wręcz bliskie. Stąd wiele z opracowań wymyka się szablonowemu ujęciu bio­
grafii i tworzy barwny, nasycony emocjonalnie przekaz, pełen ciekawych szczegółów.
Odwołam się tu raz jeszcze do recenzji Romana Bąka, który ową „niesubordynację” ko­
mentował następująco: „Smakowicie czyta się te portrety. Smakowicie mimo ich zwię­
złości... Tym niemniej bodaj po raz pierwszy twórcy współczesnej etnografii/etnologii,
zwykle «ukryci» za swoim dziełem, pokazani zostali w pełni swoich dokonań i losów.
Abywały one rzeczywiście niezwykłe”. Już taka rekomendacja jest wystarczającą zachę­
tą do lektury recenzowanych 2. i 3. tomu Etnografów i ludoznawców polskich. Ponadto
w dobie wszechobecnej, ulotnej, tchnącej niekiedy bylejakością informacji elektronicz­
nej, powstało dzieło trwałe, stanowiące manifestację solidarności środowiska, które pa­
mięć o sobie potrafiło ubrać w najbardziej szlachetną formę.

Jan Swięch

Barbara B a z i e l i c h (red.), Ludowe tradycje. Dziedzictwo kulturowe lud­
ności rodzimej w granicach województwa śląskiego, Wrocław, Katowice: Polskie
Towarzystwo Ludoznawcze, Muzeum Śląskie 2009, ss. 299, 167 il., ISBN 978­
-83-87266-08-0.
Praca Ludowe tradycje... jest popularnonaukową monografią, przygotowaną
(z dwoma wyjątkami) przez pracowników Muzeum Śląskiego w Katowicach. Zapo­
wiadany w tytule zasięg - województwo śląskie obejmuje kilka regionów. W kręgu
zainteresowań autorów poszczególnych artykułów znalazł się Górny Śląsk, obszar

Recenzje i noty recenzyjne

365

przemysłowy oraz regiony jeszcze w dużej mierze tradycyjne, jak wsie Beskidu Ślą­
skiego i Żywieckiego. Należy zwrócić uwagę na podkreślone zawężenie zaintereso­
wania do „ludności rodzimej”, co oznacza, że nie uwzględniono osadników po 1945
roku. O kłopotach autorów przy przedstawianiu niezbyt porównywalnych obszarów
napiszę dalej. Może trochę pomogłyby tu choćby konturowe mapy.
Teksty opracowań zostały oparte na dwóch typach źródeł: „zastanych” - tu się­
gnięto do bardzo bogatej literatury, odnoszącej się do poszczególnych, analizowanych
działów kultury, oraz „wywołanych” materiałach, zgromadzonych w czasie badań te­
renowych. Źródłem dodatkowym były opisy eksponatów znajdujących się w muzeum.
Czas opisywanych procesów i zjawisk obejmuje wiek XIX i XX, w niektórych
wypadkach także początek wieku XXI. Wszystkie teksty są wzbogacone licznymi,
ciekawymi ilustracjami.
Podkreślając walory opracowania, warto zwrócić uwagę na bardzo dobre, czasem
wręcz drobiazgowe opisy dokumentujące dane działy kultury (np. za wzorowe uwa­
żam opracowanie rolnictwa, autorstwa Tomasza Liboski). Na uwagę zasługuje też
rozdział o zespołach folklorystycznych - Krystyna Kaczko, pokazując współczesną
aktywność kulturalną opartą na tradycjach folklorystycznych Śląska, tworzy jakby
klamrę spinającą opisy tradycji (od XIX w.) ze współczesnością.
Do omawianej monografii można jednak mieć szereg zastrzeżeń. Chyba naj­
ważniejszym, natury ogólnej, jest połączenie w jednym tomie i w poszczególnych
artykułach tak różnych obszarów, jak przemysłowy Górny Śląsk i tak zwany „Zie­
lony Śląsk” - regiony górskie Żywiecczyzny czy Cieszyńskiego. Wydaje mi się to
bardziej „winą” redaktorki niż samych autorów. W niektórych rozdziałach brak też
prawie zupełnie materiałów z badań terenowych.
Kończąc uwagi ogólne, chcę podkreślić bardzo staranne i ładne edytorsko przy­
gotowanie książki. Tom, jako praca zbiorowa i w założeniu popularnonaukowa, ma
układ przejrzysty, a poszczególne artykuły prowadzą czytelnika poprzez kulturę opi­
sywanych regionów. Pracę poprzedza krótki wstęp Barbary Bazielich, sygnalizujący
zawartość opracowania. Autorka zwraca w nim uwagę na trudności związane z obec­
nym zasięgiem administracyjnym województwa śląskiego i konieczność łącznego
opisywania różnych obszarów przemysłowych Górnego Śląska i terenów górskich
Beskidów. Ważny jest kolejny tekst - Ireny Bukowskiej-Floreńskiej, Dziedzictwo
społeczno-kulturowe. Mówi on o uwarunkowaniach historycznych i geograficznych
ksztahowania się i przemian kultury ludowej i plebejskiej oraz o zmienności granic
pojęcia „śląskości”. Podkreśla też odmienność warunków życia na tym niejednoli­
tym obszarze, uwzględniając specyfikę Górnego Śląska. Według autorki, wpłynęło
to na zróżnicowanie zachowań ludycznych i działalność stowarzyszeń lokalnych.
W kolejnych artykułach zostały podjęte różne aspekty analizowanej rzeczywistości.
Charakterystyką ziemiaństwa górnośląskiego, z uwzględnieniem przynależności
narodowej: polskiej i niemieckiej, oraz jego wpływu na kulturę ludową wsi zajęła się
Wiesława Korzeniowska. Zwraca ona uwagę między innymi na organizowanie przez nie­
których przedstawicieli ziemiaństwa infrastruktury kulturalnej i społecznej wsi (szkoły,
biblioteki, orkiestry itp.). Większość tych działań wiąże z początkiem XX wieku. Nie
w pełni uzasadniony wydaje się optymizm autorki - kontakty nie zawsze wyglądały tak

366

Rezenzje i noty recenzyjne

„różowo”. Po procesie uwłaszczeniowym, jak wiadomo, miały miejsce liczne konflikty,
a rozliczenia pouwłaszczeniowe prowadziły do wielu problemów społecznych.
Tekst Ireny Bukowskiej-Floreńskiej, Rola rodziny w społeczności, wprowadza
w problematykę społeczną. Autorka podkreśla różne warunki życia, a więc i kultu­
ry rodzin wiejskich oraz robotniczych, żyjących w osadach fabrycznych i kopalnia­
nych. Uwzględniając to zróżnicowanie (ale nie w pełnym zakresie), opisuje życie
rodziny: zwyczaje narodzinowe, zawieranie małżeństw, wychowanie dzieci, ciekawe
formy zagospodarowania czasu, a także formy świętowania.
Tomasz Liboska, artykułem Tradycyjne rolnictwo, otwiera część tekstów opartych na
zbiorach muzealnych i związanych z tematem badaniach terenowych. Autor rozpoczyna
ważnym stwierdzeniem, że obszar Śląska nie różnił się od innych ziem aż do przełomu
XVflI i XIX wieku, a zróżnicowanie było efektem rewolucji przemysłowej, wydziela­
jącej Górny Śląsk jako okręg przemysłowy. W opracowaniu zostały podkreślone ważne
cezury czasowe (do drugiej połowy XVIII w., od końca XIX w. do I wojny światowej,
międzywojnie, po 1945 r.), zwraca ono też uwagę na etapy modernizowania się narzędzi
i technik rolniczych w poszczególnych okresach. Szczegółowe opisy zostały oparte na
zbiorach muzealnych, badaniach w terenie i literaturze przedmiotu.
Barbara Heidenreich, w tekście Budownictwo wiejskie, przypomina, że zaintere­
sowanie budownictwem ludowym sięga końca XVIII wieku, a w XIX i na początku
XX wieku prace polskich i niemieckich badaczy ukazywały się w wielu publikacjach
zbiorowych i czasopismach. Analizując zróżnicowanie omawianego obszaru, stwier­
dza, że drewniane, tradycyjne budownictwo ludowe na Górnym Śląsku zanikło, nato­
miast na terenach górskich województwa śląskiego (szczególnie w Beskidach) wystę­
puje jeszcze często. Podobnie przedstawia się sytuacja z kapliczkami i budownictwem
sakralnym. Autorka opisuje dom mieszkalny, budynki gospodarcze, techniki. Odsyła
do literatury przedmiotu, brak tu jednak „żywej” dokumentacji z badań terenowych.
Innym mankamentem jest bardzo duże ujednolicenie podawanych nazw gwarowych
(a jest literatura na ten temat, np. opracowania J. Basary, J. Siatkowskiego).
W artykule Wnętrza mieszkalne. Meble. Sprzęty, Irena Białas zwraca uwagę na
przełom w zagospodarowaniu przestrzeni chałupy chłopskiej (później „familoki”
w osadach fabrycznych), jakim było uprzemysłowienie Górnego Śląska z końcem
XVIII i początkiem XIX wieku. Były to zmiany w samym budownictwie wiejskim
(a w konsekwencji rozbudowa i inne rozplanowanie wnętrza). W XIX wieku nasilił
się też wpływ wzorów miejskich. Meble, w XIX wieku wytwarzane jeszcze głównie
przez stolarzy wiejskich i małomiasteczkowych, w wieku XX często sąjuż fabrycz­
ne. Interesująca jest wzmianka, że najszybciej zanikały sprzęty malowane.
Damian Adamczak w opracowaniu Rzemiosło i rękodzieło ludowe pisze, że wy­
roby drobnej wytwórczości rzemieślniczej i przemysłu domowego w XIX wieku
sprzedawano głównie na targach i jarmarkach. Wiek XX to czas zanikania drobnej
wytwórczości. Autor, opierając się na literaturze i zbiorach muzealnych, omawia ta­
kie zawody, jak ciesielstwo, bednarstwo, stolarstwo, kołodziejstwo, garbarstwo, szew­
stwo, rymarstwo, tkactwo, plecionkarstwo, koronkarstwo, kowalstwo, garncarstwo,
młynarstwo. W poszczególnych częściach pracy odnajdujemy datowanie i lokalizację
warsztatów.

Recenzje i noty recenzyjne

367

Tekst Bożeny Kubit, Sztuka ludowa, zawiera wiele powtórzeń (podobne zagad­
nienia są podejmowane w artykułach poświęconych sprzętom drewnianym i ich
zdobnictwu, a także budownictwu). Ciekawa jest część dotycząca plastyki obrzędo­
wej, ale o tym też jest mowa w opracowaniu Doroczne zwyczaje i obrzędy. Autorka
określa czas największego rozkwitu sztuki ludowej na XIX i początek XX wieku.
Zwraca uwagę na niektóre formy nabywania wytworów, jak na przykład kupowanie
obrazów (zwykle o tematyce sakralnej) na odpustach i u wędrownych obraźników
(obrazy malowane na podstawie zdjęć ślubnych). Z wiekiem XIX wiąże też rozkwit
malarstwa na szkle oraz wycinanie z blachy sylwetek świętych, malowanych i wie­
szanych w kapliczkach i na drzewach. Zauważa, że malowanie na płótnie, szkle i pa­
pierze na początku XX wieku wyparła moda na oleodruki. Omawiając rzeźbę, zwraca
uwagę na rzeźby w kapliczkach oraz kamienne krzyże - „Bożej Męki”, występujące
głównie na Górnym Śląsku. Zajmuje się również zdobnictwem związanym z cerami­
ką, plecionkarstwem, zabawkami, instrumentami muzycznymi i kowalstwem.
Krystyna Kaczko, w artykule Plastyczna twórczość nieprofesjonalna, precyzuje
tytułowe określenie, zwracając uwagę, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat twórców
działających w jej obrębie nazywano najczęściej ludowymi, naiwnymi, niedzielnymi
czy prymitywnymi. Uważa, że żadne z tych określeń nie identyfikuje jednoznacznie
ich twórczości - prezentuje ona różny poziom artystyczny i różne formy wyrazu.
Wraz z uprzemysłowieniem na Górnym Śląsku pojawiła się w XIX wieku robotnicza
twórczość plastyczna, związana z odkryciem nowego materiału - węgla. Autorka
omawia także główne skupiska współczesnych twórców i podkreśla, że dużą rolę
w rozwoju sztuki nieprofesjonalnej mają muzea oraz liczne przeglądy i konkursy.
Barbara Bazielich, w tekście Ubiór ijego formy zdobnicze. Zróżnicowanie i prze­
miany, zwraca uwagę na zróżnicowanie świątecznego stroju ludowego, sięgające
XV-XVI wieku i rozbicia Śląska na księstwa oraz dominia. Wskazuje na znaczenie
idei odrodzenia oraz wpływ wzorów mieszczańskich i szlacheckich. Można mieć
jednak wątpliwości w odniesieniu do tej tezy, bowiem był to okres poddaństwa, a bo­
gatych, wolnych chłopów nie było zbyt wielu. Autorka stwierdza, że do początków
XX wieku odzież chłopska była prosta i z prostych tkanin. Należało chyba zazna­
czyć, że różne były ubiory codzienne i odświętne, różne także zależnie od przyna­
leżności do określonej warstwy chłopskiej. W rozdziale znalazło się omówienie tka­
nin używanych do szycia ubiorów oraz przedstawienie zróżnicowania, skupiające
się głównie na ubiorach odświętnych, z podkreśleniem bogatych strojów z regionów
Beskidów, ubiorach robotniczych z obszarów uprzemysłowionych, wreszcie elemen­
tach zdobniczych. Interesujące uwagi dotyczą ubioru osadników niemieckich z koń­
ca XIX wieku. Artykuł zawiera również ciekawe refleksje na temat żywotności ele­
mentów stroju ludowego i jego obecnej kondycji, zależnie od regionu.
Krystyna Kaczko, w kolejnym artykule, Doroczne zwyczaje i obrzędy, zwraca
uwagę na powiązanie zwyczajów i obrzędów tak z porami roku, jak i kalendarzem
świąt kościelnych. Omawia cykle: Adwent - Boże Narodzenie - Nowy Rok - kar­
nawał - zwyczaje wiosenne (w tym Wielkanoc) jako formy synkretyczne, łączące
obrzędy „kościelne” i elementy magiczne z wierzeń przedchrześcijańskich. Z obrzę­
dowości „świeckiej” (chociaż również zawierającej elementy chrześcijańskie), od­

368

Rezenzje i noty recenzyjne

najdujemy nasycony wróżbami dzień św. Andrzeja, sobótki (św. Jan), zwyczaj sta­
wiania „maja”, godzenie służby na Nowy Rok, dożynki. Omówione zostały też grupy
kolędników, przy czym uwzględniono czas i miejsce ich pojawiania się.
Agnieszka Przybyła-Dumin, w tekście Lecznictwo i wierzenia magiczne, analizu­
je wierzenia magiczne, zwracając uwagę na dobrze jeszcze zachowane przekonanie
o „zauroczeniu”, czyli rzucaniu uroków. Brak jednak przykładów z terenu. Magiczne
działania zabezpieczające, dotyczące narodzin, małżeństwa i śmierci, pokazane są
też tylko w oparciu o literaturę. Autorka uwzględnia jednak zachowania stosowane
jeszcze na co dzień (np. związane z kominiarzem, stukanie w niemalowane itp.).
W opracowaniu Tradycje kulinarne, Irena Białas podkreśla dawną samowystar­
czalność gospodarstw chłopskich w zakresie produktów używanych do przygoto­
wania posiłków. Tak było na całym obszarze aż do końca XVIII wieku. Charaktery­
styczne w tym okresie było również jedzenie potraw gotowanych. Dopiero koniec
XIX wieku wprowadził praktykę przygotowywania kanapek z chleba (do pracy,
dzieciom do szkoły). Dobór potraw był związany tak z porami roku, jak i wymaga­
niami roku kościelnego (post). Zróżnicowanie terytorialne dotyczyło natomiast, już
od początku XIX wieku, podziału na Śląsk przemysłowy i tereny górskie. Specjalne
„menu” odnosiło się również do pór roku, świąt czy wesela. Szkoda tylko, że autorka
nie zilustrowała tych stwierdzeń przykładami z terenu, zwłaszcza aktualnymi.
Krystyna Turek (.Pieśni ludowe) zajmuje się z kolei ludowymi pieśniami obrzędo­
wymi - rodzinnymi, dotyczącymi poszczególnych świąt kościelnych i związanymi
z pracą w polu (pieśni żniwne). Wyróżnia też tak zwane pieśni powszechne (koły­
sanki, liryczne) i wojskowe. Omawia specyfikę pieśni górnośląskich, uwzględniając
zróżnicowanie obszaru i podkreślając cechy charakterystyczne pieśni terenów gór­
skich. Szkoda tylko, że nie pokazano ich żywotności i dokładniejszej lokalizacji.
Artykuł Krystyny Kaczko, Zespoły folklorystyczne i ich rola w utrzymaniu trady­
cji własnego regionu, stanowi ważny akcent współczesny. Po ogólnych stwierdze­
niach o cechach folkloru i jego przechodzeniu w folkioryzm, autorka podkreśla, że
województwo śląskie jest regionem bogatym w żywy folklor (może raczej folkloryzm), a tradycje śpiewania i muzykowania sąbardzo stare (wskazuje np. na działal­
ność Towarzystw Śpiewaczych czy Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”). Ważne
jest podkreślenie podobieństw z innymi regionami Polski po migracjach ludności na
ten teren po 1945 roku. Żywa działalność różnych zespołów folklorystycznych jest
dokumentowana na przykład w tabelach prowadzonych od roku 1970 dla zespołów
biorących udział w dwóch przeglądach: w Chorzowie i Zebrzydowicach.
Kończący monografię tekst Marii Lipy-Kuczyńskiej, Muzea, stowarzyszenia
działające w zakresie etnografii, stanowi przegląd działalności muzeów i stowarzy­
szeń na rzecz dokumentacji i popularyzacji kultury województwa śląskiego.

Anna Szyfer

Recenzje i noty recenzyjne

369

Katarzyna M a r c o 1, Słowo i zabawa. Ustna twórczość dzieci na pograniczu
polsko-czeskim, Wrocław: Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Uniwersytet Ślą­
ski w Katowicach 2008, ss. 267, ISBN: 978-83-87266-47-9.
Badania nad folklorem charakterystycznej grupy społecznej, jaką są dzieci, się­
gają korzeniami XIX wieku. Wymienić należy tu pionierskie prace: E.B. Tylor, The
History o f Games (1879), A. Gomme, Traditional Games o f British Children (1894­
-1897), H. Carrington Bolton, The Counting-out Rhymes o f Children, their Antiquity
and Wide Distribution: A Study in Folk-lore (1888).
W Polsce początek zainteresowań spontaniczną twórczością dzieci wiąże się z ro­
kiem 1888, kiedy to na łamach „Wisły” opublikowano apel zachęcający czytelników
do rozpoczęcia akcji zbierania rymowanek dziecięcych. Jednak renesans badań nad
subkulturą dziecięcą miał miejsce dopiero w latach 70. XX stulecia, za sprawą Jerze­
go Cieślikowskiego (Wielka zabawa. Folklor dziecięcy. Wyobraźnia dziecka. Wier­
sze dla dzieci, 1967; Literatura i podkultura dziecięca, 1975) i Doroty Simonides
(Współczesna ustna twórczość dzieci, w: Poezja i dziecko, 1973; Telewizja a folklor
słowny dzieci, „Literatura Ludowa” 1974: 3; Współczesny folklor słowny dzieci i na­
stolatków, 1976; Ele mele dudki. Rymowanki dzieci śląskich. Studium folklorystycz­
ne, 1985; O współczesnych pamiętnikach dzieci. Monografia folklorystyczna, 1993).
Cieślikowski i Simonides zainicjowali w Polsce badania nad ustną twórczością dzieci
i nastolatków, eksponując kulturotwórcze walory tego repertuaru. Wcześniej badacze
kierowali się opinią że tylko osoby dorosłe mogą być twórcami i nosicielami folklo­
ru. Nie zwracali uwagi na potrzeby psychiczne dzieci, sądzili, że jedynie przejmują
one treści przekazywane przez dorosłych. Cieślikowski i Simonides udowodnili, że
dzieci miały i mają własny repertuar, w którym funkcjonują nie tylko formy archa­
iczne, ale i nowe teksty, wszystkie zaś poddawane są ciągłym innowacjom. Dzieci
nie tylko więc przejmują wzory przekazywane im przez dorosłych, ale same tworzą
teksty, które następnie przekazują sobie nawzajem. Według Doroty Simonides: „stoją
tu obok siebie archaiczne relikty z nowoczesnymi realiami” (Simonides 1985: 6).
Książkę Katarzyny Marcol o ustnej twórczości dzieci na pograniczu polsko-cze­
skim można uznać za świadomą kontynuację liczących ponad 130 lat badań nad spon­
taniczną twórczością dzieci. Autorka dowodzi ciągłości zainteresowań naukowych
repertuarem młodych twórców. Monografię tę postrzegam jako rzetelną odpowiedź
na wcześniejsze sugestie specjalistów, nie tylko postulujących kontynuację prac, ale
i upominających się o uzupełnienie rozpoczętych badań o ujęcie diachroniczne, gdyż
ogląd z perspektywy synchronicznej może okazać się niewystarczający. W ciągu
tych lat przekształceniom podlegała struktura rodziny i środowisko wychowawcze,
upowszechniły się środki masowego przekazu, między innymi Internet, zmieniły się
więc i same dzieci, a także ich zainteresowania. Wniosek jest jednoznaczny: trzy
dekady wystarczyły, by w twórczości ustnej dzieci mogło dojść do poważnych mo­
dyfikacji.
Novum książki Marcol można upatrywać w uzupełnieniu badań Jerzego Cieśli­
kowskiego, Doroty Simonides, a także Krystyny Pisarkowej o kontekst interetniczny.

370

Rezenzje i noty recenzyjne

Obszarem badań jest tu pogranicze polsko-czeskie. Folklor dzieci mieszkających po
obu stronach Olzy nie był do tej pory przedmiotem systematycznych i szczegóło­
wych badań. „Ze względu na położenie geograficzne - ocenia autorka - region ten
[Śląsk Cieszyński - B.K.] zaliczyć można do terenów kontaktowych, stykowych,
leżących na granicy między etnikami, co z kolei ma zasadniczy wpływ na procesy
kulturowe tu zachodzące” (s. 7). Cieszyńskie jest bowiem zróżnicowane pod wzglę­
dem językowym, narodowościowym i religijnym. Skomplikowane dzieje polityczne
tego regionu spowodowały, że język urzędowy zależał od władz administracyjnych
państwa, które sprawowało tu władzę, natomiast językiem „domowym” pozostawała
gwara (Labocha 1997). Poważnym wyróżnikiem pogranicza polsko-czeskiego jest
sytuacja wyznaniowa (duże skupisko wyznawców Kościoła ewangelicko-augsbur­
skiego). Luteranizm jest uważany przez mieszkańców Zaolzia za nośnik wartości
narodowych i tożsamościowych. Protestanci stanowią tu zdecydowaną większość,
jednak obok nich mieszkają wyznawcy innych religii: katolicy, do II wojny świato­
wej - Żydzi (Chmiel, Drabina, red., 2000). Tak duża różnorodność, na wielu płasz­
czyznach, nie może pozostawać bez wpływu na kwestie tożsamościowe ludności
rodzimej Śląska Cieszyńskiego. Zarysowana tu w skrócie sytuacja ma na badanym
przez Marcol obszarze poważny wpływ na ustną twórczość dzieci. Uwarunkowania
historyczne spowodowały, że współcześnie dzieci z Zaolzia w swym repertuarze za­
chowują wiele tradycyjnych tekstów przekazywanych gwarą, natomiast po polskiej
stronie Olzy dominują utwory w języku literackim, o mniejszym nacechowaniu re­
gionalnym.
„Kontekst, w jakim przekazywane są treści folklorystyczne, jest istotnym czynni­
kiem warunkującym jego funkcje, poetykę i zasób treściowy. Sytuacja folklorystycz­
na - podkreśla Marcol - wpływa znacząco także na kształt ustnej twórczości dzieci,
która rozwija się tu w odmiennych warunkach: po prawej stronie Olzy w otoczeniu
jednolitym językowo i kulturowo, na Zaolziu zaś w środowisku wielokulturowym”
(s. 7). Wyjątkowość folkloru słownego dzieci zaolziańskich polega na tym, że two­
rzony jest on i przekazywany na obszarze zróżnicowanym kulturowo. Co więcej,
twórczość małych Polaków wchodzi w interakcje z twórczością dzieci czeskich, wza­
jemnie się uzupełniając i wzbogacając, gdyż - jak wiadomo - konfrontacja różnych
zjawisk folklorystycznych sprzyja wzajemnym zapożyczeniom. Biorąc pod uwagę
sytuację zróżnicowania interetnicznego, autorka dokonuje analizy komparatystycznej materiału zebranego po obydwu stronach Olzy. Katarzyna Marcol, opierając się
na wieloletnich badaniach terenowych, nie tylko ujawnia rodowód transmitowanych
tekstów, ale również interesuje się związkami kulturowymi oraz tendencjami rozwo­
jowymi repertuaru przekazywanego w trakcie bezpośrednich kontaktów, w sytuacji
nieoficjalnej (w domu, w szkole po lekcjach, na podwórku). Tylko w takich warun­
kach możliwe jest wyzbycie się przez dzieci autocenzury.
Autorka podzieliła książkę na pięć rozdziałów. W pierwszym z nich, „Badania
własne”, jak wskazuje tytuł, przedstawia swój warsztat badawczy, pisząc o stosowa­
nych metodach oraz o trudnościach, jakie napotkała w trakcie prowadzonych badań
terenowych. Rozdział drugi poświęca specyfice społecznej, politycznej i kulturowej
Śląska Cieszyńskiego jako pogranicza etnicznego. Omawia zawiłości polityczne na

Recenzje i noty recenzyjne

371

tym obszarze, sytuację językową, wyznaniową i związane z tym problemy tożsamo­
ściowe mieszkańców. W trzeciej części książki, „Z badań nad folklorem rówieśni­
czym”, autorka koncentruje uwagę na propozycjach klasyfikacji repertuaru dzieci
oraz próbie opracowania własnej typologii. Trzon książki stanowi kolejny rozdział,
o poetyce twórczości słownej dzieci na pograniczu polsko-czeskim, w którym Marcol analizuje przykłady słownego folkloru dzieci po obu stronach Olzy, zgromadzone
podczas badań terenowych. W ostatnim rozdziale podkreśla, na czym polega od­
mienność i wyjątkowość repertuaru zaolziańskiego.
Ze względu na wielofunkcyjność twórczości dzieci jej badanie wymaga uwzględ­
nienia różnorakich założeń metodologicznych. Za nadrzędną metodę badaczka uzna­
je wywiad jawny, nieformalny, prowadzony w bezpośrednim kontakcie z informa­
torami. Nie ma on sztywnych reguł, zatem jeśli relacje są niejasne lub wymagają
uzupełnienia, można zadawać dodatkowe pytania, prosić o wyjaśnienie. Wywiad nie­
formalny daje wrażenie swobodnej rozmowy, dzięki czemu informatorzy nie stresują
się, są bardziej otwarci. Autorka stosuje też wywiady grupowe, które pozwalają uzy­
skać relacje większej liczby osób. W ich trakcie młodzi informatorzy chętniej udzie­
lają odpowiedzi, wzajemnie zachęcając się do mówienia, a wypowiedź jednej osoby
motywuje pozostałe. W zgłębieniu folkloru dziecięcego pomocny okazał się kwe­
stionariusz zawierający pytania otwarte, które dotyczą zabaw słownych i słowno-ruchowych znanych dzieciom, źródeł ich pochodzenia, kontekstu sytuacji wykonaw­
czej, partnerów zabawy, intencji i odczuć towarzyszących zabawowym czynnościom
dzieci. Dla zobiektywizowania badań Marcol zastosowała ten sam kwestionariusz po
obydwu stronach granicy.
Katarzyna Marcol, poddając analizie repertuar dzieci na pograniczu polsko­
-czeskim, stara się odpowiedzieć na kilka istotnych pytań: co w repertuarze dzieci
polskich i zaolziańskich jest tożsame? Na czym polega specyfika repertuaru zaol­
ziańskiego? Jaki wpływ na ustną twórczość dzieci ma środowisko wielokulturowe,
w którym funkcjonują teksty i ich nosiciele? Badaczka dowodzi, że folklor słowny
dzieci na pograniczu polsko-czeskim cechuje się spontaniczną żywotnością. Tezy
swe każdorazowo ilustruje wieloma przykładami. Ponadto bogactwo folkloru słow­
nego dzieci dokumentuje opracowana przez nią antologia (363 przykłady dziecię­
cych zabaw słownych, zob. Aneks, s. 229-267).
O zastosowanej w odniesieniu do zebranego materiału typologii decyduje tu kry­
terium funkcjonalne. Natomiast Simonides uporządkowała samorodną twórczość
dzieci według gatunków. Wybór innego kryterium przez Marcol wzbudza pewne za­
strzeżenia - teksty dzieci są bowiem polifunkcyjne i zazwyczaj posiadają wiele wa­
riantów. Badaczka organizuje zebrany materiał następująco: Rymowanki dla zabawy.
Wierszyki, wołanki; Rymowanki o funkcji pragmatycznej. Wyliczanki; Rymowanki
o funkcji impresywnej. Rymowanki z imionami, przezywanki, rozkazywanki, prowokanki; Zagadki; Skrętacze językowe; Adynata; Przysłowia; Opowieści komiczne;
Opowieści sensacyjne.
Autorka przypomina, że słowo pełni w repertuarze dzieci nie tylko funkcję ko­
munikacyjną, ale realizuje równocześnie potrzebę zabawy. Nie podlega wątpliwo­
ści, że konieczność zabawy odczuwają wszyscy, zabawa (także słowna) istnieje „od

372

Rezenzje i noty recenzyjne

zawsze”, jest ona jedną z naturalnych potrzeb ludzi i zarazem form ludzkiej egzy­
stencji, obok pracy i nauki. Autorka konkluduje: „owe igraszki słowne, do których
należąniewątpliwie twory folkloru słownego, sąuwolnieniem od ciężarów realności,
dają swobodę kreowania rzeczywistości według własnego poczucia piękna” (s. 103).
Prócz funkcji zabawowej (która dominuje), teksty dzieci pełnią także funkcję prag­
matyczną, jak na przykład wyliczanki, które służą wskazaniu osoby rozpoczynającej
zabawę. Są one podporządkowane konkretnym regułom gry. Teksty, przekazywane
spontanicznie w środowisku rówieśniczym, zaspokajają potrzeby estetyczne ich no­
sicieli (wyczulają na piękno języka, cieszą brzmieniem, wywołują skojarzenia, za­
skakują) oraz ekspresyjne, gdyż służą „uwolnieniu” uczuć zarówno pozytywnych,
jak i negatywnych (np. opowieści sensacyjne). Utwory o funkcji impresywnej skie­
rowane do rówieśników wywołują w nich reakcje złości lub gniewu (np. rymowan­
ki „wokół” imion). Rozwiązywanie zagadek jest dobrym ćwiczeniem umysłowym.
Teksty folkloru dziecięcego eksponują także normy i zasady panujące w grupie ró­
wieśniczej. Nawet, jeśli kreują świat „na opak” (jak adynata), to dzieci mają tego
świadomość. Potrzeba tworzenia tego typu tekstów wynika z chęci negowania spo­
łecznie obowiązujących zasad. Mali twórcy posiadają bogatą wyobraźnię i zdolności
językowe. Nie można zapominać także o odróżniająco-integrującej funkcji zabaw
słownych, charakterystycznej dla tak specyficznego terenu, jakim jest pogranicze et­
niczne.
Na uwagę zasługuje fakt, że analizę folkloru słownego dzieci wzbogaca autorka
0 wątek wpływu mediów na ich repertuar. Badania te zainicjowała Simonides w la­
tach 70. ubiegłego stulecia. W tej dziedzinie zaszły jednak poważne zmiany. Jak
ocenia Marcol: „w zabawach uwidaczniają się inspiracje kulturą popularną, która
dociera do świadomości najmłodszych za pośrednictwem środków masowego prze­
kazu, Internetu i gier komputerowych” (s. 196). W tej sytuacji mass media doprowa­
dziły do tego, że folklor słowny współczesnych dzieci jest tylko częściowo tożsamy
z repertuarem pokolenia ich rodziców. Stanowią one niewątpliwe źródło inspiracji,
wpływają też na wyobraźnię młodych odbiorców, podsuwają im gotowe wzorce
wizualne. Marcol udowadnia, że zakres inspiracji przekazami medialnymi nie jest
identyczny po obydwu stronach Olzy. Dzieci mieszkające po stronie czeskiej przed­
kładają tradycyjne formy folkloru, które przez swą żywotność są bardziej odporne
na innowacje.
Co ważne, autorka potwierdza ocenę Simonides sprzed trzydziestu laty, że „dzieci
są obecnie jedynym autentycznym środowiskiem, w obrębie którego jest tworzony
1 przekazywany folklor” (Simonides 1976: 37). Analizując współczesny repertuar
dzieci, konsekwentnie odtwarza dynamiczny obraz postrzeganego przez dzieci świa­
ta, gdyż praktycznie każde ich doświadczenie życiowe znajduje odbicie w tworzo­
nych i transmitowanych tekstach.

Bożena Kaczmarczyk

Recenzje i noty recenzyjne

373
LITERATURA

Chmiel R, Drabina J. (red.)
2000
Stosunki wyznaniowe na Śląsku Cieszyńskim od średniowiecza do
współczesności, Ratingen: Stiftung Haus Oberschlesien.
Labocha J.
1997
Polsko-czeskie pogranicze na Śląsku Cieszyńskim: zagadnienia językowe,
Kraków: Księgarnia Akademicka.
Simonides D.
1976
Współczesny folklor słowny dzieci i nastolatków, Wrocław: Państwowe
Wydawnictwo Naukowe.
1985
Ele mele dudki. Rymowanki dzieci śląskich. Studium folklorystyczne, Kato­
wice: Śląski Instytut Naukowy.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.