fdd7dd57340b1c335fcf9ec199209218.pdf

Media

Part of Czy w etnografii występują białe plamy? / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4

extracted text
CZY W ETNOGRAFII W Y S T Ę P U J Ą BIAŁE PLAMY?

Ludwik Stomma
ETNOLOGIA
Pojęcie „białych plam" jest na tyle szerokie i nieprecyzyjne, by
nie rzec koniunkturalne, że i moja odpowiedź na postawione pytania
musi być poniekąd wielowarstwowa:
1. Nie, nie było w polskim środowisku etnograficznym — i wiel­
ka chwała mu za to — „białych plam" nakazowych, wynikających
z doktrynerstwa lub oportunizmu polityczno-ideologicznego. I tak
na przykład w Katedrze Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego
pod kierownictwem Witolda Dynowskiego, a następnie Zofii Sokolewicz podejmowano, wiele lat przed dzisiejszą koniunkturą, draż­
liwą podówczas tematykę żydowską (Cała, Bartoszewski) czy łem­
kowską (Regulska). Dyskutowano problem niszczenia niemieckiej
spuścizny kulturowej na Ziemiach Zachodnich (Wieczorkowski),
subkultury więziennej (Szczepkowski) czy realnych wyznaczników
prestiżu społecznego na wsi (Ciołek)... Oczywiście, wiele ważkich
tematów o politycznym wydźwięku, których skomponować by tu
można cały katalog, podjętych nie zostało. Jest tego jednak przy­
czyną brak wyobraźni, intuicji, chęci, czasem kadr do badań, nie
zaś jakakolwiek obawa przed polityczno-cenzorską represją środo­
wiska.
2. Oczywiście — eliminowano z tematyki badań i skazywano na
przemilczenie całe szerokie sfery życia. Decydowały o tym wszakże
zupełnie inne względy.
— Po pierwsze swoista pruderia skłaniająca do dyskwalifikowa­
nia tematów „nieeleganckich", czyli „niestosownych". To ona
spowodowała, że praca Świątka o ludzie nadrabskim z końcem X I X
wieku jest ostatnim rzetelnym obrazem dnia codziennego polskiego
chłopa. W badaniach kultury wsi kręci się nadal polska etnografia
w roztańczonym do skretynienia świecie Kolberga. W latach
1945—1975 (można sprawdzić w monografii Teresy Kuleszy-Zakrzewskiej) popełniono 58 prac magisterskich o obrzędach rodzin­
nych i dorocznych wieśniaków (sam zgrzeszyłem), 33 o wierzeniach
i magii, 27 o twórczości plastycznej, 22 o stroju ludowym... A n i
jednej o życiu seksualnym, a co za tym idzie o wstydzie, gwałcie,
honorze, prostytucji, ani jednej o przemocy w stosunkach międzylu­
dzkich, o pijaństwie i jego metafizyce, o korupcji, o stosunku do
ubogich czy upośledzonych... Podobnie w pracach o środowisku
robotniczym. Czy straszno spojrzeć w chamską mordę, by czasem
własnej w niej nie odnaleźć, czy — chociaż wieki mijają — świat ma
być nadal „spokojny i wesoły"? Tak czy owak, by zrozumieć nagły,
dławiący strach, który ogarnia nas w ciemnej parczewskiej uliczce,
nie warto sięgać do dorobku polskiej etnografii. Nie będzie tam ani
cienia poszlaki.
— Po drugie zacofanie metodologiczne dyscypliny (parę jaskó­
łek wiosny nie czyni), które nie uświadomiła sobie nadal, że jej
specyfika zasadza się w sposobie spojrzenia na obiekt, a nie w formie

owegoż obiektu lub jego nieistniejącej „jakotakości". Stąd tylko na
marginesach środowiska (IS PAN, grupa „Skawiczan", Jacek
Olędzki) prowadzi się badania nad cywilizacją współczesną, nad
własnym środowiskiem dnia powszedniego. Zresztą i wśród tych
pionierów nie brakuje metologicznej naiwności, kiedy to na przy­
kład rozumie się po frazerowsku mit jako dziwactwo (praca
0 herbach szlacheckich w reklamie) lub wyprowadza hipotezy
zpozycji wartościujących (prace o pieśni strajkowej, kulcie papieża),
zapominając o podstawowej, a mało widać znanej, zasadzie, iż
etnolog dziwi się, a nie ocenia.
— Po trzecie środowisko etnograficzne w Polsce żyje lub
cynicznie udaje, że żyje w poczuciu ciągłego zagrożenia. Stąd
przymus solidarności i kategoryczny zakaz kalania gniazda. Z bie­
giem lat wytrzebiły one — i to jest dla mnie największa i najgroźniej
sza biała plama polskiej etnografii — wszelką dyskusję wewnątrzśrodowiskową, nie mówiąc już o krytyce traktowanej niczym
wynoszenie brudnej bielizny na zewnątrz. Byle ciszej nad trumną.
Dam dwa przykłady:
a. W 1953 obroniona została na U M K praca magisterska:
„Narzędzia rolnicze od kija do traktora", w 1966 na UJ: „Rogatyw­
ka jako forma ludowego nakrycia głowy w Polsce na tle porównaw­
czym rogatywek Eurazji", w 1968 na UWBB: „Analiza kultu
niedźwiedzia w świetle wierzeń i obrzędów ludowych w Polsce
z uwzględnieniem genezy tego kultu u ludów totemicznych"...
Dzięki Bogu, że śmieszność nie zabija gdyż nie życzę nikomu
przedwczesnego zejścia. Faktem jest jednak również, że nie podniósł
się żaden głos protestu, czy choćby dobrotliwego zdumienia.
b. Trwa i pogłębia się proces negatywnego doboru kadr w klu­
czowych teoretycznych ośrodkach dyscypliny. Nie tak dawno jedną
z najbardziej w Polsce zasłużonych etnograficznych katedr uniwer­
syteckich objęła osoba pozbawiona minimum wiedzy i formacji
antropologicznej, zrzucona tam na spadochronie przyjacielsko-środowiskowych układów. I oczywiście układy owe okazały się
1 okazują nadal ważniejsze od dobra dyscypliny, kompetencji
naukowej, odpowiedzialności dydaktycznej. I cisza znów.
W tej sytuacji nie wierzę, aby, prócz indywidualnych przedsię­
wzięć, była polska etnografia w stanie podjąć tematy nowe, twórcze,
dotąd zapoznawane. Konieczne byłoby do tego głębokie przekształ­
cenie jej dyspozycyjnych placówek. Musieliby odejść jedni, trzeba
byłoby znaleźć drugich. Problem w tym jednak, że lata bez krytyki,
bez konfrontacji z czołówką, spędzone w ciepłej tolerancji przyczynkarstwa i miernoty wprawiły środowisko w dobroduszne samo­
uwielbienie. Niniejsza odpowiedź na pytanie redakcji oburzy więc co
najwyżej mandarynów dyscypliny. Do refleksji jednak nie skłoni.
Tak. Białą plamą polskiej etnografii jest LUSTRO.

Antoni Kroh
SZTUKA LUDOWA
„Białe plamy" — to drwiące określenie przeszło ciekawą ewolu­
cję w publicystyce lat osiemdziesiątych. Na początku sprawa była
jasna: „białe plamy" to fakty i zjawiska historyczne, zwłaszcza
z historii najnowszej, oficjalnie przemilczane z przyczyn politycz­
nych lub pseudopolitycznych, lecz przechowywane w świadomości

społecznej i przekazywane z pokolenia na pokolenie, często w formie
mitów. Podając cały szereg oczywistych argumentów, żądano
usuwania „białych plam" z podręczników historii, z planów wydaw­
niczych, z desek scenicznych. Rozpoczęła się szeroka dyskusja. Nikt,
broń Boże, nie podważał słuszności owych żądań, ale rzecz charakte-

205

rystyczna: pojęcie „białych plam" zaczęło szybko tracić na precyzji
(nie samo z siebie, oczywiście). Rozmyć, rozwodnić, utopić w gada­
ninie. Pisze się już o białych plamach na usługowej mapie osiedla,
o białych plamach w gazyfikacji kraju itp. Jednocześnie — podczas
usuwania białych plam zaczęły się dziać rzeczy zabawne. Na
przykład trzy oficjalne przekłady pamiętnego zdania ministra
Mołotowa z września 1939 roku. Wszystkie trzy pokrętne. „Białe
plamy" obrosły już w dodatkową frazeologię, w dowcipy: pisze się
0 wywabianiu (?) białych plam, przestrzega się, aby nie dopuścić do
zamalowania białych plam na szaro, na czerwono, na czarno; biała
plama — to ironiczny epitet, jakim ostatnio obdarza się człowieka
z mroczną przeszłością polityczną. Odnoszę wrażenie, że dzieje
publicznej dyskusji nad białymi plamami to nasza najnowsza biała
plama. Temat do ciekawej i pouczającej rozprawki.
Zaproszony do dyskusji nad „białymi plamami" w sztuce
ludowej, musiałem porzucić wygodny punkt widzenia outsidera,
przedstawiony powyżej i zabrać się do roboty. Najpierw postanowi­
łem spisać na karteczce wszystkie tematy tabu, jakie mi tylko przyjdą
do głowy. Główna trudność polegała na tym, że musiałem owe
tematy wymyślać, same jakoś do głowy nie przychodziły. Współpra­
cuję z „Polską Sztuką Ludową", od dwudziestu lat; gdyby w ciągu
tego czasu chociaż raz nie „puszczono" mi jakiegoś tekstu z przy­
czyn politycznych, byłoby mi dzisiaj o wiele łatwiej wsadzić na głowę
rycerski szyszak z pióropuszem i ruszyć do walki o wolność-słowa,
skoro już wolno. Niestety, tak się nie stało. Więc teraz zwyczajne
poczucie przyzwoitości zmusza, abym rozpoczął wypełnianie etno­
graficznych białych plam od siebie.
Przekonać się, że jakiś temat jest aktualnie tabu, można w jeden
jedyny sposób: opracować go i złożyć do druku. Wszelkie inne
sposoby są zawodne. Autor nie jest od zgadywania, co w tym roku
pójdzie, a co nie. Autor ma zdobyć się na odrobinę godności i pisać,
jak potrafi najlepiej. To wszystko. Nie ma co się sugerować tzw.
polityką kulturalną, która tańczy raz do pieca, raz od pieca
1 niepodobna jej prognozować, zwłaszcza na przeciąg pięciu-sześciu
lat, bo tyle teraz wynosi cykl produkcyjny książki. Można natomiast
na nią wpływać, a to w jeden jedyny sposób — poprzez aktywność
twórczą humanistów, w tym wypadku etnografów. Mówię, bom
smutny i sam pełen winy. Weźmy dla przykładu temat: HUCULSZC Z Y Z N A W K U L T U R Z E POLSKIEJ. Dwadzieścia kilka lat
temu, gdy kończyłem studia, był to temat absolutnie tabu. Czy
absolutnie? Gdybym wówczas, nie oglądając się na nic, zabrał się do
pisania książki pod takim tytułem, z pewnością udałoby mi się tu
i tam opublikować fragmenty pracy, zwróciłbym na siebie uwagę,
z wielką radością pomogliby mi ludzie, którzy dzisiaj już nie żyją,
stałbym się w tej dziedzinie specem, a teraz niejedno wydawnictwo
przyjęłoby maszynopis z pocałowaniem ręki. Kogóż miałbym
obwiniać o to, że tak się nie stało? Kolejnych ministrów kultury,
cenzorów, funkcjonariuszy partyjnych? Nie, tylko samego siebie.
Nie ma co sprawy demonizować: zainteresowanie Huculszczyzną
nie zaprowadziłoby mnie do więzienia, nie wyrzucono by mnie za to
z pracy. Temat był tabu, ale nic nie stało na przeszkodzie, abym
zrobił z niego doktorat.
Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi zakazanymi temata­
mi. Potrafię dzisiaj wymienić tylko jedną „białą plamę", uwarunko­
waną wyłącznie sytuacją polityczną, a nie impotencją środowiska.
Bardzo mi brakuje książki pt. K A T A L O G POLSKICH
ZABYTKÓW ETNOGRAFICZNYCH W M U Z E A C H ZSRR.
Na ten temat krążą u nas legendy. Opowiada się o tajemniczych
magazynach w Leningradzie; przechowywane są tam jakoby muzea­
lia z Polski, wywiezione po 1905 roku oraz przy innych okazjach.
Czy ktoś w tej sprawie prowadzi rozmowy ze stroną radziecką,
podobne do tych, jakie prowadzą bibliotekarze? Podobno jakiś
rosyjski kolekcjoner tuż przed wybuchem I wojny światowej wy­
wiózł z Podhala, Sądeckiego i Łemkowszczyzny kilkadziesiąt skrzyń
eksponatów etnograficznych. Może ocalały? Może uda się trafić na
ich ślad? To tylko przykłady. Mówiąc ogólniej: zwykłe, robocze
kontakty z etnografami ZSRR, zwłaszcza Ukrainy, Białorusi i repu­
blik nadbałtyckich, swobodny dostęp do tamtejszych zbiorów
i archiwów (rzecz jasna, na zasadzie wzajemności), przyczyniłyby się
niewątpliwie do wypełnienia niejednej „białej plamy", do niejednego
wartościowego odkrycia.

206

Sprawa ta, ogromnie dla nas ważna, ma ścisłe uwarunkowania
polityczne. Szkoda, że tyle lat się zmarnowało. Nie z naszej winy.
Wszelkie zmiany na lepsze, otwierające nowe możliwości przed
historykami kultury polskiej, wypada powitać z nadzieją.
Trzeba jednak, niezależnie od wielkiej polityki, odpowiedzieć
sobie na drażliwe pytanie: czy jesteśmy w dostatecznym stopniu
przygotowani do tych kontaktów? Mam tu na myśli nie tyle
przerażająco niski stan wiedzy na temat wschodnich sąsiadów, to
dałoby się jeszcze stosunkowo szybko odrobić — ile polskie poczucie
wyższości, dziwaczny anachronizm, nieznośny dla Ukraińców,
Białorusinów i Litwinów, przekreślający szansę normalnej współ­
pracy. Jesteśmy chorzy na brak poszanowania dla ich kultur,' na
niezdolność do prób zrozumienia (co nie oznacza: przyjęcia) ich racji
historycznych. Krótko mówiąc — POLONOCENTRYZM. Mniej­
sza w tej chwili, skąd się to zjawisko bierze i co je utrzymuje przy
życiu (interesujący temat dla wypełniaczy białych plam). Stosunko­
wo łatwo jest wyznaczyć granicę między polskim patriotyzmem
i naturalnym zainteresowaniem polskimi pamiątkami na wschodzie,
a polonocentryzmem. Jest to granica dobrego smaku. Tu nie
pomoże pierestrojka ani odgórnie dobra wola mężów stanu, która
jest zaledwie warunkiem wstępnym; tutaj czynnikiem decydującym
będzie postawa inteligencji polskiej. Wydawałoby się, że właśnie
etnografia, nauka o wzajemnym przenikaniu kultur, jest w stanie
spojrzeć na polskość godnie, w szerszym kontekście. Niestety, różnie
z tym bywa. W miarę rozszerzania się autentycznych, a nie
lakierniczo-delegacyjnych kontaktów kulturalnych z sąsiadami
sprawa ta zacznie nabierać znaczenia, a za każdy błąd przyjdzie
grubo zapłacić.
Polonocentryzm etnografii (czy szerzej — etnocentryzm nauk
społecznych w Polsce) to ogromnie interesujące, skomplikowane
zjawisko, warte rzetelnego opracowania. Do dzisiaj temat leży
odłogiem. Niewątpliwie z przyczyn politycznych, ale przede wszyst­
kim — zgoła innych... Gdyby środowisko było prężniejsze i bardziej
samodzielne intelektualnie oraz moralnie, naciski polityczne byłyby
relatywnie mniejsze i nie miałyby takiego znaczenia, jakie im się teraz
przypisuje w dyskusji o „białych plamach". To nie minister ani
sekretarz partii osobiście zestrugiwał z tragarza pewnej zabytkowej
chałupy napis niemiecki i zastępował go polskim. To nie była
wyłącznie kwestia politycznej aury i nie ma się co teraz zasłaniać
błędami poprzedniej ekipy. Nie pisano odważnie i mądrze, bo nie
było wolno. Teraz będzie odważnie i mądrze, bo już wolno. Były
tematy tabu, ale pewnego dnia przyszedł dobry szaman, zdjął
zaklęcie, więc możemy brać się do roboty: wypełnimy białe plamy
i wszystko będzie jak należy. Cóż to za żałosne stawianie sprawy...
Na temat narodowych i politycznych determinacji, określają­
cych postawę humanisty, ukazał się przed kilkunastu laty znakomity
artykuł. Autor zestawił polskie i niemieckie rozprawki archeologicz­
ne: jedne dowodziły, że pewna grupa zabytków związana jest
niewątpliwie z osadnictwem słowiańskim, inne, także bardzo solid­
nie podbudowane, że z germańskim. Chodziło o te same zabytki.
Cóż nam ukazuje owo zestawienie? Oprócz innych rzeczy to, że
humaniści-naukowcy swe uwarunkowania polityczne oraz swą
ksenofobię ubierają w formę naukowych konstatacji. W które sami
następnie niezłomnie wierzą. Tutaj trzeba wyjawić rzecz przykrą:
autorem artykułu był absolwent polskiej uczelni, ale Węgier, pracę
swą opublikował w Budapeszcie. Moja polska duma narodowa
cierpi — szkoda, że to nie któryś z naszych.
Niestety, nie bardzo wierzę, aby w najbliższym czasie znalazł się
odważny humanista o rzeczywistym, nie urzędowym autorytecie,
który podjąłby gigantyczny trud przygotowania Polaków do wiel­
kiego spotkania, po ponad półwieczu, z naszym kulturowym
dziedzictwem na wschodzie. Spośród zagadnień, które składają się
na problematykę „białych plam", sprawa ta ma znaczenie kluczowe.
Obawiam się, że uchylenie furtki w kontaktach kulturalnych może
dać niespodziewany wynik: zaognienie stosunków ze wschodnimi
sąsiadami. Do starych antypolskich urazów dojdą nowe. Dziejowa
szansa ułożenia sobie zdrowych stosunków z Ukraińcami, Białorusi
nami i Litwinami może zostać zaprzepaszczona albo odsunięta
w nieodgadniona przyszłość.

Powrócę jednak do karteczki, na której wypisałem „białe plamy"
w etnografii, szczególnie w sztuce ludowej. Ich stopień „upolitycz­
nienia" jest różny — niekiedy dominujący, niekiedy raczej nikły. Jak
łatwo zauważyć, w każdym z wymienionych poniżej tematów
istnieją dwa elementy, warunkujące się nawzajem: śmieszność
politycznych decydentów różnych stopni i marazm środowiska,
niezdolnego do zdrowej reakcji.
DZIEJE M E C E N A T U N A D SZTUKĄ L U D O W Ą W PRL.
Nie jest to typowa „biała plama", gdyż na ten temat pisano sporo,
czasem aż za dużo. Lecz wiele stwierdzeń wymaga przewartościowa­
nia, a całość aż prosi się o syntetyczne ujęcie. Opisując mecenat nad
sztuką ludową w PRL trzeba będzie podjąć kilka istotnych proble­
mów, które dotychczas, o ile mi wiadomo, nie zostały dostrzeżone
przez badaczy. Na przykład: stosunek mecenasa państwowego do
tematyki sakralnej w sztuce ludowej. Etnografowie opowiadają
sobie na ten temat anegdoty, ale chyba nikt jeszcze nie spróbował
przyjrzeć się sprawie z bliska, metodycznie i z należytym obiektywiz­
mem. Na razie kilka okruchów. Zabytkowa kapliczka, kupiona
przez Muzeum Okręgowe w Częstochowie, została zapisana w księ­
dze wpływów jako „obiekt z wieżyczką", gdyż w innym wypadku
Urząd Wojewódzki, a może ktoś inny, nie zatwierdziłby rachunku.
Współczesne rzeźby ludowe, przedstawiające świętych, figurują
w katalogach, na wszelki wypadek, np. „Piotr", „Florian", nie
„święty Piotr", „święty Florian"; „Maria" nie „Matka Boska",
„Ukrzyżowany", „Frasobliwy" bez „Chrystus". (Kariera Chrystu­
sa Frasobliwego w PRL — cóż za wspaniały temat!) Należałoby
dokładnie opisać interesujący nurt we współczesnej sztuce ludowej:
mieszanie się tradycyjnej ikonografii sakralnej z pożądaną przez
mecenasa tematyką świecką i wynikające stąd wzruszające melanże,
np. Pieta jako sanitariuszka niosąca rannego partyzanta A L , słynne
przeistoczenie Marksa w świętego Józefa, mniej słynne przemiany
Mojżesza w Kopernika i z powrotem (gdy Rok Kopernikowski
minął, a rzeźby nie udało się sprzedać) itd. Warto przypomnieć
próby oderwania konkursów na palmy wielkanocne od tradycji.
Niedzieli Palmowej. Trzeba opisać powojenne dzieje „topienia
Marzanny"; jest to jedyny spośród tradycyjnych obrzędów dorocz­
nych w Polsce, całkowicie wyzbyty pierwiastka religijnego i z tego
powodu odgórnie lansowany z godną podziwu konsekwencją.
Topienie Marzanny jest po dziś dzień bowiązująco-spontaniczną
zabawą w szkołach podstawowych całego kraju; dzieci nazywają tę
uroczystość „Dniem Wagarowicza".
Pisząc o państwowym mecenacie nad sztuką ludową lat siedem­
dziesiątych, niepodobna pominąć jej „dworskiej" funkcji. Przedsta­
wiciele władz przybywali na festiwale jako „gospodarze". Gospoda­
rze kraju, województwa, miasta — tak się wówczas mówiło. Stojąc
na balkonie, „gospodarze" pozdrawiali korowody w strojach ludo­
wych, wiwatujące na ich cześć (np. w Płocku). Dziękowali chłopskim
artystom w takiej formie, jakby cała twórczość ludowa istniała
wyłącznie po to, by sprawić im przyjemność. Pod koniec lat
siedemdziesiątych na Podhalu i Spiszu odbywał się konkurs folklo­
rystyczny „O złoty zbyrcok Jaskierni". Nie wiem, co teraz porabiają
Jaskiernia i jego zbyrcok, ale miejsce w historii sztuki ludowej mają
zapewnione.
Pisząc o tamtym okresie, niepodobna również pominąć tematu
NICOŚĆ ARTYSTÓW PLASTYKÓW A SZTUKA L U D O W A .
Schemat myślowy przebiegał tu mniej więcej tak:
1. Dzieło twórcy ludowego może mieć wielką wartość artystycz­
ną, większą niż dzieło artysty plastyka.
2. Wartość artystyczna dzieła twórcy ludowego jest niewątpli­
wa, ponieważ jest to dzieło twórcy ludowego.
3. Z czego jasno wynika, że każde dzieło twórcy ludowego ma
wartość artystyczną. Tymczasem wiadomo, że nie każde dzieło
artysty plastyka ma wartość artystyczną. Przyznają to sami plastycy.
4. A więc artysta plastyk to zawód o wątpliwej przydatności
społecznej, a co za tym idzie, istnienie artystów plastyków jako takie
może budzić zastrzeżenie natury moralnej. Funkcję artystów plasty­
ków mogą przejąć twórcy ludowi, z lepszym skutkiem i znacznie
mniejszym kosztem. Dodatkowy, niebagatelny walor twórczości
ludowej polega na tym, że jest ona bezpieczna pod względem
ideowym i nie może budzić zastrzeżeń artystycznych (patrz p. 2).

W społeczeństwie o tak straszliwie niskiej kulturze plastycznej,
jakim jest społeczeństwo polskie, tezy powyższe trafiły do przekona­
nia wielu ludziom i dziś też znalazłyby swych obrońców.
W ogóle sztuka ludowa lat siedemdziesiątych to pasjonujący,
przebogaty i wciąż nie odkryty temat. Kolorowa, ale równocześnie
biała plama. Mogę to stwierdzić, ponieważ coś na ten temat wiem:
zaangażowałem się w nią przed laty z całym młodzieńczym zapałem,
dzięki niej przeżyłem wiele pięknych chwil, dzięki niej dostałem
mieszkanie. Wciąż stoi mi w pamięci dzień, w którym dowiedziałem
się, że znam się na sztuce ludowej, ponieważ ukończyłem studia
etnograficzne (nie mieliśmy ani jednego semestru zajęć o sztuce).
Zdziwienie trwało krótko, łyknąłem swój awans jak kieliszek dobrej
wódki i od razu poczułem się pewniej. Skoro już byłem ekspertem,
należało to spożytkować.
Kolejny nie ruszony temat: C Z Y M BYŁ SIERPIEŃ OSIEM­
DZIESIĄTEGO R O K U D L A SZTUKI LUDOWEJ? Niewątpli­
wie, zamknęła się wówczas pewna karta, również w historii kultury
ludowej. Ci, którzy dotychczas mieli w głowie świątki, gliniane
kogutki oraz rzeźbione łyżniki, zajęli się czymś a ^ ł a innym.
Wydarzenia ruszyły jak lawina, przetoczyły się lata o^randziesiąte
i mało kto zauważył, że tymczasem opuściło po angielsku ten padół
całe pokolenie wspaniałych chłopów i bab, którym zawdzięczamy
niejedno artystyczne wzruszenie — czasem najprawdziwsze, czasem
udawane, najczęściej jedno i drugie na raz. Co stało się z twórczością
ludową, gdy przestał ją chronić parasol ideologii, mocno podziura­
wiony? W którym kierunku poszły przemiany? Co dalej?
Tematów nie tkniętych przez badaczy, z takich lub innych
przyczyn, znalazłoby się o wiele więcej. Na przykład: SZTUKA
L U D O W A MNIEJSZOŚCI N A R O D O W Y C H W POLSCE 1 JEJ
T R A K T O W A N I E . Tyle jest rozmaitych festiwali i przeglądów
folklorystycznych; dlaczego nie widuje się na nich zespołów litew­
skich, białoruskich, ukraińskich, słowackich? Wydawałoby się, że
organizatorom owych przeglądów zależy na jak największej różno­
rodności programu. Może znajdzie się autor, który w sposób
wyważony i uczciwy opracuje to zagadnienie?
Kolejny pasjonujący, a pominięty problem badawczy, nazwijmy
go prowizorycznie U N A R O D O W I E N I E M S Z T U K I LUDOWEJ
N A TERENACH ETNICZNIE M I E S Z A N Y C H . Dla przykładu
„rozchodzenie się" repertuaru polskich i słowackich zespołów
folklorystycznych na Spiszu i Orawie. „Polski" strój górali z Cho­
chołowa i „słowacki" strój górali z Suchej Góry. Niemiecki i polski
folklor Górnego Śląska, ich wzajemne przenikanie (np. stroje śląskie
w polskich zespołach pieśni i tańca i te same stroje na zjazdach
ziomkostw w RFN). Skoro polską sztukę ludową uznajemy za nasze
podwórko, to warto wiedzieć, gdzie kończą się nasze tereny, w jaki
sposób „nasze" zmienia się w „nie nasze". Jak wygląda nasza
zagroda, oglądana zza płotu sąsiada?
Kolejny temat-ugór: SZTUKA L U D O W A A ZASIEDLENIE
Z I E M Z A C H O D N I C H I P Ó Ł N O C N Y C H . W krakowskim M u ­
zeum Etnograficznym właśnie trwa jubileuszowa wystawa, obrazu­
jąca dokonania Zespołu Dokumentacji Polskiej Sztuki Ludowej
Instytutu Sztuki PAN w Krakowie. Z mapy, prezentowanej na
wystawie, wynika, że naukowcy z Instytutu ani razu nie penetrowali
Dolnego Śląska, sporych połaci Pomorza Zachodniego, Ziemi
Lubuskiej. Niewątpliwie były po temu ważne powody, wiem,
w jakich warunkach pracuje Zespół, lecz fakt pozostaje faktem:
sztuka ludowa Ziem Zachodnich i Północnych, zwłaszcza sztuka
ludowa ludności napływowej, jest białą, a w najlepszym razie lekko
zabarwioną plamą.
SZTUKA L U D O W A A U T R W A L A N I E WŁADZY L U D O ­
WEJ. Na ten temat znam tylko jedną historię, znad Dunajca, ale
myślę, że znalazłoby się ich więcej. Opowiadano mi, że w czterdzies­
tym dziewiątym roku funkcjonariusze UB otoczyli nad ranem
chałupę i wyjęli z niej dwunastoletniego chłopaczka razem z jego
góralskim strojem. Oszalała z rozpaczy matka wystawała przed
komendą, usiłując się czegoś dowiedzieć; jednego dnia powiedziano
jej, że synek został rozstrzelany jako wróg ludu, drugiego dnia, że
UB o niczym nie wie, władza ludowa nie walczy z dziećmi i baba coś
sobie ubzdurała albo pomieszało jej się w rozumie. Sprawa wyjaśniła
się po tygodniu. Chłopaczek został wywieziony do Warszawy,
207

wręczał na lotnisku kwiaty jakiejś dostojnej delegacji, po czym
odwieziono go z powrotem. Pełen wrażeń, przywiózł do chałupy
wielką torbę cukierków od Bardzo Ważnej Osoby.
Wielcy odkrywcy, na przykład w dziedzinie medycyny lub
lotnictwa, mieli dość odwagi, by wypróbowywać swe wynalazki na
samych sobie. Spróbujmy dokonać analogicznego eksperymentu
i stosując metody badawcze etnografii oraz dyscyplin pokrewnych
stwórzmy zbiorowym wysiłkiem pomnikowe dzieło pt. ETNOGRA­
FIA ŚRODOWISKA ETNOGRAFICZNEGO. Niewątpliwie wy­
pełnimy znaczącą białą plamę. Jeśli władza będzie robić obstrukcje,
trudno, zejdziemy do' podziemia. Zdarzało się wielokrotnie, że
etnograf przyjeżdżał na wieś na dwa, trzy tygodnie i powstawała
z tego dysertacja. Autor, prócz zrozumiałej dumy, odczuwał jednak
pewien niedosyt, wynikły ze ślizgania się po powierzchni tematu.
Ponieważ środowisko etnograficzne to jedna wioska, której każdy
mieszkaniec, od bogatego gbura aż do ostatniego komornika,
prowadzi obserwację uczestniczącą, nareszcie mamy szansę stwo­
rzyć dzieło naprawdę kompetentne, które, jestem tego pewien,
zdobędzie sobie powszechne uznanie, a być może zostanie przetłu­
maczone na obce języki.
Konspekt takiej pracy winien być sporządzony według obowią­
zującego schematu monografii etnograficznej. Nie czuję się na
siłach, by taki konspekt sporządzić. Pragnę jedynie zwrócić uwagę
na kilka zagadnień szczegółowych.
Ludzie, zajmujący się profesjonalnie sztuką ludową (nie mam tu
na myśli twórców ludowych i działaczy STL, lecz naukowców,
doradców, muzealników, komisarzy konkursów i wystaw, zawodo­
wych i półzawodowych jurorów) to grupa zawodowa o ciekawych
cechach wyróżniających. Co określa jej specyfikę? Na przykład to, że
wśród opiekunów współczesnej twórczości ludowej jest bardzo niski
procent osób pochodzenia wiejskiego. Sporo przecież chłopskich
dzieci studiowało etnografię, historię sztuki lub którąś z nauk
pokrewnych, ale tak się jakoś dzieje, że współczesną sztuką ludową
niemal wyłącznie zajmują się ludzie, wychowani w tradycji inteligen­
ckiej, najczęściej postszlacheckiej lub z kręgów oświeconego miesz­
czaństwa. Wydaje mi się, że w tym zawodzie pochodzenie chłopskie
jest raczej hamulcem niż podnietą. Spośród moich znajomych
humanistów z wyższym wykształceniem najbardziej lekceważąco
wyrażają się o współczesnej sztuce ludowej koledzy, pochodzący ze
wsi. Nie wiem, jak zestawić ten fakt z kategorycznym twierdzeniem
niektórych badaczy, że sztuka ludowa jest odzwierciedleniem klaso­
wej tożsamości i klasowych dążeń ludu.
Jak wiadomo, plastyczną wartość dzieł sztuki ludowej jako piersi
dostrzegli nie ludoznawcy, lecz artyści. Sztuka ludowa ze strony
„panów" stała się najpierw przedmiotem doznań estetycznych,
a dopiero w następnej kolejności — badań naukowych i ochrony
muzealnej. Ten fakt nie pozostał bez konsekwencji — zastanawiają­
ce, jak wielu niedoszłych malarzy lub rzeźbiarzy zajęło wybitną
pozycję w dziejach opieki nad sztuką ludową w Polsce. Janina
Orynżyna pisze wprost, że do pracy na niwie sztuki ludowej skłoniły
ją, pośród innych przyczyn, także marne wyniki na Akademii Sztuk
Pięknych. Inni są mniej szczerzy, więc tym mocniej uwiera ich
artystyczne niespełnienie. Skoro można sporządzać syntetyczny
strój ludowy jakiegoś regionu (a można, bo przecież robi się to
nagminnie), można również sporządzić syntetyczny portret zawodo­
wego opiekuna sztuki ludowej. Jest to osoba pochodzenia inteligenc­
kiego; ze wsią mniej lub bardziej zżyta, ale niewsiowa. Obdarzona
inklinacjami artystycznymi, najczęściej plastycznymi; są one na tyle
silne, by nie dawać spokoju, i na tyle słabe, by nie móc się
urzeczywistnić w twórczości własnej.
W miarę ilościowego rozwoju współczesnej sztuki ludowej
w latach sześćdziesiątych, a szczególnie siedemdziesiątych, zaczęli
odwracać się od niej wybitni artyści. Wówczas rolę ekspertów
w sprawach, związanych ze współczesną sztuką ludową, przejęli
stopniowo na własność etnografowie. Jest to oczywista uzurpacja,
chociaż zapewne nieuświadomiona: studia etnograficzne nie dają
przygotowania do zabierania głosu w sprawach sztuki. (Aby być
dokładnym: sprawa ta ma się różnie w zależności od uczelni
i rocznika, ale na ogół sprawa ta ma się źle). Etnograf może co
najwyżej wyrokować, czy dane dzieło jest zgodne z tradycją ludową
208

albo nie, może mówić o wędrowaniu motywów i wątków, o miejscu
sztuki w tradycyjnej społeczności wiejskiej itd., ale te kryteria oceny
w odniesieniu do zjawisk współczesnych bywają mocno problematy­
czne i często schodzą na plan dalszy. Mimo to pozycja etnografów
jako ekspertów w dziedzinie współczesnej sztuki ludowej jest
społecznie uznawana. Na ten temat można by napisać interesujące
studium z socjologii myślenia potocznego.
Podstawową cechą, która określa badacza sztuki ludowej jako
naukowca, jest jego stosunek do zbieranych informacji. Wiadomo,
że etnograf chodzi po wsi i indaguje ludzi, aby uzyskać dane, które
następnie spożytkuje w pracy naukowej. Jest to metoda badawcza,
wykształcona w X I X wieku, gdy przedmiotem badań ludoznaw­
czych była lokalna społeczność ludzi niepiśmiennych, którzy swą
kulturę duchową przechowywali i przekazywali następnym pokole­
niom w formie ustnej. Główną ideą, przyświecającą ówczesnym
ludoznawcom w ich pracy, była chęć utrwalenia owego kulturowego
bogactwa na piśmie, aby przynajmniej w ten sposób uchronić je od
zagłady. Praca ta na ogół przyniosła pożądane skutki: dawna
kultura ludowa przetrwała o wiele pełniej w publikacjach etnografi­
cznych, niż w pamięci prawnuków. Współczesny etnograf, jak każdy
inny naukowiec podejmujący jakiś problem badawczy, winien
zaznajomić się z dotychczasowym stanem wiedzy. Może więc się
zdarzyć, i częstokroć tak bywa, że współczesny etnograf lepiej zna
zagadnienie niż jego informator, którego cała rzecz nie interesuje.
(Dawny ludoznawca badał kulturę żywą, istniejącą niezależnie od
niego; współczesny bada jej relikty lub rzeczywistość, wykreowaną
przez samego siebie). Stąd już krok do przekonania, że dobry
etnograf powinien z góry wiedzieć, co informator mu odpowie. Jeśli
zeznania informatora są zgodne z oczekiwaniami badacza, spełniły
swoje zadanie i już nie muszą być prawdziwe. Gdy zaś informator nie
spełnia pokładanej w nim nadziei, można to wyjaśnić zerwaniem
tradycji ustnej w społeczności lokalnej i płynącą stąd niewiedzą
informatora. Z reguły wyjaśnienie to oparte jest na realnych
przesłankach. Czytelnikom mniej inteligentnym przypominam, że
nie prowadzę tu wykładu z metodyki badań terenowych, lecz
wypełniam białe plamy w etnografii.
Naiwność etnografów w przyjmowaniu informacji, niekiedy
równie wspaniała jak wiekopomna naiwność autora Nowych Aten,
o ile mi wiadomo nie stała się dotychczas przedmiotem dociekań
naukowych, chociaż jest przedmiotem licznych anegdot, tj. pardon,
przechowywana jest w tradycji ustnej środowiska. A to któryś
badacz zapisał pół zeszytu informacji, uzyskanych od chłopa, który
dopiero co wyczytał je w gazecie „Poznaj Świat", a to znowu chłop
oznajmił badaczowi o istnieniu kurnej chałupy, bo myślał, że chodzi
o chałupę, w której są kury (w tamtej okolicy kurna chałupa nazywa
się „dymna", o czym badacz nie wiedział), zebrała się grupa
znawców i ubolewała, że kurna chałupa ma komin, a więc została
zeszpecona. A to znowu pewien przewodnik tatrzański, znany
facecjonista i erotoman, zapłonął świętym oburzeniem na etnografkę zza oceanu, która podczas wywiadu dopuściła możliwość, że
góralki mają przedślubne doświadczenia seksualne, skutkiem czego
ukazał się w amerykańskim czasopiśmie etnologicznym artykuł
o niebywale purytańskim Zakopanem, i tak dalej, i tak dalej. Takie
rzeczy opowiada się wieczorami na konferencjach etnograficznych.
Może ktoś porównałby, stosując etnologiczny aparat naukowy,
uczestnictwo etnografów w konferencjach z uczestnictwem społecz­
ności wiejskiej w niedzielnej Mszy Świętej? Nasuwają się tu przecież
wyraźne analogie. Udział w niedzielnym nabożeństwie, prócz oczy­
wistych funkcji religijnych, zaspokaja także niezmiernie istotne
potrzeby społeczne. Mieszkaniec wsi, idąc do kościoła, manifestuje
swoje istnienie, swą zamożność; wymienia niezbędne informacje,
załatwia najrozmaitsze sprawy od towarzyskich po gospodarcze,
zaspokaja naturalną potrzebę przebywania w gromadzie. Podobnie
konferencje etnograficzne. Rolę sacrum mogą tu pełnić np. referaty
o pasożytach drewna, ale przecież nie jedzie się przez pół Polski po to
jedynie, by wysłuchać najnowszych rewelacji na temat tępienia
skąposzczetów. Przed laty plotkowano na jednej z takich konferen­
cji, że Jacek Olędzki przeprowadził, wedle kryteriów etnologicznych,
porównanie procesji Bożego Ciała z pochodem pierwszomajowym
na niekorzyść tego ostatniego. Rozprawka napisana została dla
„Argumentów", ale wylądowała całkiem gdzie indziej i w rezultacie

zmodyfikowano scenariusz pochodu: od tamtego czasu przywódcy,
nim wejdą na trybunę honorową, również maszerują kilkaset
metrów Marszałkowską, jak wszyscy.
Etnografowie żyją w diasporze, dlatego konferencje spełniają
wybitną rolę w ich kulturze duchowej i choćby z tego tytułu warte są
opracowania.
Napisałem przed chwilą, że współczesny etnograf bada rzeczywi­
stość, wykreowaną przez samego siebie. Zdarza się to coraz częściej
i jest procesem, jak sądzę, naturalnym; w miarę zanikania ostatnich
reliktów dziewiętnastowiecznej kultury chłopskiej przedmiot badań
etnografii gwałtownie topnieje, kreowanie sztucznej rzeczywistości
etnograficznej jest więc zrozumiałym odruchem samoobrony. W na­
ukowym czasopiśmie, zajmującym się sztuką ludową, nie ma
potrzeby tłumaczyć różnicy między kobietą wiejską, która ubrała się
w tradycyjny strój i idzie do kościoła, a dziewczyną z miasta, która
włożyła tenże strój do fotografii. Tymczasem publikacje etnograficz­
ne pełne są zdjęć tego drugiego rodzaju. Nietrudno wyłowić je
spośród innych; wyróżnia je dziwaczność i sztuczność. Dziewczyna
jest osobno, strój osobno, a wrażenie tandety pogłębiają „ludowe"
gesty i dodatkowa aranżacja. Obrońcy takich praktyk powiadają, że
jest to swego rodzaju naukowa rekonstrukcja, a strój lepiej prezentu
je się na żywym człowieku, niż na manekinie. Od biedy można by to
przyjąć, gdyby nie fakt, że w podpisie pod takim zdjęciem rzadko
kiedy zaznacza się, iż jest to rekonstrukcja; częściej obserwujemy
próby wmówienia widzowi, że mamy tu do czynienia z autentykiem.
Zjawisko to nie było dotychczas badane. W Polsce może ono
zainteresować socjologa kultury, w Stanach Zjednoczonych właści­
wszy byłby psychoanalityk.
Podobnie ma się rzecz z wnętrzami skansenowskimi lub z innymi
ekspozycjami muzealnymi. Dla przykładu „czarna izba" i „biała
izba" w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. Ta rekonstrukcja
wnętrza dawnej chaty góralskiej, zresztą krytykowana przez etno­
grafów, była wielokrotnie publikowana jako typowa, autentyczna
izba chłopska. Jak wiadomo, kultura ludowa Podhala od stu lat
z okładem uwieczniana jest na fotografiach, rysunkach, obrazach.
Wiem na pewno, że istnieje cały szereg rycin i zdjęć, wykonanych
przed I wojną światową, przedstawiających wnętrza góralskich
chałup. Czy są one mniej sugestywne, czy mają mniejszą wartość
poznawczą od wystawy na Krupówkach? Wydaje się jednak, że
publikowanie ekspozycji muzealnej jako autentyku jest nie tylko
przejawem wygodnictwa, a już z pewnością nie jest świadomym
wprowadzaniem czytelnika w błąd. Tutaj możemy zaobserwować
zjawisko znacznie ciekawsze — autosugestię, projekcję marzeń na
rzeczywistość czyli etnograficzne chciejstwo. Etnograf chce, by
wnętrze skansenowskie było maksymalnie zbliżone do autentyku,
więc osiąga ideał, mianując je autentykiem.
Wielu współczesnych twórców ludowych to również rzeczywis­
tość wykreowana dla potrzeb etnografów i ich klientów. Temat:
WSPÓŁCZESNA K U L T U R A L U D O W A JAKO RZECZYWIS­
TOŚĆ W Y K R E O W A N A czeka na swego badacza.

W dziele na temat etnografii środowiska etnograficznego trzeba
będzie poświęcić wiele miejsca sztuce ludowej etnografów. Badacz
tego problemu, posługujący się metodą etnograficzną, nie ma co
liczyć na obfity plon wywiadów z twórcami. Etnografowie rozumieją
świetnie celowość wywiadu, ale tylko wówczas, gdy pytają, a nie gdy
sami staną się przedmiotem badań. Lecz to przecież nic nie szkodzi:
każdy etnograf nieraz opierał swe konstatacje na wiadomościach
z trzeciej ręki, więc i teraz można uciec się do plotek, krążących
w środowisku. Trzeba je tylko zebrać i naukowo opracować.
Opowiada się, jak pewien wybitny etnograf wyrzeźbił dla zabawy
kapliczkę ludową, taką absolutnie ludową; odwiedził go drugi
etnograf, zachwycił się prymitywem, chciał kupić do muzeum, prosił
0 adres twórcy, spotkał się z odmową, wynikły z tego niesnaski
1 oskarżenia o zawodową zawiść, więc pierwszy etnograf przyznał
się, że to on sam jest autorem dzieła, drugi etnograf rzecz jasna nie
uwierzył, tylko jeszcze bardziej się rozjątrzył. Opowiada się o etno­
grafie, który przerżnął piłką rzeźbę w muzeum przez pół, aby mieć
temat do rozprawy o magicznym traktowaniu świętych figur
w kulturze ludowej, a potem chwalił się tym w gronie przyjaciół,
dowodząc, że skoro dawni chłopi wrzucali za karę figurę Św. Jana
Nepomucena do wody albo św. Floriana do ognia, to on również ma
prawo, a nawet obowiązek, postąpić podobnie, by wczuć się
w mentalność wieśniaka. Istnieje książka o ludowym rzeźbiarzu,
bardzo piękna; podobno autor ze swym bohaterem w ogóle nie
rozmawiał albo prawie w ogóle, a wszystkie wypowiedzi ludowego
artysty sam powołał do życia, wiedziony naukowo-artystyczną
intuicją; po czym, gdy się okazało, że nie wszystko nadaje się do
druku, bez najmniejszej żenady całą rzecz poprzerabiał, wkładając
w usta świątkarza zupełnie co innego niż za pierwszym razem.
Środowisko etnograficzne jest częstokroć o wiele ciekawsze i bar­
dziej egzotyczne niż świat kultury ludowej. Gdyby przemówiły
wszystkie rzeźby, o których autorstwo pomawiany jest świętej
pamięci Heródek z Orawy, dowiedzielibyśmy się ciekawych rzeczy...
Przedsięwzięciem potwornym, niczym biblijna rzeź niewiniątek,
byłoby drobiazgowe przebadanie autentyczności wszystkich zabyt­
kowych góralskich obrazków na szkle z muzealnych kolekcji,
wszystkich nikiforów... Może ktoś słyszał o wytwórni eksponatów
etnograficznych za Gubałówką, ługowanych, szorowanych ostrą
szczotką i wędzonych w bardzo funkcjonalnej wędzarni, która sama
w sobie byłaby chlubą skansenu... Ale trochę zboczyliśmy z tematu.
Sztuka ludowa etnografów to dzieła plastyki ludowej, wykonywane
przez samych etnografów, zniecierpliwionych, że twórcy ludowi,
mimo tylu porad i perswazji, tworzą dzieła wciąż niedostatecznie
ludowe, a mimo to intratne. Nie będę tego tematu rozwijać, bo nie
chcę.
To tylko garść przykładów. Dobrałem je tendencyjnie — tak, by
zilustrowały następującą tezę: wypełnianie białych plam to w nie­
wielkim tylko stopniu umiejętność wykorzystywania politycznej
koniunktury. Wypełnianie białych plam to sztuka o wiele trudniej­
sza. Sztuka patrzenia w lustro.
grudzień 1988

NAGRODY
Jury pod przewodnictwem prof, dr hab. Zofii Soklewicz postanowiło przyznać w 1989 r. nagrody kwartalnika „Polska Sztuka Ludowa"
za najlepsze prace magisterskie z dziedziny ludowej kultury artystycznej. Otrzymali je:
1. Danuta Benedyktowicz — za pracę Dom i bezdomność w kulturze ludowej i twórczości artystycznej, powstałą na Uniwersytecie
Jagiellońskim w Krakowie pod kierunkiem doc. dr hab. Anny Zambrzyckiej-Kunachowicz.
2. Joanna Dankowska — za pracę Ubiór i haft ludności ukraińskiej na terenie wsi i gminy Bance Mazurskie, powstałą na Uniwersytecie
Poznańskim im. Adama Mickiewicza pod kierunkiem prof, dr hab. Anny Szyfer.
Nagrody w wysokości po 70.000 zł każda ufundował Departament Polityki i Edukacji Kulturalnej Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Figurki ceramiczne z Bałcharu (środkowy Dagestan), 1964r. — repr. z pisma „Dekoratiwnoje Iskusstwo"
210

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.