a136a15843724ad484770322f4bb83b1.pdf

Media

Part of Dziennik 1914 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

extracted text
Bronisław Malinowski,
Dziennik 1914

Witkacy. Pejzaż nocny. 1922 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska. Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985

Wstęp
Jest rok 1914. Wielkanoc. Bronisław Malinowski z Matką przebywa na wyspie Wight, gdzie kończy pracę nad jedyną (jak
się później okazało) napisaną przez siebie książką po polsku. Zatytułował ją Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego.
Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu. Miała być ona podstawą jego przyszłej habilitacji na Uni­
wersytecie Jagiellońskim. Impulsem do jej napisania stało się. wydane w 1910 г., dzieło J.G. Frazera. Totemism and Exogamy,
gruntownie przez Malinowskiego skrytykowane w cyklu artykułów opublikowanych w „Ludzie". Rozszerzenie trzeciej jego
części stało się podstawą książki. Jak autor pisał w przedmowie: ..Praca niniejsza nie jest zupełnie jednolita. Z jednej strony za­
wiera ona opracowanie dość specjalnego zagadnienia, które samo przez się nie będzie zapewne zajmowało nikogo spoza cia­
snego i u nas bardzo nielicznego koła etnologów. Z drugiej strony naszkicowana tu została w bardzo ogólnych zarysach teoria
powstania religii, temat mogący zainteresować znacznie szersze koła i posiadający niewątpliwie głębsze znaczenie" , a kończy
przedmowę podziękowaniami dla swoich przyjaciół: S i . Witkiewicza i A. Zaleskiego „za pomoc i rady, których mi udzielili,
czytając i krytykując części manuskryptu. Londyn, kwiecień 1914"- Malinowski przekazał manuskrypt Akademii Umiejętności
podczas swego pożegnalnego pobytu w kraju. Sprawą zajął się. na prośbę autora, prof. Stanisław Estreicher i książka wyszła
drukiem w 1915 roku.
W drugiej połowie kwietnia 1914 wraca do Londynu, do zwykłych zajęć w London School of Economics and Political
Science i coraz bardziej gorączkowych przygotowań do wyjazdu „w tropiki". Uczestniczy w seminariach G.C. Seligmana i E.
Westermarcka, spotyka się z nimi także prywatnie. Szczególną rolę odgrywa Seligman. który był pomysłodawcą i organizato­
rem całego przedsięwzięcia. Jemu właśnie zadedykował Malinowski Argonautów Zachodniego Pacyfiku i na wstępie tej książ­
ki pisał: „Od niego wyszła inicjatywa mojego wyjazdu w teren i zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie wyrazić, dzięku­
ję za nieustanną zachętę i liczne naukowe rady i wskazówki, którymi tak szczerze mnie obdarzał przez cały czas mojej pracy
na Nowej Gwinei. (...) Profesor Seligman (...) pomagał mi w uzyskiwaniu wszystkich (...) stypendiów, a sam przeznaczył 100
funtów na koszty ekspedycji i zaopatrzył mnie w aparat fotograficzny, fonograf, instrumenty antropometryczne oraz inne przy­
bory użyteczne w pracy etnografa".
Pod koniec kwietnia wyjeżdża przez Berlin do Polski. Odwiedza Warszawę, Kraków i Zakopane. Spotyka się z rodziną, zna­
jomymi, załatwia różne sprawy. 9 maja jest już z powrotem w Londynie.
Jednak wszystkie wydarzenia, poprzedzające tę tak brzemienną w skutkach wyprawę, wydają się być przytłumione i ze­
pchnięte na dalszy plan przez kobietę, a raczej przez rozpaczliwe próby Malinowskiego „odkochania się" w kobiecie. Młody
uczony pozostawał pod wielkim urokiem pewnej damy. z którego wszelkimi siłami starał się wyzwolić, zdając sobie sprawę
z braku perspektyw ich związku. Kobietą tą była Otolia Retingerowa, piękna żona Józefa Retingera, młodego działacza poli­
tycznego i publicysty. Oboje pochodzili z Krakowa: Otolia z majątku Goszcza pod Słomnikami, a Józef był synem cenionego
1

3

195

adwokata krakowskiego. Od 1912 mieszkali w Londynie, z misją dyplomatyczną budzenia sympatii dla polskich aspiracji nie­
podległościowych. Przyjaźnili się z Josephem Conradem i spowodowali jego przyjazd do Polski tuż przed wybuchem I wojny
światowej. Maria Dąbrowska wspominała ich oboje następująco: „Józef Retinger, czarniawy, szczupły, niezwykle interesują­
cy towarzysko człowiek 'wszystkowiedzący', trochę tajemniczy, cokolwiek może właśnie 'Conradyczny', na pewno człowiek
przygody, miał się niebawem odznaczyć niezwykłą skłonnością do skrajnych 'przełomów' światopoglądowych (...) Wówczas
reprezentował w Londynie ideologię Narodowej Demokracji, a więc różnice naszych poglądów były ogromne. (...) Poznali­
śmy także jego ówczesną żonę, osobę prześlicznej urody, z domu Chrzanowską z Goszczy (...) Miała w sobie niewysłowiony
urok jakby właśnie Conradowskich postaci kobiecych; w 'polskim' Londynie plotkowano, że Conrad był pod jej urokiem i że
temu między innymi należy zawdzięczać jego decyzję podróży do Polski". Nie jeden Malinowski był zatem pod wpływem
tej pięknej damy. To ona właśnie poznała obu panów w 1913 roku, gdy odwiedziła Capel House Conrada z młodym antropo­
logiem, który ofiarował pisarzowi egzemplarz swej nowowydanej książki The Family among Australian Aborigines. Remini­
scencje tej wizyty pojawiają się w dzienniku Malinowskiego, ale przytłumione wspomnieniami stosunku do t, pod którym to
znakiem zaszyfrował on Tośkę Retingerową. Jednak wyraźne jest zainteresowanie twórczością Conrada, o której wypowiada
się w superlatywach.
Była jeszcze jedna sprawa, która odegrała istotną rolę w planowanej podróży naszego bohatera. Dotyczyła ona jego najlep­
szego przyjaciela, jakim był wtedy jeszcze Staś Witkiewicz. Otóż w lutym 1914 pisał on do Londynu: „Kochany Broniu: Spo­
tkało mnie najstraszniejsze nieszczęście, jakie być może. Nieszczęsna panna Jadwiga popełniła samobójstwo. Wiele było w tym,
co zaszło od początku tego roku, mojej winy. Czułem się b. źle, ona brała to do siebie i wynikły stąd rzeczy, które przy fatal­
nym zbiegu okoliczności doprowadziły Ją do tego. Gdyby nie Matka, już bym dawno nie żył. Straszną odpowiedzialność biorą
ci, którzy żyć każą mimo zupełniej niemożności życia. Jestem człowiek złamany kompletnie. Dla Niej tylko coś robiłem w sztu­
ce czując się niepotrzebnym. Jestem, o ile mi się zdaje, zupełnie skończony jako artysta. Ale póki Matka żyje, żyć muszę i mam
obowiązek być z Nią i zdać sprawę z tego okresu życia i postanowiłem przez gwałt pracować, jak przez gwałt żyję. Mogłem Ją
zatrzymać nad brzegiem przepaści i nie zrobiłem tego. Ten wyrzut mnie zabija, a oprócz tego jestem sam i czuję się opuszczo­
ny przez wszystko. (...) Jesteś dla mnie jedynym punktem jasnym w świecie oprócz Rodziców." Przyczyny samobójczej śmier­
ci Jadwigi Janczewskiej są dosyć enigmatyczne. Sam Witkacy winił później o jakiś w tym udział Karola Szymanowskiego. Ale
z drugiej strony wiadomo, że utrzymywał, mimo narzeczeństwa, stosunki ze swą byłą kochanką Ireną Solską, a także z przyja­
ciółką Heleną Czerwijowską. Jaką w tym rolę odgrywał Szymanowski? Może po prostu poinformował o tym pannę Jadwigę?
Jakie by nie były powody tej śmierci, miała ona na Witkacego wpływ katastrofalny. Przyjaciółka obu, Eugenia Dunin-Borowska, wspominała: „Staś był wtedy piękny jak młody bóg (...) To tylko matka uratowała go wysyłając go do Australii z przyja­
cielem młodości, głośnym już wtedy uczonym angielskim (...) Bronisławem Malinowskim".
Takie więc były powody słynnej Witkacego podróży w tropiki. Nie trwała ona zresztą zbyt długo, przerwana wybuchem woj­
ny światowej, kłótnią obu przyjaciół i zupełnym już rozminięciem się ich dróg życiowych. Wyruszali jeszcze jako Staś i Bro­
nio, obaj w nienajlepszych humorach, obawiając się tej podróży, ale mając nadzieję, że im ona pomoże, wzmocni duchowo, na­
tchnie do pracy. Stało się jednak inaczej. Dla pierwszego był to tylko epizod nieco bezsensowny i absurdalny, dla drugiego sta­
nowił przełomowy okres w karierze naukowej.
Malinowski nie jest jeszcze tutaj antropologiem jakiego znamy z kart Argonautów Zachodniego Pacyfiku. Jest raczej podróż­
nikiem patrzącym na inną kulturę i krajobraz jak na coś co ma być atrakcyjne. Sam pisze o charakteryzującej go 'apercepcji
ignoranta'. Jest to perspektywa turysty, który przygląda się z zaciekawieniem ale i zniecierpliwieniem ludowemu buddyzmowi
na Ceylonie i porównuje go do „tandetnego katolicyzmu południowych Włoch". Jeszcze stąd bardzo daleko do analizy „from
the native's point of view".
4

5

6

7

8

***
Opracowanie tej części dziennika nastręczało szereg problemów, ze względu na dużą ilość nazw geograficznych, miejsc,
ulic, sklepów a także nazwisk osób, skrótów i inicjałów. Nie wszystko udało mi się jeszcze odszyfrować, za co serdecznie prze­
praszam. Prezentowany poniżej materiał stanowi zeszyt z napisem: „Ventnor Easter 1914", a także część następnego zeszytu,
rozpoczynającego się od notatki pisanej w Port Moresby 20.IX.1914 opisującej pobyt w Zachodniej Australii aż do momentu
wyjazdu do Nowej Gwinei. Zapis ten obejmuje pewien ważny okres: przygotowania do wyjazdu, pożegnalna podróż do Polski,
zwiedzanie Ceylonu i Australii, czyli okres 'przedterenowy'. Materiał ten nie był dotąd publikowany, za wyjątkiem ostatniej no­
tatki, która rozpoczyna przetłumaczone na angielski A Diary in the Strict Sense of the Term.
Grażyna Kubica-Heller

ISY
1

B. Malinowski, Dzieła, t . l , s. 53
Tamże, s. 55. Siady zainteresowania Witkacego tymi zagadnienia­
mi odnajdujemy w jego twórczości, np. O stosunku religii do fdozofii,
O polemice i wrogach a także w dramatach.
Patrz mój artykuł Malinowski i Akademia Umiejętności, „Przegląd
Humanistyczny" 1982, nr 3^1
Patrz Z. Najder, Życie Conrada Korzeniowskiego, Warszawa 1996
M . Dąbrowska, Szkice o Conradzie, wyd.2, Warszawa 1974, s. 250
2

3

4

5

196

Nie wiem czy w sprawie panieńskiego nazwiska Retingerowej racje, ma
Dąbrowska czy Najder, który podaje: Zubrzycka.
Patrz, Najder, op. cit., t. 2, s. 280
S.I. Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, Warszawa
1981, s. 52-53
J.E. Płomieński, Polski 'Pontifex Maximus' katastrofizmu, w: Stani­
sław Ignacy Witkiewicz, Człowiek i twórca. Księga pamiątkowa, Warsza­
wa 1957, s. 190
6

7

8

NAPIS NA T E C Z C E : „VENTNOR E A S T E R 1914"

jak mnie zawsze straszyła [?] i pustka lawy nadbrzeżnej
w Breńa choć tam doznałem [?] wrażeń i samotności.
4

1

Ventnor , Wielka Sobota ?/14, Wielka Niedziela.
Niebo czyste, morze spokojne; radosny, spokojny nastrój.
Po wczorajszym przemęczeniu serca wyspałem się i czuję się
lepiej. W og[óle] przez te parę dni silny przypływ, po długim
okresie brodzenia po mieliźnie. Problem istotnego stosunku
do kobiety. Łączność duchowa i bezwzględne zrozumienie
się wzajemne konieczne. Miłość fizyczna stwarza natęrzenie
[sic] uczucia i pożądanie duszy, która doprowadza do stra­
sznych konfliktów o ile jaźnie są wewnętrznie nieprzenikliwe. Ciągła szarpanina, wybuchy nienawiści maskowane
i sztuczne, wysiłku stworzenia czegoś' z próżni. Tak „próżnia
prześwietlona parą oczu cudownych i ust purpurowych".
Świadoma rezygnacja z rzeczy wyższych, uspokajanie się
tern, że czegoś innego nie można znaleść w życiu. Szukanie
'kobiety dziecka[?]'. A potem głuchy żal, resentment i aksjo­
mat, że 'w miłości oczekuje się cudu". Najgorszy bezwzględ­
ny brak inicjatywy. Chwilami myślałem, że powinno się
świadomie modyfikować tamtą rzecz wolą, że celowe i syste­
matyczne wysiłki powinny być skierowane celem stworzenia
czegoś trwałego między nami. Iluzja! Tam koniecznie potrze­
ba cudu. Tu, [?] szukanie samego siebie trzeba [?]
Męczyła się dość intenzywnie [??] z 9. Symf[onią] mia­
łem napad ujemnych rzeczy, silnej nienawiści.
We Środę 1 .IV. silny przypływ namiętności [??] bezna­
dziejna potrzeba obecności. Kiedym został [?] tak błagałem
jak o litość o widzenie. Widzenie się w ogródku ujemne. Roz­
stajemy się po powiedzeniu sobie prawdy, rozsądnie i spokoj­
nie. Jestem potem [???] mam nadzieję, że wszystko będzie
dobrze, że nie warto zrywać na ten krótki czas. [???] Idziemy
po [?] Noc ciemna, rzeka cicho przemyka [?] Odczuwam
brak sympatyi [?] ją lekko - zastępują magję miłości jakiemś
[?] kuglarstwem. Po [???] być miłym i dowcipnym [???}
z sentymentalizmem?) Rozstajemy się - po raz ostatni. Po­
tem jeszcze u mnie w Poniedziałek, potem [??].
14.IV. 14.
Wczoraj chwilowy powrót sentymentu, potem ciągle
znów trochę zmęczony, przepracowany [??] Czuję jako wspo­
mnienia powoli płowieją i żal mi tego. Nad morzem cudow­
nie i odpływ; brązowe kamienie kąpią się w sinem morzu
i nabierają ciepłych, fjoletowych odcieni. Wracam myślą do
przeszłości do n ; roztapiam się w cudnym krajobrazie. Od­
czuwam pustkę chwili obecnej; nie jestem sam ani z nikim.
Życie wydaje mi się płytką wodą, przez którą się brodzi
z przykrością, nie mogąc się ani zanurzyć ani wydostać.
Z Mamą? stosunki [?]. W samej rzeczy jestem wciąż zdener­
wowany i potwornie opryskliwy. Nie umiem panować nad
ciągiem, nieustającem zniecierpliwieniem brutalnem. Dość
dużo brutalności i ordynarności wewnętrznej. Wieczorem sie­
dzę w domu i piszę. Myślę o r* i jestem b. smutny; myślę z ża­
lem o tern co było i co już minęło bezpowrotnie; w smutnym,
rzewnym, zrezygnowanym żalu. Jestem dla niej [?] usposo­
biony. Mam poczucie jakby była obecna [???] Wczoraj wie­
czór nastrój biblijny, [?] a la W. Bronię się przeciw femini­
zmowi, rozumiem [?]. Ulegam nastrojowi. Budzi się w trochę
nieokreślony sposób lekka tęsknota do t. Pewien szwung do
pracy. Pogoda cudna. Dziwne jest to odniesienie się do życia
[???] Czyż życie można szukać tylko nazewnątrz? Pamiętam
2

15.IV. 14. (środa)
Praca idzie mi nieźle i układam obecnie spis rzeczy i kon­
troluję całość. Dopiero teraz widzę jasno jak dalece ta książ­
ka jest dokumentem [?] i jak szalenie dużo musiałbym je­
szcze pracować ażeby coś jeszcze z tego zrobić. Ale nauczy­
łem się bardzo dużo przytem wszystkiem. Czytając teraz mu­
szę sobie jasno sformułować luki zasadnicze i problemy
otwarte.
Czując się trochę lepiej nie odczuwam tak silnie pustki
życia. Czasem opada mnie [?] tęsknota. Zasypiając wczoraj
broniłem się [?] marzeniem za objęciem białych ramion. Wy­
obraźnia pozwalająca marzeniom zaspokoić każdy odruch
życia, każdy popęd [?] życie w dwojakim sensie: przedewszystkiem w myśli, w marzeniach trzymamy się znacznie lu­
źniejszych zasad etyki; robimy to, postępujemy tak, jakby­
śmy w rzeczywistości nigdy nie postąpili. To jednak osłabia
siłę zasad życiowych. Wszystkie zbrodnie spełnia się naprzód
w marzeniach. Ale, i to jest druga strona fatalna, silne czyny
nie rodzą się równie szybko w marzeniu. Marzy się po linjach
najmniejszego oporu; ideały nie chodzą po tych linjach, nie
można ich tam spotkać. Marząc, zadawalnia się popędy, bę­
dące sprężyną postępowania, wyładowuje się istotne siły
organizmu. Wczoraj postanowiłem przeprowadzić ściślejszą
kontrolę mych marzeń. - To jest punkt nadający się do teore­
tycznego pogłębienia; kojarzenia uczuciowe, myślenie uczu­
ciowe.
Wczoraj: przedpołudniem] praca w domu, spacer do par­
ku, zmęczenie; po ludzku czuję się dość śpiący, pelikany od­
jeżdżają. Pracuję trochę z jaką godzinkę, czytam Candide.
Może najlepsza rzecz Shaw'a ; wpadł na istotnie dramatycz­
ną sytuację i dobrzeją zarysował.
Chwyta mnie specyficzna chandra nadmorska; znam ją
dobrze z wysp. Morze zieje pustką, wypełnioną obietnicami;
nienaruszoność jego bezmiaru pociąga i rozczarowuje. Pogo­
da popołudniu, spokój i wieczny dramat zachodzącego słoń­
ca. Idę ku Shanklin z M[amą], z kt[órą] stos[unki] nieco się
poprawiły. Na lando[?] idę sam dalej. Bierze mnie przepojo­
ny zielonością mchów i bluszczem lasek; ptaki śpiewają, mo­
rze szepce blisko[?]. Pośród poplątanych gałęzi przegląda
ciemno zielone. Staję na dużym omszałym kamieniu i dozna­
jąc metafizycznego roztopienia się w otoczeniu; piję namięt­
ność, spokój, bezpośredniość, świeżość i rzeczywistość. Tak,
rzeczywistość. Uniesienie wywołuje silną potrzebę stwier­
dzenia realności tego co mam przed sobą. Zlania się z tern.
Znów koncepcja nirwany jako bezwzględnego objektywizmu, jako zabicia siebie przez zlanie się duchowe z przyrodą.
Jedyna forma racjonalnego samobójstwa. Ezoteryczne zna­
czenie filozofii buddyjskiej.
5

6

16.IV.14.
Praca idzie mi nienajgorzej, choć jest to praca zupełnie
rzemieślnicza - czytanie i [?] poprawianie dr. S. Pewna przy­
jemność konstrukcyjna.
Mam bardzo małą tendencję do [?] wkraczania w życie.
Doświadczenie lat dawnych nauczyło mnie, że od postano­
wienia i nadziei poprawy i postępu do wykonania jest b[ardzo] daleka droga. Ale stała, uparta, systematyczna (te 3 rze­
czy, które są dla mnie w ogóle najtrudniejsze!) kontrolowanie

197

się na punktach zasadniczych. Równomierne podnoszenie
poziomu życia na wszystkich punktach niewątpliwie prowa­
dzi do celu. Teraz np. powinienem starać się żyć bezwzglę­
dnie w prawdzie sytuacji. Nie zaspokajać żadnych potrzeb
uczuciowych powrotami myślowymi do niej. Ja jeszcze mam
chwile niepewności, chwile „a może"; chwile w którychbym
pragnął, żeby ona do mnie jeszcze wróciła - choćby na to ,
ażebym ja mógł odejść z gestem. Te rzeczy powinno się bez­
względnie wypalać.
Wczoraj. Rano pracowałem; popołudniu, o 3=ciej łódką
do Blackgang. Kołysanie trochę mnie peszy, z powrotem
wiatr. Tak, że w niezupełnym fizycznym well-being nie od­
czuwam tak silnie rozkoszy przeżyć nowych i dziwnych.
Brzeg od Ventnor do S=t Catherine's cudowny. Z tyłu ścięta
równa ściana, stół, patrzący ku morzu prostopadłą skałą
z uwarstwowionych łupków. U stóp tej skały rozpoczyna się
łagodną pochyłością aż ku morzu schodzący taras pokryty
cudowną zielonością. Bliżej ku Ventnor, pochyłość ta [?] jest
od strony morza i brzeg wznosi się bezpośrednio na[d] mo­
rzem białą ścianą kredową. Dalej ku St. Catherine's] cudow­
ne, szmaragdowe łączki schodzą łagodnie aż do samego mo­
rza. Przypominam sobie popołudnie kiedyśmy z n objeżdża­
l i ^ ] wyspę; patrząc na nasz domek w S[?]. Obejmuje wzro­
kiem łączki zielone i drzewa, jeszcze nagie, w bogatych, buj­
nych kępach w mięk[k]im łagodnym konturze, rozrzucone po
łąkach. Przypominam, jak mnie ten pejzarz [sic] kiedyś za­
chwycał i czuję znowu że go kocham. Patrzę na ścieżki który­
mi wtedy chodziłem. Z. St. Catherine (wioska której wów­
czas nie zauważyłem [?]) wał ścian z piaskowca, żółtych, gra­
jących silnie z niebiesko zielonem morzem. Zamglone brzegi
mainlandu.
Przez cały czas marzę o takich przyjemnościach, jak ja za­
pewne będę miał w lato w Australii. Posiadam jakąś niezdol­
ność brania życia bezpośrednio, w szczegółach tego co mi da­
je. Muszę ująć każde przeżycie jako część większej całości,
jak szczegół systemu czegoś. Myślę jakby to było cudnie być
milyonerem i posiadać taką Stram Launch[?] na własność.
Wieczór pracuję w domu, i piszę petit poeme en prose;
który ułożyłem na spacerze do C[?]. Myślałem też dużo i in­
tensywnie о п. O t. myślałem [?] i z tęsknotą. Ale staram się
opanować i jasno uprzytomnić ramy, w których to trzeba
utrzymywać. Koniec.
18.IV. 14.
Dziś ostatni dzień w Ventnor. Szybko kończę czytanie pol­
skiego [manuskryptu]. Jestem w ogóle już trochę porwany
rozpędem podróży. Z tego punktu widzenia jestem b. zado­
wolony ze skończenia sprawy z t. Rzeczywiście będę musiał
skupić się na przygotowaniach, starać się doprowadzić wszy­
stko do ładu i „be efficient". - Jestem dziś w ogóle trochę
zmęczony (serce) choć trzymam się; praca mnie pochłania
i tęsknotę w niej topię.
We Czwartek poszedłem na spacer ku Shanklin. Śliczna
kotlinka w Luccombe Chine. Widzę przed sobą ujście pia­
skowcowe parowu, zamknięte dla publiczności i nachodzą
mnie socjalistyczne refleksje. Widok z góry na Shanklin, sub­
telnie wykrojoną zatokę, zamkniętą białą ścianą i wgłąb wy­
spy b. ładny. Entuzjazm dla morza; cudna elegancja, cudow­
ność, katastroficzność objawienia morza. Biała piana, symbol
piękna.

198

19.IV. 14. Londyn.
Wczoraj po powrocie zastałem dużo listów. Miałem jakiś
niepokój, przygnębienie, poczucie rozpaczliwej pustki. Pod­
świadomie wyczekiwałem czegoś, głównie od t i byłem tro­
chę dissapointed nic nie mając. Czy pojechała z Kasią do Ea­
stbourne? Musiałem sobie sformułować, że to już nie mój bu­
siness. List b. przygnębiający od Stasia. Zrozumiałem, że to
już rzeczywiście, być może, koniec z nim. Śnił mi się dziś
w nocy. Będę musiał zrobić wszystko, ażeby wydostać dlań
pieniędzy i żeby pojechał ze mną. List od n b. mnie [?] jest
moim prawdziwym przyjacielem; miałem znów silną potrze­
bę ażeby pojechać tamta drogą. Jestem trochę przygnębiony
powrotem do Lfondynu]. - Świadomość tego, że mam przed
sobą pilną robotę dodaje mi trochę sił.
7

20.IV. 14.
Londyn mi nie służy. Prawie niepodobna wytrzymać
w tym gatunku skupienia, w kt[órym] byłem nad morzem.
Wczoraj np. latam bez powodu do [?] Dunn. Wieczorem
u Boreniusów; [?] z książki i [?] z Mrs D. wprowadzają mnie
w całkfowicie] niepożądany nastrój. Myślę o 'zastrzykiwaniu' arszeniku. Niezróżniczkowana zmysł[owość]. Nie­
wątpliwie] bronię się świadomie i skutecznie, ale do idealne­
go treningu b. daleko. B. kiepsko usypiam - i mnóstwo naj­
gorszych myśli mi przychodzi.
Co do :, to mam częste powroty; zmysłowo czuję, że tyl­
ko ona posiada dla mnie wartość. Chwilę wczoraj miałem
znów poczucie, że to jest jednak najistotniejsza rzecz, i, że za
wszelką cenę... Ale zawsze wychodzę zwycięsko. Poczucie
jakiejś niewspółmierności; kłamliwości czy nieszczerości
z tamtej strony. Chwilami mi się zdaje, że to tylko nieugiętość[?] była z jej strony i chęć zbrutalizowania, opanowania
z mojej. I że na tym tle była cała walka. Wiem w każdym ra­
zie, że bym się nie mógł był na niej oprzeć. Właściwie czuję,
że teraz tęsknię już nie za rzeczami [?] ale za czemś stałem.
Bezwzględnie powinienem zachowywać czystość wewnętrz­
ną i zewnętrzną.
W pracy mojej widzę coraz wyraźniej luki i perspektywy.
Powinienem bardziej na tern się skupiać, zwłaszcza, że praca
obecna mi pochłania dużo energji psychicznej.
Przed wyjazdem muszę załatwić podanie o stypendjum;
dziś po południu. Pójść się dowiedzieć do Derry'ego o kata­
log Callinu[?]
21.IV. 14.
Czuję się nie b. dobrze. Spałem kiepsko przez 2 ostatnie
noce. Nie zasypiam od razu, pomimo zmęczenia tylko kłębię
się poprzez przyćmioną świadomość swoją potwornych [?]
i niemoralnych myśli. Tak samo po obudzeniu [?]. Trzebaby
to zupełnie usunąć. Wprowadzić stan siły, opanowania
i prawdy. W stos[unku] do t nie miałem prawdy; uczyłem się
niedopowiadać rzeczy, fałszować przed samym sobą. Czy
byłbym ryzykował wszystko ażeby się z nią na stałe połą­
czyć, tego nie wiem. Faktem jest jednak, że wmawiałem to
sobie z dobrą wiarą. Ostatecznie miałem dla niej [?]. Chwila­
mi wprost traciłem przyt[omność]?, szukając jej, idąc do niej.
W R[eading] R[oom], kiedy czasem koniecznie chciałem ją
zobaczyć i jej nie było. Kiedyś, kiedy ją spotkałem wycho­
dząc z tamtąd i ona zamiast iść ze mną poszła po tym na
Ch[?j St[reet]. Byłem w stanach wściekłego upadku, zdany
na łaskę i niełaskę i to nie losu, ale kobiety, której absolutnie

nie widziałem[?]. Dotąd nie mam pojęcia, że dalej[?] ona ist­
nieje. Włas'ciwie ona odeszła odemnie pierwsza. Ja nie był­
bym się oderwał. Wtedy we Środę rano [??] miałem znów
okres bezwzględnej [?] Błagałem o litość. Potem ona też by­
ła odporna we Czwartek i za obydwoma widzeniami nie bra­
łem jej. Jedyną rzeczą, która mi pozostała było dać pierwsze­
mu znak [?]. Na dnie miałem nadzieję, że ona wróci - nadzie­
ję syconą głównie miłością własną.
Chodzi o to ażeby się wydostać na drugi brzeg. Ażeby żyć
w samotnos'ci. Erotyzm i sentymentalizm [?] zabierają mnie
jeszcze b. często; widok drzew o czarnych pniach i zielonej
aureoli wiosny; cudne wieczory przesycone upałem dnia [?]
wielkomiejskim, w którym kryje się tyle tęsknoty za naturą,
tyle snów o cudnych wilgotnych lasach, gdzie cicho się stąpa
po mchach... Nie mam samopoczucia oparcia się na czemkolwiek; chociaż zdaje mi się będę grawitował w kierunku mo­
ich prac naukowych. Ten wyjazd teraz przedstawia się trochę
jako blanco w moim życiu. Jeżeli potrafię cos' zrobić, to je­
szcze wrócę, i z tego na pewno cos' będzie. Jeżeli nie potrafię,
to będę miał sumę ciekawych i niezwykłych przeżyć za sobą.
22.IV. 14. Środa rano[?]
Ciągła [?]; ciągła walka[?] z kobietą niewidzialną, nie­
obecną, nieuchwytną ale paraliżującą we mnie prawdziwą
zdolnos'c, radość życia, stwarzająca jakąś pustkę, która mnie
wciąż absorbuje, przepaść, która mnie wciąż pociąga siłą ni­
cości. Wyraźnie rozumiem teraz, dlaczego kobieta jest sym­
bolem zła, zniszczenia podkopania dla mężczyzny. To jest
walka o niezależność; walka między człowiekiem naprawdę
twórczym a spokojnym członkiem stada.
Wczoraj przedpołudniem] przychodzi Marta i Kasia. Ja
opracowuję referat do Brit[ish] Association for the Advance­
ment of Science]. Potem via Russian Consulate do Brit[ish]
Mus[eum]. Jestem pod narkozą upału, pogody, zieleni budzą­
cej się do życia, melodyi przebijających się przez powalę my­
śli. Niezdolność skupienia się, tęsknota za miłością, za rze­
czami dziwnymi, które się dzieją jak w bajce, a kt[órych]
w życiu nie ma. Idę po szarej, brudnej powierzchni życia,
wśród rozpalonych refleksów - dyszących tęsknotą za
wsią[?]: w Brit[ish] Mus[eum] żądam książki i uciekam.
W domu lunch z Mamą i [?] Jestem nieobecny, właściwie cią­
gle podminowany sprzeczną tęsknota za t. Jak tylko ją sfor­
mułuję, jak tylko jasno uprzytomnię sobie możliwość jej obe­
cności, tęsknota znika, spokój bierze górę. Zawsze mówię:
dobrze się stało. A jednak żal niewymowny. Nie wierzę w jej
charakter i wiem, że by mi nigdy z nią naprawdę dobrze nie
było. Ale b. się przywiązałem i posiada dla mnie olbrzymi
zmysłowy i artystyczny urok. Ten ostatni [?] niż twórczy.
Po południu via Britfish] Mus[eum], gdzie nie mogę sku­
pić myśli, do Miss Jones, na topie 68., mało sentymentalnych
wspomnień. Wracam piechotą przez Primrose Hill. Tam jak­
by zrzucenie jarzma. Wtedy, w ostatnią Sobotę Stycznia, kie­
dy zerwała ze mną po raz drugi, szedłem tam sam w nocy,
przepełniony siłą i radością, poczuciem swobody i twórczo­
ści, bezwzględnie zdecydowany, że już nie wrócę. Wczoraj
Prifmrose] Hill cudny w aureoli złota zielonych pąków, które
płoną srebrem i złotem na czarnych konarach drzew, jako try­
umf życia nad [?] mumifikacji wielkomiejskiej. Ten efekt
przypomina mi zaraz / i napełnia żalem. Przypominam sobie
wiosnę roku zeszłego jak szedłem skwerami do n na 16, Fitzroy St. i czułem wiosenny nastrój budzącej się miłości. Jak

ją wtedy inaczej widziałem! fizycznie i moralnie. Dokładnie
mogę sobie przypomnieć jej twarz ówczesną. Wczoraj na
Prim[rose] Hill przypływ siły. „Muszę stworzyć coś nowego
w życiu, wydobyć plus ultra. Nie chcę poruszać się w jednostajnem zamkniętem kole ciągle tych samych upadków i gra­
moleń." Miałem chwile upadku - chciałem się przystawiać
do każdej kobiety - ale się opanowałem.
Te wstrętne, [?] instynkty - dziwne jak sobie wyobrażę
w ich świetle jej psychologię, opanowuje mnie wstręt - i od­
padają one odemnie automat[ycznie]. Ale sam nie mam dość
sił, ażeby z nimi wprost walczyć. Wstrętne.
Wieczorem dostaję jej kartkę. Peszy mnie bardzo. Zabi­
jam w gimnastyce. Mam chwile metafizycznej więzi. Jestem
sam w jakimś ciemnym, wysokim korytarzu. Czuję potwor­
nie silną rękę losu, który mnie prowadzi. Bezwzględne po­
czucie metafizycznej pokory. Korzę się przed bezmiarem
świata, którego nie ogarnę, a którego pożądam; przed siłą lo­
su, który mnie wiedzie bez oporu i względów; przed tajemni­
czą zagadką istnienia, której okrucieństwo i spokój odczu­
wam bezwzględnie. Odczuwam całą nicość walki o swoje ja,
stwarzania siebie z pustki, aby się znowu w pustkę obrócić. Takie chwile są istotnie religijne; jak mówi Szymberski „roz­
mowa z Bogiem". Dodaje[?] siły wewnętrznej. - Jest mi wła­
ściwie źle; tęsknię za kobietą; tęsknię nawet za t. Ale chcę iść
w przeciwną stronę. Przechodzę teraz okres „odkochiwania
się", podobny w psychologicznym] zabarwieniu do
procfesu] zakochiw[ania] się. Nie śpię, niemam apetytu, je­
stem [?].
Piątek 24.IV. 14 w Berlinie.
Od tej kartki, kt[óra] mi ją znów przypomniała silnie,
przechodzę wciąż stan silnego uczuciowego] powrotu.
W Środę rano opanowuje się, odsuwam czytanie powieści
i biorę się do roboty; przepisuję podanie o stypfendium].
Marta na dole. Idę się kąpać; cudne drzewka w ogródku. Tę­
sknota za nią; żal, że wyjeżdżam, że stracę to cudowne przej­
ście w Lond[ynie]. Czytam z M . m.s. [manuskrypt] ostatecz­
ne poprawki. Potem via Antropfologiczny] instytut do Uni­
wersytetu. Rozmawiam z Sekretarką: kobieta.
Szarpie mnie wciąż problem [?] tęsknota og[ólna],
potrz[eba] czegoś zwraca mnie ku jakiejś parze oczu, jakie­
muś profilowi; wówczas tłumię to w sobie [?] t. Potem zno­
wu z nią walczę. Kupuję u Gamage i u Rablis'a. Potem via
Marta, której nie ma[?], do domu. Myślę chwilami
0 t z mię[k]kim sentymentem]. Przypominam miejsca
1 chwile. W domu wielki pośpiech; uczucie samotnościf?]: ja
i M[atka] na całym świecie. Żal, że M=ę opuszczam. Wyjazd
[??]
Jestem niezmiernie] smutny i opuszczony. W kolei przy­
pominam] sobie z niezmierną] siłą jazdę do Conrfada]. Pa­
trzę przez okno na Tamizę. Tędyśmy wracali, jedne po dru­
gich występ[ują] wspomnienia] tamtego dnia i nocy w Sandgate. Ta linja jest bezwzględnie] związana z nią. Zamykam
oczy; idzie ku mnie z ciemności; widzę ją coraz wyraźniej jak
idzie z [?] w twarzy i staje przedemną; [?] zrodzona z bólu
i tęsknoty; odczuwam fizycznie jej obecność. W uszach
brzmi mi wciąż motyw beznadziejnego bólu z Parsivala. Po­
raź pierwszy od zerwania nie odchodzę od niej myślą; żal
szalony, że się tak stało. Łzawy żal. Nie mam nawet jasnej
pewności, że nie wrócę. Mam poczucie, że ona przechodzi
przez podobny stan. Równocześnie myślę sobie, że jestem
8

9

zmęczony, osłabiony, i że nie mogę decydować o stanie swym
wewnętrznym. Nie jestem pewien cobym zrobił gdybym ją
wtedy właśnie spotkał. [??] Przypomin[am] - [?] ten ranek
mroźny: 3 osoby, ona z gazetą. Jej twarz - wróbelek mały w tamtym kapeluszu z piórem. Głos Conrada po francusku. "
Potem druga. W [?] patrzę na [?], tam gdzieśmy chodzili ra­
zem. Statek odjeżdża; podwójny błysk latarni. Błądzę wzro­
kiem na lewo, tam gdzieśmy szli. Zaczyna się beznadziejna,
tępa pustka; odchłań pod wszystkiem, przepojenie rezygna­
cją. Przez cały ten czas, aż do tej chwili jest mi strasznie źle.
Ból przenikający wszystko; „poczucie, że się wszystko skoń­
czyło" i wyczerpało aż do dna. Ból nie ludzki, nie indywidu­
alny: Jest się kawałem cierpiącej materyi. W całem ciele rów­
nomiernie rozmieszczone cierpienie; „homogeniczna bryła
miękiej, lepkiej, cierpiącej materyi". Cierpię strasznie po­
przez fale szaro zielone; poprzez cudny [?] pejzaż [?] gdzie
w zielonej [?] budzących się drzew przewija się fiolet daw­
nych cieniów nocy i złoto budzącego się dnia. Drzewa owo­
cowe w kwiecie, lasy, łąki - wszystko najcudniej zielone,
wszystko rozszalałe i zesztywniałe w najwyższym uniesieniu
rozkwitu i obietnic - wszystko to przykrywa cienkim, prze­
zroczystym, co chwila szarpiącym się woalem czasu, bezden­
ną, jednolitą pustką. Tęsknię za nią strasznie - a jednak wiem
że nie powrócę; mówię do niej; mam do nie żal, że [?] ode­
szła. Strasznie żałuję, że tak się stało. Chciałbym żeby i ona
cierpiała, żeby jej módz rzucić całą winę [?]. Potem chwile
ostrzeżenia. Ciekaw jestem jak się ona czuje. Poczucie swej
własnej małości. Może najgorsza właśnie ta dwoistość. Ta
niepewność. Czytanie Return Conrada." Bajeczna rzecz. Tak
i ona też mi miała [?] i ona też byłaby na zawsze czemś niebezpiecznem, czemś co może doprowadzić do samobójstwa,
do zaprzecz[enia] życia. Tak ona byłaby mi zepsuła życie czy ja wiem? Czy można taką rzecz kiedykolwiek wiedzieć?
Obrachować?
Podczas całej drogi czuję się potwornie przemęczony brak sił nerwowych; czuję że powinienem po prostu spać.
A jednak siedzę i czytam; ruszam się. Czuję, że tylko albo
praca albo sen pozwolą mi zabić tęsknotę, żal. Czytam Notes
& Querries i myślę lepiej. Nie daję się oszwabić kondukto­
rowi i kontent jestem. W Berlinie pogoda, cudna zieleń; ba­
jeczna w nocy jak abażur na wielkich lampach łukowych bru­
talnie [?] w sam środek drzewa. Miasto jak zawsze wstrętne;
ale tym razem w imię / i pod znakiem moich poprzednich do­
świadczeń (przedostatni raz byłem sam, jadąc do Warszawy
[???] ostatni raz z Mamą; otrzymuję list od t na poste restan­
te; dziwka [?] z bajecznie dystyngowaną twarzą) nie prosty­
tuuje oczu.
Biorę Niemców z wyższego, czysto teoretycznego odnie­
sienia się i odczuwam do nich wyraźną sympatję. Bajecznie
wszechstronny i plastyczny naród; jedyny gdzie naprawdę
kultura daje całą, objektywnie pełną skalę możliwości.
W por[ównaniu] z Angl[ią] imponują oni osobistą, istotną
Leistungsfahigkeit [sprawność, wydajność]; a nie szykiem
i stylem.
Wczoraj idę do optyka, do Med[izinische] Warenhaus;
szukam w 4 sklepach antropologicznych] narzędzi. Potem
Wertheim, optyk (jestem nawpół przytomny ze zmęczfenia])
na Tristana; nawpół śpię. Chwilami ból intenzywny, jak roz­
palone obcęgi, w 2. akcie, kiedy ona oczekuje. Potem żal dłu­
gi, mięki, głęboki. Wciąż jestem z nią. - Orkiestra bajeczna,
właściwie dopiero teraz naprawdę. 1. klasy przedstawienie.
1

12

200

W nocy na banhof, kartka do n- ledwo na nogach stoję. Dziś
od rana trochę mi lepiej i mam tylko gwałtowne chwilowe na­
pady żalu. Rano tzn. o 10'/: na kolej i potem piechotą na [?].
[?] bajecznie miły; interesuje się mną; daje mi skale barw
skóry; pisze do Martina [pewnie list polecający]. Muzeum
zdaje mi się znacznie lepsze od [?]. To mnie trochę podnieca
i nie myślę o t przez chwilę. Potem wraca ze straszną tęskno­
tą. Są ludzie, kt[órzy] są po prostu jakby wielką pomyłką na­
tury, Pana Boga, czy [?]. Tak przez chwilę myślę; ale nie; po­
myłka leży zawsze w konstelacyi, t jest pomyłką w stosunku
do mnie i do [??] nat. warunków. Chciałbym się uczciwie
i poważnie pomodlić[?] Jak przyjaciel prawdziwy. - [?] śpię.
Zakopane 3. Maja.
Smutny nastrój podczas tej pożegnalnej podróży po Pol­
sce. W Warszawie tęsknota i zakochanie się w w, na tle tęsk­
noty za Londfynem] i za tern co było, przemieszana z żalem
za t i z żalem do siebie, że jestem taki [?]ny. [?] rozstania się
z [?] jej rozpacz i potworny wyrzut sumienia, że ja taką rzecz
mogę zrobić zupełnie [?] i za darmo. - [??] tym strasznym [?]
rzeczy. Na chwilę zapominam o własnem szczęściu, o prawie
do szczęścia, myślę tylko o prawie do życia swojego i cudze­
go; mam silne przeczulenie etyczne. Moje własne rzeczy ma­
leją do zera. Mam wrażenie, że żyję w idealnych warunkach,
że ja mam jeszcze czas i sposobność na wszystko. Nawet mo­
je życie przedstawia mi się od wewnątrz jaśniej i celowiej, ale
za cenę tylko przesunięcia płaszczyzny etycznej. Od dłuższe­
go czasu (!) od wyjazdu z Warszawy nie odczuwam niepoko­
ju za kobietą. To co widzę tu działa jeszcze silniej.
Spisuję po kolei treść dni przeżytych: W Piątek po prze­
spaniu się czuję się świeży i wypoczęty; odwożę rzeczy na
banhof. Gotuję się na Parcivala. Idę na mleko kwaśne i piszę
list do Mamy Hermana[?]. Następnie na pocztę, kolejka
podziemna na Bismarckstrasse. Niema miejsc na Parcivala.
Jestem speszony; ogarnia mnie tęsknota, która gdzieś tam by­
ła, ale miałem nadzieję utopić ją w muzyce. Parę akordów
Parcivala mnie prześladuje. Idę piechotą długiemi ulicami,
potem Tiergartenem. Coraz wyraźniej występuje jej sylweta.
Wchodzę w ciemne aleje, z czarnymi, przejrzystymi sienia­
mi. Ciepło; zwierciadła sadzawek odbijają drzewa, brzeg,
niego. W Parku mało osób; pary zakochane siedzą na ław­
kach. Ogarnia mnie szalony żal. Czuję ją wciąż wkoło siebie.
[??] pełnym rezygnacyi i ukojenia, które [?] się jakąś ukrytą,
półświadomą nadzieją. Musze sobie powtarzać, że absolutnie
do niej nie wrócę; że myślę o niej tak blisko z powodu zupeł­
nej niemożliwości powrotu do niej, przynajmniej w danej
chwili. Na kolei, dostaję ławkę; jadę ze zniemczonym pola­
kiem, śpię b. źle, staram się o odrętwienie. Na granicy długie
czekanie. Czytam Conrada [???] z grubym niemcem. [??]
Czytam Conrada i dzieła niemieckie.
W Warszawie. Hotel. [?] w [Wandzia] wygląda b. ładnie,
efektowne uczesanie, w białej bluzce.[?] czy jedzie do
Krak[owa] mówimy o / [?] patrząc jej w oczy; mam wraże­
nie, że mogłoby coś być [?] rozmowa ze starymi o muzyce
i o okrętach. Potem do Szpot[ańskich ] [?] flota; dowiaduję
się o M . Potem do Sz[?]ów, Stach b. kiepsko, blady, zmie­
niony, źle mówi, umysł mocno przyćmiony. Przypomina mi
wuja Bronisława podczas ostatniej jego choroby. B. przykre
wrażenie. Mówimy o mojej jeździe; przychodzi jego matka.
Potem idę do kawiarnif?] gdzie August Xaw[ery] Zalfeski ]
i Ochenkowski. Rozmowa about nothing, [?] etc. Potem do
13

1 4

15

16

Stasia Zielińskiego]. Żenią trochę zmieniona. Rozmowa
0 niczem (zbierałem się na rozmowę istotną z nią!) czuję za­
wsze, że stoi na wysokości tego co ja mówię. Dowiaduję się,
że jest pregnant. Peszy mnie to. Mówię jej o moich planach.
Radzi mi wziąć Stasia. Wychodzę wcześnie, z ulgą. Uwolni­
łem się od bezpośredniego jej uroku. Chciałbym jej tylko po­
wiedzieć, [?] cieszę jej szczęściem.
Wieczór chcę iść do Etonki, na operę, nic z tego. Wysyłam
list i idę na spacer w aleje. Tęsknię za w, ale myślę, że z tego
nic nie będzie. Jest ona jedną z niewielu panien, o kt[órej]
mógłbym myśleć en termes de manage. [?] Ciocia Kazia[?].
Mówi o miłości [?] Odczuwam zazdrość. Do w odczuwam tę
falę rzeczy świeżych, natchnienie miłości, coś co porywa
1 pcha. Może najsilniejszą fazę miłości. Myślę czyby jej nie
dać znaku jakiego. Obiad; gadanie ogólne. Ona mi mówi, że
nie pojedzie do Krak[owa] i że jest sorry. I ja także. Potem
rozmawiamy sami - o czem? O czemś półsubjektywnemf?]
w czem się człowiek stara powiedzieć rzeczy pośrednio.
I opowiadam wizytę u [?]. Potem via Eton, kt. niema, via Ha­
linka, kt. niema [?]. Acha, rano u [?] Władzia, Schneiderowa.
Rodzina Halinki.
Potem idąc do p. [?] spotykam w z siostrą, idę z nimi.
[???] Tam cały wieczór. S[?]ówna mi mówi prawdę o jego
zdrowiu. Siedzę tam długo, idę spać.
W Poniedzfiałek] dent[ysta], kupowanie lornetki, wizyta
w Heliosie. Jestem spokojny; staram się być uważny i skupio­
ny. Z w bfardzo] miło mam do mówienia. Obiad u S[?]. Etonka. Czuję [?] pożądanie z ciekawości i równocześnie zdaję
sobie sprawę z nierealności[?] i opanowuję się. Acha, Halina
- dentysta - Etonka - Halina i spacer na 3 most. Jadę do Sz[?]
I przez cały czas mam [?] do w), potem z Aug[ustem Zale­
skim] do Ochenk[owskiego] Razem spacer [??] o rzeczach
płciowych; jazda do Krak[owa] [?] nad ranem, piszę notatki,
numeruję kartki. W Krak[owie] najpierw do Akad[emii
Umiejętności] [?] przyjmuje mnie Schf?], Rydel [?] w ogóle
parszywe plotki. Pensjonat. Rostafińscy. [?] Augusta [Wit­
kowskiego ] kochałem jak ojca. [??] W Krak[owie] mam sil­
ne przypomnienia f, ale bez wyraźnego [??}, który zresztą
tłumię świadomie. Podwale 2[?] tam gdzie [?] schodziłem.
Szczepańska ulica. Via Strasburger", [?] Żuł[awski ]do [?]
Ulan[owski ] długie ględzenie antigwinejskie i utrudnienia
z M.S.[manuskryptem]. Pensjonat; idę na kolej dowiedzieć
się o pociąg, Śpię w ubraniu.
17

18

19

21

22

Kraków. 6.V.14. Opis pobytu w Zakopanem.
Pogoda cudowna; powietrze niebywale przezroczyste.
Wszystko pokryte odświętną pustką; pustką rzeczy świętują­
cych, odpoczywających, bezcelowych. Jestem bardzo dużo
ze Stasiem. B. przygnębiony jego stanem; czuję, że zamknię­
cie życia z tamtej strony, że zniszczenie jego jest upadkiem
jednego z moich ideałów. Wierzyłem i do dziś dnia wierzę
w Stasia, w jego geniusz i indywidualność; jest on dla mnie
wcieleniem duchowej wyższości i odrębności ducha polskie­
go. W tej całej sprawie widzę, że jest on też wcieleniem naj­
gorszych stron i słabości. Miałem chwilami pozytywne po­
czucie, że jego bankructwo jest potwierdzeniem moich poglą­
dów etycznych, jest strasznym symptomem niebezpieczeń­
stwa, które tkwi w zupełnym nieocembrowaniu[?] źródeł ar­
tystycznego natchnienia i woli do życia. - Chwilami staram
się zapomnieć o Stasiu. Uciec od niego. Nie wchodzę wgłąb
jego stanu, po prostu [?] przez egoistyczny instynkt samoza­

chowawczy. Typowy stan psychiczny ucieczki przed nieubła­
ganą ręką losu, na mielizny [?]ciowości tamtej. Staram go się
przekonać argumentami, których płytkość i marność sam od­
czuwam. Nie ma nic, tylko śmierć. Aleja nie mogę, nie mam
obowiązku iść dalej, iść za przyjacielem aż do samych wrót
Hadesu, chyba, żeby go sprowadzić napowrót, z powrotem.
Jazda do Zakop[anego]: dzień piękny, pogodny. Jadę w ko­
rytarzyku. Droga, szczegóły, Podgórze, Kalwarja; przypomi­
nają mi ostatni raz z /. Wtedy też była pogoda. Jechałem z nią
z początku w zewn[ętrznym] przedziale; Siarkiewicz; mówili­
śmy do siebie po angielsku]. Potem przesiedliśmy się do
osob[owego] już za Podgórzem. Ona jechała do Stryszowa. Za
Kalwfarją] patrzyliśmy razem na śliczny pejzaż. Potem ona
siadła[?] mi na kol[ana] i patrzała wprost przez okno. Pojecha­
ła ze mną do Zakop[anego]. Mówiliśmy o Zakopfanem], o na­
szej przyszłości, o Lond[ynie] było mi dobrze, ale pusto do­
syć. Ona mnie nigdy nie brała wewn[ętrznie]; nie mogła mnie
brać wewn[ętrznie]. - Myślałem o niej i tym razem, ale świa­
domie i skutecznie starałem się zabijać sentymentalizm. Czy­
tałem Conrada i notes & querries. W Suchej rozmawiam z pa­
nią Bierkowską. W ogóle pewne przytępienie radosnego od­
niesienia się do przyrody. Za Chab[ówką] patrzę przez okno;
patrzę Fernseherem [lornetka]. Myślę o tern co mam powie­
dzieć Stasiowi; wywrzeć nacisk, żeby wyjechał.
Staś na stacyi; wygląda źle, jedziemy do Nosala. Mówię
mu o ewentualności pojechania; on mówi [??] o śmierci;
0 swoim stanie rozpaczliwym. Ten sam nastrój rok temu był
dekoracją jego największego szczęścia. W Nosalu p. Witkfiewiczowa] przyjm[uje] mnie ze łzami. Schodzimy do Zakopafnego], Apteka, niema listów. Konstantynówka ; [?] wra­
camy piechotą przez potok. Staś opowiada mi całą historię.
[?] anomilne; niezadowolenie; wyjazd do Lovrany ; powrót.
Karolek. Dwoistość i licytacja ich wzajemna. P. Witk[iewiczowa] i Helena [Czerwijowska] wieczorem mówią ze mną.
Potem Staś wieczorem opowiada mi do końca; faza rozpaczy
1 faza obrzydzenia.
Nazajutrz [?] faza obrzydzenia i względnej siły. Pogoda.
Rano siedzimy w domu, tylko spacer na Kozieniec. St[aś] ma
ochotę na jazdę do N[owej] Gwinei. Po obiedzie do Za­
kopanego] on do Irenki [Solskiej], ja do Aptfeki] do Żuraw­
skich] i do Konst[antynówki] wieczorem. Aniela [Zagórska],
Wym. w Nosalu. Wracamy ze Stasiem szosą. Smutny i pusty
wieczór. Wieczór wywoływanie klisz. Czerwone światło.
Piątek, rano pogoda, popoł[udniu] chmury zachodzą.
Idziemy do Zielińskich] na Olczę. Przypominam Ż[eni]
wszystkie dawne rzeczy. Siedzę w izbie u Zielińskich] i pa­
trzę na łóżko, patrzę przez okno na dobrze znany widok, przy
kt[órym] tyle razy pracowałem, w kt[órym] tyle razy topiłem
tęsknotę . Góry przysłonięte, tylko miejscami się odsłaniają.
Nad Gubałówką burza. Idziemy przez Bachl[edowy] wierch
do Zakopanego. Do Apt[eki] Staś do Ju[?]. Jem kolację
w Apt[ece]. Potem piechotą. Jemy jeszcze kol[ację] w Nosa­
lu. (Aha, jeszcze Marja Bułhak z kt[órą] schodziliśmy we
Czwartek do Zakop[anego]). Potem wywołujemy na papierze
moje klisze od Lang[iera]. i klisze zrobione poprz. dnia. So­
bota. Dzień deszczowy i chłodny. Rano - Popoł[udniu] do
Zakop[anego]. U Dzi[?] z Anielą i Żuławskimi] o „kobie­
cie". Potem przez Bachl[edowy] Wierch. Straszna zadyszka
i przeziębienie. Wog[óle] nie czuje się dobrze w Zakopfanem]. Wieczorem przyjeżdżają 2 damy i Świeżawscy.
Idę wcześnie spać.
23

24

25

26

27

201

Niedziela. Rano pogoda. Idziemy na Olczę. Zdjęcie
Hrubego i 2 chałup. Potem u Zielińskich]. Zostawiamy ka­
merę. Popoł[udniu] z filtrami[?] na Olczę, bez płaszcza.
Zdjęcia: Giewontu, gór z ganku i brzeżka. Potem ja idę sam
do Zakopfanego] na kol[ację] do Tabów; przedtem na
chwilę do Anieli. Jadę z gazdą[?] na Olczę. Wywoływanie
z Langierem. Klisze udają się doskonale. - W nocy spię
kiepsko.
W Poniedziałek] cudna wprost pogoda. Gorąco. Marze
0 kąpieli, ale czuję się fatalnie. Na Olczę do Zielińskich]. [?]
Mówimy ze Stfasiem] o głupstwach u niej. Potem z po­
wrotem]. Jestem b. osłabiony. U Lang[era] pożegnanie. W Nosalu nic nie jem na obiad. Po obiedzie] pożegnanie, pa­
kowanie. Epizody z wujem Swieżawskim.
Jazda do Krak[owa] I I klasą. Czytam Nostromo. [?] pa­
trzę przez okno. Potem drzymię. Rozmawiam. Jestem nie­
spokojny] o zdrowie.
Kraków u P. Borońskiej[?] [?] Na 2. dzień do Hr. Zamoy­
skiego . Speszenie w Akademii Umiejętności. Dentysta; fa­
talna sytuacja z wyrwaniem zęba - siedzę przez '/г godziny
w męczaeniach. - Popoł[udniu] do Hr. do Strasburgfera] do
Hrab. długa rozmowa. Money granted. Wieczór decyduję się
zostać bo kiepsko z zębami. W Boroneum[?] Czytam Nostro­
mo. W nocy krwotok. Dziś rano pewna pustka. Nie wiem co
z sobą zrobić.
28

29

nym bólem. Budzę się w nocy w półśnie. Tak samo na Olczy.
Wziąłem ją jak się bierze łatwą i tanią zdobycz. Nie miałem
wtedy poczucia zbrodni. Byłem [?] i kryminalnie lekkomyśl­
ny. Teraz za to płacę; nie wolno być większą świnią niż się
ma prawo do tego. Intelektualna deprawacja nie jest paszpor­
tem. Etyka odpowiada pewnym potrzebom uczuciowego ży­
cia; których nie wolno libertynować.)
W Lipsku szalone zmęczenie, prawie nieprzytomność.
Kolacja u Fl[óhchen], potem do Estel. Brzeż.[?] nie przycho­
dzi. Polem znów u FI. Nie miła angielka, do której się jednak
palę chwilowo. Jazda do Hanovru. Gubię funta. Szalona mi­
grena; nieznośne niemeczki, [?]. Nocleg w Goch.
Jazda morzem; mało zachęcająca na przyszłość! Dojazd
do Anglii; patrzę lornetką; statki idące na południe; Union
Castle. Dojeżdżając do Queenborough, statki wojenne, jacht
duński, Port Victoria. Myślę o t. Jadę koleją przypominam so­
bie liczne razy kiedy jechałem do n i przypominam t. Radość
z przyjazdu no Anglii i do Lond[ynu]. Listy - nic od t. Nie­
pokój.
Następny dzień. Niedziela. Przychodzi Czapla [Czaplic­
ka ]; idę z nią; Hall. Popł. i Fry ; wieczór u Seligm[ana] [?]
(W Sob[otę] wiecz[orem] Boreniusowie, Mam w [?]). Po­
niedziałek]: [?] od Derrego, popoł[udniu] u Halla (?)
British] Mus[eum] gdzie szukam wspomnień i nie tylko
wspomnień. Czytam instrukcję o fotografii. Wieczór semin[arium]. Westerm[arck ] i post, seminar z rozmową (qu­
asi naukową). Trochę [?] wracam piechotą z Appelby do do­
mu i zaziębiam się. Wtorek, rano zmęczony idę do British]
Mus[eum]. Wieczór Kasia. Chwilami męczę się strasznie
przez te dni myślę o t. Kasia ma chandrę i ja też.t teleffonuje] przy mojem wyjściu. Strasznie mnie to peszy; nie mam
żadn[ego] interesu, ale postanawiam potem zatelefonować].
Idąc do K. mam słabe przebłyski sentymentu za Wandzią.
Uczucie rykoszetowe. Męczę się też trochę myślą, że
Konr.[Conradowie] są u Reting[erów. ] Afera jazdy Stasia.
Chwilami mam przebłyski podłej zazdrości i niechęci, ale
w ogóle chciałbym żeby pojechał; zwłaszcza albo kiedy
mnie przyciśnie ból, albo kiedy zaczynam naprawdę się wy­
dobywać.
Wczoraj, w Niedzielę, kiedy się czułem najgorzej, miałem
rozmowę z panną Hadley o nieszczęściu wewnętrznem,
o przetrwaniu i o objektywiźmie nirwanicznem. Ona mówi,
że wiele przecierpiała w życiu i że to stworzyło w niej ten al­
truizm.
We Środę ? We Czwartek mam iść do Seligm[ana] na
lunch. Idę via Czaplicka] do British] Mus[eum], telefonu­
ję] do S[eligmana] czy mogę przyjść. Odkłada mnie na Pią­
tek. Idę do R[eading] R[oom] i szukam jej po zwykłej stro­
nie; potem [?] po prawej i tam znajduję t. Idziemy przez
Kings Library szybko pod górę po schodach. Do nowego po­
koju. Jestem spokojny, opanowany; pytam się serd[ecznym]
głosem o jej zdrowie, o matkę itp. Potem idziemy greckimi
galerjami na dół. Rozmowa się nie klei. Idziemy na lunch,
jak dawniej do Express Daisy. Czuję się strasznie łzawo. Nie
mogę na nią patrzyć. Mówimy o planach naszych, o jej jeź­
dzie w lato do kraju; trochę o przeszłości; ja proponuję jej
spacer i pójście na operę; mówię, że tylko jako przyjaciel.
Ona nie chce; zbyt dużo ją to kosztuje. - Nie mogę nic robić
w R.R. potem (acha, mówię jej jeszcze o tern, że nie używam
plastrów). Z [?] i Lewińskim do Vienna Cafe. Wieczór
w domu.
32

33

34

Niedziela 17.V.14. Londyn.
Od czasu powrotu tutaj, tzn. od Soboty 9.b.m. wieczór
znowuż epoka słabości i upadku. Myślę ciągle o /; dobrowol­
nie jej szukałem; sam ją zaczepiłem w R[eading] R[oom].
Ciągle za nią tęsknię i sentymentalizuję o przeszłości. Wspo­
mnienia fizyczne hauntują [haunt - straszyć] mnie jak zmory.
Mam jej niby to coś ostatecznego do powiedzenia. Najwyra­
źniej „idealizuję" ją, widzę ją w nieporównanie lepszym
świetle - skonstatowałem to wczoraj, zobaczywszy ją zno­
wuż taką, jaka jest. Wiem całkiem jasno, zwłaszcza jak ją wi­
dzę, że między nami nie może być nic psychicznie substan­
cjalnego; a z drugiej strony uczuciowo] i fiz[ycznie] robi na
mnie niezw[ykle] silne wrażfenie]. Straszne jest to [?] się tej
afery teraz właśnie, kiedy bym potrzebował wolnej głowy na
wyjazd i wolnych uczuć ażeby pożegnać się z [?]. W domu
siedzę b[ardzo] mało. Jestem dużo u Seligmfana "], który spi­
suje się b. poczciwie.
Krótkie zebranie zdarzeń: W Krak[owie] następny dzień
zupełnie stracony: Jachimeccy , Żuławscy, Edzio Str[asburger] etc. Czuję, że zupfełnie] niepotrzebnie] zostałem. Dro­
ga do Lipska: konstatuję, że ząb niedorwany i ropa: to mnie
strasznie peszy; w ogóle jakieś złe przeczucia i wizja ostat­
niej jazdy, kiedy w Dreźnie spotkfałem się] z n. Myślę dużo
1 tkliwie o n. {Wtedy jechałem, ażeby w Lond[ynie] spotkać
się z t. Pamiętam, że po przyj[eździe] do Lond[ynu] myśla­
łem dużo o i i o n; że miałem silną chandrę „popsutego ży­
cia"; ale że do t odnosiłem się jak do kokoty, że miałem do
niej rodzaj nienawiści i [?]. Jak się to teraz potwornie mści,
to lekkie branie życia! Pamiętam, tamtego lata w Krak[owie],
jak nudę jej towarzystwa, pustkę jej obecności wypełniałem
brutalną zmysłowością, czując ją w swych rękach; straszne!
Cała wina jest po mojej stronie i teraz cierpię strasznie, ale
słusznie. Pamiętam w małym pokoiku patrzącym na planty.
Całowałem i ręce moje były na niej, chociaż serce i dusza by­
ły dalekie. Teraz te wspomnienia przepełniają mnie nieopisa­
3

31

202

35

36

W Piątek, rano do Bossans[?] Britfish] Association for
the Advancement of Science]. Lunch u Seligmfana], Parciwal. Potworna męczarnia; mam ją wciąż przed oczami duszy;
nie mogę wprost słuchać muzyki. Po 2. akcie, gdzie mnie gło­
wa rozboliwa i kt[óry] mnie nie interesuje, wychodzę. Męczę
się przez te dni potwornie. Mam to poczucie odcięcia od
świata; tam za jakąś' nieprzenikliwą taflą cos' błyszczy w słoń­
cu, coś radosnego się dzieje, a ja tu jestem ja wycięty ze świa­
ta, jedna cierpiąca bryła. Chwilami cierpię biernie; chwilami
ujarzmiam, ale tylko tak dalece, że sentymentalizuję, piszę
wiersze i rozmawiam z nią w myśli - a właściwie na dnie
wszystkiego tęsknię za nią i beznadziejnie żałuję że się to sta­
ło i pragnę powrotu. Ale chwilami i ostatecznie zmagam się,
walczę o siebie i, jakkolwiek nie staram się oszukać cierpie­
nia, przetrzymuję go [powinno być: je] siłą. Ale cała rzecz
jest potwornie ciężka. Rzeczywiście, bez niej nie mogę żyć.
Środa 20.V.14.
Przytem to wszystko było na tle silnego napadu zmysło­
wości w ogóle. Tęskniłem za kobietą, a jedyną kobietą była
ona. Od Czwartku przeszłego do dziś dnia byłem wprost nie­
przytomny. Rozmawiałem z Seligmanem o interesach, z Rayem o lingwistyce, z Westerm[arckiem] o różnych kawałach
tylko pod najwyższą presją i nawpół przytomnie. Obchodziła
mnie tylko jedna i jedyna rzecz. Kojarzenia skręcały stale
i zawsze w to samo koryto. Cały Londyn przedewszystkim
był przepojony jej obecnością.
W Piątek, na Pass. cierpiałem wprost strasznie. Wzdrygałem się na myśl o tern. W Sobotę rano, po niezłem wyspaniu,
idę z Selfigmanem] do Levin & Alders. Potem via Curtis do
Seligmana, gdzie pierwsze 3 zdjęcia. Jestem troszeczkę spo­
kojniejszy i idąc do / nie drżę na myśl, że jej nie zast[anę].
Dziwnie zmieniona ulica z powodu rozkwitłych drzew. List
od niej. Jadę do domu. Potem do Seligm[ana] znowuż. Za­
czyna mi być strasznie źle; idąc przez ogródek tęsknię. Jadę
68. U Seligm[ana] Ray; mówimy w językach; jestem na
wpółprzytomny z bólu, światło przeciekające przez szyby
mnie peszy. Telefonuję; idę, czując, że robię głupstwo. Kasia
Chłapowska. Przekomarzam się z Kasią. Patrzę na t chwila­
mi, ona na mnie dość rzadko. Błaznuję z przykrością; chciał­
bym być dla niej czemś nadzwyczejnem; głupstwo chwili
przelotnej rzucone na pustkę nad którą trwamy jest czemś
strasznem. Trywialność akcesoryów tragizmu. Mówię o języ­
kach papuańskich, chciałbym mówić o sobie, interesować so­
bą; bolą mnie te rzeczy, w ktfórych] ona teraz żyje, a kt[óre]
nas dzielą coraz wyraźniej i silniej. Wycieczka t i Kasi do St
Albans; stałe zebrania kolonii polskiej u nich. - Piechotą
z t i Chłap[owską] do Chalk Farm S=n jestem zazdrosny na­
wet o niego. Jazda z Kasią; pluję i klnę; ona robi złośliwe
uwagi o miłości.
Niedziela - rano grzebię się w domu; jazda do Hadley'ow
przypomina mi wszystko, wszystko. Mama w dobrem uspo­
sobieniu, rozmawiamy. Strasznie ciężkie chwile u Mrs. Hadley. Nie mogę wprost chodzić po ogródku. Uciekam. Z He­
leną rozmawiam o cierpieniu i to co ona mówi b. mnie pocie­
sza. Ona lepiej rozumie, niż wiele innych osób. Objektywizacja odniesienia się poza cierpienie; nirwana. Mówiąc z nią,
czuję, że mam kogoś żywego przy sobie. Idę do Kew Bridge;
droga nad Tamizą tak mi bliska. Nigdy tam nie byłem z nią,
a jednak wszystko jest nią przepojone, Putney, Tamiza. Zu­
pełna, błyszcząca pustka. Spacer po Holland Park; staram się

gwałtem opanować. Wciąż żyję wyłącznie tern i wyłącznie to
staram się strawić. W ogóle, patrzę cierpieniu wprost w oczy;
dużo jednak z nią mówię i prowadzę jeszcze grę: powiedze­
nie jej dużo rzeczy; zrobienie fotografii. Miss Martrygast;
ożywiona rozmowa; z Westerm[arckiem] do Goodge St.; po­
tem via Czapl[icka] gdzie Memcia mówi o Retingerach do
domu. W domu papiery. Spotykam Boreniusów, ktjorzy] się
zbyt sympatycznie do mnie odnoszą.
W Poniedziałek] (18), przedwczoraj. Rano, po napisaniu
paru listów, telef[onuję] do / i idę. Staram się być opanowa­
ny. Silne wrażenie tamtego domku. Fotografuję [?]. Mówimy
o strasznej piękności świata i pogody. Ona jakoś nie bierze te­
go b. intenzy wnie, albo też się nie rozumiemy. O 1 'h uciekam
do Seligmana - niema lekcyi. Wywołuję [?]. Potem wykł[ad]
Seligm[ana] - jedzenie i semin[arium] z Westerm[arckiem],
Wszystko straszne; nawpół przytomny. W domu Kasia; je­
stem tak przybity że ledwo żyję. Przychodzi t w małym,
śmiesznym kapelusiku. Odżywam; jestem miły i dobrze mi
jest chwilowo. Jest dla mnie cudowna. Idziemy via Grays Inn,
Hand Court. Kasia bierze bus. [?] do Kings Cross. Milczymy;
nie mamy sobie nic do powiedzenia. Tram. Zaczynam
mówić. Nic sentymentalnie] ale morał. Wartość tych rzeczy;
[?] się nimi przez cały czas na przyszłość. Tak musiało się
stać; straszne cierpienie. Trochę się mieszam; z jednej strony
mówię o konieczności tego co się stało, z drugiej o strasznych
cierpieniach. Chcę żeby jej było dobrze, żeby miała dzieci.
Zapewniam ją o mojej istotnej przyjaźni. Żegnamy się
u bramki jej domu.
Jestem potwornie przemęczony, reakcja przeciw szlachet­
ności. Wczoraj we Wtorek, mam silne poczucie niemożliwo­
ści głębszego z nią stosunku; dlaczego ona nic nie mówi, dla­
czego jest beznadziejnie bierna? Ja jestem przykuty do niej
jedynie zmysłowem przywiązaniem. Ogarnia mnie potworny
sentymentalizm. Wszystko co z nią związane, co związane
z [?], pies, dom, szczegóły i głupstwa, nabierają olbrzymiej
wartości. Rano pracuję w domu, piszę listy; potem do Derryego, via Hall do [London] School [of Economics and Politi­
cal Science], wykład Seligm[ana]. Przybory u Kodaka. Klisze
od Curtisa. Robię trochę niemieckiej prasy. [?] Hadley. Kola­
cja u Seligmfana]. Dr Strong. N[owa] Gwinea zaczyna mnie
naprawdę interesować. Czuję się trochę lepiej. Robiłem b. du­
żo gimn[astyki] i przemęczyłem się fizycznie. To mi robi do­
skonale. Idąc do Seligm[ana] miałem szalony sentyment i tę­
sknotę za tern, co było, żal, że się tak stało z silnem poczu­
ciem nieistotności tego i bez metafizycznych [?] zmysłowo­
ści. Chciałem płakać. Ale ten stan jest łatwiejszy do opano­
wania.
Dziś dobrze spałem; śniłem o niej b.wyraźnie; śnił mi się
Aug[ust] Witkowski. Sentyment wyłazi często, ale [?] ten­
dencja nie myślenia, zamknięcia tego i nie widzenia się z nią,
choć wiem, że tego au fond szalenie pragnę i wyglądam.
Czwartek 21,V. 14.
Wczoraj rano chodzę po sprawunkach i interesach (Borsano, okulary, aparat, krawiec, Rymań); zmęczenie, wykład Se­
ligmana; w domu pracuję trochę i piszę listy. Już po­
południu] zaczyna mnie brać straszna chandra za nią. Tym
razem niezróżniczkowany sentymentalizm. Poczucie bez­
względnej pustki tego co jest teraz. Absolutnie nic nie ma.
Straszna tęsknota za tern co było. Wizje rzeczy minionych.
Przypominam z jasności halucynacyi chwile, kiedy ona wpa203

dła do mnie, w ciemnofioletowym aksamitnym kostyumie
i kapelusiku małym, słomianym z jasnymi kwiatkami. Pod­
nosiła wualkę i dawała mi swe usta. Bylis'my tak strasznie
zżyci, tak strasznie blizcy sobie. Tak dobrze nam było. Jej
obecność działała na mnie jak morze. Olbrzymia pustka
w której można odnajdować samego siebie, a która wiecznie
milczy.
Dziś znowuż mam takie przebłyski wizyi przeszłości.
Memcia i powroty busem. Źle mi jest niepomiernie. Wyci­
nam żywe ciało z mej duszy. Jestem do niej szalenie przywią­
zany. - Nie mogę płakać, jestem blizki łez, ale jakieś poczu­
cie ambicyi wobec samego siebie powstrzymuje. - Chciał­
bym jeszcze z nią mówić; chciałbym ją zmusić do mówienia.
Chcę wiedzieć; chciałem nawet obiecać jej, łudzić ją przy­
szłością. Ale w chwilach jasnowidzenia wiem, że nic mnie
z nią wewnętrznie nie łączy, że absolutnie bym jej nie mógł
zrozumieć, ani ona mnie. Wieczorem piszę listy; dostaję list
od Stasia; idę do Bor[eniusa]. Borfenius] b. nieprzyjemny;
w ogóle tracę do niego serce. Wieczór straszny; wiję się
w cierpieniach i przeklinam chwilę, w ktfórej] zerwałem
z nią; wiem z drugiej strony, żebym nie był mógł wytrzymać
na jej łasce i niełasce. Na łasce i niełasce jej kaprysów, bo te
fluktuacje nie miały w sobie nic głębszego. A może? Może
tamten jej stosunek wszystko psuł? Rano też źle się czuję,
strasznie.
14. Czerwca, na pokładzie.
Obecnie jestem już w drodze. Po meczących i pustoszą­
cych przygotowaniach, po licznych wahaniach uczucia do t po niepokoju i wahaniach w sprawie Stasia, jadę z nim i czuję się, w ogóle mówiąc, fatalnie; choć może nie. Czuję
się dość marnie w tej właśnie chwili. W ogóle czuję się nie­
źle. Przeszedłem duże upojenie turystyczne zwiedzając Paryż
i Neapol. Okręt i 2. klasa dość mi się nie podoba, gdyż utru­
dnia w dość dużym stopniu bezpośrednie zetknięcie się z mo­
rzem; ale mam nadzieję, że to przezwyciężę. Stosunek ze
Sfasiem] b. dobry na ogół i jestem niezmiernie zadowolony
że jest ze mną ze względu na samego siebie.
Poniedziałek 15.VI.14.
Tęsknota za г nie opuszcza mnie. Wiem dobrze, że ona
mnie nie kocha zbyt głęboko, ażeby módz na tern zbudować
coś trwałego. Wspomnienia niektórych chwil, niektórych rze­
czy które mi powiedziała zatruły na zawsze źródło najgłęb­
szej tęsknoty, najistotniejszego pożądania. Ale niemniej jest
coś dziwnego, jakaś ukryta wiara w jej wartość, jakaś
sprzeczność między tern, co wiem o niej z jej powiedzeń
a między tern, co w niej przeczuwam. Z jej zachowania się
byłbym mógł sądzić, że kocha mnie ona naprawdę i że roz­
stanie się ze mną jest dla niej prawdziwym ciosem. Niemniej
jednak mam pewność że gdyby mnie kochała, byłaby opuści­
ła wszystko dla mnie.
Spisanie wypadków ostatnich czasów z Londynu.
W Sobotę 23. idę do r; przychodzę koło 12=tej i pół,
w morning [?]. Ona w jasnej różowej sukni, bardzo ładna
i uderza mnie boleśnie urokiem swego ciała. Mówimy naj­
przód niesentymentalnie; ona że podczas mojej nieobecności
chciała wrócić do niego i w ten sposób odkupić w stosunku
do mnie i do niego to, co się stało, ja mówię, że tak powin­
na zrobić, że powinna o mnie zapomnieć, a starać się iść ku
prostocie i obowiązkowi. Ona o rozdwojeniu, o kłamstwie,

204

zawartem we wszystkiem. - Potem idziemy na spacer; bez
wielkiej radości, bo czuję, że już się wszystko skończyło, że
nic nie mamy sobie do powiedzenia. Ale trudno mi się z nią
rozstać; słabość. Idziemy piechotą, nasze domki. Potem
mówię o tern, jak schodziłem na dół tamtędy, idąc do Miss
Fry. Przypomnienia sentymentalne z Krakowa; o przepoje­
niu retrospektywnem Krakowa tęsknotą za nią. Idziemy na
[Hampstead] Heath, do Gold. Green (czy Hill) Park. Mówię
jej o moim nastroju podróży; o tern, że będę wiózł tęsknotę
ze sobą. Łapie nas deszcz silny. Dobrze nam przez te parę
godzin. Lunch w tamtej kawiarni. Idziemy po parku, który
ona mi pokazuje. Wysoka trawa w sadzie; wspomnienia
z Polski, przepełnione moją miłością ku niej. Idziemy nao­
koło; rwie kwiaty. Poczucie wspólności nastroju, zlanie się
w odniesieniu się do przyrody; śliczne drzewka na trawni­
kach. Po deszczu, żółtawe światło przedziera się przez
chmury; radosny nastrój popołudnia, budzącego się do pogo­
dy po dżdżystym ranku. Wychodzimy; wspominam datę &.
Czerwca. Ona z pewnem kabotyństwem mówi „kto wie co
się może stać do 8." Idziemy ku GS. Ona smutna, z chmurą
na oczach; ja dziś spokojny, dobrze mi z nią. Jedziemy bu­
sem przez Finchley Rd., przypominając rzeczy minione;
smutek rozpierzchających się środowisk ludzkich; żal za mi­
lieu tej zimy.
Miss Fry; garden party; tłok ludzi, rozmawiających, jak na
banhofie. Muzyka, myśli o /. - Mama w Oxford] Circ[us]
mówi mi o Stasiu; bardzo się cieszę; to podnosi mój nastrój.
Jazda do Wrythów; Dr Harrison; zabawki japońskie; licytacja
rzeczy papuańskich. W kółku odczyt Dąbrowskiego, t nie ma,
speszenie.
Niedziela 24. Przyjazd Stasia. Kasia przychodzi o 12=tej.
Spotkanie z Westerm[arckiem] w [?]. Lunch u Singerów; Torday[?]; przemęczenie i kongestya. Jazda z Kasią ku Marble
Arch; parę kroków po Parku; u Isobel Kirkwood. Jazda do
Grahama Wallasa. Kolacja. Potem czytają mi wiersze, dosko­
nałe w istocie. Powrót tramem do domu.
Poniedz[iałek] 25. Z M=[?] i Stasiem u Gamaga'a. Cały
dzień potem latam ze Stasiem. Wieczorem spotkanie z Seligm[anem] i Westermarckiem w School. Staś idzie do Waf?],
ja na Seminarjum, gdzie mowa o Bergsonie. Partseminarjum,
Seligman, Lewiński, Appelberg.
We Wtorek mam ochotę zatelefonować] do t - nie te­
lefonuję]; ani we Środę, idę popołudniu do Gold[?] niema /;
speszenie; obiad Westermarck. Rozmowa. Miss Rhodes
i M=rs Seligman; potem z Shoudem i M. Whitem.
Czwartek i Piątek latam intenzywnie za interesami ostatnie dni do załatwienia wszystkiego.
Sobota; rano telefonuję] do t, potem wycieczka do Monda . Rozmawiam z Seligmanem o interesach, u Monda b.
nieciekawie. Powrotną drogą rozmawiam z Seligma[anem]
o rzeczach subjektywnych. Żuławski wieczorem zachodzi do
nas. Telefonuję] do t o możliwości przyjścia. Żufawski]
przychodzi do nas w ogóle b. często, co rano i wieczór i jest
regularną feature naszego życia. Pokój zamieniony w skład
przedmiotów tropikalnych; przymierzanie ubrań, kasków, pa­
kowanie. Wszystko to z pewnym niepokojem i wahaniem:
„co z tego wszystkiego będzie?"
Niedziela. Przedpołudnie] do D=ra Stronga, który poka­
zuje nam swoje kurjoza papuańskie; obiad w domu, potem
idziemy ze Stasiem do Seligmfana], do Bluml., gdzie Misza[?] jej mąż i 2 Niemeczki; potem do Reting[erów|. Sztucz37

ki karciane; przekomarzanie się z Kasią; jestem b. niesympa­
tyczny. Powrót do domu. Speszenie przez Stasia.
Poniedziałek 1 .VI. Rano pisanie etc. Popoł[udniu] przy­
chodzą Kasia i t; Staś' i Żuł[awski] wychodzą na Heath. Od­
prowadzam t aż do rogu Englands Lane; układamy spacer na
wieczór; kwestya pożyczki pieniędzy. Staś' ze mną u Miss
Fry. Rozmowa z nią, działa na mnie podnosząco. Nie mam
szwungu na t. Spotykam ją u bramki jej domu. Jest lekkomy­
ślna; czuć od niej alkohol. Coś się [?]; biorę ją wpół; patrzy­
my na ludzi tańczących; siedzimy na ławce tuląc się. Czuję,
że popełniam coś złego, ale nie jestem w tern sercem; nie mo­
gę; już ta droga nie prowadzi do raju. Idziemy na dół, jak wte­
dy z Wandzią. Mówię jej, że mnie nie kocha; ona nie przeczy;
mówi, że mnie już nie mogła więcej kochać, że odeszła ode
mnie; że nie bylibyśmy byli szczęśliwi ze sobą (mówi to
i przedtem w domu usiebie tamtego popołudnia, kiedyśmy
byli na Golden Hill). Idziemy ku stawkowi; czuję się b. źle.
Przypominamy tamten wieczór. Ostatni raz tuleją całą do sie­
bie, żegnamy się, ona płacze. Ja czuję, że już nie jestem jej
kochankiem. Szybko przez Parliament Hill do domu. Zaczy­
na mi mówić najstraszniejsze rzeczy; że czuję, że pójdzie na
dno; że nic ją nie bierze naprawdę, że ulega każdemu wraże­
niu, każdemu nastrojowi; że odejdzie od męża. Mam potwor­
ne poczucie prawdziwości tego; potwierdzenia złych obaw,
że jest ona au fond po prostu kurwą. Staram się przeczyć te­
mu, walczyć. Idziemy znów aleją cienistą (Bels[ize] Park
Av=e) i ul[icą] Bel[size] P=k Gdns, tą samą drogą, gdzie po­
przednio już zrobiła mi tamto straszne wyznanie. Żegnam się
z nią na rogu Engl[ands] Lane z pewną ulgą.
Wtorek 2. Popołudniu Kasia i t przychodzą. Staś. Odpro­
wadzam t [?] ale bez prawdziwego sentymentu.
We Środę 3. w południe zajście ze Stasiem, które psuje mi
humor na pewien czas, bo ostatecznie musze przyznać, że ma
on do pewnego stopnia rację. - Aha zapomniałem napisać je­
szcze o jednym spacerze z f; zdaje mi się we Wtorek 26. Staś
był ze mną i wstąpiliśmy do School, gdzie widziałem się
z Seligm[anem] potem po pudełko do blacharza , potem na­
tknąłem się na Ret[ingera] i spiknąłem go ze Stasiem. Z t ko­
ło Waterloo bridge. Idziemy embankmentem; ona w kapelu­
siku z piórkiem i w brązowym quasi-skórzanym kostjumie.
Lunch u Lyonsa; potem do Westminster Abbey, Raz jeszcze
rozpoczynam z nią rozmowę o moim zasadniczym do niej
stosunku. W małym podwórku, gdzie stoją duże drzewa i bi­
je miły wodotrysk mówimy o mieście, o jego złym wpływie;
musze z niej wyciągać zeznania. Potem idziemy przez Green
Park czy raczej St. James Park; mówię jej o jej miłości i py­
tam o istotę tego co przechodziła; ona , dlaczego ją właściwie
męczę; ja jej się oświadczam, bez żądania odpowiedzi. Ona
nic nie mówi; rozstajemy się.
Któregoś znów dnia, Wtorek 3., spacer do St James Par­
ku; mówi mi o swoich kłopotach finansowych; o tern żeby
chciała pracować zarobkowo; o dymisji męża i.t.p. Nastrój
beznadziejny. Potem znów mówi o swej manii samobójczej;
0 niechęci do życia, o niemożności radowania się niem. To
wszystko morduje mnie strasznie; straszna bolesność odczu­
wania, że ta kobieta, która dla mnie jest symbolem piękna
1 rozkoszy życia nie widzi we mnie nic, że nic jej dać nie mo­
gę, że nie może się ona na mnie oprzeć. Cios zarówno dla naj­
głębszej miłości własnej, jak też i dla witalnego ukochania
jej. Ja jej często mówię o najgłębszej miłości, o wartości jaką
człowiek oddający się w ukochaniu musi posiadać. O tern, że
18

ja jej oddawałem się w ten sposób, szczery i bezpośredni.
Ona na to wszystko nie reaguje. Tego dnia zapominam czeku
w Orient Line; ona na mnie tam czeka - spotkaliśmy się tez
tam. Potem idę - wysiadam na Tavistock Place, tak jak daw­
niej - spotkać Miss Fry & Mrs Seligm[an]. Wieczór u Kasi;
tęsknota za t; wspomnienia z Lonhaster Gate.
Czwartek 4. Po wizycie u dentysty spotykamy się
w Nat[ural] History Museum. Potem po Hyde Parku; znów
0 rzeczach istotnych; idziemy ku H[yde) P[ark] corner. Znów
jej pustka, brak głębszych rzeczy dla mnie i beznadziejność.
Krwotok w A. & N. Obiad u Seligm[ana] z Mondem.
Spodziewam się jej trochę w domu; nie przychodzi.
Piątek. 5. Popoł[udniu] fotografuję ją. Przychodzi mąż;
speszenie; nie zapraszam go na wieczór. Wywoływanie. Wie­
czór Kasia, sufrażystki; /, Memcia i siostra. Układamy r.v.[?]
na Woburn Square. Staś przychodzi.
Sobota. 6. Na Woburn Square; ona się spaźnia; jestem sza­
lenie wyczerpany dentystą rannym, kt[óry] 2 razy mnie na­
rkotyzował. Idziemy ku Tottenham] C[ourt] Rd. 24 do Cam­
den Town; uliczką „naszą" Reg[ent] P=k siedzimy tam gdzie
kiedyś samotny czytałem Return; potem na drugą stronę; je­
stem tak zmęczony, że wprost drzymię. Nic prawie nie mówi­
my; pożegnalny spacer. Chce mnie zobaczyć jeszcze
w Ponfiedziałek] Wieczór w domu.
Niedziela. 7. Rano kopjuję jej fotografje i składam rzeczy.
Po południu telefonuję do Kasi. K[asia] z nami do Seligmanów. Bajeczny wieczór wilgotny, świeży i [?]. Przepojone
światłem mgły przenikają wszystko; jasna zieloność drzew
odbija cudownie i tryumfuje w zachodzącym słońcu. Straszna
tęsknota łzawa i tępa za nią. Idziemy z Mamą wzdłuż Adeleide Rd. Miejsca przepojone jej obecnością. U Miss Fry ostat­
nia wizyta.
Poniedziałek. 8. Ostatni dzień w Londynie. Zęby męczą
mnie strasznie i niepokoją. Rano idę ze Stasiem do Anth­
ropological] Institute], do Banku, do Museum, wracam do
domu; fotografując M=ę [Mamę?] łamię statyw fotograficz­
ny. Jedziemy do okulisty. O 2'h -ej z t w Brit[ish] M[useum];
czeka na mnie idziemy do fotografa; kupuję czapkę i krawat.
Potem herbata w E[?] koło Hfyde] P[arku]. Spacer po Hyde
Parku. Siedzimy w mojej dawnej okolicy. Znów bolesne roz­
mowy; o jej prawdziwej miłości. Znów mi mówi o swym
bezwładzie; o biernym beznadziejnym stosunku do męża. Po­
winna mieszkać na wsi; taki ma zamiar. Mówi mi, że kwestję
dziecka zdała na łaskę i niełaskę losu. - to mnie strasznie pe­
szy. Bierzemy pociąg w H[yde] P[arku] ona jedzie do domu,
ja do School, gdzie ostatni obiad z Westermarckiem, Seligm[anem] i [?]. W domu Mama sama; przychodzi t. Odpro­
wadzam ją; ostatni pocałunek w domu i przy wsiadaniu do
trama. Mówi mi, że będzie się starała walczyć z biernością
1 upadkiem; ja jej mówię, że będzie ona zawsze moim idea­
łem, i że powinno ją to zobowiązać do walki ze sobą, dodać
siłę. Chodzimy znów po małym skwerku koło Kings +
[Cross], tam gdzieśmy chodzili kiedyś po Richmond. Ostatni
raz widzę ją wchodzącą na tram. W domu Mama sama, że­
gnam się; bierze mnie chwilowa silna chandra.
Wtorek 9. ostatni ranek. Silny ból zębów; ponura perspek­
tywa na przyszłość. Wrażenie zupełnej bezsensowności tej
podróży. Budzę Stasia, raz jeszcze idę się pożegnać z naszym
ogródkiem. Szukam taxa. Na stacyi Westermarck, Memcia. Jazda do Folkestone smutna. Czuję nagle, że jestem pozosta­
wiony swojemu losowi na współkę ze Stasiem. Potem droga
205

przypomina mi wyprawę z Seligm[anem] i wtedy z t do
Conr[ada]. W Folkestone stoję długo i patrzę na znikające
brzegi Anglii, na lewo od Piern idzie bulwar nad morzem, pod
ogródkiem, biegnącym wzdłuż pagórka. Potem domki - to
Sandgate, potem dłuższa przerwa i widać znów rozrzucone
duże domy. Tam chodziliśmy z nią razem, tam w mroźny
wieczór, siadaliśmy przy blasku księżyca nad brzegiem szu­
miącego morza.
Szalony ból zęba i przygnębienie na cudnem, gładkiem,
lśniącem morzu. Brzeg francuski szary i mało ciekawy. Jazda
b. szybkim pociągiem do Paryża. Bujna zieloność; burza.
W Paryżu Żuł[awski] na stacyi, taxim jedziemy na Gare de
Lyon. Miasto przeładowane ruchem, domami, nawet zielono­
ścią. Wszystko ciągle się miesza, kotłuje, zachacza [sic]
0 siebie; spojrzenia ludzkie, złe humory i kłótnie, flirty ulicz­
ne, mansardki domów, tramwaje, drzewa i latarnie robią wra­
żenie jednej zbitej kalejdoskopowej masy, w której nie moż­
na się wprost zorjentować. Przytem Paryż jest cudowny. Za­
chwycam się już przy Gare de Lyon. Oddajemy rzeczy, bie­
rzemy hotel i idziemy do Metro. Robi wrażenie maskarady
w burdelu, po Londynie. Kakofonja zapachów, ubrań, twarzy
1 ruchów.
U Żuł[awskich] rozmowa z Kazia, która wygląda b. efek­
townie. Potem kolacja; potem ze Stasiem przez Avenue de
l'Observatoire, Boulevard, rue Denfert Rochereau do Stru­
gów. Tam Tadzio. - Potem znów Bul' de [?] do Sekwany.
Cicha, ciemna i czysta płynie pośród dużych cienistych
drzew. Dziwny spokój i opuszczenie; jakbyśmy chodzili sa­
mi, jakby olbrzymie miasto było tylko akcesorjum artystycznem dla podniesienia niezmiernego i nieopisanego skupienia
chwili i miejsca. Dawne wspomnienia; cały urok Paryża,
odbitego w tylu dziełach sztuki, w tylu wspomnieniach histo­
rycznych. Wciąż chodzę z nią, z jej cieniem, z jej ideałem,
z taką jakąbym ją chciał mieć. - Pont des Beaux Arts którym codziennie chodziłem na Paryż, mając 15 lat. Księżyc
wschodzi, czerwony, wielki nad ciemną rzeką. Ciemne syl­
wety gmachów zarysowują się wyraźniej. Idziemy przez
Luwre na place du Theater. Obchodzimy Palais Royal, potem
av. de 1'Opera ku bulwarom, zkąd bierzemu bus do G[are]
d[e] L[yon].
Na 2 dzień do Żurawskich] potem place de la Concorde,
pola Elizejskiego, gdzie obserwujemy av. de 1'Etoile i auto­
mobile. Nastrój radosny, upojenie miastem; Kazia opowiada
mi o swoim pobycie w Paryżu i wyraża się o Stasiu. W Luw­
rze Gioconda i starożytności egipskie. Staś okazuje znaki nie­
pokoju. Sami zostajemy z Kazia; potem idziemy na lunch,
gdzie dyskusja o sufrażystkach. Kupienie parasola, idziemy
znów na place du Theatre, potem przez Avenue Opera do Ca­
fe de la Paix. Z tamtąd busem do Notre Dame; wieża jakaś
starożytna na placu, Saint Chapelle, Notre Dame. Idziemy je­
szcze wzdłuż Quai bukinistów. Żegnamy się na Bul. Michu
i przez Quai d'Orsay do G[are] d[e] L[yon]. Laski pod Pary­
żem śliczne, Fointainbleau; pragnąłbym jeszcze zwiedzić
Francję.
Na drugi dzień (po kiepsko przespanej i przebanardowanej[?] nocy) bardzo gorące, białym kirem okryte południe
Francyi; morze śródziemne; spacer po Marsylii, która charmuje [charm - urzekać] brudem i ruiną zupełnie południową.
Idziemy małymi uliczkami gdzie rozmamrane Włoszki, nie­
które prześliczne czarownice, schodzą się do fabryk. Droga
do Toulonu wśród ślicznej, żyznej okolicy o dużych, cieni­
39

206

stych drzewach, przypomina mi równiny Anatolii, koło [?].
Toulon; małe uliczki, placyki porośnięte platanami; upalny
Quai Cronstadt. Włóczymy się, szalenie zmęczeni. Embarkacja; dziwne uczucie, że się tak nic nie dzieje, że nie ma wła­
ściwie chwili odjazdu. Śliczna zatoka Toulonu. 2. dzień, bu­
dzę się kiedy przejeżdżamy koło południowego cypla Korsy­
ki; potem Elba, Monte Christo, Gilia itp. Całe morze wysła­
ne wyspami. Piszę listy do Mamy. Bardzo mi się niepodoba
statek i towarzystwo; biskup N[owej] Gwinei; małpowaty
Australijczyk. Czas przepływa wolno i tępo.
Przyjazd do Neapolu b. rano. Wysiadamy; jazda do via
Toledo; droga na ponte. Tram do Posillipo. Zachwyt szalony
nad Neapolem; nad malowniczością; nad typami ludzi cu­
downymi, nad życiem ulicznem. Szalona sympatja do Wło­
chów, do włoskiego. Ten sam spacer, który zrobiłem z Mamą,
zaraz po odnalezieniu jej w Neapolu. Tramem na Posillipo
Capo; potem ku Nisida. Dryndą do Pozzuoli. Cudna zatoka
Baial. Dawne wspomnienia, cudowne widoki; przerwa w mo­
notonii podróży, wszystko to usposabia mnie bajecznie receptywnie. Cieszę się wszystkiem. Winnicami, gdzie kryją się
domki małe i stare, tak prymitywne i artystyczne, że czuć na
nich rafinadę starożytnej kultury niezmienionej od tysiącleci
do dziś dnia. Solfatara drzemiąca w upale słońca południowe­
go. Ponura pustka południowa. Potem jedziemy górą, z wido­
kiem na Camaldoli i na zatokę cudną Campagna. Powrót tra­
mem lunch w Giardini di Torino b. marny. Jedziemy Zatoką
napoletańską. Ślicznie położone Sorrento nad skałami stro­
mymi, wśród lasków pinjowych; przepiękne wioski dalsze,
[?] ku kojcowi półwyspu. Widzę Pompei. Przypominam owe
bajeczne spacery, odbywane 10 lat temu samotnie w Campagnii napoletańskiej. Zatoka Salerneńska ginie we mgle; wi­
dać tylko Positano i Praiano. - Rozmowa z Howarth'em i Ackworth'em.
Następny dzień (Niedziela 14.). Droga wzdłuż brzegów
Kalabryi; dzikie, opuszczone, nędzne piaszczyste wydmy
u stóp pagórków porosłych oliwkami. Miejsca, gdzie dawno
uczył Pitagoras i kwitły miasta Wielkiej Grecyi! Tarambo;
z gromadką Anglików, otoczeni bandą dzieci idziemy mały­
mi uliczkami gdzie jak małpki za kraty wyglądają kobiety
i dziewczyny. Ciekawe, nieregularnie łamane, wązkie uliczki;
duże bramy, podwórza monumentalne. Wszystko bardzo cie­
kawe. Ładna kobieta (Angielka) kokietuje mnie i trochę mnie
bierze. Potem spacer z 3 autochtonami; włoski idzie mi dość
dobrze. Powrót na statek.
Środa 17. VI. 14.
Dopiero 6. dzień na statku i to z przerwami, a mam już te­
go całkiem dosyć. Czuję się mocno zderutowany [może wy­
korzeniony]; nie widzę jasno dokąd idę; nie czuję w sobie ce­
lu i sensu. Fizycznie czuję się dość podle. Mam jakieś zazię­
bienie, ból gardła i kaszel, pomimo szalonych upałów. Koły­
sanie daje mi też lekki ból głowy. W perspektywie przyszło­
ści nie widzę też jasno, jak będę się czuł w klimacie Nowej
Gwinei. Hano - [?] adelonte!
Mam niezmiernie częste napady sentymentalizmu, centru­
jące się około t. Patrząc dziś na małą dziewczynkę, siedzącą
przede mną, miałem łzy w oczach. Instynkt ojcowski zaczy­
na się budzić. Tłumię prostytucyjne instynkty w samym za­
rodku, nawet jako marzenia. Chcę dojść do bezwzględnej
czystości płciowej przez ten czas. Inaczej nie ma się prawa na
małżeństwo i na szczęście w małżeństwie.

Co do mojej obecnej pozycji, to muszę, pomimo upałów
i niezdrowia, powoli ale systematycznie pracować celowo.
Przede wszystkiem wciągnąć w to Stasia.
18.VI.14.
Wczoraj i dzisiaj czuję się znacznie lepiej; pogodzony
z losem i właściwie zaaklimatyzowany na statku. Przedwczo­
raj wieczór dojazd do Port Said. Poczucie pełnego morza
wprost Delty Nil[u]. Ostatecznie morze zawsze takie samo;
barwy zachodu te same. A jednak zawsze przeżywa się spe­
cyficzną chwilą, okres'lona położeniem geograficznem. Pa­
trząc na morze w danym punkcie ma się zupełnie specyficz­
ne wrażenie. Widok form z daleka: statek pilota. Dojazd do
PoK Said. Napad dzikusów na statek. Arabski język. Jazda na
ląd. Kupowanie kartek i marek. Ulica bazarowa, oświetlona;
cudny zapach drzew i potworny smród uliczek; duże ciemne
domy o gankach okrężnych. Zdaleka słychać muzykę arab­
ską. Idziemy; miasteczko arabskie. Kawiarnie, handlarze
owoców. [???] muzyką; olbrzymi murzyn, Shillah chyba?
Cieszę się wspomnieniami, jakie to przywodzi; przeży­
wam nowość tego razem ze Stasiem. Kiepska noc; jazda
przez kanał. Po prawej stronie Egipt; widocznie nawodniony
sztucznie; od czasu do czasu gaje tamaryszkowe; oazy pal­
mowe; nad tern fioletowe pasma gór. Po prawej stronie czy­
sta pustynia; piaski lotne całkiem nagie; albo też porośnięte
rzadkimi krzaczkami karłowatymi. Blask oślepiający. Mię­
dzy tern jasno zielone [?] wody kanału; fellahi arabskie.
Olbrzymi statek ledwo się mieści; dziwne jest to przesunięcie
morskiego koloru poprzez samo serce pustyni. Cudna gra ko­
lorów po wyjeździe z Suezu. Turkusowe morze; fioletowe
góry; pomarańczowa pustynia, różowa mgła nad morzem.
Góry Egiptu, fioletowe z twardego kamienia (piaskowca czy
granitu) i [?] góry półwyspu Synai.
Rano siedzę i patrzę na kanał; popołudniu i rano zresztą
[też] gadam z Gibonem australskim i z Miss London; a potem
z Francuzką i z 2 Francuzami; wieczorem bal i picie lemonia­
dy z Francuzami. Sobota 19. 20. V I . 14.
Zanadto wlazłem w towarzystwo które tu kwitnie. Ciągle
zadaję się z Francuzką i drem Franc[uskim] (Żydkiem)
z l=szej oraz z małpą australską, wobec której wypuszczam
zresztą dużo snobizmu naukowego. Zamało żyję z morzem,
ze zjawiskami astronomicznymi i cieplnymi; zamało pracuję.
Trzeba to zreformować. Właściwie nie czuję się tak bardzo
źle. W nocy sypiam dość kiepsko i dziś miałem sny ze stra­
chem, które wskazują na osłabienie serca.'Nad ranem, kiedy
trzeba wstać, mam chwile przykrego osłabienia; czuję ogólne
zmęczenie i zmęczenie oczu. Mam wrażenie, że nic nie będę
mógł zrobić oraz duszność^Ale po wstaniu i ubraniu się, czu­
ję się znacznie lepiej i mogę być kompletnie skupiony.
Chwile tęsknoty przychodzą; mam jakąś wyidealizowaną
Tośkę, dobrą, mądrą, kochającą, prawdziwie i głęboko kobie­
cą, do której wszystkie moje instynkty erotyczne i znacznie
silniej teraz, rodzinne, mnie pchają. Czuję, że ona jest uzupeł­
nieniem mnie doskonałem, że jest jedynem wcieleniem mo­
ich tęsknot za ustalonym stosunkiem do kobiety. Niestety,
analiza nie potwierdza tego intuicyjnego obrazu. Wiara, którą
mam, i którą żyję nie zostaje potwierdzona wiedzą. Wiem
przede wszystkiem, że ona mnie nie kocha, że nie poświęci­
łaby dla mnie wszystkiego; wiem też, że ja jej nie ufam, że

[przekreślone: dostatecznie mi] jesteśmy właściwie nieprzenikliwi dla siebie wzajemnie. O szczęściu nie mogłoby być
mowy, ani o prawdziwej miłości. Dobrze się stało, że teraz
odjeżdżam, że inne rzeczy mnie zaabsorbują, że będę mógł
z łatwością i czysto przejść poprzez to wszystko. Zresztą
wiem dobrze, że nawet gdybym był został, byłbym był mu­
siał odejść od niej; coraz wyraźniej [odbierałem?] pustkę
i obcość jej obecności, coraz silniej czułem, że jeżeli ona
mnie kocha, to temsamem traci dla mnie wartość.
Niestety zbyt mało myślę o jedynej osobie, która posiada
dla mnie istotną i trwałą wartość i która naprawdę dba o mnie.
Matka teraz na pewno odczuwa niezmiernie silnie brak mnie,
a ja - Straszna rzecz ta jednostronność stosunku rodziców do
dzieci. Teraz, kiedy uczucia ojcowskiego [pow. być: ojcow­
skie] we mnie się budzą zaczynam już na własnej skórze nie­
jako odczuwać tę tragedję. Życie na statku: rano koło 7=ej budzą mnie na kąpiel.
Ubieram się, potem idę na śniadanie. Rozmowa z Francuzką
i z rodziną australską siedzącą naprzeciwko nas. Potem idę na
pokład i przedpołudniem piszę dziennik, trochę czytam. Ale
przerywam często, spaceruję, gadam i gram w sporty. Lunch;
potem słońce przechodzi na prawą stronę, zmieniam pokład
i czytam coś innego. Czytanie idzie mi powoli kiepsko. Grze­
bię się w Notes & Querries. Trochę rozmawiam ze Stasiem,
chociaż mniej teraz, niż przedtem; wczoraj Staś był dość po­
nury.
Niedziela 21.VI.14.
Na morzu Czerwonem, nawprost Jebel Tair [wyspa Jabal
at Tair] - Upał trwa wciąż jeszcze. Dziś rano czułem się tro­
chę lepiej i spałem też trochę lepiej. Ale wczoraj wieczór
miałem chwile duszności i strachu; i musiałem opanować po­
czucie paniczne, pochodzące od serca. Rano biorę zimną ką­
piel. Wczoraj pracowałem rano nieźle; ale popołudniu zabra­
łem się do gramatyki i tak mnie upał zmógł, że zasnąłem
i obudziłem się zupełnie zniszczony. Potem jednak pracowa­
łem znowuż i czułem się nienajgorzej. Monotonia statku już
mnie tak nie nuży, przyzwyczaiłem się też do niektórych
podróżnych, mogę nawet powiedzieć, że ich lubię. Rozma­
wiam głównie z Francuzami i Gibonem. Staś wczoraj wie­
czór skomponował b, ładną melodję; speszyło mnie to trochę,
gdyż moja impotencja artystyczna zawsze mi dolega. Zarów­
no w stosunkach do kobiety, jak i w stosunku do życia jest to
rzecz poprzez którą b. trudno mi się przedostać.
Ten dzień był jednak prawie że najgorszy. Czułem się
strasznie przez Niedzielę i Poniedziałek. Wściekłe duszenie,
niepokój i wstręt. Stan podobny do tego fatalnego lata w Lon­
dynie. - [?] w nocy z Poniedziałku na Wtorek. Potem choro­
ba morska. Pustka uczuciowa i umysłowa. Tylko czuję się
ździebełko lepiej. Połamanie okularów. Powolna rekonwale­
scencja. Widywanie się z Francuzami. Czytam Jima [Lorda
Jima], który chwilami robi wściekłe wrażenie, i Master of
Ballantone. [?], 29.VI.14.
Wczoraj rano po kiepskiej nocy, wychodzę na pokład;
morze zielone (takie było przez całą Sobotę i czułem bliskość
Indyi i Ceylonu). Mgły nad lądem i chmury w głębi. Nie cie­
szę się na Ceylon. Boję się próby klimatu i czuję się zmęczo­
ny. Jazda [?]. Słońce przypieka. Debarkoder = altanka dwu­
piętrowa. Czerwone gmachy nad brzegiem. Upał; nogi ledwo

207

wlokę. Idę do Fergusona. Potem nad morze. 1. [pierwszy] wi­
dok kwiatów zwrotnikowych. Siedzimy nad morzem; rozmo­
wa z Syngalezem. Morze zielone, przewala się dużymi fala­
mi. Riksze. Jedziemy otwartymi polami; duże gmachy an­
gielskie. Syngalezi półnadzy: w białych i czerwonych szma­
tach; ciemne oczy, zapatrzone w dal nieznaną. Prawie nie wi­
dać białych. Chłopcy syng[alezcy grają] w piłkę nożną. By­
dło garbate. Małe domki, kryte dachówką; sklepiki otwarte
całą szerokością. Szeroka ulica, domki zasłonięte matami lub
drewnianą kratką. Typy w turbanach. Pogrzeb muzułmański.
Victoria Park. Bombay olbrzymi; drzewa duże o kwiatach
purpurowych; trawa dziwna, czerwona ziemia; odczucie
odmienności tropikalnej flory. Powrót nad jeziorem, palmy.
Mała i nędzna świątynia buddyjska. Spotkanie Lewnia i Heriteau; jazda na statek; lunch; spóźnienie na kolej. Tramwajem
do Cinnamon Gds. Małe uliczki o dziwnym charakterze; tar­
gi owocowe; drzewo z obrazkiem Buddy; tłum różnobarwny.
Kobiety o płaskich nosach, poprzekłuwanych złotymi kolczy­
kami. Kapłani buddyjscy w żółtych szmatach, kurwy (?)
święte w Czerwonych sukniach. Wysiadamy, [?] idziemy
przez brudne podwórka, między domkami; potem szeroką
ulicą. Zbaczamy między bungallows; wszędzie uderza wście­
kła bujność flory. Potem boczną dróżką; otwierają się pola;
koło morza; wściekłe drzewo z pękiem sznurków, zwieszają­
cych się i z ljanami. Poprzez domki krajowców w ogródkach
na pola golfowe. Z daleka ogrody palmowe i młaki. Wraca­
my torem kolejowym. Bierzemy pociąg. Patrzę głównie na
kobiety, z ciekawością, ale bez erotomanii. Potem uliczkę
skośną; wy chodzimy na placyk, kupujemy banany. W domu
piję lemon squash; jazda do portu i kolacja w kawiarni syngalezkiej. Krótki spacer w native quarter; przemęczenie.
Mandauh & Lawalla [?] - Sobota 4. Lipca.
Jeden dopiero tydzień i to nie cały; ledwo przepołowiłem
czas. Wciąż silne zmęczenie i ociężałość. Umysł zupełnie
przyćmiony; nie potrafiłbym pracować intenzywnie; nie po­
trafiłbym np. napisać artykułu. - Hotel w Colombo; weranda
szeroka, przykryte podwórza; otwarte pokoje jadalne; dalej
korytarz i pokoje sypialne. Śpię trochę lepiej niż na statku
pod moskitierą 1. [pierwszą] noc. Staś nie śpi; wstaje i zapa­
la światło. Rano o 6'A śniadanie; potem tramem na Manadana. Czarne małpy udające Europejczyków w tramie dają mi
poczucie wyższości rasy białej. Za Colombo rozpoczynają
się zaraz lasy podzwrotnikowe, a raczej ogrody uprawne; pal­
my dominują i nadają charakter; głównie palma kokosowa.
Pola ryżowe zamieniają kraj w płytkie bagniska, przerywają
ciągłość lasu wysokopiennego, nadają mu profil i urozmaice­
nie; szmaragdowe kępy drzew w miękkim zarysie wśród ja­
sno zielonych płaszczyzn.
Widzę po raz pierwszy białe kwiaty lotosu na bagniskach.
Jedzie z nami Syngalez i pokazuje nam palmy kokosowe, are­
ka nut, plantacje kauczuku, herbaty; wymarłą plantację kawy.
Pejzaż swoją dziwnością i innością męczy mnie zwłaszcza
wobec [?] osłabienia. Zaczynam rozmawiać z Syngalezem.
Za Polgahawela wjeżdżamy w góry. Z płaszczyzny podnoszą
się wydłużone pryzmy, jakby ogromne namioty zielone, ostre
stożki, wyciągnięte w szpiczasty koniec, wyniosłe piramidy;
Hakgala Peak prześlicznie wygląda w dali. Droga [?] zaczy­
na się wspinać naokoło kotlin, wznoszących się szybko tera­
sami pól ryżowych na dnie, i plantacjami palm po bokach.
Widok staje się coraz szerszy. Olbrzymia pagoda piramidalna

208

Anagalla Peak wciąż dominuje pejzaż. Przejeżdżamy przez
tunel; widok otwiera się na rozległą dolinę. Chmury groma­
dzą się coraz gęstsze; zasłaniają szczyty najwyższe; rzucają
cień na dalsze plany. Grube góry o niezmiernie dziwnych
kształtach [??] od południa (my wspinamy się po północnej
stronie); widać kopułę [?] okrągłą, zupełnie zamek św. Anio­
ła. Nad nią wyniosły peak, zakryty we mgle, dalej ku wscho­
dowi, w głąb lądu samotna [?]. Dolina cała i wszystkie góry
pokryte gęstym płaszczem roślinności; bliżej widać szaloną
jej bujność; ziemia naga prześwieca tu i ówdzie na polach
przygotowanych pod uprawę ryżu. Całość robi dziwne wra­
żenie z powodu ciężkiej, dusznej monotonii roślin bujnych
uporczywie i bezlitośnie. Kształty na które różniczkuje się
bliższy plan nie mniej obce, męczące i przykre. Palmy wylakierowane, świetne, wytworne - dla oka przyzwyczajonego
do fantastycznej przypadkowości naszych drzew północnych
-jakby ironicznie zastygłe w nienagannej symetrii i popraw­
ności form. Obok nich, dla skompensowania tego spokoju
i regularności, przyroda pozwala sobie na najdziwaczniejsze
koszałki, figle i igraszki - znów jakby naumyślnie z wyracho­
waną złośliwością chciała zbić z tropu, uniemożliwić zrozu­
mienie, zlanie się człowieka z otoczeniem. W tym kraju,
w którym brak powietrza, w którym człowiek wciąż dusi się
i męczy, w którym ślamazarnieje i omdlewa psychicznie, we­
getacja panująca bezwzględnie i wszechwładnie z całym
okrucieństwem odmawia mu nawet platonicznego przygar­
nięcia, otuchy i pokrzepienia. Odpycha go zupełnie i bezlito­
śnie; z naciskiem zaznacza swoje jedynowładztwo. Nawet
rozległe widoki są dość obce.
W Kandy deszcz; wsiadamy do powozu. Widok stawku.
Jakaś cudowna, zaczarowana miejscowość. Straszna; prze­
znaczona na wypoczynek, na zapomnienie, na życie chwilą,
tern co jest i minie - miejscowość pełna obietnic szczęścia.
Stawek u ujścia szeroki, w górę węższy wije się wśród górek
małych, obrośniętych olbrzymiemi drzewami. Jak sztuczny
ogródek japoński, zabawka zrobiona rękami ludzkiemi dla
człowieka. W samej rzeczy jeziorko jest sztuczne. Hotel na
zboczu wzgórza wyższego. Widać brzeg przeciwny. Naokoło
biegnie droga obsadzona palmami o nagich, zielonych i sza­
rych pniach gładkich. Olbrzymie akacje i mimozy; pnącza
0 ciemno niebieskich kwiatach, patrzących jasnym uśmiech­
niętym wzrokiem szczerości z pośród ciemnej, zbitej zieleni
liści. Na stokach wzgórz, pośród zieleni, wyglądają słupki
domków, willi europejskich.
Jestem mocno przytępiony; męczę się szalenie łatwo, stan
fizyczny nie pozwala mi intenzywnie doznawać, ani tęsknić
za szczęściem, ani wspominać, ani pożądać. Chwile energii
wydaję na przyjmowanie wrażeń, czasem odczuwam silniej;
zwykle odczuwam apatycznie, zewnętrznie. Wspominam
t i myślę o przeszłości; o tern co zostawiłem, myślę z przej­
mującym, podświadomym bólem. Staram się pisać do Matki,
opisywać wrażenia; przychodzi b. ciężko. - 1. [pierwszego]
dnia po [?] (śpię?) jedziemy rikszami koło jeziorka; uderza
mnie niezwykła piękność i wytworność widoków; cienista
aleja nad wodą i niskie werandowate zabudowania buddyj­
skiego klasztoru; roślinność. Jedziemy obok domu targowego
do poczty. Potem ulicami; kupujemy ubrania u Cargilla. Sze­
rokie, jasne uliczki; straszne smrody; leniwe, ociężałe posta­
ci Syngalezów i [?] o wspaniałych, bogatych ubraniach
1 dzielnych, otwartych gębach. Jedziemy do meczetu. Śliczny
widok na jeziorko i zachodnie wzgórza, wysokie, pokryte

plantacjami herbaty. Potem obok ogrodów i pałacyków, świą­
tynia Sziwy, jedziemy ku jedynym zabytkom, dość marnym.
Resztki pałacu królewskiego, świątynia św.[?]. Wieczorem
oprowadzanie po świątyni. Irytuje mnie raczej z powodu cią­
głego żebractwa. Świątynia otoczona murem, wznosi się na
terasie, czy raczej na szeregu terasów. Składa się ona z całe­
go mnóstwa kaplic, korytarzy, przybudówek, zakamarków.
Główna budowla jest to malutki dwupiętrowy domek czwo­
roboczny, pokryty olbrzymim dachem, z werandą biegnącą
naokoło. Pomalowany lichymi freskami o naiwnem, bezstylowem pacykowaniu. Nie dotarliśmy do jego wnętrza.
W podwórzu wewnętrznem, otaczającym ten domek, a oto­
czonym otwartymi nań werandami, roi się od ludzi, przekup­
niów kwiatów, betelu, kadzidła; ciemne, półnagie postaci,
krzątające, przesuwające się cicho i leniwie. Mają coś kłam­
liwego i żebraczego w sobie. [?] domek ośmiokątny, piętro­
wy; rodzaj niskiej wieżyczki z cudnym widokiem na jezioro.
Radża pokazywał się stąd poddanym. Wnętrze pełne świeci­
dełek i świętości, zaczynając od złotych posążków wysadza­
nych klejnotami i poobwijanych w szmaty haftowane [?],
kończąc na oleodrukach świeżo sprowadzonych z Europy.
Posążki i posągi Buddy wszelkich rozmiarów i najróżnorodniejszych motywów; złoto, srebro, alabastr, kamienie stiuku[?]. Wszystko powstawiane pod kloszami lub poobwijane
w szmatki, bez symetryi, ładu lub bezładu artystycznego;
przypomina trochę salon burżuja niekulturalnego lub [?] izbę
chłopa, trochę pokój dzieci, bawiących się w święte misterja.
Kaplica za świętymi posągami Buddy; złotym, kryształo­
wym; cały szereg znowuż. Jakaś żądza i upadek wisi nad
wszystkiem. Monotonna muzyka [??] Słychać ją tu wszędzie
pod wieczór i w południe. Z daleka brzmi, jak suchy bełkot
pustej beczki wiezionej po kamienistej drodze.
Pod przykrem wrażeniem znów jednej rozproszonej iluzyi, tajemnicy, która rozpłynęła się w nicość wychodzę ze
świątyni: Buddyzm w swej brutalnej, pospolitej formie
przedstawił mi się jako coś jałowego; coś, co znam już z tan­
detnego katolicyzmu Włoch Południowych; coś, co nie ma
czaru dziwnych efektów artystycznych, [?] i opartych o wie­
kowe tradycje. Śpiew muezina na minarecie; dźwięk dzwo­
nów w kościele wydaje mi się czemś pełnem tajemniczych
wezwań w porównaniu z tern suchem telepaniem pustej becz­
ki. Pierwsze zetknięcie z zupełnie nową kulturą, od której się
człowiek bóg wie nie co spodziewał, pierwsze wrażenie zu­
pełnie nieznanego kraju, religii, pejzażu są zawsze pełne ta­
kich rozczarowań. Czasem tylko, bardzo rzadko szczęśliwy
zbieg okoliczności: świeża, wypoczęta myśl, dobrze nasta­
wiona wrażliwość, szczęśliwe ustawienie warunków w danem miejscu pozwala uchwycić od razu, treść nowego świa­
ta, wartość piękna w nowem otoczeniu. Następuje wówczas
jasnowidzenie, ujęcie nagłe i głębokie rzeczy niespodzianych
i pięknych, bo prawdziwych - jeden z najszczęśliwszych ty­
pów przeżyć. Niestety w tej podróży takiego szczęśliwego
zbiegu okoliczności nie mam, choćby z powodu troski o przy­
szłość, o aklimatyzację w tropikach i wielkiego zmęczenia
gorącem.
Hotel: obiady i lunch obfite; jedzenie średnie; pokój
chłodny i comfortable. Gniewa mnie obsługa, cicha, pełzają­
ca i [?] ubierający się do obiadu; niesympatyczni Anglicy,
najwidoczniej nie mający nic ciekawego do powiedzenia.
Następnego dnia spacer do Peradeniya. Deszcz siąpi. Je­
dziemy cały czas ulicą podmiejską. Ogrody; rozłożyste drze­

wa nad drogą; domki niskie, białe za sklepikami; czasem
otwarte całą szerokością na ulice i zastawione matami i krat­
ką. Zawsze wyłazi z ciemności jakaś postać brązowa, półna­
ga, jakieś szmaty czerwone lub białe; głowa, para oczów du­
żych, pustych, wilgotnych. Ulica zresztą dość martwa, nie ma
życia, nie ma zdarzeń, nie ma zabawy i zabawnego lenistwa,
włóczęgostwa. Ogrody botaniczne śliczne; zmęczony jestem.
Bambus olbrzymi; tryska zieloną fontanną z ziemi. Jak wiatr
wieje słychać turkot olbrzymich - hałas uderzających o sie­
bie, skrzyp gigantycznych kół, jęki; jakby jakaś nadpowietrzna walka olbrzymów na kije! Oglądamy lotosy na stawie;
wiktorja ragja; palmy taliput; pandanusy; palmy Phoenix.
Rzeka o rdzawej wodzie płynie cicho, leniwie, jakby wypeł­
niona gęstą, lepką cieczą. Drzewo fikus rozpuszczające setki
pędów z ziemi. Deszcz, ulewa nas łapie. Czekamy aż przej­
dzie.
Po przespaniu idę do Bella, potem na Lady Horton's walk;
śliczny widok na Kandy; ptaki o ostrym, przeszywającem
grzechotaniu; motyle śliczne. Bell radzi jazdę wołami. - Wie­
czór nad stawem. Ciemno i ciepło. Wysepka nasuwa kuszące
myśli o cudnym posłaniu miłości, gdzie [?] opasły król, w lu­
bieżnym, olbrzymim uścisku posiadał kobiety śliczne; w du­
szy noc, gdy niebo zdaje się nachylać nad ziemią i obejmo­
wać ją ciepłem swego uścisku. - Ja idę jeszcze ulicami, wie­
dziony jakby nieokreśloną nieczystą, mętną nadzieją ujarz­
mienia czegoś co będzie mnie namawiać do złego. Przezwy­
ciężam się; parę razy walczyłem już przeciw nieczystym my­
ślom. Wracam koło świątyni i nad stawkiem do domu.
Na drugi dzień rano, rozstajemy się boleśnie z P[?]; idzie­
my na L[ady] Horton's walk. Bajeczne, [?] gąszcze; motyle,
kwiaty. Cudny widok na Gangę i równinę na wschód od Kan­
dy. Górki misterne, eleganckie w swem pogmatwaniu linii
i nieregularnej konstrukcji. Wśród szerokiej doliny płynie
znowuż mętna, brązowa Ganga. Mam dziwne wrażenie, że ten
cudny kraj jest pozbawiony czegoś, że jest to dekoracja pięk­
na, której brak dramatu. Kraj o wartości historycznej, albo
kraj zupełnie dziki mają każdy swój urok odrębny. Ale kraj,
którego historja jest (w mej apercepcyi ignoranta) zbiorem
drobnych bezsensownych posunięć na szachownicy małostko­
wej polityki drobnych radżów i wstrętnej polityki państw kolonizacyjnych; kraj, którego celem w dzisiejszych czasach jest
wzbogacanie plantatorów i spekulantów - taki kraj nie ma
żadnego uroku. Plantacje herbaty na tym prześlicznym krajo­
brazie, szeroka dolina, na której powinna istnieć jakaś wspa­
niała stolica, choćby w ruinach, nasunęły mi te refleksje.
W Kandy zakupy u Cargilla; jazda do Matali, osłabienie; po­
mimo to patrzę na okolicę [?] w cieniu chmur. Ganga; drobne
płaszczyzny pokryte [??] i ogrodami; potem przejazd przez
Gangę; a potem jazda zboczem ślicznej doliny z wysoką górą
po przeciwnej stronie. W Matale radosne 1. wrażenie, że na­
reszcie jestem w prymitywnym Ceylonie, w rest-kruzach, że
nie ma Europejczyków. Matale ślicznie położone u stóp stro­
mej góry zielonej, pośród zieleni ogrodów. Decepcja; nie ma
noclegu; nie ma wołów. Idziemy do świątyni. Szeroka, barw­
na ulica, znowuż wiecznie te same zbolałe, puste twarze; czer­
wone i białe szmaty. Warkocze, hustki [sic], turbany.
Wychodzimy z miasta; mała świątyńka z rzeźbioną kopu­
łą. - Potem szereg ogrodów; tu i ówdzie domek kryty da­
chówką lub poszyciem z liści palmowych; znowuż wszędzie
omdlałe postacie. Spotykamy grubych, poważnych arystokra­
tów czy plutokratów syngalezkich, którzy się zgromadzili
209

w Matale na wedding party i teraz jadą automobilem, dryndą
lub idą piechotą. Do świątyni prowadzi wazka ścieżka i scho­
dy, skręcające na lewo (ku zachodowi) od głównej drogi.
Obok otwartej altany, służącej za schronisko podróżnym
i drzewa świętego Bo[?] przechodzi się w dziuplę [?]; olbrzy­
mie liście ocieniają schody, którymi dochodzi się na jakie 4
piętra; z dołu już widać szare olbrzymie bryły [?] poustawia­
ne przypadkowo, poopierane o siebie. W niektórych niszach
gnieżdżą się masy nietoperzy, w innych zakamarkach wbudo­
wane są kapliczki. Główne złomy tworzą głębokie podwórko,
w którem znajdują się 2 kapliczki buddy. Obchodząc jeden ze
złomów wychodzi się na szersze podwórko, gdzie znajduje
się domek kapłanów, z tamtąd wejść można na szczyt jednej
ze skał, gdzie stoi malutka [?]. Widok z tej skały był tern, co
mnie najbardziej wzięło. Widać całą dolinę. Zachód słońca;
różowe chmurki na tle wszechobejmującej [?]. Góry (szczy­
ty) częściowo we mgle; przez [?] wrota tu i ówdzie widać nie­
bo błękitno zielone. Ten widok wziął mnie b. silnie.
Wracamy. Jazda przy księżycu. Szerszych widoków nie
ma. Bliższe plany ciekawe; śliczne efekty ze świetlikami; da­
jącymi przerwane światło. W Kandy parszywy nocleg; pchły
i żyganie pijanego drania obok. Ranna jazda do A'pury. Z po­
czątku czuję się dobrze i odczuwam po raz pierwszy silniej
bezpośredniej przyrodę. Śliczny szeroki widok na rozległą
dolinę; w odległości zamek św. Anioła i szpinach peaki.
Za Polgahawela jedziemy 1. klasą z 2=a mieszańcami, czy
Holendrami. Zaczyna się sucha dżungla; charakter zupełnie
inny, znacznie mniej egzotyczny. Niema ani [?] sztywnej fantastyczności palm z dzikością [?], oblewających ziemię falą
zieloną; ani nieustępującej na krok bujności i zieloności traw
i krzewów. Coraz więcej spalonej, suchej trawy i wyschnię­
tych drzew, wył[acznie] drzewa, które potraciły liście. Dużo
krzewów kolczastych; suchych. Wszystko przypomina krze­
wiaste zarośla Anglii.
W A' pura b. miły hotel. 1. dnia zwiedzamy na wózku z guidem. Mam tremę, czy mi się uda zrobić wyprawę wołami. Świątynia koło wioski; na szczycie dachu drzewo Bo. We­
wnątrz leżący Budda i zwykłe statuetki. Potem jedziemy ku
południowi ku świątyni w otwartem polu; parę stawków
przed nią; nad nią Dagoba z ślicznym widokiem; za nią
staw sztuczny irygacyjny. Wracamy, oglądamy dużą Dagobę,
nie wychodząc z powoziku; potem jedziemy laskiem bez
podszycia między ruinami licznymi. Głównie szeregi słup­
ków kamiennych ustawionych prostopadle; śliczny, podłużny
stawek, obok świątyni. Ruiny kwadratowe, z doskonale rzeź­
bionym kamieniem półokrągłym. Refleksje o upadku kultury
w danym narodzie. Gromady małp między ruinami. Wraca­
my już przy księżycu. W hotelu zaraz po obiedzie zasypiam
w krześle; następnie kładę się śpię jakie 12 godzin. Szalone
zmęczenie i przytłumienie; apatja. Podobna zresztą do tej, na
którą cierpiałem po przyjeździe do Las Palmas. Może i teraz
się przyzwyczaję.
Na 2. dzień idziemy koło 1 l=tej nad jeziorkiem, koło re­
staurowanej dagoby do nowej dagoby, której dotąd jeszcze
nie widziałem. Gaj mimoz czy akacyi i fikusów; drzewa rzad­
kie, bez podszycia; ziemia pokryta liściami zeschłymi; na le­
wo staw podłużny; widocznie kąpiel dla słoni, a może i dla
ludzi, kapłanów. Na prawo dagoba, w [?] porosła trawą; Staś
na platformie z olbrzymich, płaskich kamieni. Po 4 stronach
małe kapliczki u jej stóp. Idziemy na szczyt tzn. taras dobrze
[?], na szczycie czworościennym. Na tern wazka wieżyczka,
40

210

zwężona ku szczytowi. Tam płaska platforma, osłonięta pół­
okrągłym murem z jednej strony, otwarta na duże jeziorko
i cudny widok na góry. Szeroka równina; szaro zielone staw­
ki, jasno zielone plamy pól ryżowych; niektóre pola wyschłe.
Nad większym stawem zeschły las o białych pniach i kona­
rach. Bliżej widać sylwety dagobów; jest ich 4; świątynia na
małym [?]. - Staś ma fatalny dzień; nie patrzy, rozpacza,
mówi o sb. [samobójstwie?] . Miał pisać artykuł.
Popołudniu siedzimy w hotelu, siedzimy na tarasie. Księ­
życ wschodzi. Przed nami w[ielka] niedźwiedzica; patrzę
z sentymentem na płnc [północ]. Na lewo wenus zachodzi; na
prawo wschodzi wega. Krzyż i centaur za nami. - Władowanie na bullock cast. [?] Idziemy kawał drogi piechotą; księ­
życ; jednostajna powłoka światła i cienia miękiego przebija­
ją złoto iskry świateł po domach, na straganach, w świątyni.
Słychać tamtam; ulice ruchliwe. Idziemy przez wieś; potem
lasem; przechodzimy tor kolejowy, rzekę Malantovia Gangu.
Kładę się spać; kiepski sen; człowiek idzie z nami i śpiewa;
wciąż spotykamy wozy; szalenie i [?].
Maradankadawala. Spacer wsią małą i nędzną. Jeziorko
nad górką, okrytą skałami. Idę na lewo nad stawem, lotusy.
Potem pod skałą; domki; wchodzę na górę; przede mną 2 po­
la ryżowe, między nimi ścieżka prowadzi w dżunglę. Mała
świątynia buddy w skale. Idę w dżunglę; mało egzotyczny
charakter; zmęczenie; marzę o tern, jak będę o wspominał te
spacery po powrocie. Po wyjściu z dżungli (nizkie, akacjowe
krzaki; owady i motyle wspaniałe) jestem obsypany kleszcza­
mi. Z pomocą moich przyjaciół obszukuję portki i skarpetki.
Dziś tylko jeden kleszcz wbił się we mnie i natychmiast ustą­
pił pod jodyną. Wracam nad stawkiem; śliczny widok na gór­
ki; małpy przelatują po drodze. Spotykam Stasia. Resztę cza­
su w Rest Housie; rozmowa z Tamilem; pisanie dziennika;
Staś zaczyna artykuł b. dobrze .
Z Maradankadawala do Kekirawa droga b. jednostajna
między nizką i szarą dżunglą; trawa spalona; raz tylko widać
wzgórza nad dżunglą. Kekirawa mała osada; dużo wozów
[?]; jadą do A'pury na święto. Idziemy wieczór do dagoby.
Cudny widok na stawek i górki; pola ryżowe. Siedzimy dłu­
go na dagobie; ja medytuję o prawdzie w życiu; czy postąpi­
łem prawdziwie w stosunku do Retingerki, wracając do niej?
Czy miałem prawo się jej oświadczyć? Czy miałem prawo
całować ją jeszcze? Prawda prowadzi do nirwany, do niszcze­
nia w sobie niektórych rzeczy i do utrwalania innych, do mumifikacyi ich. - Obiad; karaluchy. Śpię nieźle.
Dziś rano idę na spacer, po wale naokoło wyschłych staw­
ków. Upał szalony; robię zdjęcia. Nad dżunglą widać góry
zamglone, choć niezbyt odlegle. Dżungla rzadka, czysta. Tyl­
ko w punktach lepszej irygacyi oazy silnej zieloności; palmy
i podszycie buszu. Kobiety kąpią się w stawkach błotnistych.
41

42

6.VII.14.
Dziś dopiero czuję się trochę lepiej; mam poczucie jakby
jakiś ciężar spadła z głowy i łuska z oczu. Zdaje się po prostu
że dzień jest chłodniejszy. W każdym razie jestem znacznie
lepiej i jestem szczęśliwy. Wczoraj po powrocie ze spaceru
pisałem w resthousie b. leniwie. Pakowanie; breakfast; mam
kota moralnego z powodu omyłki keeper [stróż] i tego, że
Staś się nie wpisał w książce. Wieczorem okazuje się że kee­
per okradł nas o 2 rupie.
Jazda dość monotonna. Z obu stron widać zielone ściany
dżungli suchej i nieefektownej. Siedzę w wozie i patrzę leni-

wie, jak drzewa wloką się. Szerokie mimozy jak otwarte pa­
rasole; fikusy o poplątanych konarach i pędach, jak grupy za­
jęte żywą i poufałą rozmową; trzymają się pod ramiona, wy­
ciągają ręce, gestykulują. Miejscami roślinność zupełnie pu­
stynna. Kaktusy i euforbie [wilczomlecz] posplatane w gęste
bukiety. Miejscami przerwa w dżungli; zielone pola ryżu, po­
nad nimi dalszy widok na góry. Przejeżdżamy przez dojrzałe
pole ryżowe; ściernisko, na nim kopki zboża żółtego. Gdyby
nie nieregularna szachownica drobnych poletek możnaby się
czuć [jak] w Polsce, tak podobne są nizkie krzewy, stojące
bukietami i dużymi kopami w głębi pola. Bydło garbate, albo
też szare jakby bez sierści, w dużych rogach pustych.
Leśnych zwierząt prawie nie ma, nawet ptaków niewiele.
Przed [?] idziemy dużo o zmierzchu; z dżungli dochodzi głos
fletu i bicie w bemben; pierwszy raz muzyka buddyjska ude­
rza mnie jako coś ładnego. Ale sama droga mnie nuży; napa­
dy chandry za Galicją. Marzę jakbym to podróżował z rykszą
i automobilem. Marzę o możliwościach miljonerstwa. Rest
house obszerny; przed nim palmy w księżycu i ściana góry.
Po herbacie idziemy na spacer. Małe domki - typowe, mię­
dzy szparami światła, ciemne postaci, łóżka.
Przy drodze widzimy, pod rusztowaniem z 4 pionowych
patyków i 4 rozłupanych kawałków bambusa, poziomo opar­
tych o nie, siedzi człowiek nad stoliczkiem pokrytym kwiata­
mi, kadzidłem i świeczkami: odprawia ceremonję magiczną.
Pomagamy mu parasolami przy zapaleniu świeczki. Odczy­
tuje modlitwy i pali kadzidło nad węglami. To pierwsza, którą
widzę, ceremonia magiczna, odprawiana w świetle [?], pod
pokręconymi korzeniami fikusa, przez czarnego dyabła,
w otoczeniu tylko takich samych dzikusów, działa [?] i przej­
mująco. Idziemy poprzez obozowisko pielgrzymów, którzy
recytują w otwartej halli jakieś godzinki buddyjskie, w górę
po pochyłej skale. Mała biała dagoba w świetle księżyca; da­
leki widok na dolinę, [?] ku północy. Dyskutujemy o metafi­
zycznej zawartości Buddyzmu v. Christianism.
W nocy śpię fatalnie z powodu herbaty. Wstaję o 7=ej
idziemy ku świątyni. W dzień te same miejsca wydają się
mniej [?], ale widok jest cudowny. Wspinamy się po gładkiej
skale na sam szczyt czapki. Na prawo okrążamy świątynię
i drapiąc się po nierównościach [?], przepychając się przez
gęstwę ściółki i wchodząc po euforbii wydobywamy się na
wierzch. Rozkosz chodzenia po zaokrąglonych, wylizanych
wodą płatach granitu. Ciemno szary z lekkim odcieniem cze­
kolady, przypomina kształty olbrzyma, słonia. Wszędzie wi­
dzę jakby olbrzymie zady, [?] zwierzęcia, zaokrąglone płaty
skóry. Charakter skały powolność, łagodność, osiadłość - coś
niby [?] olbrzymiego posągu Buddy patrzącego w dal. Ze
szczytu widok wspaniały. Z za profilu czapki wzrok spada
wprost na dół równiny, pokrytej gęstym lasem. Dalej, naoko­
ło z równiny tej wznoszą się całe szeregi utworów górskich.
Na północ i na zachód równina jest stosunkowo najbardziej
czysta; tylko zrzadka wznosi się jakaś góra; niezbyt daleko
stożek regularny, dziwnie podobny do Wein[?]; dalej garbate
góry jak dromadery przyklękają po ładunek, leżą samotnie na
płaszczyźnie widać ich kilka, nie płaczą za sobą, samotne
i spokojne. Ku wschodowi zaczyna się trochę więcej ruchu;
z początku małe faliste pagórki, jak kopuły podłużnego me­
czetu, potem grzbiet przerwany tu i ówdzie wystającą basztą
na koniec wyraźny łańcuch górski [?] na najbliższym planie
dwoma ostrymi grzbietami w główny trzon górski, wznoszą­
cy się na południe i zakryty we mgle. W ten trzon wchodzi

szeroka dolina, biegnąca od stóp naszej czapki granitowej; po
prawej stronie wznosi się piramida o ostrych zarysach, trochę
podobna do Lodowego, otoczona kilku szpiczastymi iglica­
mi. Dalej na prawo znowuż szeroka równina i tylko daleko na
horyzoncie przebijająca się przez zamglone powietrze drobne
łańcuchy górskie w miniaturze. Nad tern wszystkiem niebo
pokryte jasną warstwą cirrusów; niżej pędzą po niem białe
baranki. Wiatr szalony; chłodno i świeże powietrze. Zdołałem
uchwycić istotę swoistości tutejszego krajobrazu górskiego:
Ma się tu przed sobą zbiór najrozmaitszych, najbardziej
odmiennych typów górskich: piramidy o charakterze mło­
dych formacyi plutonicznych; wyraźne wulkaniczne stożki;
iglice dolomitowe; kanty i czapki; dalej stolnice szerokie, [?]
faliste wzgórza i szczyty stojące samotnie. Wszystko to mi­
niaturowe, zebrane w jednej panoramie jak na pokaz pod klo­
szem olbrzymim - i w dodatku wszystko pokryte jednostaj­
nym płaszczem zielonym, zamalowane grubym pokostem który nadaje wszystkiemu jakąś uprzejmość, łagodność i misterność - odejmuje grozę i majestat dziki najsurowszym
i najbardziej fantastycznym formom.
Świątynia cudowna. I . podwórko przywodzi kojarzenia
różnych kaplic polnych, miejsc świętych, klasztorów gór­
skich. Przez otwarty, mały krużganek wchodzi się w ogro­
dzone podwórze, z którego rozciąga się śliczny widok na Za­
chód południowy. - Wewnątrz silne wrażenie robią olbrzymie
posągi Buddy leżącego, wykute w skale. Sklepienie pomalo­
wane, zwiesza się łagodnymi, pofałdowanymi kształtami,
jakby jakaś kunsztowna tkanina, ciężka i bogata. Malowidła
dziwne, przy niepewnym świetle robią wrażenie rzeczy pięk­
nych i stylowych. Bóstwa o ramionach i twarzy słonia; sceny
historyczne; procesje świętych - majaczą pośród pełzających
tu i ówdzie światełek i nadają pieczarze jakieś dziwne, zasty­
głe i ślamazarne życie. Naokoło, w odległości jakich 2 me­
trów od ściany, tyłem do niej obrócone siedzą postaci - zda­
je się Buddy, w kucki, z liściami [?] wystająca z głowy. Wnę­
trze świątyni zastawione małymi szafkami oszklonymi, posą­
gami bóstw, kapłanów, świętych i [?]. Na prawo rozłożony
posąg Buddy. W 1. pieczarze, b. małej, jest on wykuty ze ska­
ły o cudownym wyrazie twarzy, w sukni o ślicznie wyrzeź­
bionych fałdach. Nalanda, 8.VII. 14.
Znowuż opadło mnie zmęczenie; przemęczenie i wyczer­
panie. Powietrze tu trochę b=ej duszne niż w Dambulli - ro­
ślinność zbliżona do flory kandyjskiej. Wczoraj w nocy śni­
łem o n; o Lipsku - obrazy miasta przepojone szaloną tęsk­
notą, mówiące sentymentem; byłem tam z t, a tęskniłem za n.
Rano obudziłem się z silnymi uczuciowymi falami; głównie
do n; właśnie dziś, jutro żegnałbym się był z nią.
Na morzu, z Fremantle do Adelaide, Środa 5.VIII.
Opis pobytu w Zachodniej Australii.
Ogólnie b. miły, pogodny, lekkomyślny nastrój. Brak za­
fascynowania jakąś jednostronną podnietą uczuciową. Zain­
teresowanie się głównie objektywnymi faktami; roślinnością
Zach[odniej] Austr[alii]; zwierzętami w ogrodzie; trochę też
problemami etnologicznymi. Nastrój par excellance nauko­
wy. Pod koniec zaczynam się czuć trochę gorzej z powodu
kłótni ze Stasiem, ogólnego zmęczenia i , na samym końcu,
wiadomości o wojnie:

211

21.VII. Dzień przyjazdu. Wstaję o 6=tej. Kąpiel. Na po­
kładzie deszcz; ciemno jeszcze. Budzenie się dnia; chłodne­
go; różowe cienie na ciemnych chmurach, wlokących się
smugami deszczu po oceanie; zielone, zimne morze. Poczu­
cie wyjścia z tropików; nowe poczucie geograficzne globu;
opasania ziemi. Fakt psychologiczny „poczuć geograficz­
nych".
Fremantle jako szereg domów bez charakteru w oddali.
Długie czekanie na Le Sońifa i na Dakina ; niepewność co
do Stasia. L.S. przyjeżdża; duże, nieporządne, solidne chlopisko. Bryka w polskim stylu. Radość, że jestem gościem, że
nie muszę o wszystkiem myśleć i za wszystko płacić. Wy­
jazd. Małe bungallows; pierwsze eukaliptusy i drzewa pie­
przowe. L.S. objaśnia o mieszkaniach, o piaszczystym pasie,
mówi nam nazwy drzew. Rzadki las; puszyste, rozłożyste
drzewa o fantastycznych sylwetach. Przedtem małe krzaki
0 sztywnych konturach: [?] i puszysta haznarina podobna do
wiotkiej limby. Bierze mnie zainteresowanie botaniczne;
chciałbym zrozumieć położenie eukaliptusów w systematyce
botanicznej. L.S. mówi mi o charakterze liści eukaliptu. Pro­
blem drzew liściastych i szpilkowych. Definicja drzew liścia­
stych, jako mających 2 strony liścia odmienne. Przejeżdżamy
zwolna w czysty [?], bez domów; widzimy domki z blachy
giętej; małe, stojące na palach, czasem malutki jeden pokój ,
podobne do budki [?] albo centinelki. To domki osadników
lub robotników osiadających na roli. Jedziemy koło stacyi
„bez drutu" - potem przez rzekę; potem przez miasteczko
1 wjeżdżamy do S. Perth. Domek z drzewa, otoczony weran­
dami na parterze i piętrze, pomalowany. Stoi na pagórku; nad
drzewami i pomiędzy liśćmi widać lazurową wodę zatoki.
Rano, budząc się widzę na lewo [?] wodę 'Cumming River',
na prawo Perth water. Za domkiem podwórze i 'ubikacje';
przed domkiem ogród; przechodzący w ogród zoologiczny.
Schodzi się na dół, z początku widok na wodę i brzeg prze­
ciwległy; potem gubi się człowiek w ogrodzie. Eukaliptusy
po drodze. Wogóle wszystkie najważniejsze drzewa są Euka­
liptusy.
Pani L.S. wychodzi na nasze spotkanie i wita b. serdecz­
nie; ona jest niewątpliwie silniejszą indywidualnością w ro­
dzinie. Szczupła, z ściągniętą twarzą, mogła być niegdyś dość
przystojna. Typowa protestancka ograniczoność poglądów
i zaciętość charakteru, połączona z dość dobrym sercem i po­
czuciem swobody. Można z nią zupełnie dobrze wytrzymać;
tylko trzebaby jej ustępować w małych rzeczach.
1 .[pierwszy] lunch - jedzenie b. dobre. Jam figowy i śmie­
tana odrazu pociągają moją uwagę. Po lunchu idziemy się
przejść po Zoo. Żółwie na dole, przewracamy je. Potem mał­
py. L.S. bawi się z wężami; przyczepia się do nas 3 facetów
baciarowatych. L.S. zajmuje się b. intenzywnie niemi. Ła­
zienka z ciepłymi kąpielami. Wracamy do domu i jedziemy
do Perth. Jazda przez rzekę wyjątkowo ładna. Sylweta Perth,
podnosząca się łagodnie na 2 pagórkach.
(Kończę w Poniedziałek 17.VIII. w Melbourne)
Ten widok - jeziorka z sylwetą małomiasteczkową i z sze­
rokim horyzontem, kończącym się górkami na wschodzie
i zamkniętym pagórkiem lesistym tuż na Zachodzie - jest dla
mnie związany ze zrozumieniem uroku i piękności życia kolonjalnego. Zupełnie świeże, nowe, niewyst[ępujące] ani fak­
tycznie ani w żadnej wyobraźni artystycznej widoki; szerokie
możliwości ekonomiczne, połączone z rzeczywistą twórczo­
ścią nad dziewiczą ziemią - łatwość niezmierna stosunków
43

212

44

ludzkich i możność wybicia się - to wszystko są niezmiernie
silne węzły łączące człowieka z nową ziemią. Rzeczy,
których istnienia zupełnie nie przeczuwałem
Umieszczamu Stasia w Hostel; zciemnia się; jedziemy
z powrotem. W domu zastaję Leslie i Mildred, dwoje star­
szych dzieci. Po kolacji siedzę z nimi w saloniku i rozmawia­
my o geografii, o Ceylonie, o zwierzętach. Bawi mnie i robi
mi przyjemność adoracja i „upiedestalenie" z jakim mnie
przyjmują Mrs. L.S. & Miss Ry[?]. Wieczorem pokój mój b.
przyjemny; słyszę odgłosy dzikich zwierząt i skrzyp wiatraka
pompującego wodę. Jestem spokojny i zadowolony; czuje się
w domu; chandra ginie.
We Środę 22.VII rano idę do kąpieli, koło dzikich zwie­
rząt, lwów i tygrysów. Śniadanie, przy którym długo gadamy.
Koło 12=tej idę sam do Perth. Stasia niema. Przychodzi Staś
i L.S. po kwadransie mojego czekania. Idziemy do Uniwersy­
tetu, gdzie nikt nic nie wie - potem z Watsonem na lunch; po­
tem plan dalszej wycieczki do Kalgoorlie i Merredin. Po lun­
chu jedziemy tramem do miasta; rozmawiam z Irlandczykiem
w składzie zboża; o kopalniach złota i „prospecting"; p za­
robkowaniu i „home [?]". Jedziemy końmi przez przedmie­
ścia o rzadkich, niskich domkach wśród ogródków; potem
brodem; potem znów małe [?] domki z blachy lub drzewa
osamotnione w dziewiczym buszuf?]; domek Duraca . Black
z plemienia Loritja; badam go powierzchownie. Kobieta
z plemienia Płn. Zachodn. - Wracamy; zciemnia się; poprzez
most; drzewo na którym ostatni raz wieszano bez sądu. Le
Sońif dużo gada. Wieczorem kolacja; odprowadzamy Stasia
do Watsonów; kłótnia w hotelu. Opuszczam Westonów. Wra­
camy z Miss Ragmont; ja daję popularny wykład o gwia­
zdach (ekspansja subjektywna). Śpię krótko. Na drugi dzień
L.S. odprowadza mnie na kolej.
Czwartek 23. Długo ciągną się przedmieścia; potem ładne
widoczki przy wjeżdżaniu na Darling Range. Potem jedno­
stajny [?] i „black boy" nadają charakterystyczny, egzotyczny
wygląd. Pola zborza [sic]szeroko rozłożone między puszczą.
Gdzieniegdzie centra b. zaludnione, Parę razy się pożywiamy.
Ja czytam handbook o W. Austr. - Wysiadamy; spotyka nas
wysoki, silny blondyn. Jedziemy polami; nastrój wsi polskiej.
Widzimy las we wszystkich stadjach; bujny i silny; [?] z obu­
marłymi drzewami; spalony z brązowymi, umarłymi liściami;
odradzający się z zielenią, wykwitającą na martwym brązie
liści, jak grynszpan [??] wytrzebiony i czyste pole. Ściemnia
się; jedziemy koło [?] Station. Kolacja w dużym, zacisznym,
ogromnym pokoju. Oglądamy narzędzia rolnicze i maszyny
do koszenia (a raczej obcinania czy wybierania ziarna),
młócenia, wiania i segregowania zboża. Maszynę do rozbija­
nia grud i.t.p. Krótki sen - nastrój spokoju, odcięcia od świa­
ta. Szybka i pełna naprężenia jazda na stację. Wspaniały, na
oko, pociąg. Wygodny compartyment. Rano śniadania w wa­
gonie, Niski bush, wśród czerwonej ziemi. Górki i ładnie po­
łożone Kalgoorlie z daleka. Poznaję Mr. i Mrs. [?]
W Kalgoorlie (Piątek 24.) zimno; czyste, przejrzyste
i ostre powietrze. Czerwona ziemia i seledynowe niebo.
Barwne domki. Idziemy ku poczcie; Mr Bolton; poczucie
zbytniego uhonorowania. Tramem do Bonlder; potem idzie­
my; Hamilton. Ridge[?] oprowadza nas po górze. Młoty roz­
bijające greenstone; potem bale tłukące go; młyny wilgotne;
na dnie rtęć. Bierzemy w rękę ciemny, gęsty amalgam złoty.
[?] Czarne błoto, zawierające 70% procent złota. Złoto wy­
pieczone. Lunch u Hamiltona. Przebieramy się w niedzielne
45

46

ubrania i kapelusze i idziemy ku [?] Jazda windą na dół. Spa­
cer po sztolni; system przekopywania się całą szerokością,
a raczej grubos'cia kopalni. Hamilton daje mi próbki złota;
wracamy automobilem. O mało co nie spóźnieni. Kupuję sle­
eper dla siebie i Stasia. - Staś' wyjeżdża z pretensjami o Śro­
dową kłótnię, co mnie przyprowadza do wściekłości. Kola­
cja; źle przespana noc. Sobota 25 w Perth przyjeżdżamy; telefonuję do L.S. Pro­
tector of Aborogines, który przyjeżdża po nas bryką. Jedzie­
my miastem nad jezioro. Znów wesoły, swobodny, miły i nie­
estetyczny charakter miasta, przedmieść. Wracamy mostem
z rybami i żółwiami. Lunch; popołudniu spacer po Zoo
z Kingsmillami; wieczorem idziemy do N.W.D. Campbell.
Oglądanie narzędzi aboriginów.
Niedziela 26.VII. Wycieczka do Cussacka. Rano przebie­
ramy się. Potem jedziemy zwykłą drogą (tagarocta, złota aka­
cja w kwiecie, drzewo z wisielcem) przez most do Guilford,
gdzie konny policjant nas oczekuje. Blacks camp. Rzucanie
boomerangów, które wszystkie wracają. Nie mogę zebrać
żadnych określonych wiadomości. Lunch w rozwalonym do­
mku. Jazda do Cussacków, Staś siada na froncie. U Cussacków mam długa rozmowę z nim. Następnie herbata. Dostaję
wommerę i churinge[?]; obie dobre. Powrót, późnym wieczo­
rem. Rozmowa, w kt[órej] St[aś] napada na mnie i peszy
mnie, tak, że mam noc [?]; choć odnoszę się do niego pacy­
ficznie.
Poniedziałek 27. Wycieczka do fermy pomarańczowej.
Aha, w powrotnej jeździe poprzedniego dnia robię zgodę
z panią Lud. cofanie się na wszystkich punktach paradoxow
i jestem z nią nadal w miłych stosunkach. Jedziemy jak zwy­
kle aż do Gulford. Potem bushem, zbieramy kwiaty, których
mnóstwo. Jedziemy wąwozem pod górę. Bush na górze [?];
mniej kwiatów. Przyjeżdżamy późno; chłodny lunch. [?] i Giles'em; potem spacer po farmie; jestem osłabiony i ciężko
chodzę. Ładna, malownicza dolina; gaje płoną pomarańczami
na tle jasnego lazuru nieba; powietrze czyste, cudny zapach
żywicy aromatycznej jak woń [?]. Wracamy piechotą pod
górę; siadam; jedziemy nocą. Dr. L.S. opowiada mi historje
o wychowaniu dzieci. Przyjeżdżamy późno; kolacja; Staś wy­

chodzi wcześnie (i robi mi awanturę tego dnia a nie poprze­
dniego jak zanotowałem).
Wtorek 28. Rano idę do Campbella i dostaję dużą ilość
fajnych rzeczy i ciekawych informacyi; mówimy o użytku
wielu przedmiotów; boomerangów i.t.p. Potem o ceremonii
inicjacyi; pokazuje mi ciekawego penisa z drzewa i z kamie­
nia, którego pokazują chłopcom przy inicjacyi. - Potem idę
na lunch; potem przebieram się i idę na recepcję. Długa roz­
mowa z gubernatorem i jego żoną. Rozmowa z vicegub. i Sir
Johnem Forestem. Spacer po ogrodzie; zabranie Stasia; po­
wrót do domu. Wieczór w domu.
Środa 29. Rano wizyta w muzeum. Haddon , Glonert,
Scharff i.t.p. Popołudniu, po lunchu Camming i Protector
aboriginów; potem znów idę do muzeum, zamknięte, wracam
do domu.
Czwartek rano jadę do nowej Norcyi.
47

[Odtąd zaczyna się następny zeszyt a zarazem opubli­
kowana w języku angielskim część dzienników pt. A Dia­
ry in the Strict Sense of the Term]
Port Moresby, 20. Września 1914.
1 .Września rozpoczyna się nowa epoka w moim życiu: sa­
modzielna i samotna wyprawa w tropiki. We Wtorek,
1 .IX. 14. odprowadziłem Brit. Ass. Do Toowoomby. Rozmo­
wa i zaznajamianie się z Sir Oliwerem i Lady Lodge ; ofia­
rowanie mi pomocy przez tegoż; moje fałszywe położenie
i „sprostowanie" przez Stasia. Pożegnanie z Desire Dickin­
son; wściekłość na Stasia, która przerodziła się na głęboki
żal, trwający do tej chwili - to wszystko należy do poprze­
dniej epoki, do wizyty z Brit. Assem w Australii. Wróciłem
sam do Brisbane wagonem salonowym; czytałem po drodze
Handbook australski. W Brisbane poczucie opuszczenia i sa­
motności. Samotna kolacja. Wieczorami rozmawiam
z Grabnerem i Pringsheimem, którzy mają nadzieję, że bę­
dą mogli wrócić do Niemiec; mówię z nimi o wojnie. Otwar­
ty na sień, tandetnie umeblowany salon hotelu Danieli wiąże
się ściśle z tą epoką. Pamiętam wizytę rano w muzeum, do48

49

Witkacy, Pejzaż australijski, 1923 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska, Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985

213

5

kąd Pringsheim mnie odprowadza. Wizytę u Burnsa Philpa ";
wizytę u złotnika. Spotykam z Brownem , w Piątek rano,
który idzie tego dnia na lunch do Mayo'ow . We Czwartek
wieczór jadę do Dr=a Douglasa , ażeby pożegnać się
z Gol[d]ingami i dać Goldingowej list do Stasia, oraz oddać
jej książki. Chłodna noc księżycowa. Tramwaj jedzie podgórę, widzę przedmieście położone nisko, u stóp pagórka.
Boję się, że się zaziębię; U doktora spacer z jego siostrą, tłustawą blondynką. Potem przyjeżdżają Gold[ingowie]. Ponie­
waż odczuwam silną tęsknotę za Brit. Assem. Odnoszę się do
nich z sentymentem, na który jednak nie znajduję oddźwięku.
Rozmowa o ich wycieczce; tańce na polance.
Znacznie milszy i b=ej osobisty wieczór u Mayo'ow. Wie­
czór; deszcz pada; po kolacji jadę ku promowi; pogoda je­
szcze; prom na rzece oświetlonej księżycem przez chmury.
Idę pod górę i błądzę; deszcz. Mayo spotyka mnie z paraso­
lem. Rozmowa o możliwości rezygnacji Seymura o planach
na lato, o możliwości wspólnego spędzenia wakacji i.t.p. Nie­
51

52

53

1

Ventnor na wyspie Wight u południowych wybrzeży Wielkiej Bry­

tanii.
2

Annie Brunton, patrz poprzednie odcinki.
Otolia Retingerowa, Tośka.
W Breńa Baja na Wyspach Kanaryjskich Malinowski mieszkał
przez półtora roku po zakończeniu studiów.
Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego, Kraków 1915
G B . Shaw, Kandyd, 1896, drwił tam z ogólnego poglądu na ludz­
ką siłę i słabość i na dążenia walczących emancypantek.
Kasia Chłapowska była przyjaciółką Otolii Retingerowej.
Malinowski jeszcze w październiku 1913 roku starał się w AU
o „udzielenie mu zasiłku z funduszu obrotowego fundacji s'p. W. Oslawskiego (...) celem przeprowadzenia badań z zakresu socjologii.(...) ma za­
miar pracować nad zagadnieniami odnoszącymi się do ogólnej teorii wie­
rzeń pierwotnych oraz nad etnologią ludów Afryki Północno-wschodn."
Zarząd A U na posiedzeniu 10.1.1914 przyznał Malinowskiemu zasiłek
w kwocie 300 koron. Patrz opracowane przeze mnie Listy Bronisława
Malinowskiego, w: M.Flis, A.K. Paluch, Antropologia społeczna Broni­
sława Malinowskiego,
Warszawa 1985, s. 271-272. Nie wiadomo czy
chodziło o to stypendium czy o jakieś' inne, o które jeszcze się starał.
I

4

5

6

7

8

9

Możemy tutaj przywołać wspomnienia pani Tośki o swych wizy­
tach u Conrada: „Mieszkał podówczas z rodziną w Capel House, w hrab­
stwie Kent. Mały, skromniutki domek stał w odosobnieniu od wsi, wej­
ście oplatały gałązki pnącej rośliny, nie pomnę już jakiej. Wokoło były
łąki, liściaste laski, miły spokojny krajobraz, pełen prostoty i pogody. Je­
chało się z Londynu parę godzin do niewielkiego miasteczka Ashford.
Tam na stacji po raz pierwszy zobaczyłam Conrada". T. Zubrzycka, Syn
dwu ojczyzn, „Iskry" 1931, t. 9, s. 122
1 0

Mówi! „dużo o literaturze, ulubionych autorach, o francuskich mi­
strzach słowa, których podziwiał. Mówił wtedy chętnie po francusku.
W angielskim miał zawsze bardzo wyraźną cudzoziemską wymowę. Po
polsku mówił czysto, swym przemiłym ukraińskim akcentem. Czasem
brakło mu jakiegoś słowa, wpadał znów we francuski", tamże, s. 124
J. Conrad, The Return, 1897 (Powrót). Najbardziej nielubiany
przez autora utwór. Nowela o rozkładzie mieszczańskiego małżeństwa.
Widać, że Malinowski odnosił treść Powrotu do swej własnej sytuacji.
Notes & Queries on Anthropology, London 1912, wyd.4, B. Freire-Mareco i J.L. Myres (eds) były jakby podręcznikiem prowadzenia ba­
dań terenowych opracowanym przez W.H.R. Riversa, zawierały indeks
kwestii, które muszą zostać poruszone. W duchu N . & Q. napisana zosta­
ła pierwsza monografia terenowa Malinowskiego, The Natives of Mailu,
patrz: M . Young, Introduction w: Malinowski among the Magi, London
1988
II

12

214

zmiernie sympatyczni ludzie. Wracam ku tramowi. Znajomy
konduktor, przypominający Litwiniszyna . Dużo pijaków.
W ogóle w Brisbane nie czuję się bardzo dobrze. Silna tre­
ma przed tropikami; wstręt do gorąca i duszność - rodzaj pa­
nicznego strachu przed możnością tak strasznego upału, jak
ten, który miałem w Czerwcu i Lipcu. Zastrzykuję arszenik,
po sterylizacji szprycy w kuchni. W Sobotę (dzień elekcji) ra­
no jadę do muzeum ażeby ofiarować książkę dyrektorowi,
potem załatwiam lekarstwa (kokainę, morfinę i emetynę)
i wysyłam rekomendowany list do Seligmana oraz szereg l i ­
stów do Mamy.
Po zapłaceniu przesolonego rachunku jadę na statek. Gru­
pa osób odprowadzających; o 12A wyjeżdżamy. Mayowie
stoją na brzegu; patrzę na nich długo przez lornetkę i macham
chustką - czuję że żegnam się na pewien czas z ludźmi mnie
życzliwymi i z cywilizacją. Jestem dość przygnębiony; mam
zasadniczą tremę i nieufność, czy podołam zadaniu, które
mam przed sobą.
54

J

13

Szpotańscy byli bliskimi krewnymi Malinowskiego ze strony mat­
ki, wydaje się, że odwiedzał ich także z powodów finansowych.
Może chodzić o kuzynkę Mancie.
August Zaleski (1883-1972), dyplomata, z wykształcenia historyk;
podczas I wojny świat, działał w Wielkiej Brytanii jako emisariusz obo­
zu niepodległościowego. Od 1918 w pracy dyplomatycznej (na placów­
kach w Szwajcarii, Grecji, Włoszech); 1926-32 Min. Spraw Zagr, także
w rządzie Sikorskiego.
14

15

16

Żenią Zielińska była malarką, przyjaciółką Żuławskich, którą po­
znał zapewne u nich w Zakopanem. Bardzo się w niej kochał. Tej miło­
ści dotyczą wcześniejsze dzienniki.
Józef Rydel prowadził Biuro Akademii Umiejętności jako jego Adjunkt.
Józef Rostafiński (1850-1928), botanik, prof. UJ, dyrektor ogrodu
botanicznego, aktywny członek A U . Z tego powodu mógł mieć z nim
Malinowski kontakty.
17

18

19

August Witkowski, ur.1854, fizyk, prof. UJ, członek A U , jeden
z najważniejszych mentorów Malinowskiego zmarł 12 stycznia 1913.
Edward Strassburger (1882-1923), ekonomista, prof. uniw. w War­
szawie od 1916, zwolennik kooperatywizmu, w którym widział urzeczy­
wistnienie ustroju społ. opartego na zasadach sprawiedliwości spol.
Jerzy Żuławski (1874-1915), pisarz, miłośnik i znawca Tatr, zmarł
na tyfus jako żołnierz Legionów Polskich.
Bolesław Ulanowski (1860-1919), historyk i prawnik, prof. UJ,
Sekretarz Generalny AU od 1901.
Pani Maria Witkiewiczowa prowadziła od 1912 r. pensjonat „No­
sal" na Bystrem, bez większego powodzenia zresztą.
2 0

21

2 2

2 1

2 4

Pensjonat „Konstantynówka" prowadziła p. Aniela Zagórska, ku­
zynka Conrada i matka późniejszej jego tłumaczki, też Anieli.
W Lowranie na płw. Istna przebywał na kuracji Stanisław Witkie­
wicz, spędził tam kilka lat (1908-1915).
Karol Szymanowski mieszkał wtedy w „Nosalu" u p. Witkiewiczowej.
Malinowski w młodości często mieszkał u znajomego gazdy na
Olczy.
J. Conrad, Nostromo, 1904
Może chodzić o Maurycego hr. Zamoyskiego (1871-1939), polityka
i działacza wielu organizacji kulturalnych i oświatowych. Z późniejszego
fragmentu wynika, że Malinowski także u niego szukał pomocy finansowej.
G.C. Seligman, Brytyjski antropolog, autor min. The Melanesians
of British New Guinea, 1910
' Zdzisław Jachimecki (1882-1953), muzykolog i kompozytor,
późniejszy prof. UJ, przyjaciel K. Szymanowskiego. W 1914 został
2 5

2 6

2 7

2 8

2 9

3 0

J

członkiem Komisji Etnograficznej AU (a w 1947 czł. zw.), mógł to być,
poza towarzyskim, powód spotkania z Malinowskim.
Maria Antonina Czaplicka (1886-1921), studiowała w Londynie
i Oxfordzie (jako stypendystka Kasy im. Mianowskiego), od 1912 wy­
kładała etnologię na uniw. oxfordzkim (była pierwszą wykładowczynią
w dziejach tej uczelni), londyńskim i bristolskim. W latach 1914-15 pro­
wadziła badania terenowe na Syberii, jako uczestniczka wyprawy nau­
kowej, finansowanej przez uniwersytety w Oxfordzie i Filadelfii.
W szczególności badała kulturę Tunguzów u ujścia rzeki Jenisej i kultu­
rę Samojedów. Prace na ten temat przyniosły jej duże uznanie choć mia­
ła kłopoty z uzyskaniem stałej posady. Problemy te wraz motywami na­
tury sentymentalnej spowodowały jej samobójczą śmierć. Patrz D. Col­
lins i J. Urry, A flame too intense for mortal body to suport, „Anthropology Today" 1997, vol.13, no 6, s.18-20. W roku 1998 ma zostać wyda­
na czterotomowa edycja Collected Works Czaplickiej przez Curzon
Press.
3 2

3 3

Roger Fry (1866-1934), brytyjski historyk i krytyk sztuki. Mali­
nowski przyjaźnił się z jego siostrą.
Westermarck (1862-1939), socjolog, filozof i antropolog, wykładał
na uniwersytecie w Helsinkach i Londynie. Malinowski w czasie swych
studiów w LSE pracował pod jego kierunkiem.
3 4

3 5

Nieoceniona pani Otolia tak tę wizytę wspominała: „Nastał dzień
wielki, gdy Conradowie z chłopcami przybyli do Londynu i zamieszkali
u nas. - Byłyśmy obie z moją irlandzką gospodynią pełne obaw i niepo­
koju, czy dogodzimy tak miłym, rzadkim gościom? - Mieszkanie, choć
szczupłe, dało się urządzić dość wygodnie. Goście zajęli dwa pokoje na
piętrze, nie przeczuwając, że gospodarstwo mieszczą się z trudem na ka­
napkach na dole. - Zajmowaliśmy podówczas jedno z tych wygodnych,
umeblowanych 'apartaments', urządzone wyjątkowo niebanalnie przez
artystę malarza. - W czarnym saloniku, pełnym barwnych plam, przyj­
mowałam upragnionych gości z biciem serca młodej i niedoświadczonej
pani domu", Zubrzycka, op. cit., s. 141
1 6

Jan Lewiński (1885-1930) ekonomista. Studiował w Antwerpii,
Londynie, Berlinie, Brukseli (gdzie się doktoryzował) i Lipsku W 1912
przedstawił cykl wykładów w L.S.E., które ukazały się drukiem pt. The
Origin of Property, London 1913, po polsku w „Ekonomiście". W 1913
podjął próbę habilitowania się na jej podstawie w UJ. Próba ta nie powio­
dła się mimo pochlebnych opinii. Po wojnie pracował jako prof, ekono­
mii na kilku polskich uniwersytetach.
3 7

Robert Mond, jak pisał w Podziękowaniach na wstępie Argonau­
tów Zachodniego Pacyfiku sam Malinowski: „umożliwił mi tę pracę
przyznając mi przez pięć lat (1914 oraz 1917-1920) Stypendium Podróż­
ne im. Roberta Monda (Uniwerytet Londyński) w wysokości 250 funtów
rocznie"
Pudełko było potrzebne Witkacemu na farby, gdyż obawiał się, że
w tropikach zjedzą mu je mrówki.
Andrzej Strug (1871-1939), prozaik i publicysta, działacz socjali­
styczny i niepodległościowy w latach 1907-14 przebywał w Paryżu,
gdzie wstąpił do PPS-Frakcji Rewolucyjnej i uczestniczył w pracach
Związku Strzeleckiego, członek POW.
3 8

5 9

4,1

Dagoba to typ monumentalnego relikwiarza buddyjskiego wystę­
pujący na Ceylonie (odpowiednik indyjskiej stupy)
Witkacy musiał być rzeczywiście w fatalnym stanie, bo 2.VII. 1914
napisał list do „Władz Ceylonu" wyjaśniający powody swego planowa­
nego samobójstwa: „Po utracie mojej narzeczonej, która popełniła samo­
bójstwo, przed czterema miesiącami chciałem się zabić. Moja rodzina
doradziła (!) mi udanie się w podróż. Mój przyjaciel (jeden z dwóch mo­
ich najlepszych przyjaciół) wybierał się właśnie na Nową Gwineę z wy­
prawą naukową. Był tak uprzejmy, że do sumy, jaką rozporządzałem, po­
życzył mi pięćdziesiąt funtów szterlingów i zabrał mnie ze sobą w bar­
dzo złym stanie psychicznym, na skutek czego miał wiele kłopotów. On
był tak dobry jak najlepszy brat. I jest mi bardzo przykro, że jestem zmu­
szony popełnić wobec niego taką niegodziwość i opuszczam go w jego
niebezpiecznych wędrówkach. Ja jednak widzę, że podróżowanie za­
miast poprawić mój stan sprawia mi okropne cierpienie, ponieważ fakt,
iż ja mogę oglądać piękne rzeczy, których Ona nigdy nie zobaczy, czyni
mnie w najwyższym stopniu nieszczęśliwym. Jeszcze bardziej niż byłem
poprzednio. (...) Proszę wybaczyć mój okropny angielski" S I . Witkie­
wicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, s. 77-78
4 1

4 2

Artykuł ten pt Z podróży do tropików, ukazywał się w częściach
w piśmie „Echo Tatrzańskie" dopiero w 1919 roku (nr 15-18). Przyjadę
le musieli na gorąco wymieniać wrażenia bo oba teksty są do siebie bar­
dzo podobne (przynajmniej w warstwie opisowej).
Osoba, o której mowa pochodziła ze znanej australijskiej rodziny
przyrodników: Albert A.C. Le Souef był dyrektorem Ogrodu Zoologicz­
nego w Melbourne. Trzech jego synów kontynuowało te zainteresowa­
nia: Dudley odziedziczył stanowisko ojca i pisał książki o przyrodzie au­
stralijskiej; Albert prowadził ZOO w Sydney; Ernest (1869-1937), który
gościł Malinowskiego, był dyrektorem Ogrodu Zoologicznego w Perth.
4 3

4 4

William John Dakin (1883-1950), zoolog. Wykładał w Belfaście,
Liverpoolu i Londynie, w 1913 otrzymał tytuł pierwszego profesora bio­
logii na nowoutworzonym Uniwesytecie Australii Zachodniej. Był także
doradcą rządowym.
Durack, tak nazywała się duża rodzina farmerów-pionierów,
którzy pierwsi rozpoczęli hodowlę bydła na wielką skalę w zachodniej
Australii.
Chodzi zapewne o specjalne wydawnictwo z okazji kongresu Bri­
tish Association for the Advancement of Science, którego członkami
w 1914 roku stali się obaj podróżnicy. Mieli z tego powodu bezpłatne bi­
lety kolejowe w Australii podczas trwania zjazdu. Patrz, L. Paszkowski,
Malinowski i Witkacy w Australii, „Wiadomości", Londyn 1972, nr 41,
43/44
4 5

4 6

4 7

Alfred C. Haddon (1855-1940), „ojciec antropologii w Cambrid­
ge", z wykształcenia zoolog, prowadząc badania przyrodnicze nad cie­
śniną Torresa doszedł do wniosku, że bardziej pilne jest badanie tamtej­
szych krajowców. Następna wyprawa (1898) miała już charakter antro­
pologiczny i uczestniczli w niej m i n . : W.H.R. Rivers, CS. Myers, W.
McDougall, C G . Seligman.
4 8

Sir Oliver Lodge, wybitny fizyk, zainteresowany także problema­
tyką psychologiczną, opublikował także szereg prac usiłujących połą­
czyć religijny i naukowy punkt widzenia. Od 1900 był rektorem uniwer­
sytetu w Birmingham.
Fritz Grabner (1877-1934), etnolog niemiecki, wybitny przedsta­
wiciel podejścia kulturowo-historycznego w etnologii. Z wykształcenia
historyk. Razem z B. Ankermanem twórca koncepcji kręgów kulturo­
wych. Nigdy nie przeprowadził badań terenowych. Gdy znalazł się
w Australii na zaproszenie rządu australijskiego, wybuch I wojny świat,
uniemożliwił mu prowadzenie badań, gdyż został internowany i wypu­
szczony dopiero w 1919 r. Jednak wykorzystał ten czas na studia, po­
równując mity ludów indo-europejskich, mongolskich, polinezyjskich
i hamicko-semickich, a także badając kalendarze starego i nowego
świata.
4 9

5 0

Firma „Burns, Philp and Co. Ltd" między innymi obsługiwała l i ­
nię parowców z Australii do Nowej Gwinei a także prowadziła tam roz­
ległe i nteresy. Malinowski zapewne chciał kupić u nich bilet na statek do
Port Moresby.
Alfred Reginald Radcliffe-Brown (1881-1955) jeden z najwybit­
niejszych antropologów pierwszej połowy X X wieku, współtwórca
współczesnej antropologii „społecznej" jako generalizującej nauki teore­
tycznej. Pierwotnie chciał studiować w Cambridge nauki ścisłe, ale jego
tutor, entuzjasta Frazera, skierował zainteresowania swego ucznia w kie­
runku „nauk moralnych". Istotne znaczenie miały także kontakty z Riversem, Haddonem i Myersem. W latach 1908-14 był członkiem Trinity
College w Cambridge.
51

5 2

Elton Mayo (1880-1949), twórca socjologii i psychologii przemy­
słu. Połączył zainteresowania psychonerwicami i „myśleniem obsesyj­
nym" z antropologicznym podejściem do kultury i struktury społecznej
B. Malinowskiego i A R . Raddcliffe-Browna. Jeśli chodzi o metody ba­
dawcze zaadoptował metodę wywiadu psychologii klinicznej do antro­
pologicznych badań terenowych i zastosował je w badaniach organizacji
przemysłowych.
5 3

Prawdopodobnie chodzi o Johna Douglasa, który był specjalnym
komisarzem Brytyjskiego Protektoratu Nowej Gwinei (1886-1888). Tak
przynajmniej twierdzi autor przypisów do A Diary...
Józef Litwiniszyn był kolegą gimnazjalnym Malinowskiego i jego
bliskim przyjacielem. Studiował górnictwo w Leoben w Austrii. Kore­
spondowali ze sobą przez kilka lat (listy Malinowskiego w posiadaniu
prof Jerzego Litwiniszyna).
5 4

215

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.