a136a15843724ad484770322f4bb83b1.pdf
Media
Part of Dziennik 1914 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
- extracted text
-
Bronisław Malinowski,
Dziennik 1914
Witkacy. Pejzaż nocny. 1922 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska. Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985
Wstęp
Jest rok 1914. Wielkanoc. Bronisław Malinowski z Matką przebywa na wyspie Wight, gdzie kończy pracę nad jedyną (jak
się później okazało) napisaną przez siebie książką po polsku. Zatytułował ją Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego.
Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu. Miała być ona podstawą jego przyszłej habilitacji na Uni
wersytecie Jagiellońskim. Impulsem do jej napisania stało się. wydane w 1910 г., dzieło J.G. Frazera. Totemism and Exogamy,
gruntownie przez Malinowskiego skrytykowane w cyklu artykułów opublikowanych w „Ludzie". Rozszerzenie trzeciej jego
części stało się podstawą książki. Jak autor pisał w przedmowie: ..Praca niniejsza nie jest zupełnie jednolita. Z jednej strony za
wiera ona opracowanie dość specjalnego zagadnienia, które samo przez się nie będzie zapewne zajmowało nikogo spoza cia
snego i u nas bardzo nielicznego koła etnologów. Z drugiej strony naszkicowana tu została w bardzo ogólnych zarysach teoria
powstania religii, temat mogący zainteresować znacznie szersze koła i posiadający niewątpliwie głębsze znaczenie" , a kończy
przedmowę podziękowaniami dla swoich przyjaciół: S i . Witkiewicza i A. Zaleskiego „za pomoc i rady, których mi udzielili,
czytając i krytykując części manuskryptu. Londyn, kwiecień 1914"- Malinowski przekazał manuskrypt Akademii Umiejętności
podczas swego pożegnalnego pobytu w kraju. Sprawą zajął się. na prośbę autora, prof. Stanisław Estreicher i książka wyszła
drukiem w 1915 roku.
W drugiej połowie kwietnia 1914 wraca do Londynu, do zwykłych zajęć w London School of Economics and Political
Science i coraz bardziej gorączkowych przygotowań do wyjazdu „w tropiki". Uczestniczy w seminariach G.C. Seligmana i E.
Westermarcka, spotyka się z nimi także prywatnie. Szczególną rolę odgrywa Seligman. który był pomysłodawcą i organizato
rem całego przedsięwzięcia. Jemu właśnie zadedykował Malinowski Argonautów Zachodniego Pacyfiku i na wstępie tej książ
ki pisał: „Od niego wyszła inicjatywa mojego wyjazdu w teren i zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie wyrazić, dzięku
ję za nieustanną zachętę i liczne naukowe rady i wskazówki, którymi tak szczerze mnie obdarzał przez cały czas mojej pracy
na Nowej Gwinei. (...) Profesor Seligman (...) pomagał mi w uzyskiwaniu wszystkich (...) stypendiów, a sam przeznaczył 100
funtów na koszty ekspedycji i zaopatrzył mnie w aparat fotograficzny, fonograf, instrumenty antropometryczne oraz inne przy
bory użyteczne w pracy etnografa".
Pod koniec kwietnia wyjeżdża przez Berlin do Polski. Odwiedza Warszawę, Kraków i Zakopane. Spotyka się z rodziną, zna
jomymi, załatwia różne sprawy. 9 maja jest już z powrotem w Londynie.
Jednak wszystkie wydarzenia, poprzedzające tę tak brzemienną w skutkach wyprawę, wydają się być przytłumione i ze
pchnięte na dalszy plan przez kobietę, a raczej przez rozpaczliwe próby Malinowskiego „odkochania się" w kobiecie. Młody
uczony pozostawał pod wielkim urokiem pewnej damy. z którego wszelkimi siłami starał się wyzwolić, zdając sobie sprawę
z braku perspektyw ich związku. Kobietą tą była Otolia Retingerowa, piękna żona Józefa Retingera, młodego działacza poli
tycznego i publicysty. Oboje pochodzili z Krakowa: Otolia z majątku Goszcza pod Słomnikami, a Józef był synem cenionego
1
3
195
adwokata krakowskiego. Od 1912 mieszkali w Londynie, z misją dyplomatyczną budzenia sympatii dla polskich aspiracji nie
podległościowych. Przyjaźnili się z Josephem Conradem i spowodowali jego przyjazd do Polski tuż przed wybuchem I wojny
światowej. Maria Dąbrowska wspominała ich oboje następująco: „Józef Retinger, czarniawy, szczupły, niezwykle interesują
cy towarzysko człowiek 'wszystkowiedzący', trochę tajemniczy, cokolwiek może właśnie 'Conradyczny', na pewno człowiek
przygody, miał się niebawem odznaczyć niezwykłą skłonnością do skrajnych 'przełomów' światopoglądowych (...) Wówczas
reprezentował w Londynie ideologię Narodowej Demokracji, a więc różnice naszych poglądów były ogromne. (...) Poznali
śmy także jego ówczesną żonę, osobę prześlicznej urody, z domu Chrzanowską z Goszczy (...) Miała w sobie niewysłowiony
urok jakby właśnie Conradowskich postaci kobiecych; w 'polskim' Londynie plotkowano, że Conrad był pod jej urokiem i że
temu między innymi należy zawdzięczać jego decyzję podróży do Polski". Nie jeden Malinowski był zatem pod wpływem
tej pięknej damy. To ona właśnie poznała obu panów w 1913 roku, gdy odwiedziła Capel House Conrada z młodym antropo
logiem, który ofiarował pisarzowi egzemplarz swej nowowydanej książki The Family among Australian Aborigines. Remini
scencje tej wizyty pojawiają się w dzienniku Malinowskiego, ale przytłumione wspomnieniami stosunku do t, pod którym to
znakiem zaszyfrował on Tośkę Retingerową. Jednak wyraźne jest zainteresowanie twórczością Conrada, o której wypowiada
się w superlatywach.
Była jeszcze jedna sprawa, która odegrała istotną rolę w planowanej podróży naszego bohatera. Dotyczyła ona jego najlep
szego przyjaciela, jakim był wtedy jeszcze Staś Witkiewicz. Otóż w lutym 1914 pisał on do Londynu: „Kochany Broniu: Spo
tkało mnie najstraszniejsze nieszczęście, jakie być może. Nieszczęsna panna Jadwiga popełniła samobójstwo. Wiele było w tym,
co zaszło od początku tego roku, mojej winy. Czułem się b. źle, ona brała to do siebie i wynikły stąd rzeczy, które przy fatal
nym zbiegu okoliczności doprowadziły Ją do tego. Gdyby nie Matka, już bym dawno nie żył. Straszną odpowiedzialność biorą
ci, którzy żyć każą mimo zupełniej niemożności życia. Jestem człowiek złamany kompletnie. Dla Niej tylko coś robiłem w sztu
ce czując się niepotrzebnym. Jestem, o ile mi się zdaje, zupełnie skończony jako artysta. Ale póki Matka żyje, żyć muszę i mam
obowiązek być z Nią i zdać sprawę z tego okresu życia i postanowiłem przez gwałt pracować, jak przez gwałt żyję. Mogłem Ją
zatrzymać nad brzegiem przepaści i nie zrobiłem tego. Ten wyrzut mnie zabija, a oprócz tego jestem sam i czuję się opuszczo
ny przez wszystko. (...) Jesteś dla mnie jedynym punktem jasnym w świecie oprócz Rodziców." Przyczyny samobójczej śmier
ci Jadwigi Janczewskiej są dosyć enigmatyczne. Sam Witkacy winił później o jakiś w tym udział Karola Szymanowskiego. Ale
z drugiej strony wiadomo, że utrzymywał, mimo narzeczeństwa, stosunki ze swą byłą kochanką Ireną Solską, a także z przyja
ciółką Heleną Czerwijowską. Jaką w tym rolę odgrywał Szymanowski? Może po prostu poinformował o tym pannę Jadwigę?
Jakie by nie były powody tej śmierci, miała ona na Witkacego wpływ katastrofalny. Przyjaciółka obu, Eugenia Dunin-Borowska, wspominała: „Staś był wtedy piękny jak młody bóg (...) To tylko matka uratowała go wysyłając go do Australii z przyja
cielem młodości, głośnym już wtedy uczonym angielskim (...) Bronisławem Malinowskim".
Takie więc były powody słynnej Witkacego podróży w tropiki. Nie trwała ona zresztą zbyt długo, przerwana wybuchem woj
ny światowej, kłótnią obu przyjaciół i zupełnym już rozminięciem się ich dróg życiowych. Wyruszali jeszcze jako Staś i Bro
nio, obaj w nienajlepszych humorach, obawiając się tej podróży, ale mając nadzieję, że im ona pomoże, wzmocni duchowo, na
tchnie do pracy. Stało się jednak inaczej. Dla pierwszego był to tylko epizod nieco bezsensowny i absurdalny, dla drugiego sta
nowił przełomowy okres w karierze naukowej.
Malinowski nie jest jeszcze tutaj antropologiem jakiego znamy z kart Argonautów Zachodniego Pacyfiku. Jest raczej podróż
nikiem patrzącym na inną kulturę i krajobraz jak na coś co ma być atrakcyjne. Sam pisze o charakteryzującej go 'apercepcji
ignoranta'. Jest to perspektywa turysty, który przygląda się z zaciekawieniem ale i zniecierpliwieniem ludowemu buddyzmowi
na Ceylonie i porównuje go do „tandetnego katolicyzmu południowych Włoch". Jeszcze stąd bardzo daleko do analizy „from
the native's point of view".
4
5
6
7
8
***
Opracowanie tej części dziennika nastręczało szereg problemów, ze względu na dużą ilość nazw geograficznych, miejsc,
ulic, sklepów a także nazwisk osób, skrótów i inicjałów. Nie wszystko udało mi się jeszcze odszyfrować, za co serdecznie prze
praszam. Prezentowany poniżej materiał stanowi zeszyt z napisem: „Ventnor Easter 1914", a także część następnego zeszytu,
rozpoczynającego się od notatki pisanej w Port Moresby 20.IX.1914 opisującej pobyt w Zachodniej Australii aż do momentu
wyjazdu do Nowej Gwinei. Zapis ten obejmuje pewien ważny okres: przygotowania do wyjazdu, pożegnalna podróż do Polski,
zwiedzanie Ceylonu i Australii, czyli okres 'przedterenowy'. Materiał ten nie był dotąd publikowany, za wyjątkiem ostatniej no
tatki, która rozpoczyna przetłumaczone na angielski A Diary in the Strict Sense of the Term.
Grażyna Kubica-Heller
ISY
1
B. Malinowski, Dzieła, t . l , s. 53
Tamże, s. 55. Siady zainteresowania Witkacego tymi zagadnienia
mi odnajdujemy w jego twórczości, np. O stosunku religii do fdozofii,
O polemice i wrogach a także w dramatach.
Patrz mój artykuł Malinowski i Akademia Umiejętności, „Przegląd
Humanistyczny" 1982, nr 3^1
Patrz Z. Najder, Życie Conrada Korzeniowskiego, Warszawa 1996
M . Dąbrowska, Szkice o Conradzie, wyd.2, Warszawa 1974, s. 250
2
3
4
5
196
Nie wiem czy w sprawie panieńskiego nazwiska Retingerowej racje, ma
Dąbrowska czy Najder, który podaje: Zubrzycka.
Patrz, Najder, op. cit., t. 2, s. 280
S.I. Witkiewicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, Warszawa
1981, s. 52-53
J.E. Płomieński, Polski 'Pontifex Maximus' katastrofizmu, w: Stani
sław Ignacy Witkiewicz, Człowiek i twórca. Księga pamiątkowa, Warsza
wa 1957, s. 190
6
7
8
NAPIS NA T E C Z C E : „VENTNOR E A S T E R 1914"
jak mnie zawsze straszyła [?] i pustka lawy nadbrzeżnej
w Breńa choć tam doznałem [?] wrażeń i samotności.
4
1
Ventnor , Wielka Sobota ?/14, Wielka Niedziela.
Niebo czyste, morze spokojne; radosny, spokojny nastrój.
Po wczorajszym przemęczeniu serca wyspałem się i czuję się
lepiej. W og[óle] przez te parę dni silny przypływ, po długim
okresie brodzenia po mieliźnie. Problem istotnego stosunku
do kobiety. Łączność duchowa i bezwzględne zrozumienie
się wzajemne konieczne. Miłość fizyczna stwarza natęrzenie
[sic] uczucia i pożądanie duszy, która doprowadza do stra
sznych konfliktów o ile jaźnie są wewnętrznie nieprzenikliwe. Ciągła szarpanina, wybuchy nienawiści maskowane
i sztuczne, wysiłku stworzenia czegoś' z próżni. Tak „próżnia
prześwietlona parą oczu cudownych i ust purpurowych".
Świadoma rezygnacja z rzeczy wyższych, uspokajanie się
tern, że czegoś innego nie można znaleść w życiu. Szukanie
'kobiety dziecka[?]'. A potem głuchy żal, resentment i aksjo
mat, że 'w miłości oczekuje się cudu". Najgorszy bezwzględ
ny brak inicjatywy. Chwilami myślałem, że powinno się
świadomie modyfikować tamtą rzecz wolą, że celowe i syste
matyczne wysiłki powinny być skierowane celem stworzenia
czegoś trwałego między nami. Iluzja! Tam koniecznie potrze
ba cudu. Tu, [?] szukanie samego siebie trzeba [?]
Męczyła się dość intenzywnie [??] z 9. Symf[onią] mia
łem napad ujemnych rzeczy, silnej nienawiści.
We Środę 1 .IV. silny przypływ namiętności [??] bezna
dziejna potrzeba obecności. Kiedym został [?] tak błagałem
jak o litość o widzenie. Widzenie się w ogródku ujemne. Roz
stajemy się po powiedzeniu sobie prawdy, rozsądnie i spokoj
nie. Jestem potem [???] mam nadzieję, że wszystko będzie
dobrze, że nie warto zrywać na ten krótki czas. [???] Idziemy
po [?] Noc ciemna, rzeka cicho przemyka [?] Odczuwam
brak sympatyi [?] ją lekko - zastępują magję miłości jakiemś
[?] kuglarstwem. Po [???] być miłym i dowcipnym [???}
z sentymentalizmem?) Rozstajemy się - po raz ostatni. Po
tem jeszcze u mnie w Poniedziałek, potem [??].
14.IV. 14.
Wczoraj chwilowy powrót sentymentu, potem ciągle
znów trochę zmęczony, przepracowany [??] Czuję jako wspo
mnienia powoli płowieją i żal mi tego. Nad morzem cudow
nie i odpływ; brązowe kamienie kąpią się w sinem morzu
i nabierają ciepłych, fjoletowych odcieni. Wracam myślą do
przeszłości do n ; roztapiam się w cudnym krajobrazie. Od
czuwam pustkę chwili obecnej; nie jestem sam ani z nikim.
Życie wydaje mi się płytką wodą, przez którą się brodzi
z przykrością, nie mogąc się ani zanurzyć ani wydostać.
Z Mamą? stosunki [?]. W samej rzeczy jestem wciąż zdener
wowany i potwornie opryskliwy. Nie umiem panować nad
ciągiem, nieustającem zniecierpliwieniem brutalnem. Dość
dużo brutalności i ordynarności wewnętrznej. Wieczorem sie
dzę w domu i piszę. Myślę o r* i jestem b. smutny; myślę z ża
lem o tern co było i co już minęło bezpowrotnie; w smutnym,
rzewnym, zrezygnowanym żalu. Jestem dla niej [?] usposo
biony. Mam poczucie jakby była obecna [???] Wczoraj wie
czór nastrój biblijny, [?] a la W. Bronię się przeciw femini
zmowi, rozumiem [?]. Ulegam nastrojowi. Budzi się w trochę
nieokreślony sposób lekka tęsknota do t. Pewien szwung do
pracy. Pogoda cudna. Dziwne jest to odniesienie się do życia
[???] Czyż życie można szukać tylko nazewnątrz? Pamiętam
2
15.IV. 14. (środa)
Praca idzie mi nieźle i układam obecnie spis rzeczy i kon
troluję całość. Dopiero teraz widzę jasno jak dalece ta książ
ka jest dokumentem [?] i jak szalenie dużo musiałbym je
szcze pracować ażeby coś jeszcze z tego zrobić. Ale nauczy
łem się bardzo dużo przytem wszystkiem. Czytając teraz mu
szę sobie jasno sformułować luki zasadnicze i problemy
otwarte.
Czując się trochę lepiej nie odczuwam tak silnie pustki
życia. Czasem opada mnie [?] tęsknota. Zasypiając wczoraj
broniłem się [?] marzeniem za objęciem białych ramion. Wy
obraźnia pozwalająca marzeniom zaspokoić każdy odruch
życia, każdy popęd [?] życie w dwojakim sensie: przedewszystkiem w myśli, w marzeniach trzymamy się znacznie lu
źniejszych zasad etyki; robimy to, postępujemy tak, jakby
śmy w rzeczywistości nigdy nie postąpili. To jednak osłabia
siłę zasad życiowych. Wszystkie zbrodnie spełnia się naprzód
w marzeniach. Ale, i to jest druga strona fatalna, silne czyny
nie rodzą się równie szybko w marzeniu. Marzy się po linjach
najmniejszego oporu; ideały nie chodzą po tych linjach, nie
można ich tam spotkać. Marząc, zadawalnia się popędy, bę
dące sprężyną postępowania, wyładowuje się istotne siły
organizmu. Wczoraj postanowiłem przeprowadzić ściślejszą
kontrolę mych marzeń. - To jest punkt nadający się do teore
tycznego pogłębienia; kojarzenia uczuciowe, myślenie uczu
ciowe.
Wczoraj: przedpołudniem] praca w domu, spacer do par
ku, zmęczenie; po ludzku czuję się dość śpiący, pelikany od
jeżdżają. Pracuję trochę z jaką godzinkę, czytam Candide.
Może najlepsza rzecz Shaw'a ; wpadł na istotnie dramatycz
ną sytuację i dobrzeją zarysował.
Chwyta mnie specyficzna chandra nadmorska; znam ją
dobrze z wysp. Morze zieje pustką, wypełnioną obietnicami;
nienaruszoność jego bezmiaru pociąga i rozczarowuje. Pogo
da popołudniu, spokój i wieczny dramat zachodzącego słoń
ca. Idę ku Shanklin z M[amą], z kt[órą] stos[unki] nieco się
poprawiły. Na lando[?] idę sam dalej. Bierze mnie przepojo
ny zielonością mchów i bluszczem lasek; ptaki śpiewają, mo
rze szepce blisko[?]. Pośród poplątanych gałęzi przegląda
ciemno zielone. Staję na dużym omszałym kamieniu i dozna
jąc metafizycznego roztopienia się w otoczeniu; piję namięt
ność, spokój, bezpośredniość, świeżość i rzeczywistość. Tak,
rzeczywistość. Uniesienie wywołuje silną potrzebę stwier
dzenia realności tego co mam przed sobą. Zlania się z tern.
Znów koncepcja nirwany jako bezwzględnego objektywizmu, jako zabicia siebie przez zlanie się duchowe z przyrodą.
Jedyna forma racjonalnego samobójstwa. Ezoteryczne zna
czenie filozofii buddyjskiej.
5
6
16.IV.14.
Praca idzie mi nienajgorzej, choć jest to praca zupełnie
rzemieślnicza - czytanie i [?] poprawianie dr. S. Pewna przy
jemność konstrukcyjna.
Mam bardzo małą tendencję do [?] wkraczania w życie.
Doświadczenie lat dawnych nauczyło mnie, że od postano
wienia i nadziei poprawy i postępu do wykonania jest b[ardzo] daleka droga. Ale stała, uparta, systematyczna (te 3 rze
czy, które są dla mnie w ogóle najtrudniejsze!) kontrolowanie
197
się na punktach zasadniczych. Równomierne podnoszenie
poziomu życia na wszystkich punktach niewątpliwie prowa
dzi do celu. Teraz np. powinienem starać się żyć bezwzglę
dnie w prawdzie sytuacji. Nie zaspokajać żadnych potrzeb
uczuciowych powrotami myślowymi do niej. Ja jeszcze mam
chwile niepewności, chwile „a może"; chwile w którychbym
pragnął, żeby ona do mnie jeszcze wróciła - choćby na to ,
ażebym ja mógł odejść z gestem. Te rzeczy powinno się bez
względnie wypalać.
Wczoraj. Rano pracowałem; popołudniu, o 3=ciej łódką
do Blackgang. Kołysanie trochę mnie peszy, z powrotem
wiatr. Tak, że w niezupełnym fizycznym well-being nie od
czuwam tak silnie rozkoszy przeżyć nowych i dziwnych.
Brzeg od Ventnor do S=t Catherine's cudowny. Z tyłu ścięta
równa ściana, stół, patrzący ku morzu prostopadłą skałą
z uwarstwowionych łupków. U stóp tej skały rozpoczyna się
łagodną pochyłością aż ku morzu schodzący taras pokryty
cudowną zielonością. Bliżej ku Ventnor, pochyłość ta [?] jest
od strony morza i brzeg wznosi się bezpośrednio na[d] mo
rzem białą ścianą kredową. Dalej ku St. Catherine's] cudow
ne, szmaragdowe łączki schodzą łagodnie aż do samego mo
rza. Przypominam sobie popołudnie kiedyśmy z n objeżdża
l i ^ ] wyspę; patrząc na nasz domek w S[?]. Obejmuje wzro
kiem łączki zielone i drzewa, jeszcze nagie, w bogatych, buj
nych kępach w mięk[k]im łagodnym konturze, rozrzucone po
łąkach. Przypominam, jak mnie ten pejzarz [sic] kiedyś za
chwycał i czuję znowu że go kocham. Patrzę na ścieżki który
mi wtedy chodziłem. Z. St. Catherine (wioska której wów
czas nie zauważyłem [?]) wał ścian z piaskowca, żółtych, gra
jących silnie z niebiesko zielonem morzem. Zamglone brzegi
mainlandu.
Przez cały czas marzę o takich przyjemnościach, jak ja za
pewne będę miał w lato w Australii. Posiadam jakąś niezdol
ność brania życia bezpośrednio, w szczegółach tego co mi da
je. Muszę ująć każde przeżycie jako część większej całości,
jak szczegół systemu czegoś. Myślę jakby to było cudnie być
milyonerem i posiadać taką Stram Launch[?] na własność.
Wieczór pracuję w domu, i piszę petit poeme en prose;
który ułożyłem na spacerze do C[?]. Myślałem też dużo i in
tensywnie о п. O t. myślałem [?] i z tęsknotą. Ale staram się
opanować i jasno uprzytomnić ramy, w których to trzeba
utrzymywać. Koniec.
18.IV. 14.
Dziś ostatni dzień w Ventnor. Szybko kończę czytanie pol
skiego [manuskryptu]. Jestem w ogóle już trochę porwany
rozpędem podróży. Z tego punktu widzenia jestem b. zado
wolony ze skończenia sprawy z t. Rzeczywiście będę musiał
skupić się na przygotowaniach, starać się doprowadzić wszy
stko do ładu i „be efficient". - Jestem dziś w ogóle trochę
zmęczony (serce) choć trzymam się; praca mnie pochłania
i tęsknotę w niej topię.
We Czwartek poszedłem na spacer ku Shanklin. Śliczna
kotlinka w Luccombe Chine. Widzę przed sobą ujście pia
skowcowe parowu, zamknięte dla publiczności i nachodzą
mnie socjalistyczne refleksje. Widok z góry na Shanklin, sub
telnie wykrojoną zatokę, zamkniętą białą ścianą i wgłąb wy
spy b. ładny. Entuzjazm dla morza; cudna elegancja, cudow
ność, katastroficzność objawienia morza. Biała piana, symbol
piękna.
198
19.IV. 14. Londyn.
Wczoraj po powrocie zastałem dużo listów. Miałem jakiś
niepokój, przygnębienie, poczucie rozpaczliwej pustki. Pod
świadomie wyczekiwałem czegoś, głównie od t i byłem tro
chę dissapointed nic nie mając. Czy pojechała z Kasią do Ea
stbourne? Musiałem sobie sformułować, że to już nie mój bu
siness. List b. przygnębiający od Stasia. Zrozumiałem, że to
już rzeczywiście, być może, koniec z nim. Śnił mi się dziś
w nocy. Będę musiał zrobić wszystko, ażeby wydostać dlań
pieniędzy i żeby pojechał ze mną. List od n b. mnie [?] jest
moim prawdziwym przyjacielem; miałem znów silną potrze
bę ażeby pojechać tamta drogą. Jestem trochę przygnębiony
powrotem do Lfondynu]. - Świadomość tego, że mam przed
sobą pilną robotę dodaje mi trochę sił.
7
20.IV. 14.
Londyn mi nie służy. Prawie niepodobna wytrzymać
w tym gatunku skupienia, w kt[órym] byłem nad morzem.
Wczoraj np. latam bez powodu do [?] Dunn. Wieczorem
u Boreniusów; [?] z książki i [?] z Mrs D. wprowadzają mnie
w całkfowicie] niepożądany nastrój. Myślę o 'zastrzykiwaniu' arszeniku. Niezróżniczkowana zmysł[owość]. Nie
wątpliwie] bronię się świadomie i skutecznie, ale do idealne
go treningu b. daleko. B. kiepsko usypiam - i mnóstwo naj
gorszych myśli mi przychodzi.
Co do :, to mam częste powroty; zmysłowo czuję, że tyl
ko ona posiada dla mnie wartość. Chwilę wczoraj miałem
znów poczucie, że to jest jednak najistotniejsza rzecz, i, że za
wszelką cenę... Ale zawsze wychodzę zwycięsko. Poczucie
jakiejś niewspółmierności; kłamliwości czy nieszczerości
z tamtej strony. Chwilami mi się zdaje, że to tylko nieugiętość[?] była z jej strony i chęć zbrutalizowania, opanowania
z mojej. I że na tym tle była cała walka. Wiem w każdym ra
zie, że bym się nie mógł był na niej oprzeć. Właściwie czuję,
że teraz tęsknię już nie za rzeczami [?] ale za czemś stałem.
Bezwzględnie powinienem zachowywać czystość wewnętrz
ną i zewnętrzną.
W pracy mojej widzę coraz wyraźniej luki i perspektywy.
Powinienem bardziej na tern się skupiać, zwłaszcza, że praca
obecna mi pochłania dużo energji psychicznej.
Przed wyjazdem muszę załatwić podanie o stypendjum;
dziś po południu. Pójść się dowiedzieć do Derry'ego o kata
log Callinu[?]
21.IV. 14.
Czuję się nie b. dobrze. Spałem kiepsko przez 2 ostatnie
noce. Nie zasypiam od razu, pomimo zmęczenia tylko kłębię
się poprzez przyćmioną świadomość swoją potwornych [?]
i niemoralnych myśli. Tak samo po obudzeniu [?]. Trzebaby
to zupełnie usunąć. Wprowadzić stan siły, opanowania
i prawdy. W stos[unku] do t nie miałem prawdy; uczyłem się
niedopowiadać rzeczy, fałszować przed samym sobą. Czy
byłbym ryzykował wszystko ażeby się z nią na stałe połą
czyć, tego nie wiem. Faktem jest jednak, że wmawiałem to
sobie z dobrą wiarą. Ostatecznie miałem dla niej [?]. Chwila
mi wprost traciłem przyt[omność]?, szukając jej, idąc do niej.
W R[eading] R[oom], kiedy czasem koniecznie chciałem ją
zobaczyć i jej nie było. Kiedyś, kiedy ją spotkałem wycho
dząc z tamtąd i ona zamiast iść ze mną poszła po tym na
Ch[?j St[reet]. Byłem w stanach wściekłego upadku, zdany
na łaskę i niełaskę i to nie losu, ale kobiety, której absolutnie
nie widziałem[?]. Dotąd nie mam pojęcia, że dalej[?] ona ist
nieje. Włas'ciwie ona odeszła odemnie pierwsza. Ja nie był
bym się oderwał. Wtedy we Środę rano [??] miałem znów
okres bezwzględnej [?] Błagałem o litość. Potem ona też by
ła odporna we Czwartek i za obydwoma widzeniami nie bra
łem jej. Jedyną rzeczą, która mi pozostała było dać pierwsze
mu znak [?]. Na dnie miałem nadzieję, że ona wróci - nadzie
ję syconą głównie miłością własną.
Chodzi o to ażeby się wydostać na drugi brzeg. Ażeby żyć
w samotnos'ci. Erotyzm i sentymentalizm [?] zabierają mnie
jeszcze b. często; widok drzew o czarnych pniach i zielonej
aureoli wiosny; cudne wieczory przesycone upałem dnia [?]
wielkomiejskim, w którym kryje się tyle tęsknoty za naturą,
tyle snów o cudnych wilgotnych lasach, gdzie cicho się stąpa
po mchach... Nie mam samopoczucia oparcia się na czemkolwiek; chociaż zdaje mi się będę grawitował w kierunku mo
ich prac naukowych. Ten wyjazd teraz przedstawia się trochę
jako blanco w moim życiu. Jeżeli potrafię cos' zrobić, to je
szcze wrócę, i z tego na pewno cos' będzie. Jeżeli nie potrafię,
to będę miał sumę ciekawych i niezwykłych przeżyć za sobą.
22.IV. 14. Środa rano[?]
Ciągła [?]; ciągła walka[?] z kobietą niewidzialną, nie
obecną, nieuchwytną ale paraliżującą we mnie prawdziwą
zdolnos'c, radość życia, stwarzająca jakąś pustkę, która mnie
wciąż absorbuje, przepaść, która mnie wciąż pociąga siłą ni
cości. Wyraźnie rozumiem teraz, dlaczego kobieta jest sym
bolem zła, zniszczenia podkopania dla mężczyzny. To jest
walka o niezależność; walka między człowiekiem naprawdę
twórczym a spokojnym członkiem stada.
Wczoraj przedpołudniem] przychodzi Marta i Kasia. Ja
opracowuję referat do Brit[ish] Association for the Advance
ment of Science]. Potem via Russian Consulate do Brit[ish]
Mus[eum]. Jestem pod narkozą upału, pogody, zieleni budzą
cej się do życia, melodyi przebijających się przez powalę my
śli. Niezdolność skupienia się, tęsknota za miłością, za rze
czami dziwnymi, które się dzieją jak w bajce, a kt[órych]
w życiu nie ma. Idę po szarej, brudnej powierzchni życia,
wśród rozpalonych refleksów - dyszących tęsknotą za
wsią[?]: w Brit[ish] Mus[eum] żądam książki i uciekam.
W domu lunch z Mamą i [?] Jestem nieobecny, właściwie cią
gle podminowany sprzeczną tęsknota za t. Jak tylko ją sfor
mułuję, jak tylko jasno uprzytomnię sobie możliwość jej obe
cności, tęsknota znika, spokój bierze górę. Zawsze mówię:
dobrze się stało. A jednak żal niewymowny. Nie wierzę w jej
charakter i wiem, że by mi nigdy z nią naprawdę dobrze nie
było. Ale b. się przywiązałem i posiada dla mnie olbrzymi
zmysłowy i artystyczny urok. Ten ostatni [?] niż twórczy.
Po południu via Britfish] Mus[eum], gdzie nie mogę sku
pić myśli, do Miss Jones, na topie 68., mało sentymentalnych
wspomnień. Wracam piechotą przez Primrose Hill. Tam jak
by zrzucenie jarzma. Wtedy, w ostatnią Sobotę Stycznia, kie
dy zerwała ze mną po raz drugi, szedłem tam sam w nocy,
przepełniony siłą i radością, poczuciem swobody i twórczo
ści, bezwzględnie zdecydowany, że już nie wrócę. Wczoraj
Prifmrose] Hill cudny w aureoli złota zielonych pąków, które
płoną srebrem i złotem na czarnych konarach drzew, jako try
umf życia nad [?] mumifikacji wielkomiejskiej. Ten efekt
przypomina mi zaraz / i napełnia żalem. Przypominam sobie
wiosnę roku zeszłego jak szedłem skwerami do n na 16, Fitzroy St. i czułem wiosenny nastrój budzącej się miłości. Jak
ją wtedy inaczej widziałem! fizycznie i moralnie. Dokładnie
mogę sobie przypomnieć jej twarz ówczesną. Wczoraj na
Prim[rose] Hill przypływ siły. „Muszę stworzyć coś nowego
w życiu, wydobyć plus ultra. Nie chcę poruszać się w jednostajnem zamkniętem kole ciągle tych samych upadków i gra
moleń." Miałem chwile upadku - chciałem się przystawiać
do każdej kobiety - ale się opanowałem.
Te wstrętne, [?] instynkty - dziwne jak sobie wyobrażę
w ich świetle jej psychologię, opanowuje mnie wstręt - i od
padają one odemnie automat[ycznie]. Ale sam nie mam dość
sił, ażeby z nimi wprost walczyć. Wstrętne.
Wieczorem dostaję jej kartkę. Peszy mnie bardzo. Zabi
jam w gimnastyce. Mam chwile metafizycznej więzi. Jestem
sam w jakimś ciemnym, wysokim korytarzu. Czuję potwor
nie silną rękę losu, który mnie prowadzi. Bezwzględne po
czucie metafizycznej pokory. Korzę się przed bezmiarem
świata, którego nie ogarnę, a którego pożądam; przed siłą lo
su, który mnie wiedzie bez oporu i względów; przed tajemni
czą zagadką istnienia, której okrucieństwo i spokój odczu
wam bezwzględnie. Odczuwam całą nicość walki o swoje ja,
stwarzania siebie z pustki, aby się znowu w pustkę obrócić. Takie chwile są istotnie religijne; jak mówi Szymberski „roz
mowa z Bogiem". Dodaje[?] siły wewnętrznej. - Jest mi wła
ściwie źle; tęsknię za kobietą; tęsknię nawet za t. Ale chcę iść
w przeciwną stronę. Przechodzę teraz okres „odkochiwania
się", podobny w psychologicznym] zabarwieniu do
procfesu] zakochiw[ania] się. Nie śpię, niemam apetytu, je
stem [?].
Piątek 24.IV. 14 w Berlinie.
Od tej kartki, kt[óra] mi ją znów przypomniała silnie,
przechodzę wciąż stan silnego uczuciowego] powrotu.
W Środę rano opanowuje się, odsuwam czytanie powieści
i biorę się do roboty; przepisuję podanie o stypfendium].
Marta na dole. Idę się kąpać; cudne drzewka w ogródku. Tę
sknota za nią; żal, że wyjeżdżam, że stracę to cudowne przej
ście w Lond[ynie]. Czytam z M . m.s. [manuskrypt] ostatecz
ne poprawki. Potem via Antropfologiczny] instytut do Uni
wersytetu. Rozmawiam z Sekretarką: kobieta.
Szarpie mnie wciąż problem [?] tęsknota og[ólna],
potrz[eba] czegoś zwraca mnie ku jakiejś parze oczu, jakie
muś profilowi; wówczas tłumię to w sobie [?] t. Potem zno
wu z nią walczę. Kupuję u Gamage i u Rablis'a. Potem via
Marta, której nie ma[?], do domu. Myślę chwilami
0 t z mię[k]kim sentymentem]. Przypominam miejsca
1 chwile. W domu wielki pośpiech; uczucie samotnościf?]: ja
i M[atka] na całym świecie. Żal, że M=ę opuszczam. Wyjazd
[??]
Jestem niezmiernie] smutny i opuszczony. W kolei przy
pominam] sobie z niezmierną] siłą jazdę do Conrfada]. Pa
trzę przez okno na Tamizę. Tędyśmy wracali, jedne po dru
gich występ[ują] wspomnienia] tamtego dnia i nocy w Sandgate. Ta linja jest bezwzględnie] związana z nią. Zamykam
oczy; idzie ku mnie z ciemności; widzę ją coraz wyraźniej jak
idzie z [?] w twarzy i staje przedemną; [?] zrodzona z bólu
i tęsknoty; odczuwam fizycznie jej obecność. W uszach
brzmi mi wciąż motyw beznadziejnego bólu z Parsivala. Po
raź pierwszy od zerwania nie odchodzę od niej myślą; żal
szalony, że się tak stało. Łzawy żal. Nie mam nawet jasnej
pewności, że nie wrócę. Mam poczucie, że ona przechodzi
przez podobny stan. Równocześnie myślę sobie, że jestem
8
9
zmęczony, osłabiony, i że nie mogę decydować o stanie swym
wewnętrznym. Nie jestem pewien cobym zrobił gdybym ją
wtedy właśnie spotkał. [??] Przypomin[am] - [?] ten ranek
mroźny: 3 osoby, ona z gazetą. Jej twarz - wróbelek mały w tamtym kapeluszu z piórem. Głos Conrada po francusku. "
Potem druga. W [?] patrzę na [?], tam gdzieśmy chodzili ra
zem. Statek odjeżdża; podwójny błysk latarni. Błądzę wzro
kiem na lewo, tam gdzieśmy szli. Zaczyna się beznadziejna,
tępa pustka; odchłań pod wszystkiem, przepojenie rezygna
cją. Przez cały ten czas, aż do tej chwili jest mi strasznie źle.
Ból przenikający wszystko; „poczucie, że się wszystko skoń
czyło" i wyczerpało aż do dna. Ból nie ludzki, nie indywidu
alny: Jest się kawałem cierpiącej materyi. W całem ciele rów
nomiernie rozmieszczone cierpienie; „homogeniczna bryła
miękiej, lepkiej, cierpiącej materyi". Cierpię strasznie po
przez fale szaro zielone; poprzez cudny [?] pejzaż [?] gdzie
w zielonej [?] budzących się drzew przewija się fiolet daw
nych cieniów nocy i złoto budzącego się dnia. Drzewa owo
cowe w kwiecie, lasy, łąki - wszystko najcudniej zielone,
wszystko rozszalałe i zesztywniałe w najwyższym uniesieniu
rozkwitu i obietnic - wszystko to przykrywa cienkim, prze
zroczystym, co chwila szarpiącym się woalem czasu, bezden
ną, jednolitą pustką. Tęsknię za nią strasznie - a jednak wiem
że nie powrócę; mówię do niej; mam do nie żal, że [?] ode
szła. Strasznie żałuję, że tak się stało. Chciałbym żeby i ona
cierpiała, żeby jej módz rzucić całą winę [?]. Potem chwile
ostrzeżenia. Ciekaw jestem jak się ona czuje. Poczucie swej
własnej małości. Może najgorsza właśnie ta dwoistość. Ta
niepewność. Czytanie Return Conrada." Bajeczna rzecz. Tak
i ona też mi miała [?] i ona też byłaby na zawsze czemś niebezpiecznem, czemś co może doprowadzić do samobójstwa,
do zaprzecz[enia] życia. Tak ona byłaby mi zepsuła życie czy ja wiem? Czy można taką rzecz kiedykolwiek wiedzieć?
Obrachować?
Podczas całej drogi czuję się potwornie przemęczony brak sił nerwowych; czuję że powinienem po prostu spać.
A jednak siedzę i czytam; ruszam się. Czuję, że tylko albo
praca albo sen pozwolą mi zabić tęsknotę, żal. Czytam Notes
& Querries i myślę lepiej. Nie daję się oszwabić kondukto
rowi i kontent jestem. W Berlinie pogoda, cudna zieleń; ba
jeczna w nocy jak abażur na wielkich lampach łukowych bru
talnie [?] w sam środek drzewa. Miasto jak zawsze wstrętne;
ale tym razem w imię / i pod znakiem moich poprzednich do
świadczeń (przedostatni raz byłem sam, jadąc do Warszawy
[???] ostatni raz z Mamą; otrzymuję list od t na poste restan
te; dziwka [?] z bajecznie dystyngowaną twarzą) nie prosty
tuuje oczu.
Biorę Niemców z wyższego, czysto teoretycznego odnie
sienia się i odczuwam do nich wyraźną sympatję. Bajecznie
wszechstronny i plastyczny naród; jedyny gdzie naprawdę
kultura daje całą, objektywnie pełną skalę możliwości.
W por[ównaniu] z Angl[ią] imponują oni osobistą, istotną
Leistungsfahigkeit [sprawność, wydajność]; a nie szykiem
i stylem.
Wczoraj idę do optyka, do Med[izinische] Warenhaus;
szukam w 4 sklepach antropologicznych] narzędzi. Potem
Wertheim, optyk (jestem nawpół przytomny ze zmęczfenia])
na Tristana; nawpół śpię. Chwilami ból intenzywny, jak roz
palone obcęgi, w 2. akcie, kiedy ona oczekuje. Potem żal dłu
gi, mięki, głęboki. Wciąż jestem z nią. - Orkiestra bajeczna,
właściwie dopiero teraz naprawdę. 1. klasy przedstawienie.
1
12
200
W nocy na banhof, kartka do n- ledwo na nogach stoję. Dziś
od rana trochę mi lepiej i mam tylko gwałtowne chwilowe na
pady żalu. Rano tzn. o 10'/: na kolej i potem piechotą na [?].
[?] bajecznie miły; interesuje się mną; daje mi skale barw
skóry; pisze do Martina [pewnie list polecający]. Muzeum
zdaje mi się znacznie lepsze od [?]. To mnie trochę podnieca
i nie myślę o t przez chwilę. Potem wraca ze straszną tęskno
tą. Są ludzie, kt[órzy] są po prostu jakby wielką pomyłką na
tury, Pana Boga, czy [?]. Tak przez chwilę myślę; ale nie; po
myłka leży zawsze w konstelacyi, t jest pomyłką w stosunku
do mnie i do [??] nat. warunków. Chciałbym się uczciwie
i poważnie pomodlić[?] Jak przyjaciel prawdziwy. - [?] śpię.
Zakopane 3. Maja.
Smutny nastrój podczas tej pożegnalnej podróży po Pol
sce. W Warszawie tęsknota i zakochanie się w w, na tle tęsk
noty za Londfynem] i za tern co było, przemieszana z żalem
za t i z żalem do siebie, że jestem taki [?]ny. [?] rozstania się
z [?] jej rozpacz i potworny wyrzut sumienia, że ja taką rzecz
mogę zrobić zupełnie [?] i za darmo. - [??] tym strasznym [?]
rzeczy. Na chwilę zapominam o własnem szczęściu, o prawie
do szczęścia, myślę tylko o prawie do życia swojego i cudze
go; mam silne przeczulenie etyczne. Moje własne rzeczy ma
leją do zera. Mam wrażenie, że żyję w idealnych warunkach,
że ja mam jeszcze czas i sposobność na wszystko. Nawet mo
je życie przedstawia mi się od wewnątrz jaśniej i celowiej, ale
za cenę tylko przesunięcia płaszczyzny etycznej. Od dłuższe
go czasu (!) od wyjazdu z Warszawy nie odczuwam niepoko
ju za kobietą. To co widzę tu działa jeszcze silniej.
Spisuję po kolei treść dni przeżytych: W Piątek po prze
spaniu się czuję się świeży i wypoczęty; odwożę rzeczy na
banhof. Gotuję się na Parcivala. Idę na mleko kwaśne i piszę
list do Mamy Hermana[?]. Następnie na pocztę, kolejka
podziemna na Bismarckstrasse. Niema miejsc na Parcivala.
Jestem speszony; ogarnia mnie tęsknota, która gdzieś tam by
ła, ale miałem nadzieję utopić ją w muzyce. Parę akordów
Parcivala mnie prześladuje. Idę piechotą długiemi ulicami,
potem Tiergartenem. Coraz wyraźniej występuje jej sylweta.
Wchodzę w ciemne aleje, z czarnymi, przejrzystymi sienia
mi. Ciepło; zwierciadła sadzawek odbijają drzewa, brzeg,
niego. W Parku mało osób; pary zakochane siedzą na ław
kach. Ogarnia mnie szalony żal. Czuję ją wciąż wkoło siebie.
[??] pełnym rezygnacyi i ukojenia, które [?] się jakąś ukrytą,
półświadomą nadzieją. Musze sobie powtarzać, że absolutnie
do niej nie wrócę; że myślę o niej tak blisko z powodu zupeł
nej niemożliwości powrotu do niej, przynajmniej w danej
chwili. Na kolei, dostaję ławkę; jadę ze zniemczonym pola
kiem, śpię b. źle, staram się o odrętwienie. Na granicy długie
czekanie. Czytam Conrada [???] z grubym niemcem. [??]
Czytam Conrada i dzieła niemieckie.
W Warszawie. Hotel. [?] w [Wandzia] wygląda b. ładnie,
efektowne uczesanie, w białej bluzce.[?] czy jedzie do
Krak[owa] mówimy o / [?] patrząc jej w oczy; mam wraże
nie, że mogłoby coś być [?] rozmowa ze starymi o muzyce
i o okrętach. Potem do Szpot[ańskich ] [?] flota; dowiaduję
się o M . Potem do Sz[?]ów, Stach b. kiepsko, blady, zmie
niony, źle mówi, umysł mocno przyćmiony. Przypomina mi
wuja Bronisława podczas ostatniej jego choroby. B. przykre
wrażenie. Mówimy o mojej jeździe; przychodzi jego matka.
Potem idę do kawiarnif?] gdzie August Xaw[ery] Zalfeski ]
i Ochenkowski. Rozmowa about nothing, [?] etc. Potem do
13
1 4
15
16
Stasia Zielińskiego]. Żenią trochę zmieniona. Rozmowa
0 niczem (zbierałem się na rozmowę istotną z nią!) czuję za
wsze, że stoi na wysokości tego co ja mówię. Dowiaduję się,
że jest pregnant. Peszy mnie to. Mówię jej o moich planach.
Radzi mi wziąć Stasia. Wychodzę wcześnie, z ulgą. Uwolni
łem się od bezpośredniego jej uroku. Chciałbym jej tylko po
wiedzieć, [?] cieszę jej szczęściem.
Wieczór chcę iść do Etonki, na operę, nic z tego. Wysyłam
list i idę na spacer w aleje. Tęsknię za w, ale myślę, że z tego
nic nie będzie. Jest ona jedną z niewielu panien, o kt[órej]
mógłbym myśleć en termes de manage. [?] Ciocia Kazia[?].
Mówi o miłości [?] Odczuwam zazdrość. Do w odczuwam tę
falę rzeczy świeżych, natchnienie miłości, coś co porywa
1 pcha. Może najsilniejszą fazę miłości. Myślę czyby jej nie
dać znaku jakiego. Obiad; gadanie ogólne. Ona mi mówi, że
nie pojedzie do Krak[owa] i że jest sorry. I ja także. Potem
rozmawiamy sami - o czem? O czemś półsubjektywnemf?]
w czem się człowiek stara powiedzieć rzeczy pośrednio.
I opowiadam wizytę u [?]. Potem via Eton, kt. niema, via Ha
linka, kt. niema [?]. Acha, rano u [?] Władzia, Schneiderowa.
Rodzina Halinki.
Potem idąc do p. [?] spotykam w z siostrą, idę z nimi.
[???] Tam cały wieczór. S[?]ówna mi mówi prawdę o jego
zdrowiu. Siedzę tam długo, idę spać.
W Poniedzfiałek] dent[ysta], kupowanie lornetki, wizyta
w Heliosie. Jestem spokojny; staram się być uważny i skupio
ny. Z w bfardzo] miło mam do mówienia. Obiad u S[?]. Etonka. Czuję [?] pożądanie z ciekawości i równocześnie zdaję
sobie sprawę z nierealności[?] i opanowuję się. Acha, Halina
- dentysta - Etonka - Halina i spacer na 3 most. Jadę do Sz[?]
I przez cały czas mam [?] do w), potem z Aug[ustem Zale
skim] do Ochenk[owskiego] Razem spacer [??] o rzeczach
płciowych; jazda do Krak[owa] [?] nad ranem, piszę notatki,
numeruję kartki. W Krak[owie] najpierw do Akad[emii
Umiejętności] [?] przyjmuje mnie Schf?], Rydel [?] w ogóle
parszywe plotki. Pensjonat. Rostafińscy. [?] Augusta [Wit
kowskiego ] kochałem jak ojca. [??] W Krak[owie] mam sil
ne przypomnienia f, ale bez wyraźnego [??}, który zresztą
tłumię świadomie. Podwale 2[?] tam gdzie [?] schodziłem.
Szczepańska ulica. Via Strasburger", [?] Żuł[awski ]do [?]
Ulan[owski ] długie ględzenie antigwinejskie i utrudnienia
z M.S.[manuskryptem]. Pensjonat; idę na kolej dowiedzieć
się o pociąg, Śpię w ubraniu.
17
18
19
21
22
Kraków. 6.V.14. Opis pobytu w Zakopanem.
Pogoda cudowna; powietrze niebywale przezroczyste.
Wszystko pokryte odświętną pustką; pustką rzeczy świętują
cych, odpoczywających, bezcelowych. Jestem bardzo dużo
ze Stasiem. B. przygnębiony jego stanem; czuję, że zamknię
cie życia z tamtej strony, że zniszczenie jego jest upadkiem
jednego z moich ideałów. Wierzyłem i do dziś dnia wierzę
w Stasia, w jego geniusz i indywidualność; jest on dla mnie
wcieleniem duchowej wyższości i odrębności ducha polskie
go. W tej całej sprawie widzę, że jest on też wcieleniem naj
gorszych stron i słabości. Miałem chwilami pozytywne po
czucie, że jego bankructwo jest potwierdzeniem moich poglą
dów etycznych, jest strasznym symptomem niebezpieczeń
stwa, które tkwi w zupełnym nieocembrowaniu[?] źródeł ar
tystycznego natchnienia i woli do życia. - Chwilami staram
się zapomnieć o Stasiu. Uciec od niego. Nie wchodzę wgłąb
jego stanu, po prostu [?] przez egoistyczny instynkt samoza
chowawczy. Typowy stan psychiczny ucieczki przed nieubła
ganą ręką losu, na mielizny [?]ciowości tamtej. Staram go się
przekonać argumentami, których płytkość i marność sam od
czuwam. Nie ma nic, tylko śmierć. Aleja nie mogę, nie mam
obowiązku iść dalej, iść za przyjacielem aż do samych wrót
Hadesu, chyba, żeby go sprowadzić napowrót, z powrotem.
Jazda do Zakop[anego]: dzień piękny, pogodny. Jadę w ko
rytarzyku. Droga, szczegóły, Podgórze, Kalwarja; przypomi
nają mi ostatni raz z /. Wtedy też była pogoda. Jechałem z nią
z początku w zewn[ętrznym] przedziale; Siarkiewicz; mówili
śmy do siebie po angielsku]. Potem przesiedliśmy się do
osob[owego] już za Podgórzem. Ona jechała do Stryszowa. Za
Kalwfarją] patrzyliśmy razem na śliczny pejzaż. Potem ona
siadła[?] mi na kol[ana] i patrzała wprost przez okno. Pojecha
ła ze mną do Zakop[anego]. Mówiliśmy o Zakopfanem], o na
szej przyszłości, o Lond[ynie] było mi dobrze, ale pusto do
syć. Ona mnie nigdy nie brała wewn[ętrznie]; nie mogła mnie
brać wewn[ętrznie]. - Myślałem o niej i tym razem, ale świa
domie i skutecznie starałem się zabijać sentymentalizm. Czy
tałem Conrada i notes & querries. W Suchej rozmawiam z pa
nią Bierkowską. W ogóle pewne przytępienie radosnego od
niesienia się do przyrody. Za Chab[ówką] patrzę przez okno;
patrzę Fernseherem [lornetka]. Myślę o tern co mam powie
dzieć Stasiowi; wywrzeć nacisk, żeby wyjechał.
Staś na stacyi; wygląda źle, jedziemy do Nosala. Mówię
mu o ewentualności pojechania; on mówi [??] o śmierci;
0 swoim stanie rozpaczliwym. Ten sam nastrój rok temu był
dekoracją jego największego szczęścia. W Nosalu p. Witkfiewiczowa] przyjm[uje] mnie ze łzami. Schodzimy do Zakopafnego], Apteka, niema listów. Konstantynówka ; [?] wra
camy piechotą przez potok. Staś opowiada mi całą historię.
[?] anomilne; niezadowolenie; wyjazd do Lovrany ; powrót.
Karolek. Dwoistość i licytacja ich wzajemna. P. Witk[iewiczowa] i Helena [Czerwijowska] wieczorem mówią ze mną.
Potem Staś wieczorem opowiada mi do końca; faza rozpaczy
1 faza obrzydzenia.
Nazajutrz [?] faza obrzydzenia i względnej siły. Pogoda.
Rano siedzimy w domu, tylko spacer na Kozieniec. St[aś] ma
ochotę na jazdę do N[owej] Gwinei. Po obiedzie do Za
kopanego] on do Irenki [Solskiej], ja do Aptfeki] do Żuraw
skich] i do Konst[antynówki] wieczorem. Aniela [Zagórska],
Wym. w Nosalu. Wracamy ze Stasiem szosą. Smutny i pusty
wieczór. Wieczór wywoływanie klisz. Czerwone światło.
Piątek, rano pogoda, popoł[udniu] chmury zachodzą.
Idziemy do Zielińskich] na Olczę. Przypominam Ż[eni]
wszystkie dawne rzeczy. Siedzę w izbie u Zielińskich] i pa
trzę na łóżko, patrzę przez okno na dobrze znany widok, przy
kt[órym] tyle razy pracowałem, w kt[órym] tyle razy topiłem
tęsknotę . Góry przysłonięte, tylko miejscami się odsłaniają.
Nad Gubałówką burza. Idziemy przez Bachl[edowy] wierch
do Zakopanego. Do Apt[eki] Staś do Ju[?]. Jem kolację
w Apt[ece]. Potem piechotą. Jemy jeszcze kol[ację] w Nosa
lu. (Aha, jeszcze Marja Bułhak z kt[órą] schodziliśmy we
Czwartek do Zakop[anego]). Potem wywołujemy na papierze
moje klisze od Lang[iera]. i klisze zrobione poprz. dnia. So
bota. Dzień deszczowy i chłodny. Rano - Popoł[udniu] do
Zakop[anego]. U Dzi[?] z Anielą i Żuławskimi] o „kobie
cie". Potem przez Bachl[edowy] Wierch. Straszna zadyszka
i przeziębienie. Wog[óle] nie czuje się dobrze w Zakopfanem]. Wieczorem przyjeżdżają 2 damy i Świeżawscy.
Idę wcześnie spać.
23
24
25
26
27
201
Niedziela. Rano pogoda. Idziemy na Olczę. Zdjęcie
Hrubego i 2 chałup. Potem u Zielińskich]. Zostawiamy ka
merę. Popoł[udniu] z filtrami[?] na Olczę, bez płaszcza.
Zdjęcia: Giewontu, gór z ganku i brzeżka. Potem ja idę sam
do Zakopfanego] na kol[ację] do Tabów; przedtem na
chwilę do Anieli. Jadę z gazdą[?] na Olczę. Wywoływanie
z Langierem. Klisze udają się doskonale. - W nocy spię
kiepsko.
W Poniedziałek] cudna wprost pogoda. Gorąco. Marze
0 kąpieli, ale czuję się fatalnie. Na Olczę do Zielińskich]. [?]
Mówimy ze Stfasiem] o głupstwach u niej. Potem z po
wrotem]. Jestem b. osłabiony. U Lang[era] pożegnanie. W Nosalu nic nie jem na obiad. Po obiedzie] pożegnanie, pa
kowanie. Epizody z wujem Swieżawskim.
Jazda do Krak[owa] I I klasą. Czytam Nostromo. [?] pa
trzę przez okno. Potem drzymię. Rozmawiam. Jestem nie
spokojny] o zdrowie.
Kraków u P. Borońskiej[?] [?] Na 2. dzień do Hr. Zamoy
skiego . Speszenie w Akademii Umiejętności. Dentysta; fa
talna sytuacja z wyrwaniem zęba - siedzę przez '/г godziny
w męczaeniach. - Popoł[udniu] do Hr. do Strasburgfera] do
Hrab. długa rozmowa. Money granted. Wieczór decyduję się
zostać bo kiepsko z zębami. W Boroneum[?] Czytam Nostro
mo. W nocy krwotok. Dziś rano pewna pustka. Nie wiem co
z sobą zrobić.
28
29
nym bólem. Budzę się w nocy w półśnie. Tak samo na Olczy.
Wziąłem ją jak się bierze łatwą i tanią zdobycz. Nie miałem
wtedy poczucia zbrodni. Byłem [?] i kryminalnie lekkomyśl
ny. Teraz za to płacę; nie wolno być większą świnią niż się
ma prawo do tego. Intelektualna deprawacja nie jest paszpor
tem. Etyka odpowiada pewnym potrzebom uczuciowego ży
cia; których nie wolno libertynować.)
W Lipsku szalone zmęczenie, prawie nieprzytomność.
Kolacja u Fl[óhchen], potem do Estel. Brzeż.[?] nie przycho
dzi. Polem znów u FI. Nie miła angielka, do której się jednak
palę chwilowo. Jazda do Hanovru. Gubię funta. Szalona mi
grena; nieznośne niemeczki, [?]. Nocleg w Goch.
Jazda morzem; mało zachęcająca na przyszłość! Dojazd
do Anglii; patrzę lornetką; statki idące na południe; Union
Castle. Dojeżdżając do Queenborough, statki wojenne, jacht
duński, Port Victoria. Myślę o t. Jadę koleją przypominam so
bie liczne razy kiedy jechałem do n i przypominam t. Radość
z przyjazdu no Anglii i do Lond[ynu]. Listy - nic od t. Nie
pokój.
Następny dzień. Niedziela. Przychodzi Czapla [Czaplic
ka ]; idę z nią; Hall. Popł. i Fry ; wieczór u Seligm[ana] [?]
(W Sob[otę] wiecz[orem] Boreniusowie, Mam w [?]). Po
niedziałek]: [?] od Derrego, popoł[udniu] u Halla (?)
British] Mus[eum] gdzie szukam wspomnień i nie tylko
wspomnień. Czytam instrukcję o fotografii. Wieczór semin[arium]. Westerm[arck ] i post, seminar z rozmową (qu
asi naukową). Trochę [?] wracam piechotą z Appelby do do
mu i zaziębiam się. Wtorek, rano zmęczony idę do British]
Mus[eum]. Wieczór Kasia. Chwilami męczę się strasznie
przez te dni myślę o t. Kasia ma chandrę i ja też.t teleffonuje] przy mojem wyjściu. Strasznie mnie to peszy; nie mam
żadn[ego] interesu, ale postanawiam potem zatelefonować].
Idąc do K. mam słabe przebłyski sentymentu za Wandzią.
Uczucie rykoszetowe. Męczę się też trochę myślą, że
Konr.[Conradowie] są u Reting[erów. ] Afera jazdy Stasia.
Chwilami mam przebłyski podłej zazdrości i niechęci, ale
w ogóle chciałbym żeby pojechał; zwłaszcza albo kiedy
mnie przyciśnie ból, albo kiedy zaczynam naprawdę się wy
dobywać.
Wczoraj, w Niedzielę, kiedy się czułem najgorzej, miałem
rozmowę z panną Hadley o nieszczęściu wewnętrznem,
o przetrwaniu i o objektywiźmie nirwanicznem. Ona mówi,
że wiele przecierpiała w życiu i że to stworzyło w niej ten al
truizm.
We Środę ? We Czwartek mam iść do Seligm[ana] na
lunch. Idę via Czaplicka] do British] Mus[eum], telefonu
ję] do S[eligmana] czy mogę przyjść. Odkłada mnie na Pią
tek. Idę do R[eading] R[oom] i szukam jej po zwykłej stro
nie; potem [?] po prawej i tam znajduję t. Idziemy przez
Kings Library szybko pod górę po schodach. Do nowego po
koju. Jestem spokojny, opanowany; pytam się serd[ecznym]
głosem o jej zdrowie, o matkę itp. Potem idziemy greckimi
galerjami na dół. Rozmowa się nie klei. Idziemy na lunch,
jak dawniej do Express Daisy. Czuję się strasznie łzawo. Nie
mogę na nią patrzyć. Mówimy o planach naszych, o jej jeź
dzie w lato do kraju; trochę o przeszłości; ja proponuję jej
spacer i pójście na operę; mówię, że tylko jako przyjaciel.
Ona nie chce; zbyt dużo ją to kosztuje. - Nie mogę nic robić
w R.R. potem (acha, mówię jej jeszcze o tern, że nie używam
plastrów). Z [?] i Lewińskim do Vienna Cafe. Wieczór
w domu.
32
33
34
Niedziela 17.V.14. Londyn.
Od czasu powrotu tutaj, tzn. od Soboty 9.b.m. wieczór
znowuż epoka słabości i upadku. Myślę ciągle o /; dobrowol
nie jej szukałem; sam ją zaczepiłem w R[eading] R[oom].
Ciągle za nią tęsknię i sentymentalizuję o przeszłości. Wspo
mnienia fizyczne hauntują [haunt - straszyć] mnie jak zmory.
Mam jej niby to coś ostatecznego do powiedzenia. Najwyra
źniej „idealizuję" ją, widzę ją w nieporównanie lepszym
świetle - skonstatowałem to wczoraj, zobaczywszy ją zno
wuż taką, jaka jest. Wiem całkiem jasno, zwłaszcza jak ją wi
dzę, że między nami nie może być nic psychicznie substan
cjalnego; a z drugiej strony uczuciowo] i fiz[ycznie] robi na
mnie niezw[ykle] silne wrażfenie]. Straszne jest to [?] się tej
afery teraz właśnie, kiedy bym potrzebował wolnej głowy na
wyjazd i wolnych uczuć ażeby pożegnać się z [?]. W domu
siedzę b[ardzo] mało. Jestem dużo u Seligmfana "], który spi
suje się b. poczciwie.
Krótkie zebranie zdarzeń: W Krak[owie] następny dzień
zupełnie stracony: Jachimeccy , Żuławscy, Edzio Str[asburger] etc. Czuję, że zupfełnie] niepotrzebnie] zostałem. Dro
ga do Lipska: konstatuję, że ząb niedorwany i ropa: to mnie
strasznie peszy; w ogóle jakieś złe przeczucia i wizja ostat
niej jazdy, kiedy w Dreźnie spotkfałem się] z n. Myślę dużo
1 tkliwie o n. {Wtedy jechałem, ażeby w Lond[ynie] spotkać
się z t. Pamiętam, że po przyj[eździe] do Lond[ynu] myśla
łem dużo o i i o n; że miałem silną chandrę „popsutego ży
cia"; ale że do t odnosiłem się jak do kokoty, że miałem do
niej rodzaj nienawiści i [?]. Jak się to teraz potwornie mści,
to lekkie branie życia! Pamiętam, tamtego lata w Krak[owie],
jak nudę jej towarzystwa, pustkę jej obecności wypełniałem
brutalną zmysłowością, czując ją w swych rękach; straszne!
Cała wina jest po mojej stronie i teraz cierpię strasznie, ale
słusznie. Pamiętam w małym pokoiku patrzącym na planty.
Całowałem i ręce moje były na niej, chociaż serce i dusza by
ły dalekie. Teraz te wspomnienia przepełniają mnie nieopisa
3
31
202
35
36
W Piątek, rano do Bossans[?] Britfish] Association for
the Advancement of Science]. Lunch u Seligmfana], Parciwal. Potworna męczarnia; mam ją wciąż przed oczami duszy;
nie mogę wprost słuchać muzyki. Po 2. akcie, gdzie mnie gło
wa rozboliwa i kt[óry] mnie nie interesuje, wychodzę. Męczę
się przez te dni potwornie. Mam to poczucie odcięcia od
świata; tam za jakąś' nieprzenikliwą taflą cos' błyszczy w słoń
cu, coś radosnego się dzieje, a ja tu jestem ja wycięty ze świa
ta, jedna cierpiąca bryła. Chwilami cierpię biernie; chwilami
ujarzmiam, ale tylko tak dalece, że sentymentalizuję, piszę
wiersze i rozmawiam z nią w myśli - a właściwie na dnie
wszystkiego tęsknię za nią i beznadziejnie żałuję że się to sta
ło i pragnę powrotu. Ale chwilami i ostatecznie zmagam się,
walczę o siebie i, jakkolwiek nie staram się oszukać cierpie
nia, przetrzymuję go [powinno być: je] siłą. Ale cała rzecz
jest potwornie ciężka. Rzeczywiście, bez niej nie mogę żyć.
Środa 20.V.14.
Przytem to wszystko było na tle silnego napadu zmysło
wości w ogóle. Tęskniłem za kobietą, a jedyną kobietą była
ona. Od Czwartku przeszłego do dziś dnia byłem wprost nie
przytomny. Rozmawiałem z Seligmanem o interesach, z Rayem o lingwistyce, z Westerm[arckiem] o różnych kawałach
tylko pod najwyższą presją i nawpół przytomnie. Obchodziła
mnie tylko jedna i jedyna rzecz. Kojarzenia skręcały stale
i zawsze w to samo koryto. Cały Londyn przedewszystkim
był przepojony jej obecnością.
W Piątek, na Pass. cierpiałem wprost strasznie. Wzdrygałem się na myśl o tern. W Sobotę rano, po niezłem wyspaniu,
idę z Selfigmanem] do Levin & Alders. Potem via Curtis do
Seligmana, gdzie pierwsze 3 zdjęcia. Jestem troszeczkę spo
kojniejszy i idąc do / nie drżę na myśl, że jej nie zast[anę].
Dziwnie zmieniona ulica z powodu rozkwitłych drzew. List
od niej. Jadę do domu. Potem do Seligm[ana] znowuż. Za
czyna mi być strasznie źle; idąc przez ogródek tęsknię. Jadę
68. U Seligm[ana] Ray; mówimy w językach; jestem na
wpółprzytomny z bólu, światło przeciekające przez szyby
mnie peszy. Telefonuję; idę, czując, że robię głupstwo. Kasia
Chłapowska. Przekomarzam się z Kasią. Patrzę na t chwila
mi, ona na mnie dość rzadko. Błaznuję z przykrością; chciał
bym być dla niej czemś nadzwyczejnem; głupstwo chwili
przelotnej rzucone na pustkę nad którą trwamy jest czemś
strasznem. Trywialność akcesoryów tragizmu. Mówię o języ
kach papuańskich, chciałbym mówić o sobie, interesować so
bą; bolą mnie te rzeczy, w ktfórych] ona teraz żyje, a kt[óre]
nas dzielą coraz wyraźniej i silniej. Wycieczka t i Kasi do St
Albans; stałe zebrania kolonii polskiej u nich. - Piechotą
z t i Chłap[owską] do Chalk Farm S=n jestem zazdrosny na
wet o niego. Jazda z Kasią; pluję i klnę; ona robi złośliwe
uwagi o miłości.
Niedziela - rano grzebię się w domu; jazda do Hadley'ow
przypomina mi wszystko, wszystko. Mama w dobrem uspo
sobieniu, rozmawiamy. Strasznie ciężkie chwile u Mrs. Hadley. Nie mogę wprost chodzić po ogródku. Uciekam. Z He
leną rozmawiam o cierpieniu i to co ona mówi b. mnie pocie
sza. Ona lepiej rozumie, niż wiele innych osób. Objektywizacja odniesienia się poza cierpienie; nirwana. Mówiąc z nią,
czuję, że mam kogoś żywego przy sobie. Idę do Kew Bridge;
droga nad Tamizą tak mi bliska. Nigdy tam nie byłem z nią,
a jednak wszystko jest nią przepojone, Putney, Tamiza. Zu
pełna, błyszcząca pustka. Spacer po Holland Park; staram się
gwałtem opanować. Wciąż żyję wyłącznie tern i wyłącznie to
staram się strawić. W ogóle, patrzę cierpieniu wprost w oczy;
dużo jednak z nią mówię i prowadzę jeszcze grę: powiedze
nie jej dużo rzeczy; zrobienie fotografii. Miss Martrygast;
ożywiona rozmowa; z Westerm[arckiem] do Goodge St.; po
tem via Czapl[icka] gdzie Memcia mówi o Retingerach do
domu. W domu papiery. Spotykam Boreniusów, ktjorzy] się
zbyt sympatycznie do mnie odnoszą.
W Poniedziałek] (18), przedwczoraj. Rano, po napisaniu
paru listów, telef[onuję] do / i idę. Staram się być opanowa
ny. Silne wrażenie tamtego domku. Fotografuję [?]. Mówimy
o strasznej piękności świata i pogody. Ona jakoś nie bierze te
go b. intenzy wnie, albo też się nie rozumiemy. O 1 'h uciekam
do Seligmana - niema lekcyi. Wywołuję [?]. Potem wykł[ad]
Seligm[ana] - jedzenie i semin[arium] z Westerm[arckiem],
Wszystko straszne; nawpół przytomny. W domu Kasia; je
stem tak przybity że ledwo żyję. Przychodzi t w małym,
śmiesznym kapelusiku. Odżywam; jestem miły i dobrze mi
jest chwilowo. Jest dla mnie cudowna. Idziemy via Grays Inn,
Hand Court. Kasia bierze bus. [?] do Kings Cross. Milczymy;
nie mamy sobie nic do powiedzenia. Tram. Zaczynam
mówić. Nic sentymentalnie] ale morał. Wartość tych rzeczy;
[?] się nimi przez cały czas na przyszłość. Tak musiało się
stać; straszne cierpienie. Trochę się mieszam; z jednej strony
mówię o konieczności tego co się stało, z drugiej o strasznych
cierpieniach. Chcę żeby jej było dobrze, żeby miała dzieci.
Zapewniam ją o mojej istotnej przyjaźni. Żegnamy się
u bramki jej domu.
Jestem potwornie przemęczony, reakcja przeciw szlachet
ności. Wczoraj we Wtorek, mam silne poczucie niemożliwo
ści głębszego z nią stosunku; dlaczego ona nic nie mówi, dla
czego jest beznadziejnie bierna? Ja jestem przykuty do niej
jedynie zmysłowem przywiązaniem. Ogarnia mnie potworny
sentymentalizm. Wszystko co z nią związane, co związane
z [?], pies, dom, szczegóły i głupstwa, nabierają olbrzymiej
wartości. Rano pracuję w domu, piszę listy; potem do Derryego, via Hall do [London] School [of Economics and Politi
cal Science], wykład Seligm[ana]. Przybory u Kodaka. Klisze
od Curtisa. Robię trochę niemieckiej prasy. [?] Hadley. Kola
cja u Seligmfana]. Dr Strong. N[owa] Gwinea zaczyna mnie
naprawdę interesować. Czuję się trochę lepiej. Robiłem b. du
żo gimn[astyki] i przemęczyłem się fizycznie. To mi robi do
skonale. Idąc do Seligm[ana] miałem szalony sentyment i tę
sknotę za tern, co było, żal, że się tak stało z silnem poczu
ciem nieistotności tego i bez metafizycznych [?] zmysłowo
ści. Chciałem płakać. Ale ten stan jest łatwiejszy do opano
wania.
Dziś dobrze spałem; śniłem o niej b.wyraźnie; śnił mi się
Aug[ust] Witkowski. Sentyment wyłazi często, ale [?] ten
dencja nie myślenia, zamknięcia tego i nie widzenia się z nią,
choć wiem, że tego au fond szalenie pragnę i wyglądam.
Czwartek 21,V. 14.
Wczoraj rano chodzę po sprawunkach i interesach (Borsano, okulary, aparat, krawiec, Rymań); zmęczenie, wykład Se
ligmana; w domu pracuję trochę i piszę listy. Już po
południu] zaczyna mnie brać straszna chandra za nią. Tym
razem niezróżniczkowany sentymentalizm. Poczucie bez
względnej pustki tego co jest teraz. Absolutnie nic nie ma.
Straszna tęsknota za tern co było. Wizje rzeczy minionych.
Przypominam z jasności halucynacyi chwile, kiedy ona wpa203
dła do mnie, w ciemnofioletowym aksamitnym kostyumie
i kapelusiku małym, słomianym z jasnymi kwiatkami. Pod
nosiła wualkę i dawała mi swe usta. Bylis'my tak strasznie
zżyci, tak strasznie blizcy sobie. Tak dobrze nam było. Jej
obecność działała na mnie jak morze. Olbrzymia pustka
w której można odnajdować samego siebie, a która wiecznie
milczy.
Dziś znowuż mam takie przebłyski wizyi przeszłości.
Memcia i powroty busem. Źle mi jest niepomiernie. Wyci
nam żywe ciało z mej duszy. Jestem do niej szalenie przywią
zany. - Nie mogę płakać, jestem blizki łez, ale jakieś poczu
cie ambicyi wobec samego siebie powstrzymuje. - Chciał
bym jeszcze z nią mówić; chciałbym ją zmusić do mówienia.
Chcę wiedzieć; chciałem nawet obiecać jej, łudzić ją przy
szłością. Ale w chwilach jasnowidzenia wiem, że nic mnie
z nią wewnętrznie nie łączy, że absolutnie bym jej nie mógł
zrozumieć, ani ona mnie. Wieczorem piszę listy; dostaję list
od Stasia; idę do Bor[eniusa]. Borfenius] b. nieprzyjemny;
w ogóle tracę do niego serce. Wieczór straszny; wiję się
w cierpieniach i przeklinam chwilę, w ktfórej] zerwałem
z nią; wiem z drugiej strony, żebym nie był mógł wytrzymać
na jej łasce i niełasce. Na łasce i niełasce jej kaprysów, bo te
fluktuacje nie miały w sobie nic głębszego. A może? Może
tamten jej stosunek wszystko psuł? Rano też źle się czuję,
strasznie.
14. Czerwca, na pokładzie.
Obecnie jestem już w drodze. Po meczących i pustoszą
cych przygotowaniach, po licznych wahaniach uczucia do t po niepokoju i wahaniach w sprawie Stasia, jadę z nim i czuję się, w ogóle mówiąc, fatalnie; choć może nie. Czuję
się dość marnie w tej właśnie chwili. W ogóle czuję się nie
źle. Przeszedłem duże upojenie turystyczne zwiedzając Paryż
i Neapol. Okręt i 2. klasa dość mi się nie podoba, gdyż utru
dnia w dość dużym stopniu bezpośrednie zetknięcie się z mo
rzem; ale mam nadzieję, że to przezwyciężę. Stosunek ze
Sfasiem] b. dobry na ogół i jestem niezmiernie zadowolony
że jest ze mną ze względu na samego siebie.
Poniedziałek 15.VI.14.
Tęsknota za г nie opuszcza mnie. Wiem dobrze, że ona
mnie nie kocha zbyt głęboko, ażeby módz na tern zbudować
coś trwałego. Wspomnienia niektórych chwil, niektórych rze
czy które mi powiedziała zatruły na zawsze źródło najgłęb
szej tęsknoty, najistotniejszego pożądania. Ale niemniej jest
coś dziwnego, jakaś ukryta wiara w jej wartość, jakaś
sprzeczność między tern, co wiem o niej z jej powiedzeń
a między tern, co w niej przeczuwam. Z jej zachowania się
byłbym mógł sądzić, że kocha mnie ona naprawdę i że roz
stanie się ze mną jest dla niej prawdziwym ciosem. Niemniej
jednak mam pewność że gdyby mnie kochała, byłaby opuści
ła wszystko dla mnie.
Spisanie wypadków ostatnich czasów z Londynu.
W Sobotę 23. idę do r; przychodzę koło 12=tej i pół,
w morning [?]. Ona w jasnej różowej sukni, bardzo ładna
i uderza mnie boleśnie urokiem swego ciała. Mówimy naj
przód niesentymentalnie; ona że podczas mojej nieobecności
chciała wrócić do niego i w ten sposób odkupić w stosunku
do mnie i do niego to, co się stało, ja mówię, że tak powin
na zrobić, że powinna o mnie zapomnieć, a starać się iść ku
prostocie i obowiązkowi. Ona o rozdwojeniu, o kłamstwie,
204
zawartem we wszystkiem. - Potem idziemy na spacer; bez
wielkiej radości, bo czuję, że już się wszystko skończyło, że
nic nie mamy sobie do powiedzenia. Ale trudno mi się z nią
rozstać; słabość. Idziemy piechotą, nasze domki. Potem
mówię o tern, jak schodziłem na dół tamtędy, idąc do Miss
Fry. Przypomnienia sentymentalne z Krakowa; o przepoje
niu retrospektywnem Krakowa tęsknotą za nią. Idziemy na
[Hampstead] Heath, do Gold. Green (czy Hill) Park. Mówię
jej o moim nastroju podróży; o tern, że będę wiózł tęsknotę
ze sobą. Łapie nas deszcz silny. Dobrze nam przez te parę
godzin. Lunch w tamtej kawiarni. Idziemy po parku, który
ona mi pokazuje. Wysoka trawa w sadzie; wspomnienia
z Polski, przepełnione moją miłością ku niej. Idziemy nao
koło; rwie kwiaty. Poczucie wspólności nastroju, zlanie się
w odniesieniu się do przyrody; śliczne drzewka na trawni
kach. Po deszczu, żółtawe światło przedziera się przez
chmury; radosny nastrój popołudnia, budzącego się do pogo
dy po dżdżystym ranku. Wychodzimy; wspominam datę &.
Czerwca. Ona z pewnem kabotyństwem mówi „kto wie co
się może stać do 8." Idziemy ku GS. Ona smutna, z chmurą
na oczach; ja dziś spokojny, dobrze mi z nią. Jedziemy bu
sem przez Finchley Rd., przypominając rzeczy minione;
smutek rozpierzchających się środowisk ludzkich; żal za mi
lieu tej zimy.
Miss Fry; garden party; tłok ludzi, rozmawiających, jak na
banhofie. Muzyka, myśli o /. - Mama w Oxford] Circ[us]
mówi mi o Stasiu; bardzo się cieszę; to podnosi mój nastrój.
Jazda do Wrythów; Dr Harrison; zabawki japońskie; licytacja
rzeczy papuańskich. W kółku odczyt Dąbrowskiego, t nie ma,
speszenie.
Niedziela 24. Przyjazd Stasia. Kasia przychodzi o 12=tej.
Spotkanie z Westerm[arckiem] w [?]. Lunch u Singerów; Torday[?]; przemęczenie i kongestya. Jazda z Kasią ku Marble
Arch; parę kroków po Parku; u Isobel Kirkwood. Jazda do
Grahama Wallasa. Kolacja. Potem czytają mi wiersze, dosko
nałe w istocie. Powrót tramem do domu.
Poniedz[iałek] 25. Z M=[?] i Stasiem u Gamaga'a. Cały
dzień potem latam ze Stasiem. Wieczorem spotkanie z Seligm[anem] i Westermarckiem w School. Staś idzie do Waf?],
ja na Seminarjum, gdzie mowa o Bergsonie. Partseminarjum,
Seligman, Lewiński, Appelberg.
We Wtorek mam ochotę zatelefonować] do t - nie te
lefonuję]; ani we Środę, idę popołudniu do Gold[?] niema /;
speszenie; obiad Westermarck. Rozmowa. Miss Rhodes
i M=rs Seligman; potem z Shoudem i M. Whitem.
Czwartek i Piątek latam intenzywnie za interesami ostatnie dni do załatwienia wszystkiego.
Sobota; rano telefonuję] do t, potem wycieczka do Monda . Rozmawiam z Seligmanem o interesach, u Monda b.
nieciekawie. Powrotną drogą rozmawiam z Seligma[anem]
o rzeczach subjektywnych. Żuławski wieczorem zachodzi do
nas. Telefonuję] do t o możliwości przyjścia. Żufawski]
przychodzi do nas w ogóle b. często, co rano i wieczór i jest
regularną feature naszego życia. Pokój zamieniony w skład
przedmiotów tropikalnych; przymierzanie ubrań, kasków, pa
kowanie. Wszystko to z pewnym niepokojem i wahaniem:
„co z tego wszystkiego będzie?"
Niedziela. Przedpołudnie] do D=ra Stronga, który poka
zuje nam swoje kurjoza papuańskie; obiad w domu, potem
idziemy ze Stasiem do Seligmfana], do Bluml., gdzie Misza[?] jej mąż i 2 Niemeczki; potem do Reting[erów|. Sztucz37
ki karciane; przekomarzanie się z Kasią; jestem b. niesympa
tyczny. Powrót do domu. Speszenie przez Stasia.
Poniedziałek 1 .VI. Rano pisanie etc. Popoł[udniu] przy
chodzą Kasia i t; Staś' i Żuł[awski] wychodzą na Heath. Od
prowadzam t aż do rogu Englands Lane; układamy spacer na
wieczór; kwestya pożyczki pieniędzy. Staś' ze mną u Miss
Fry. Rozmowa z nią, działa na mnie podnosząco. Nie mam
szwungu na t. Spotykam ją u bramki jej domu. Jest lekkomy
ślna; czuć od niej alkohol. Coś się [?]; biorę ją wpół; patrzy
my na ludzi tańczących; siedzimy na ławce tuląc się. Czuję,
że popełniam coś złego, ale nie jestem w tern sercem; nie mo
gę; już ta droga nie prowadzi do raju. Idziemy na dół, jak wte
dy z Wandzią. Mówię jej, że mnie nie kocha; ona nie przeczy;
mówi, że mnie już nie mogła więcej kochać, że odeszła ode
mnie; że nie bylibyśmy byli szczęśliwi ze sobą (mówi to
i przedtem w domu usiebie tamtego popołudnia, kiedyśmy
byli na Golden Hill). Idziemy ku stawkowi; czuję się b. źle.
Przypominamy tamten wieczór. Ostatni raz tuleją całą do sie
bie, żegnamy się, ona płacze. Ja czuję, że już nie jestem jej
kochankiem. Szybko przez Parliament Hill do domu. Zaczy
na mi mówić najstraszniejsze rzeczy; że czuję, że pójdzie na
dno; że nic ją nie bierze naprawdę, że ulega każdemu wraże
niu, każdemu nastrojowi; że odejdzie od męża. Mam potwor
ne poczucie prawdziwości tego; potwierdzenia złych obaw,
że jest ona au fond po prostu kurwą. Staram się przeczyć te
mu, walczyć. Idziemy znów aleją cienistą (Bels[ize] Park
Av=e) i ul[icą] Bel[size] P=k Gdns, tą samą drogą, gdzie po
przednio już zrobiła mi tamto straszne wyznanie. Żegnam się
z nią na rogu Engl[ands] Lane z pewną ulgą.
Wtorek 2. Popołudniu Kasia i t przychodzą. Staś. Odpro
wadzam t [?] ale bez prawdziwego sentymentu.
We Środę 3. w południe zajście ze Stasiem, które psuje mi
humor na pewien czas, bo ostatecznie musze przyznać, że ma
on do pewnego stopnia rację. - Aha zapomniałem napisać je
szcze o jednym spacerze z f; zdaje mi się we Wtorek 26. Staś
był ze mną i wstąpiliśmy do School, gdzie widziałem się
z Seligm[anem] potem po pudełko do blacharza , potem na
tknąłem się na Ret[ingera] i spiknąłem go ze Stasiem. Z t ko
ło Waterloo bridge. Idziemy embankmentem; ona w kapelu
siku z piórkiem i w brązowym quasi-skórzanym kostjumie.
Lunch u Lyonsa; potem do Westminster Abbey, Raz jeszcze
rozpoczynam z nią rozmowę o moim zasadniczym do niej
stosunku. W małym podwórku, gdzie stoją duże drzewa i bi
je miły wodotrysk mówimy o mieście, o jego złym wpływie;
musze z niej wyciągać zeznania. Potem idziemy przez Green
Park czy raczej St. James Park; mówię jej o jej miłości i py
tam o istotę tego co przechodziła; ona , dlaczego ją właściwie
męczę; ja jej się oświadczam, bez żądania odpowiedzi. Ona
nic nie mówi; rozstajemy się.
Któregoś znów dnia, Wtorek 3., spacer do St James Par
ku; mówi mi o swoich kłopotach finansowych; o tern żeby
chciała pracować zarobkowo; o dymisji męża i.t.p. Nastrój
beznadziejny. Potem znów mówi o swej manii samobójczej;
0 niechęci do życia, o niemożności radowania się niem. To
wszystko morduje mnie strasznie; straszna bolesność odczu
wania, że ta kobieta, która dla mnie jest symbolem piękna
1 rozkoszy życia nie widzi we mnie nic, że nic jej dać nie mo
gę, że nie może się ona na mnie oprzeć. Cios zarówno dla naj
głębszej miłości własnej, jak też i dla witalnego ukochania
jej. Ja jej często mówię o najgłębszej miłości, o wartości jaką
człowiek oddający się w ukochaniu musi posiadać. O tern, że
18
ja jej oddawałem się w ten sposób, szczery i bezpośredni.
Ona na to wszystko nie reaguje. Tego dnia zapominam czeku
w Orient Line; ona na mnie tam czeka - spotkaliśmy się tez
tam. Potem idę - wysiadam na Tavistock Place, tak jak daw
niej - spotkać Miss Fry & Mrs Seligm[an]. Wieczór u Kasi;
tęsknota za t; wspomnienia z Lonhaster Gate.
Czwartek 4. Po wizycie u dentysty spotykamy się
w Nat[ural] History Museum. Potem po Hyde Parku; znów
0 rzeczach istotnych; idziemy ku H[yde) P[ark] corner. Znów
jej pustka, brak głębszych rzeczy dla mnie i beznadziejność.
Krwotok w A. & N. Obiad u Seligm[ana] z Mondem.
Spodziewam się jej trochę w domu; nie przychodzi.
Piątek. 5. Popoł[udniu] fotografuję ją. Przychodzi mąż;
speszenie; nie zapraszam go na wieczór. Wywoływanie. Wie
czór Kasia, sufrażystki; /, Memcia i siostra. Układamy r.v.[?]
na Woburn Square. Staś przychodzi.
Sobota. 6. Na Woburn Square; ona się spaźnia; jestem sza
lenie wyczerpany dentystą rannym, kt[óry] 2 razy mnie na
rkotyzował. Idziemy ku Tottenham] C[ourt] Rd. 24 do Cam
den Town; uliczką „naszą" Reg[ent] P=k siedzimy tam gdzie
kiedyś samotny czytałem Return; potem na drugą stronę; je
stem tak zmęczony, że wprost drzymię. Nic prawie nie mówi
my; pożegnalny spacer. Chce mnie zobaczyć jeszcze
w Ponfiedziałek] Wieczór w domu.
Niedziela. 7. Rano kopjuję jej fotografje i składam rzeczy.
Po południu telefonuję do Kasi. K[asia] z nami do Seligmanów. Bajeczny wieczór wilgotny, świeży i [?]. Przepojone
światłem mgły przenikają wszystko; jasna zieloność drzew
odbija cudownie i tryumfuje w zachodzącym słońcu. Straszna
tęsknota łzawa i tępa za nią. Idziemy z Mamą wzdłuż Adeleide Rd. Miejsca przepojone jej obecnością. U Miss Fry ostat
nia wizyta.
Poniedziałek. 8. Ostatni dzień w Londynie. Zęby męczą
mnie strasznie i niepokoją. Rano idę ze Stasiem do Anth
ropological] Institute], do Banku, do Museum, wracam do
domu; fotografując M=ę [Mamę?] łamię statyw fotograficz
ny. Jedziemy do okulisty. O 2'h -ej z t w Brit[ish] M[useum];
czeka na mnie idziemy do fotografa; kupuję czapkę i krawat.
Potem herbata w E[?] koło Hfyde] P[arku]. Spacer po Hyde
Parku. Siedzimy w mojej dawnej okolicy. Znów bolesne roz
mowy; o jej prawdziwej miłości. Znów mi mówi o swym
bezwładzie; o biernym beznadziejnym stosunku do męża. Po
winna mieszkać na wsi; taki ma zamiar. Mówi mi, że kwestję
dziecka zdała na łaskę i niełaskę losu. - to mnie strasznie pe
szy. Bierzemy pociąg w H[yde] P[arku] ona jedzie do domu,
ja do School, gdzie ostatni obiad z Westermarckiem, Seligm[anem] i [?]. W domu Mama sama; przychodzi t. Odpro
wadzam ją; ostatni pocałunek w domu i przy wsiadaniu do
trama. Mówi mi, że będzie się starała walczyć z biernością
1 upadkiem; ja jej mówię, że będzie ona zawsze moim idea
łem, i że powinno ją to zobowiązać do walki ze sobą, dodać
siłę. Chodzimy znów po małym skwerku koło Kings +
[Cross], tam gdzieśmy chodzili kiedyś po Richmond. Ostatni
raz widzę ją wchodzącą na tram. W domu Mama sama, że
gnam się; bierze mnie chwilowa silna chandra.
Wtorek 9. ostatni ranek. Silny ból zębów; ponura perspek
tywa na przyszłość. Wrażenie zupełnej bezsensowności tej
podróży. Budzę Stasia, raz jeszcze idę się pożegnać z naszym
ogródkiem. Szukam taxa. Na stacyi Westermarck, Memcia. Jazda do Folkestone smutna. Czuję nagle, że jestem pozosta
wiony swojemu losowi na współkę ze Stasiem. Potem droga
205
przypomina mi wyprawę z Seligm[anem] i wtedy z t do
Conr[ada]. W Folkestone stoję długo i patrzę na znikające
brzegi Anglii, na lewo od Piern idzie bulwar nad morzem, pod
ogródkiem, biegnącym wzdłuż pagórka. Potem domki - to
Sandgate, potem dłuższa przerwa i widać znów rozrzucone
duże domy. Tam chodziliśmy z nią razem, tam w mroźny
wieczór, siadaliśmy przy blasku księżyca nad brzegiem szu
miącego morza.
Szalony ból zęba i przygnębienie na cudnem, gładkiem,
lśniącem morzu. Brzeg francuski szary i mało ciekawy. Jazda
b. szybkim pociągiem do Paryża. Bujna zieloność; burza.
W Paryżu Żuł[awski] na stacyi, taxim jedziemy na Gare de
Lyon. Miasto przeładowane ruchem, domami, nawet zielono
ścią. Wszystko ciągle się miesza, kotłuje, zachacza [sic]
0 siebie; spojrzenia ludzkie, złe humory i kłótnie, flirty ulicz
ne, mansardki domów, tramwaje, drzewa i latarnie robią wra
żenie jednej zbitej kalejdoskopowej masy, w której nie moż
na się wprost zorjentować. Przytem Paryż jest cudowny. Za
chwycam się już przy Gare de Lyon. Oddajemy rzeczy, bie
rzemy hotel i idziemy do Metro. Robi wrażenie maskarady
w burdelu, po Londynie. Kakofonja zapachów, ubrań, twarzy
1 ruchów.
U Żuł[awskich] rozmowa z Kazia, która wygląda b. efek
townie. Potem kolacja; potem ze Stasiem przez Avenue de
l'Observatoire, Boulevard, rue Denfert Rochereau do Stru
gów. Tam Tadzio. - Potem znów Bul' de [?] do Sekwany.
Cicha, ciemna i czysta płynie pośród dużych cienistych
drzew. Dziwny spokój i opuszczenie; jakbyśmy chodzili sa
mi, jakby olbrzymie miasto było tylko akcesorjum artystycznem dla podniesienia niezmiernego i nieopisanego skupienia
chwili i miejsca. Dawne wspomnienia; cały urok Paryża,
odbitego w tylu dziełach sztuki, w tylu wspomnieniach histo
rycznych. Wciąż chodzę z nią, z jej cieniem, z jej ideałem,
z taką jakąbym ją chciał mieć. - Pont des Beaux Arts którym codziennie chodziłem na Paryż, mając 15 lat. Księżyc
wschodzi, czerwony, wielki nad ciemną rzeką. Ciemne syl
wety gmachów zarysowują się wyraźniej. Idziemy przez
Luwre na place du Theater. Obchodzimy Palais Royal, potem
av. de 1'Opera ku bulwarom, zkąd bierzemu bus do G[are]
d[e] L[yon].
Na 2 dzień do Żurawskich] potem place de la Concorde,
pola Elizejskiego, gdzie obserwujemy av. de 1'Etoile i auto
mobile. Nastrój radosny, upojenie miastem; Kazia opowiada
mi o swoim pobycie w Paryżu i wyraża się o Stasiu. W Luw
rze Gioconda i starożytności egipskie. Staś okazuje znaki nie
pokoju. Sami zostajemy z Kazia; potem idziemy na lunch,
gdzie dyskusja o sufrażystkach. Kupienie parasola, idziemy
znów na place du Theatre, potem przez Avenue Opera do Ca
fe de la Paix. Z tamtąd busem do Notre Dame; wieża jakaś
starożytna na placu, Saint Chapelle, Notre Dame. Idziemy je
szcze wzdłuż Quai bukinistów. Żegnamy się na Bul. Michu
i przez Quai d'Orsay do G[are] d[e] L[yon]. Laski pod Pary
żem śliczne, Fointainbleau; pragnąłbym jeszcze zwiedzić
Francję.
Na drugi dzień (po kiepsko przespanej i przebanardowanej[?] nocy) bardzo gorące, białym kirem okryte południe
Francyi; morze śródziemne; spacer po Marsylii, która charmuje [charm - urzekać] brudem i ruiną zupełnie południową.
Idziemy małymi uliczkami gdzie rozmamrane Włoszki, nie
które prześliczne czarownice, schodzą się do fabryk. Droga
do Toulonu wśród ślicznej, żyznej okolicy o dużych, cieni
39
206
stych drzewach, przypomina mi równiny Anatolii, koło [?].
Toulon; małe uliczki, placyki porośnięte platanami; upalny
Quai Cronstadt. Włóczymy się, szalenie zmęczeni. Embarkacja; dziwne uczucie, że się tak nic nie dzieje, że nie ma wła
ściwie chwili odjazdu. Śliczna zatoka Toulonu. 2. dzień, bu
dzę się kiedy przejeżdżamy koło południowego cypla Korsy
ki; potem Elba, Monte Christo, Gilia itp. Całe morze wysła
ne wyspami. Piszę listy do Mamy. Bardzo mi się niepodoba
statek i towarzystwo; biskup N[owej] Gwinei; małpowaty
Australijczyk. Czas przepływa wolno i tępo.
Przyjazd do Neapolu b. rano. Wysiadamy; jazda do via
Toledo; droga na ponte. Tram do Posillipo. Zachwyt szalony
nad Neapolem; nad malowniczością; nad typami ludzi cu
downymi, nad życiem ulicznem. Szalona sympatja do Wło
chów, do włoskiego. Ten sam spacer, który zrobiłem z Mamą,
zaraz po odnalezieniu jej w Neapolu. Tramem na Posillipo
Capo; potem ku Nisida. Dryndą do Pozzuoli. Cudna zatoka
Baial. Dawne wspomnienia, cudowne widoki; przerwa w mo
notonii podróży, wszystko to usposabia mnie bajecznie receptywnie. Cieszę się wszystkiem. Winnicami, gdzie kryją się
domki małe i stare, tak prymitywne i artystyczne, że czuć na
nich rafinadę starożytnej kultury niezmienionej od tysiącleci
do dziś dnia. Solfatara drzemiąca w upale słońca południowe
go. Ponura pustka południowa. Potem jedziemy górą, z wido
kiem na Camaldoli i na zatokę cudną Campagna. Powrót tra
mem lunch w Giardini di Torino b. marny. Jedziemy Zatoką
napoletańską. Ślicznie położone Sorrento nad skałami stro
mymi, wśród lasków pinjowych; przepiękne wioski dalsze,
[?] ku kojcowi półwyspu. Widzę Pompei. Przypominam owe
bajeczne spacery, odbywane 10 lat temu samotnie w Campagnii napoletańskiej. Zatoka Salerneńska ginie we mgle; wi
dać tylko Positano i Praiano. - Rozmowa z Howarth'em i Ackworth'em.
Następny dzień (Niedziela 14.). Droga wzdłuż brzegów
Kalabryi; dzikie, opuszczone, nędzne piaszczyste wydmy
u stóp pagórków porosłych oliwkami. Miejsca, gdzie dawno
uczył Pitagoras i kwitły miasta Wielkiej Grecyi! Tarambo;
z gromadką Anglików, otoczeni bandą dzieci idziemy mały
mi uliczkami gdzie jak małpki za kraty wyglądają kobiety
i dziewczyny. Ciekawe, nieregularnie łamane, wązkie uliczki;
duże bramy, podwórza monumentalne. Wszystko bardzo cie
kawe. Ładna kobieta (Angielka) kokietuje mnie i trochę mnie
bierze. Potem spacer z 3 autochtonami; włoski idzie mi dość
dobrze. Powrót na statek.
Środa 17. VI. 14.
Dopiero 6. dzień na statku i to z przerwami, a mam już te
go całkiem dosyć. Czuję się mocno zderutowany [może wy
korzeniony]; nie widzę jasno dokąd idę; nie czuję w sobie ce
lu i sensu. Fizycznie czuję się dość podle. Mam jakieś zazię
bienie, ból gardła i kaszel, pomimo szalonych upałów. Koły
sanie daje mi też lekki ból głowy. W perspektywie przyszło
ści nie widzę też jasno, jak będę się czuł w klimacie Nowej
Gwinei. Hano - [?] adelonte!
Mam niezmiernie częste napady sentymentalizmu, centru
jące się około t. Patrząc dziś na małą dziewczynkę, siedzącą
przede mną, miałem łzy w oczach. Instynkt ojcowski zaczy
na się budzić. Tłumię prostytucyjne instynkty w samym za
rodku, nawet jako marzenia. Chcę dojść do bezwzględnej
czystości płciowej przez ten czas. Inaczej nie ma się prawa na
małżeństwo i na szczęście w małżeństwie.
Co do mojej obecnej pozycji, to muszę, pomimo upałów
i niezdrowia, powoli ale systematycznie pracować celowo.
Przede wszystkiem wciągnąć w to Stasia.
18.VI.14.
Wczoraj i dzisiaj czuję się znacznie lepiej; pogodzony
z losem i właściwie zaaklimatyzowany na statku. Przedwczo
raj wieczór dojazd do Port Said. Poczucie pełnego morza
wprost Delty Nil[u]. Ostatecznie morze zawsze takie samo;
barwy zachodu te same. A jednak zawsze przeżywa się spe
cyficzną chwilą, okres'lona położeniem geograficznem. Pa
trząc na morze w danym punkcie ma się zupełnie specyficz
ne wrażenie. Widok form z daleka: statek pilota. Dojazd do
PoK Said. Napad dzikusów na statek. Arabski język. Jazda na
ląd. Kupowanie kartek i marek. Ulica bazarowa, oświetlona;
cudny zapach drzew i potworny smród uliczek; duże ciemne
domy o gankach okrężnych. Zdaleka słychać muzykę arab
ską. Idziemy; miasteczko arabskie. Kawiarnie, handlarze
owoców. [???] muzyką; olbrzymi murzyn, Shillah chyba?
Cieszę się wspomnieniami, jakie to przywodzi; przeży
wam nowość tego razem ze Stasiem. Kiepska noc; jazda
przez kanał. Po prawej stronie Egipt; widocznie nawodniony
sztucznie; od czasu do czasu gaje tamaryszkowe; oazy pal
mowe; nad tern fioletowe pasma gór. Po prawej stronie czy
sta pustynia; piaski lotne całkiem nagie; albo też porośnięte
rzadkimi krzaczkami karłowatymi. Blask oślepiający. Mię
dzy tern jasno zielone [?] wody kanału; fellahi arabskie.
Olbrzymi statek ledwo się mieści; dziwne jest to przesunięcie
morskiego koloru poprzez samo serce pustyni. Cudna gra ko
lorów po wyjeździe z Suezu. Turkusowe morze; fioletowe
góry; pomarańczowa pustynia, różowa mgła nad morzem.
Góry Egiptu, fioletowe z twardego kamienia (piaskowca czy
granitu) i [?] góry półwyspu Synai.
Rano siedzę i patrzę na kanał; popołudniu i rano zresztą
[też] gadam z Gibonem australskim i z Miss London; a potem
z Francuzką i z 2 Francuzami; wieczorem bal i picie lemonia
dy z Francuzami. Sobota 19. 20. V I . 14.
Zanadto wlazłem w towarzystwo które tu kwitnie. Ciągle
zadaję się z Francuzką i drem Franc[uskim] (Żydkiem)
z l=szej oraz z małpą australską, wobec której wypuszczam
zresztą dużo snobizmu naukowego. Zamało żyję z morzem,
ze zjawiskami astronomicznymi i cieplnymi; zamało pracuję.
Trzeba to zreformować. Właściwie nie czuję się tak bardzo
źle. W nocy sypiam dość kiepsko i dziś miałem sny ze stra
chem, które wskazują na osłabienie serca.'Nad ranem, kiedy
trzeba wstać, mam chwile przykrego osłabienia; czuję ogólne
zmęczenie i zmęczenie oczu. Mam wrażenie, że nic nie będę
mógł zrobić oraz duszność^Ale po wstaniu i ubraniu się, czu
ję się znacznie lepiej i mogę być kompletnie skupiony.
Chwile tęsknoty przychodzą; mam jakąś wyidealizowaną
Tośkę, dobrą, mądrą, kochającą, prawdziwie i głęboko kobie
cą, do której wszystkie moje instynkty erotyczne i znacznie
silniej teraz, rodzinne, mnie pchają. Czuję, że ona jest uzupeł
nieniem mnie doskonałem, że jest jedynem wcieleniem mo
ich tęsknot za ustalonym stosunkiem do kobiety. Niestety,
analiza nie potwierdza tego intuicyjnego obrazu. Wiara, którą
mam, i którą żyję nie zostaje potwierdzona wiedzą. Wiem
przede wszystkiem, że ona mnie nie kocha, że nie poświęci
łaby dla mnie wszystkiego; wiem też, że ja jej nie ufam, że
[przekreślone: dostatecznie mi] jesteśmy właściwie nieprzenikliwi dla siebie wzajemnie. O szczęściu nie mogłoby być
mowy, ani o prawdziwej miłości. Dobrze się stało, że teraz
odjeżdżam, że inne rzeczy mnie zaabsorbują, że będę mógł
z łatwością i czysto przejść poprzez to wszystko. Zresztą
wiem dobrze, że nawet gdybym był został, byłbym był mu
siał odejść od niej; coraz wyraźniej [odbierałem?] pustkę
i obcość jej obecności, coraz silniej czułem, że jeżeli ona
mnie kocha, to temsamem traci dla mnie wartość.
Niestety zbyt mało myślę o jedynej osobie, która posiada
dla mnie istotną i trwałą wartość i która naprawdę dba o mnie.
Matka teraz na pewno odczuwa niezmiernie silnie brak mnie,
a ja - Straszna rzecz ta jednostronność stosunku rodziców do
dzieci. Teraz, kiedy uczucia ojcowskiego [pow. być: ojcow
skie] we mnie się budzą zaczynam już na własnej skórze nie
jako odczuwać tę tragedję. Życie na statku: rano koło 7=ej budzą mnie na kąpiel.
Ubieram się, potem idę na śniadanie. Rozmowa z Francuzką
i z rodziną australską siedzącą naprzeciwko nas. Potem idę na
pokład i przedpołudniem piszę dziennik, trochę czytam. Ale
przerywam często, spaceruję, gadam i gram w sporty. Lunch;
potem słońce przechodzi na prawą stronę, zmieniam pokład
i czytam coś innego. Czytanie idzie mi powoli kiepsko. Grze
bię się w Notes & Querries. Trochę rozmawiam ze Stasiem,
chociaż mniej teraz, niż przedtem; wczoraj Staś był dość po
nury.
Niedziela 21.VI.14.
Na morzu Czerwonem, nawprost Jebel Tair [wyspa Jabal
at Tair] - Upał trwa wciąż jeszcze. Dziś rano czułem się tro
chę lepiej i spałem też trochę lepiej. Ale wczoraj wieczór
miałem chwile duszności i strachu; i musiałem opanować po
czucie paniczne, pochodzące od serca. Rano biorę zimną ką
piel. Wczoraj pracowałem rano nieźle; ale popołudniu zabra
łem się do gramatyki i tak mnie upał zmógł, że zasnąłem
i obudziłem się zupełnie zniszczony. Potem jednak pracowa
łem znowuż i czułem się nienajgorzej. Monotonia statku już
mnie tak nie nuży, przyzwyczaiłem się też do niektórych
podróżnych, mogę nawet powiedzieć, że ich lubię. Rozma
wiam głównie z Francuzami i Gibonem. Staś wczoraj wie
czór skomponował b, ładną melodję; speszyło mnie to trochę,
gdyż moja impotencja artystyczna zawsze mi dolega. Zarów
no w stosunkach do kobiety, jak i w stosunku do życia jest to
rzecz poprzez którą b. trudno mi się przedostać.
Ten dzień był jednak prawie że najgorszy. Czułem się
strasznie przez Niedzielę i Poniedziałek. Wściekłe duszenie,
niepokój i wstręt. Stan podobny do tego fatalnego lata w Lon
dynie. - [?] w nocy z Poniedziałku na Wtorek. Potem choro
ba morska. Pustka uczuciowa i umysłowa. Tylko czuję się
ździebełko lepiej. Połamanie okularów. Powolna rekonwale
scencja. Widywanie się z Francuzami. Czytam Jima [Lorda
Jima], który chwilami robi wściekłe wrażenie, i Master of
Ballantone. [?], 29.VI.14.
Wczoraj rano po kiepskiej nocy, wychodzę na pokład;
morze zielone (takie było przez całą Sobotę i czułem bliskość
Indyi i Ceylonu). Mgły nad lądem i chmury w głębi. Nie cie
szę się na Ceylon. Boję się próby klimatu i czuję się zmęczo
ny. Jazda [?]. Słońce przypieka. Debarkoder = altanka dwu
piętrowa. Czerwone gmachy nad brzegiem. Upał; nogi ledwo
207
wlokę. Idę do Fergusona. Potem nad morze. 1. [pierwszy] wi
dok kwiatów zwrotnikowych. Siedzimy nad morzem; rozmo
wa z Syngalezem. Morze zielone, przewala się dużymi fala
mi. Riksze. Jedziemy otwartymi polami; duże gmachy an
gielskie. Syngalezi półnadzy: w białych i czerwonych szma
tach; ciemne oczy, zapatrzone w dal nieznaną. Prawie nie wi
dać białych. Chłopcy syng[alezcy grają] w piłkę nożną. By
dło garbate. Małe domki, kryte dachówką; sklepiki otwarte
całą szerokością. Szeroka ulica, domki zasłonięte matami lub
drewnianą kratką. Typy w turbanach. Pogrzeb muzułmański.
Victoria Park. Bombay olbrzymi; drzewa duże o kwiatach
purpurowych; trawa dziwna, czerwona ziemia; odczucie
odmienności tropikalnej flory. Powrót nad jeziorem, palmy.
Mała i nędzna świątynia buddyjska. Spotkanie Lewnia i Heriteau; jazda na statek; lunch; spóźnienie na kolej. Tramwajem
do Cinnamon Gds. Małe uliczki o dziwnym charakterze; tar
gi owocowe; drzewo z obrazkiem Buddy; tłum różnobarwny.
Kobiety o płaskich nosach, poprzekłuwanych złotymi kolczy
kami. Kapłani buddyjscy w żółtych szmatach, kurwy (?)
święte w Czerwonych sukniach. Wysiadamy, [?] idziemy
przez brudne podwórka, między domkami; potem szeroką
ulicą. Zbaczamy między bungallows; wszędzie uderza wście
kła bujność flory. Potem boczną dróżką; otwierają się pola;
koło morza; wściekłe drzewo z pękiem sznurków, zwieszają
cych się i z ljanami. Poprzez domki krajowców w ogródkach
na pola golfowe. Z daleka ogrody palmowe i młaki. Wraca
my torem kolejowym. Bierzemy pociąg. Patrzę głównie na
kobiety, z ciekawością, ale bez erotomanii. Potem uliczkę
skośną; wy chodzimy na placyk, kupujemy banany. W domu
piję lemon squash; jazda do portu i kolacja w kawiarni syngalezkiej. Krótki spacer w native quarter; przemęczenie.
Mandauh & Lawalla [?] - Sobota 4. Lipca.
Jeden dopiero tydzień i to nie cały; ledwo przepołowiłem
czas. Wciąż silne zmęczenie i ociężałość. Umysł zupełnie
przyćmiony; nie potrafiłbym pracować intenzywnie; nie po
trafiłbym np. napisać artykułu. - Hotel w Colombo; weranda
szeroka, przykryte podwórza; otwarte pokoje jadalne; dalej
korytarz i pokoje sypialne. Śpię trochę lepiej niż na statku
pod moskitierą 1. [pierwszą] noc. Staś nie śpi; wstaje i zapa
la światło. Rano o 6'A śniadanie; potem tramem na Manadana. Czarne małpy udające Europejczyków w tramie dają mi
poczucie wyższości rasy białej. Za Colombo rozpoczynają
się zaraz lasy podzwrotnikowe, a raczej ogrody uprawne; pal
my dominują i nadają charakter; głównie palma kokosowa.
Pola ryżowe zamieniają kraj w płytkie bagniska, przerywają
ciągłość lasu wysokopiennego, nadają mu profil i urozmaice
nie; szmaragdowe kępy drzew w miękkim zarysie wśród ja
sno zielonych płaszczyzn.
Widzę po raz pierwszy białe kwiaty lotosu na bagniskach.
Jedzie z nami Syngalez i pokazuje nam palmy kokosowe, are
ka nut, plantacje kauczuku, herbaty; wymarłą plantację kawy.
Pejzaż swoją dziwnością i innością męczy mnie zwłaszcza
wobec [?] osłabienia. Zaczynam rozmawiać z Syngalezem.
Za Polgahawela wjeżdżamy w góry. Z płaszczyzny podnoszą
się wydłużone pryzmy, jakby ogromne namioty zielone, ostre
stożki, wyciągnięte w szpiczasty koniec, wyniosłe piramidy;
Hakgala Peak prześlicznie wygląda w dali. Droga [?] zaczy
na się wspinać naokoło kotlin, wznoszących się szybko tera
sami pól ryżowych na dnie, i plantacjami palm po bokach.
Widok staje się coraz szerszy. Olbrzymia pagoda piramidalna
208
Anagalla Peak wciąż dominuje pejzaż. Przejeżdżamy przez
tunel; widok otwiera się na rozległą dolinę. Chmury groma
dzą się coraz gęstsze; zasłaniają szczyty najwyższe; rzucają
cień na dalsze plany. Grube góry o niezmiernie dziwnych
kształtach [??] od południa (my wspinamy się po północnej
stronie); widać kopułę [?] okrągłą, zupełnie zamek św. Anio
ła. Nad nią wyniosły peak, zakryty we mgle, dalej ku wscho
dowi, w głąb lądu samotna [?]. Dolina cała i wszystkie góry
pokryte gęstym płaszczem roślinności; bliżej widać szaloną
jej bujność; ziemia naga prześwieca tu i ówdzie na polach
przygotowanych pod uprawę ryżu. Całość robi dziwne wra
żenie z powodu ciężkiej, dusznej monotonii roślin bujnych
uporczywie i bezlitośnie. Kształty na które różniczkuje się
bliższy plan nie mniej obce, męczące i przykre. Palmy wylakierowane, świetne, wytworne - dla oka przyzwyczajonego
do fantastycznej przypadkowości naszych drzew północnych
-jakby ironicznie zastygłe w nienagannej symetrii i popraw
ności form. Obok nich, dla skompensowania tego spokoju
i regularności, przyroda pozwala sobie na najdziwaczniejsze
koszałki, figle i igraszki - znów jakby naumyślnie z wyracho
waną złośliwością chciała zbić z tropu, uniemożliwić zrozu
mienie, zlanie się człowieka z otoczeniem. W tym kraju,
w którym brak powietrza, w którym człowiek wciąż dusi się
i męczy, w którym ślamazarnieje i omdlewa psychicznie, we
getacja panująca bezwzględnie i wszechwładnie z całym
okrucieństwem odmawia mu nawet platonicznego przygar
nięcia, otuchy i pokrzepienia. Odpycha go zupełnie i bezlito
śnie; z naciskiem zaznacza swoje jedynowładztwo. Nawet
rozległe widoki są dość obce.
W Kandy deszcz; wsiadamy do powozu. Widok stawku.
Jakaś cudowna, zaczarowana miejscowość. Straszna; prze
znaczona na wypoczynek, na zapomnienie, na życie chwilą,
tern co jest i minie - miejscowość pełna obietnic szczęścia.
Stawek u ujścia szeroki, w górę węższy wije się wśród górek
małych, obrośniętych olbrzymiemi drzewami. Jak sztuczny
ogródek japoński, zabawka zrobiona rękami ludzkiemi dla
człowieka. W samej rzeczy jeziorko jest sztuczne. Hotel na
zboczu wzgórza wyższego. Widać brzeg przeciwny. Naokoło
biegnie droga obsadzona palmami o nagich, zielonych i sza
rych pniach gładkich. Olbrzymie akacje i mimozy; pnącza
0 ciemno niebieskich kwiatach, patrzących jasnym uśmiech
niętym wzrokiem szczerości z pośród ciemnej, zbitej zieleni
liści. Na stokach wzgórz, pośród zieleni, wyglądają słupki
domków, willi europejskich.
Jestem mocno przytępiony; męczę się szalenie łatwo, stan
fizyczny nie pozwala mi intenzywnie doznawać, ani tęsknić
za szczęściem, ani wspominać, ani pożądać. Chwile energii
wydaję na przyjmowanie wrażeń, czasem odczuwam silniej;
zwykle odczuwam apatycznie, zewnętrznie. Wspominam
t i myślę o przeszłości; o tern co zostawiłem, myślę z przej
mującym, podświadomym bólem. Staram się pisać do Matki,
opisywać wrażenia; przychodzi b. ciężko. - 1. [pierwszego]
dnia po [?] (śpię?) jedziemy rikszami koło jeziorka; uderza
mnie niezwykła piękność i wytworność widoków; cienista
aleja nad wodą i niskie werandowate zabudowania buddyj
skiego klasztoru; roślinność. Jedziemy obok domu targowego
do poczty. Potem ulicami; kupujemy ubrania u Cargilla. Sze
rokie, jasne uliczki; straszne smrody; leniwe, ociężałe posta
ci Syngalezów i [?] o wspaniałych, bogatych ubraniach
1 dzielnych, otwartych gębach. Jedziemy do meczetu. Śliczny
widok na jeziorko i zachodnie wzgórza, wysokie, pokryte
plantacjami herbaty. Potem obok ogrodów i pałacyków, świą
tynia Sziwy, jedziemy ku jedynym zabytkom, dość marnym.
Resztki pałacu królewskiego, świątynia św.[?]. Wieczorem
oprowadzanie po świątyni. Irytuje mnie raczej z powodu cią
głego żebractwa. Świątynia otoczona murem, wznosi się na
terasie, czy raczej na szeregu terasów. Składa się ona z całe
go mnóstwa kaplic, korytarzy, przybudówek, zakamarków.
Główna budowla jest to malutki dwupiętrowy domek czwo
roboczny, pokryty olbrzymim dachem, z werandą biegnącą
naokoło. Pomalowany lichymi freskami o naiwnem, bezstylowem pacykowaniu. Nie dotarliśmy do jego wnętrza.
W podwórzu wewnętrznem, otaczającym ten domek, a oto
czonym otwartymi nań werandami, roi się od ludzi, przekup
niów kwiatów, betelu, kadzidła; ciemne, półnagie postaci,
krzątające, przesuwające się cicho i leniwie. Mają coś kłam
liwego i żebraczego w sobie. [?] domek ośmiokątny, piętro
wy; rodzaj niskiej wieżyczki z cudnym widokiem na jezioro.
Radża pokazywał się stąd poddanym. Wnętrze pełne świeci
dełek i świętości, zaczynając od złotych posążków wysadza
nych klejnotami i poobwijanych w szmaty haftowane [?],
kończąc na oleodrukach świeżo sprowadzonych z Europy.
Posążki i posągi Buddy wszelkich rozmiarów i najróżnorodniejszych motywów; złoto, srebro, alabastr, kamienie stiuku[?]. Wszystko powstawiane pod kloszami lub poobwijane
w szmatki, bez symetryi, ładu lub bezładu artystycznego;
przypomina trochę salon burżuja niekulturalnego lub [?] izbę
chłopa, trochę pokój dzieci, bawiących się w święte misterja.
Kaplica za świętymi posągami Buddy; złotym, kryształo
wym; cały szereg znowuż. Jakaś żądza i upadek wisi nad
wszystkiem. Monotonna muzyka [??] Słychać ją tu wszędzie
pod wieczór i w południe. Z daleka brzmi, jak suchy bełkot
pustej beczki wiezionej po kamienistej drodze.
Pod przykrem wrażeniem znów jednej rozproszonej iluzyi, tajemnicy, która rozpłynęła się w nicość wychodzę ze
świątyni: Buddyzm w swej brutalnej, pospolitej formie
przedstawił mi się jako coś jałowego; coś, co znam już z tan
detnego katolicyzmu Włoch Południowych; coś, co nie ma
czaru dziwnych efektów artystycznych, [?] i opartych o wie
kowe tradycje. Śpiew muezina na minarecie; dźwięk dzwo
nów w kościele wydaje mi się czemś pełnem tajemniczych
wezwań w porównaniu z tern suchem telepaniem pustej becz
ki. Pierwsze zetknięcie z zupełnie nową kulturą, od której się
człowiek bóg wie nie co spodziewał, pierwsze wrażenie zu
pełnie nieznanego kraju, religii, pejzażu są zawsze pełne ta
kich rozczarowań. Czasem tylko, bardzo rzadko szczęśliwy
zbieg okoliczności: świeża, wypoczęta myśl, dobrze nasta
wiona wrażliwość, szczęśliwe ustawienie warunków w danem miejscu pozwala uchwycić od razu, treść nowego świa
ta, wartość piękna w nowem otoczeniu. Następuje wówczas
jasnowidzenie, ujęcie nagłe i głębokie rzeczy niespodzianych
i pięknych, bo prawdziwych - jeden z najszczęśliwszych ty
pów przeżyć. Niestety w tej podróży takiego szczęśliwego
zbiegu okoliczności nie mam, choćby z powodu troski o przy
szłość, o aklimatyzację w tropikach i wielkiego zmęczenia
gorącem.
Hotel: obiady i lunch obfite; jedzenie średnie; pokój
chłodny i comfortable. Gniewa mnie obsługa, cicha, pełzają
ca i [?] ubierający się do obiadu; niesympatyczni Anglicy,
najwidoczniej nie mający nic ciekawego do powiedzenia.
Następnego dnia spacer do Peradeniya. Deszcz siąpi. Je
dziemy cały czas ulicą podmiejską. Ogrody; rozłożyste drze
wa nad drogą; domki niskie, białe za sklepikami; czasem
otwarte całą szerokością na ulice i zastawione matami i krat
ką. Zawsze wyłazi z ciemności jakaś postać brązowa, półna
ga, jakieś szmaty czerwone lub białe; głowa, para oczów du
żych, pustych, wilgotnych. Ulica zresztą dość martwa, nie ma
życia, nie ma zdarzeń, nie ma zabawy i zabawnego lenistwa,
włóczęgostwa. Ogrody botaniczne śliczne; zmęczony jestem.
Bambus olbrzymi; tryska zieloną fontanną z ziemi. Jak wiatr
wieje słychać turkot olbrzymich - hałas uderzających o sie
bie, skrzyp gigantycznych kół, jęki; jakby jakaś nadpowietrzna walka olbrzymów na kije! Oglądamy lotosy na stawie;
wiktorja ragja; palmy taliput; pandanusy; palmy Phoenix.
Rzeka o rdzawej wodzie płynie cicho, leniwie, jakby wypeł
niona gęstą, lepką cieczą. Drzewo fikus rozpuszczające setki
pędów z ziemi. Deszcz, ulewa nas łapie. Czekamy aż przej
dzie.
Po przespaniu idę do Bella, potem na Lady Horton's walk;
śliczny widok na Kandy; ptaki o ostrym, przeszywającem
grzechotaniu; motyle śliczne. Bell radzi jazdę wołami. - Wie
czór nad stawem. Ciemno i ciepło. Wysepka nasuwa kuszące
myśli o cudnym posłaniu miłości, gdzie [?] opasły król, w lu
bieżnym, olbrzymim uścisku posiadał kobiety śliczne; w du
szy noc, gdy niebo zdaje się nachylać nad ziemią i obejmo
wać ją ciepłem swego uścisku. - Ja idę jeszcze ulicami, wie
dziony jakby nieokreśloną nieczystą, mętną nadzieją ujarz
mienia czegoś co będzie mnie namawiać do złego. Przezwy
ciężam się; parę razy walczyłem już przeciw nieczystym my
ślom. Wracam koło świątyni i nad stawkiem do domu.
Na drugi dzień rano, rozstajemy się boleśnie z P[?]; idzie
my na L[ady] Horton's walk. Bajeczne, [?] gąszcze; motyle,
kwiaty. Cudny widok na Gangę i równinę na wschód od Kan
dy. Górki misterne, eleganckie w swem pogmatwaniu linii
i nieregularnej konstrukcji. Wśród szerokiej doliny płynie
znowuż mętna, brązowa Ganga. Mam dziwne wrażenie, że ten
cudny kraj jest pozbawiony czegoś, że jest to dekoracja pięk
na, której brak dramatu. Kraj o wartości historycznej, albo
kraj zupełnie dziki mają każdy swój urok odrębny. Ale kraj,
którego historja jest (w mej apercepcyi ignoranta) zbiorem
drobnych bezsensownych posunięć na szachownicy małostko
wej polityki drobnych radżów i wstrętnej polityki państw kolonizacyjnych; kraj, którego celem w dzisiejszych czasach jest
wzbogacanie plantatorów i spekulantów - taki kraj nie ma
żadnego uroku. Plantacje herbaty na tym prześlicznym krajo
brazie, szeroka dolina, na której powinna istnieć jakaś wspa
niała stolica, choćby w ruinach, nasunęły mi te refleksje.
W Kandy zakupy u Cargilla; jazda do Matali, osłabienie; po
mimo to patrzę na okolicę [?] w cieniu chmur. Ganga; drobne
płaszczyzny pokryte [??] i ogrodami; potem przejazd przez
Gangę; a potem jazda zboczem ślicznej doliny z wysoką górą
po przeciwnej stronie. W Matale radosne 1. wrażenie, że na
reszcie jestem w prymitywnym Ceylonie, w rest-kruzach, że
nie ma Europejczyków. Matale ślicznie położone u stóp stro
mej góry zielonej, pośród zieleni ogrodów. Decepcja; nie ma
noclegu; nie ma wołów. Idziemy do świątyni. Szeroka, barw
na ulica, znowuż wiecznie te same zbolałe, puste twarze; czer
wone i białe szmaty. Warkocze, hustki [sic], turbany.
Wychodzimy z miasta; mała świątyńka z rzeźbioną kopu
łą. - Potem szereg ogrodów; tu i ówdzie domek kryty da
chówką lub poszyciem z liści palmowych; znowuż wszędzie
omdlałe postacie. Spotykamy grubych, poważnych arystokra
tów czy plutokratów syngalezkich, którzy się zgromadzili
209
w Matale na wedding party i teraz jadą automobilem, dryndą
lub idą piechotą. Do świątyni prowadzi wazka ścieżka i scho
dy, skręcające na lewo (ku zachodowi) od głównej drogi.
Obok otwartej altany, służącej za schronisko podróżnym
i drzewa świętego Bo[?] przechodzi się w dziuplę [?]; olbrzy
mie liście ocieniają schody, którymi dochodzi się na jakie 4
piętra; z dołu już widać szare olbrzymie bryły [?] poustawia
ne przypadkowo, poopierane o siebie. W niektórych niszach
gnieżdżą się masy nietoperzy, w innych zakamarkach wbudo
wane są kapliczki. Główne złomy tworzą głębokie podwórko,
w którem znajdują się 2 kapliczki buddy. Obchodząc jeden ze
złomów wychodzi się na szersze podwórko, gdzie znajduje
się domek kapłanów, z tamtąd wejść można na szczyt jednej
ze skał, gdzie stoi malutka [?]. Widok z tej skały był tern, co
mnie najbardziej wzięło. Widać całą dolinę. Zachód słońca;
różowe chmurki na tle wszechobejmującej [?]. Góry (szczy
ty) częściowo we mgle; przez [?] wrota tu i ówdzie widać nie
bo błękitno zielone. Ten widok wziął mnie b. silnie.
Wracamy. Jazda przy księżycu. Szerszych widoków nie
ma. Bliższe plany ciekawe; śliczne efekty ze świetlikami; da
jącymi przerwane światło. W Kandy parszywy nocleg; pchły
i żyganie pijanego drania obok. Ranna jazda do A'pury. Z po
czątku czuję się dobrze i odczuwam po raz pierwszy silniej
bezpośredniej przyrodę. Śliczny szeroki widok na rozległą
dolinę; w odległości zamek św. Anioła i szpinach peaki.
Za Polgahawela jedziemy 1. klasą z 2=a mieszańcami, czy
Holendrami. Zaczyna się sucha dżungla; charakter zupełnie
inny, znacznie mniej egzotyczny. Niema ani [?] sztywnej fantastyczności palm z dzikością [?], oblewających ziemię falą
zieloną; ani nieustępującej na krok bujności i zieloności traw
i krzewów. Coraz więcej spalonej, suchej trawy i wyschnię
tych drzew, wył[acznie] drzewa, które potraciły liście. Dużo
krzewów kolczastych; suchych. Wszystko przypomina krze
wiaste zarośla Anglii.
W A' pura b. miły hotel. 1. dnia zwiedzamy na wózku z guidem. Mam tremę, czy mi się uda zrobić wyprawę wołami. Świątynia koło wioski; na szczycie dachu drzewo Bo. We
wnątrz leżący Budda i zwykłe statuetki. Potem jedziemy ku
południowi ku świątyni w otwartem polu; parę stawków
przed nią; nad nią Dagoba z ślicznym widokiem; za nią
staw sztuczny irygacyjny. Wracamy, oglądamy dużą Dagobę,
nie wychodząc z powoziku; potem jedziemy laskiem bez
podszycia między ruinami licznymi. Głównie szeregi słup
ków kamiennych ustawionych prostopadle; śliczny, podłużny
stawek, obok świątyni. Ruiny kwadratowe, z doskonale rzeź
bionym kamieniem półokrągłym. Refleksje o upadku kultury
w danym narodzie. Gromady małp między ruinami. Wraca
my już przy księżycu. W hotelu zaraz po obiedzie zasypiam
w krześle; następnie kładę się śpię jakie 12 godzin. Szalone
zmęczenie i przytłumienie; apatja. Podobna zresztą do tej, na
którą cierpiałem po przyjeździe do Las Palmas. Może i teraz
się przyzwyczaję.
Na 2. dzień idziemy koło 1 l=tej nad jeziorkiem, koło re
staurowanej dagoby do nowej dagoby, której dotąd jeszcze
nie widziałem. Gaj mimoz czy akacyi i fikusów; drzewa rzad
kie, bez podszycia; ziemia pokryta liściami zeschłymi; na le
wo staw podłużny; widocznie kąpiel dla słoni, a może i dla
ludzi, kapłanów. Na prawo dagoba, w [?] porosła trawą; Staś
na platformie z olbrzymich, płaskich kamieni. Po 4 stronach
małe kapliczki u jej stóp. Idziemy na szczyt tzn. taras dobrze
[?], na szczycie czworościennym. Na tern wazka wieżyczka,
40
210
zwężona ku szczytowi. Tam płaska platforma, osłonięta pół
okrągłym murem z jednej strony, otwarta na duże jeziorko
i cudny widok na góry. Szeroka równina; szaro zielone staw
ki, jasno zielone plamy pól ryżowych; niektóre pola wyschłe.
Nad większym stawem zeschły las o białych pniach i kona
rach. Bliżej widać sylwety dagobów; jest ich 4; świątynia na
małym [?]. - Staś ma fatalny dzień; nie patrzy, rozpacza,
mówi o sb. [samobójstwie?] . Miał pisać artykuł.
Popołudniu siedzimy w hotelu, siedzimy na tarasie. Księ
życ wschodzi. Przed nami w[ielka] niedźwiedzica; patrzę
z sentymentem na płnc [północ]. Na lewo wenus zachodzi; na
prawo wschodzi wega. Krzyż i centaur za nami. - Władowanie na bullock cast. [?] Idziemy kawał drogi piechotą; księ
życ; jednostajna powłoka światła i cienia miękiego przebija
ją złoto iskry świateł po domach, na straganach, w świątyni.
Słychać tamtam; ulice ruchliwe. Idziemy przez wieś; potem
lasem; przechodzimy tor kolejowy, rzekę Malantovia Gangu.
Kładę się spać; kiepski sen; człowiek idzie z nami i śpiewa;
wciąż spotykamy wozy; szalenie i [?].
Maradankadawala. Spacer wsią małą i nędzną. Jeziorko
nad górką, okrytą skałami. Idę na lewo nad stawem, lotusy.
Potem pod skałą; domki; wchodzę na górę; przede mną 2 po
la ryżowe, między nimi ścieżka prowadzi w dżunglę. Mała
świątynia buddy w skale. Idę w dżunglę; mało egzotyczny
charakter; zmęczenie; marzę o tern, jak będę o wspominał te
spacery po powrocie. Po wyjściu z dżungli (nizkie, akacjowe
krzaki; owady i motyle wspaniałe) jestem obsypany kleszcza
mi. Z pomocą moich przyjaciół obszukuję portki i skarpetki.
Dziś tylko jeden kleszcz wbił się we mnie i natychmiast ustą
pił pod jodyną. Wracam nad stawkiem; śliczny widok na gór
ki; małpy przelatują po drodze. Spotykam Stasia. Resztę cza
su w Rest Housie; rozmowa z Tamilem; pisanie dziennika;
Staś zaczyna artykuł b. dobrze .
Z Maradankadawala do Kekirawa droga b. jednostajna
między nizką i szarą dżunglą; trawa spalona; raz tylko widać
wzgórza nad dżunglą. Kekirawa mała osada; dużo wozów
[?]; jadą do A'pury na święto. Idziemy wieczór do dagoby.
Cudny widok na stawek i górki; pola ryżowe. Siedzimy dłu
go na dagobie; ja medytuję o prawdzie w życiu; czy postąpi
łem prawdziwie w stosunku do Retingerki, wracając do niej?
Czy miałem prawo się jej oświadczyć? Czy miałem prawo
całować ją jeszcze? Prawda prowadzi do nirwany, do niszcze
nia w sobie niektórych rzeczy i do utrwalania innych, do mumifikacyi ich. - Obiad; karaluchy. Śpię nieźle.
Dziś rano idę na spacer, po wale naokoło wyschłych staw
ków. Upał szalony; robię zdjęcia. Nad dżunglą widać góry
zamglone, choć niezbyt odlegle. Dżungla rzadka, czysta. Tyl
ko w punktach lepszej irygacyi oazy silnej zieloności; palmy
i podszycie buszu. Kobiety kąpią się w stawkach błotnistych.
41
42
6.VII.14.
Dziś dopiero czuję się trochę lepiej; mam poczucie jakby
jakiś ciężar spadła z głowy i łuska z oczu. Zdaje się po prostu
że dzień jest chłodniejszy. W każdym razie jestem znacznie
lepiej i jestem szczęśliwy. Wczoraj po powrocie ze spaceru
pisałem w resthousie b. leniwie. Pakowanie; breakfast; mam
kota moralnego z powodu omyłki keeper [stróż] i tego, że
Staś się nie wpisał w książce. Wieczorem okazuje się że kee
per okradł nas o 2 rupie.
Jazda dość monotonna. Z obu stron widać zielone ściany
dżungli suchej i nieefektownej. Siedzę w wozie i patrzę leni-
wie, jak drzewa wloką się. Szerokie mimozy jak otwarte pa
rasole; fikusy o poplątanych konarach i pędach, jak grupy za
jęte żywą i poufałą rozmową; trzymają się pod ramiona, wy
ciągają ręce, gestykulują. Miejscami roślinność zupełnie pu
stynna. Kaktusy i euforbie [wilczomlecz] posplatane w gęste
bukiety. Miejscami przerwa w dżungli; zielone pola ryżu, po
nad nimi dalszy widok na góry. Przejeżdżamy przez dojrzałe
pole ryżowe; ściernisko, na nim kopki zboża żółtego. Gdyby
nie nieregularna szachownica drobnych poletek możnaby się
czuć [jak] w Polsce, tak podobne są nizkie krzewy, stojące
bukietami i dużymi kopami w głębi pola. Bydło garbate, albo
też szare jakby bez sierści, w dużych rogach pustych.
Leśnych zwierząt prawie nie ma, nawet ptaków niewiele.
Przed [?] idziemy dużo o zmierzchu; z dżungli dochodzi głos
fletu i bicie w bemben; pierwszy raz muzyka buddyjska ude
rza mnie jako coś ładnego. Ale sama droga mnie nuży; napa
dy chandry za Galicją. Marzę jakbym to podróżował z rykszą
i automobilem. Marzę o możliwościach miljonerstwa. Rest
house obszerny; przed nim palmy w księżycu i ściana góry.
Po herbacie idziemy na spacer. Małe domki - typowe, mię
dzy szparami światła, ciemne postaci, łóżka.
Przy drodze widzimy, pod rusztowaniem z 4 pionowych
patyków i 4 rozłupanych kawałków bambusa, poziomo opar
tych o nie, siedzi człowiek nad stoliczkiem pokrytym kwiata
mi, kadzidłem i świeczkami: odprawia ceremonję magiczną.
Pomagamy mu parasolami przy zapaleniu świeczki. Odczy
tuje modlitwy i pali kadzidło nad węglami. To pierwsza, którą
widzę, ceremonia magiczna, odprawiana w świetle [?], pod
pokręconymi korzeniami fikusa, przez czarnego dyabła,
w otoczeniu tylko takich samych dzikusów, działa [?] i przej
mująco. Idziemy poprzez obozowisko pielgrzymów, którzy
recytują w otwartej halli jakieś godzinki buddyjskie, w górę
po pochyłej skale. Mała biała dagoba w świetle księżyca; da
leki widok na dolinę, [?] ku północy. Dyskutujemy o metafi
zycznej zawartości Buddyzmu v. Christianism.
W nocy śpię fatalnie z powodu herbaty. Wstaję o 7=ej
idziemy ku świątyni. W dzień te same miejsca wydają się
mniej [?], ale widok jest cudowny. Wspinamy się po gładkiej
skale na sam szczyt czapki. Na prawo okrążamy świątynię
i drapiąc się po nierównościach [?], przepychając się przez
gęstwę ściółki i wchodząc po euforbii wydobywamy się na
wierzch. Rozkosz chodzenia po zaokrąglonych, wylizanych
wodą płatach granitu. Ciemno szary z lekkim odcieniem cze
kolady, przypomina kształty olbrzyma, słonia. Wszędzie wi
dzę jakby olbrzymie zady, [?] zwierzęcia, zaokrąglone płaty
skóry. Charakter skały powolność, łagodność, osiadłość - coś
niby [?] olbrzymiego posągu Buddy patrzącego w dal. Ze
szczytu widok wspaniały. Z za profilu czapki wzrok spada
wprost na dół równiny, pokrytej gęstym lasem. Dalej, naoko
ło z równiny tej wznoszą się całe szeregi utworów górskich.
Na północ i na zachód równina jest stosunkowo najbardziej
czysta; tylko zrzadka wznosi się jakaś góra; niezbyt daleko
stożek regularny, dziwnie podobny do Wein[?]; dalej garbate
góry jak dromadery przyklękają po ładunek, leżą samotnie na
płaszczyźnie widać ich kilka, nie płaczą za sobą, samotne
i spokojne. Ku wschodowi zaczyna się trochę więcej ruchu;
z początku małe faliste pagórki, jak kopuły podłużnego me
czetu, potem grzbiet przerwany tu i ówdzie wystającą basztą
na koniec wyraźny łańcuch górski [?] na najbliższym planie
dwoma ostrymi grzbietami w główny trzon górski, wznoszą
cy się na południe i zakryty we mgle. W ten trzon wchodzi
szeroka dolina, biegnąca od stóp naszej czapki granitowej; po
prawej stronie wznosi się piramida o ostrych zarysach, trochę
podobna do Lodowego, otoczona kilku szpiczastymi iglica
mi. Dalej na prawo znowuż szeroka równina i tylko daleko na
horyzoncie przebijająca się przez zamglone powietrze drobne
łańcuchy górskie w miniaturze. Nad tern wszystkiem niebo
pokryte jasną warstwą cirrusów; niżej pędzą po niem białe
baranki. Wiatr szalony; chłodno i świeże powietrze. Zdołałem
uchwycić istotę swoistości tutejszego krajobrazu górskiego:
Ma się tu przed sobą zbiór najrozmaitszych, najbardziej
odmiennych typów górskich: piramidy o charakterze mło
dych formacyi plutonicznych; wyraźne wulkaniczne stożki;
iglice dolomitowe; kanty i czapki; dalej stolnice szerokie, [?]
faliste wzgórza i szczyty stojące samotnie. Wszystko to mi
niaturowe, zebrane w jednej panoramie jak na pokaz pod klo
szem olbrzymim - i w dodatku wszystko pokryte jednostaj
nym płaszczem zielonym, zamalowane grubym pokostem który nadaje wszystkiemu jakąś uprzejmość, łagodność i misterność - odejmuje grozę i majestat dziki najsurowszym
i najbardziej fantastycznym formom.
Świątynia cudowna. I . podwórko przywodzi kojarzenia
różnych kaplic polnych, miejsc świętych, klasztorów gór
skich. Przez otwarty, mały krużganek wchodzi się w ogro
dzone podwórze, z którego rozciąga się śliczny widok na Za
chód południowy. - Wewnątrz silne wrażenie robią olbrzymie
posągi Buddy leżącego, wykute w skale. Sklepienie pomalo
wane, zwiesza się łagodnymi, pofałdowanymi kształtami,
jakby jakaś kunsztowna tkanina, ciężka i bogata. Malowidła
dziwne, przy niepewnym świetle robią wrażenie rzeczy pięk
nych i stylowych. Bóstwa o ramionach i twarzy słonia; sceny
historyczne; procesje świętych - majaczą pośród pełzających
tu i ówdzie światełek i nadają pieczarze jakieś dziwne, zasty
głe i ślamazarne życie. Naokoło, w odległości jakich 2 me
trów od ściany, tyłem do niej obrócone siedzą postaci - zda
je się Buddy, w kucki, z liściami [?] wystająca z głowy. Wnę
trze świątyni zastawione małymi szafkami oszklonymi, posą
gami bóstw, kapłanów, świętych i [?]. Na prawo rozłożony
posąg Buddy. W 1. pieczarze, b. małej, jest on wykuty ze ska
ły o cudownym wyrazie twarzy, w sukni o ślicznie wyrzeź
bionych fałdach. Nalanda, 8.VII. 14.
Znowuż opadło mnie zmęczenie; przemęczenie i wyczer
panie. Powietrze tu trochę b=ej duszne niż w Dambulli - ro
ślinność zbliżona do flory kandyjskiej. Wczoraj w nocy śni
łem o n; o Lipsku - obrazy miasta przepojone szaloną tęsk
notą, mówiące sentymentem; byłem tam z t, a tęskniłem za n.
Rano obudziłem się z silnymi uczuciowymi falami; głównie
do n; właśnie dziś, jutro żegnałbym się był z nią.
Na morzu, z Fremantle do Adelaide, Środa 5.VIII.
Opis pobytu w Zachodniej Australii.
Ogólnie b. miły, pogodny, lekkomyślny nastrój. Brak za
fascynowania jakąś jednostronną podnietą uczuciową. Zain
teresowanie się głównie objektywnymi faktami; roślinnością
Zach[odniej] Austr[alii]; zwierzętami w ogrodzie; trochę też
problemami etnologicznymi. Nastrój par excellance nauko
wy. Pod koniec zaczynam się czuć trochę gorzej z powodu
kłótni ze Stasiem, ogólnego zmęczenia i , na samym końcu,
wiadomości o wojnie:
211
21.VII. Dzień przyjazdu. Wstaję o 6=tej. Kąpiel. Na po
kładzie deszcz; ciemno jeszcze. Budzenie się dnia; chłodne
go; różowe cienie na ciemnych chmurach, wlokących się
smugami deszczu po oceanie; zielone, zimne morze. Poczu
cie wyjścia z tropików; nowe poczucie geograficzne globu;
opasania ziemi. Fakt psychologiczny „poczuć geograficz
nych".
Fremantle jako szereg domów bez charakteru w oddali.
Długie czekanie na Le Sońifa i na Dakina ; niepewność co
do Stasia. L.S. przyjeżdża; duże, nieporządne, solidne chlopisko. Bryka w polskim stylu. Radość, że jestem gościem, że
nie muszę o wszystkiem myśleć i za wszystko płacić. Wy
jazd. Małe bungallows; pierwsze eukaliptusy i drzewa pie
przowe. L.S. objaśnia o mieszkaniach, o piaszczystym pasie,
mówi nam nazwy drzew. Rzadki las; puszyste, rozłożyste
drzewa o fantastycznych sylwetach. Przedtem małe krzaki
0 sztywnych konturach: [?] i puszysta haznarina podobna do
wiotkiej limby. Bierze mnie zainteresowanie botaniczne;
chciałbym zrozumieć położenie eukaliptusów w systematyce
botanicznej. L.S. mówi mi o charakterze liści eukaliptu. Pro
blem drzew liściastych i szpilkowych. Definicja drzew liścia
stych, jako mających 2 strony liścia odmienne. Przejeżdżamy
zwolna w czysty [?], bez domów; widzimy domki z blachy
giętej; małe, stojące na palach, czasem malutki jeden pokój ,
podobne do budki [?] albo centinelki. To domki osadników
lub robotników osiadających na roli. Jedziemy koło stacyi
„bez drutu" - potem przez rzekę; potem przez miasteczko
1 wjeżdżamy do S. Perth. Domek z drzewa, otoczony weran
dami na parterze i piętrze, pomalowany. Stoi na pagórku; nad
drzewami i pomiędzy liśćmi widać lazurową wodę zatoki.
Rano, budząc się widzę na lewo [?] wodę 'Cumming River',
na prawo Perth water. Za domkiem podwórze i 'ubikacje';
przed domkiem ogród; przechodzący w ogród zoologiczny.
Schodzi się na dół, z początku widok na wodę i brzeg prze
ciwległy; potem gubi się człowiek w ogrodzie. Eukaliptusy
po drodze. Wogóle wszystkie najważniejsze drzewa są Euka
liptusy.
Pani L.S. wychodzi na nasze spotkanie i wita b. serdecz
nie; ona jest niewątpliwie silniejszą indywidualnością w ro
dzinie. Szczupła, z ściągniętą twarzą, mogła być niegdyś dość
przystojna. Typowa protestancka ograniczoność poglądów
i zaciętość charakteru, połączona z dość dobrym sercem i po
czuciem swobody. Można z nią zupełnie dobrze wytrzymać;
tylko trzebaby jej ustępować w małych rzeczach.
1 .[pierwszy] lunch - jedzenie b. dobre. Jam figowy i śmie
tana odrazu pociągają moją uwagę. Po lunchu idziemy się
przejść po Zoo. Żółwie na dole, przewracamy je. Potem mał
py. L.S. bawi się z wężami; przyczepia się do nas 3 facetów
baciarowatych. L.S. zajmuje się b. intenzywnie niemi. Ła
zienka z ciepłymi kąpielami. Wracamy do domu i jedziemy
do Perth. Jazda przez rzekę wyjątkowo ładna. Sylweta Perth,
podnosząca się łagodnie na 2 pagórkach.
(Kończę w Poniedziałek 17.VIII. w Melbourne)
Ten widok - jeziorka z sylwetą małomiasteczkową i z sze
rokim horyzontem, kończącym się górkami na wschodzie
i zamkniętym pagórkiem lesistym tuż na Zachodzie - jest dla
mnie związany ze zrozumieniem uroku i piękności życia kolonjalnego. Zupełnie świeże, nowe, niewyst[ępujące] ani fak
tycznie ani w żadnej wyobraźni artystycznej widoki; szerokie
możliwości ekonomiczne, połączone z rzeczywistą twórczo
ścią nad dziewiczą ziemią - łatwość niezmierna stosunków
43
212
44
ludzkich i możność wybicia się - to wszystko są niezmiernie
silne węzły łączące człowieka z nową ziemią. Rzeczy,
których istnienia zupełnie nie przeczuwałem
Umieszczamu Stasia w Hostel; zciemnia się; jedziemy
z powrotem. W domu zastaję Leslie i Mildred, dwoje star
szych dzieci. Po kolacji siedzę z nimi w saloniku i rozmawia
my o geografii, o Ceylonie, o zwierzętach. Bawi mnie i robi
mi przyjemność adoracja i „upiedestalenie" z jakim mnie
przyjmują Mrs. L.S. & Miss Ry[?]. Wieczorem pokój mój b.
przyjemny; słyszę odgłosy dzikich zwierząt i skrzyp wiatraka
pompującego wodę. Jestem spokojny i zadowolony; czuje się
w domu; chandra ginie.
We Środę 22.VII rano idę do kąpieli, koło dzikich zwie
rząt, lwów i tygrysów. Śniadanie, przy którym długo gadamy.
Koło 12=tej idę sam do Perth. Stasia niema. Przychodzi Staś
i L.S. po kwadransie mojego czekania. Idziemy do Uniwersy
tetu, gdzie nikt nic nie wie - potem z Watsonem na lunch; po
tem plan dalszej wycieczki do Kalgoorlie i Merredin. Po lun
chu jedziemy tramem do miasta; rozmawiam z Irlandczykiem
w składzie zboża; o kopalniach złota i „prospecting"; p za
robkowaniu i „home [?]". Jedziemy końmi przez przedmie
ścia o rzadkich, niskich domkach wśród ogródków; potem
brodem; potem znów małe [?] domki z blachy lub drzewa
osamotnione w dziewiczym buszuf?]; domek Duraca . Black
z plemienia Loritja; badam go powierzchownie. Kobieta
z plemienia Płn. Zachodn. - Wracamy; zciemnia się; poprzez
most; drzewo na którym ostatni raz wieszano bez sądu. Le
Sońif dużo gada. Wieczorem kolacja; odprowadzamy Stasia
do Watsonów; kłótnia w hotelu. Opuszczam Westonów. Wra
camy z Miss Ragmont; ja daję popularny wykład o gwia
zdach (ekspansja subjektywna). Śpię krótko. Na drugi dzień
L.S. odprowadza mnie na kolej.
Czwartek 23. Długo ciągną się przedmieścia; potem ładne
widoczki przy wjeżdżaniu na Darling Range. Potem jedno
stajny [?] i „black boy" nadają charakterystyczny, egzotyczny
wygląd. Pola zborza [sic]szeroko rozłożone między puszczą.
Gdzieniegdzie centra b. zaludnione, Parę razy się pożywiamy.
Ja czytam handbook o W. Austr. - Wysiadamy; spotyka nas
wysoki, silny blondyn. Jedziemy polami; nastrój wsi polskiej.
Widzimy las we wszystkich stadjach; bujny i silny; [?] z obu
marłymi drzewami; spalony z brązowymi, umarłymi liściami;
odradzający się z zielenią, wykwitającą na martwym brązie
liści, jak grynszpan [??] wytrzebiony i czyste pole. Ściemnia
się; jedziemy koło [?] Station. Kolacja w dużym, zacisznym,
ogromnym pokoju. Oglądamy narzędzia rolnicze i maszyny
do koszenia (a raczej obcinania czy wybierania ziarna),
młócenia, wiania i segregowania zboża. Maszynę do rozbija
nia grud i.t.p. Krótki sen - nastrój spokoju, odcięcia od świa
ta. Szybka i pełna naprężenia jazda na stację. Wspaniały, na
oko, pociąg. Wygodny compartyment. Rano śniadania w wa
gonie, Niski bush, wśród czerwonej ziemi. Górki i ładnie po
łożone Kalgoorlie z daleka. Poznaję Mr. i Mrs. [?]
W Kalgoorlie (Piątek 24.) zimno; czyste, przejrzyste
i ostre powietrze. Czerwona ziemia i seledynowe niebo.
Barwne domki. Idziemy ku poczcie; Mr Bolton; poczucie
zbytniego uhonorowania. Tramem do Bonlder; potem idzie
my; Hamilton. Ridge[?] oprowadza nas po górze. Młoty roz
bijające greenstone; potem bale tłukące go; młyny wilgotne;
na dnie rtęć. Bierzemy w rękę ciemny, gęsty amalgam złoty.
[?] Czarne błoto, zawierające 70% procent złota. Złoto wy
pieczone. Lunch u Hamiltona. Przebieramy się w niedzielne
45
46
ubrania i kapelusze i idziemy ku [?] Jazda windą na dół. Spa
cer po sztolni; system przekopywania się całą szerokością,
a raczej grubos'cia kopalni. Hamilton daje mi próbki złota;
wracamy automobilem. O mało co nie spóźnieni. Kupuję sle
eper dla siebie i Stasia. - Staś' wyjeżdża z pretensjami o Śro
dową kłótnię, co mnie przyprowadza do wściekłości. Kola
cja; źle przespana noc. Sobota 25 w Perth przyjeżdżamy; telefonuję do L.S. Pro
tector of Aborogines, który przyjeżdża po nas bryką. Jedzie
my miastem nad jezioro. Znów wesoły, swobodny, miły i nie
estetyczny charakter miasta, przedmieść. Wracamy mostem
z rybami i żółwiami. Lunch; popołudniu spacer po Zoo
z Kingsmillami; wieczorem idziemy do N.W.D. Campbell.
Oglądanie narzędzi aboriginów.
Niedziela 26.VII. Wycieczka do Cussacka. Rano przebie
ramy się. Potem jedziemy zwykłą drogą (tagarocta, złota aka
cja w kwiecie, drzewo z wisielcem) przez most do Guilford,
gdzie konny policjant nas oczekuje. Blacks camp. Rzucanie
boomerangów, które wszystkie wracają. Nie mogę zebrać
żadnych określonych wiadomości. Lunch w rozwalonym do
mku. Jazda do Cussacków, Staś siada na froncie. U Cussacków mam długa rozmowę z nim. Następnie herbata. Dostaję
wommerę i churinge[?]; obie dobre. Powrót, późnym wieczo
rem. Rozmowa, w kt[órej] St[aś] napada na mnie i peszy
mnie, tak, że mam noc [?]; choć odnoszę się do niego pacy
ficznie.
Poniedziałek 27. Wycieczka do fermy pomarańczowej.
Aha, w powrotnej jeździe poprzedniego dnia robię zgodę
z panią Lud. cofanie się na wszystkich punktach paradoxow
i jestem z nią nadal w miłych stosunkach. Jedziemy jak zwy
kle aż do Gulford. Potem bushem, zbieramy kwiaty, których
mnóstwo. Jedziemy wąwozem pod górę. Bush na górze [?];
mniej kwiatów. Przyjeżdżamy późno; chłodny lunch. [?] i Giles'em; potem spacer po farmie; jestem osłabiony i ciężko
chodzę. Ładna, malownicza dolina; gaje płoną pomarańczami
na tle jasnego lazuru nieba; powietrze czyste, cudny zapach
żywicy aromatycznej jak woń [?]. Wracamy piechotą pod
górę; siadam; jedziemy nocą. Dr. L.S. opowiada mi historje
o wychowaniu dzieci. Przyjeżdżamy późno; kolacja; Staś wy
chodzi wcześnie (i robi mi awanturę tego dnia a nie poprze
dniego jak zanotowałem).
Wtorek 28. Rano idę do Campbella i dostaję dużą ilość
fajnych rzeczy i ciekawych informacyi; mówimy o użytku
wielu przedmiotów; boomerangów i.t.p. Potem o ceremonii
inicjacyi; pokazuje mi ciekawego penisa z drzewa i z kamie
nia, którego pokazują chłopcom przy inicjacyi. - Potem idę
na lunch; potem przebieram się i idę na recepcję. Długa roz
mowa z gubernatorem i jego żoną. Rozmowa z vicegub. i Sir
Johnem Forestem. Spacer po ogrodzie; zabranie Stasia; po
wrót do domu. Wieczór w domu.
Środa 29. Rano wizyta w muzeum. Haddon , Glonert,
Scharff i.t.p. Popołudniu, po lunchu Camming i Protector
aboriginów; potem znów idę do muzeum, zamknięte, wracam
do domu.
Czwartek rano jadę do nowej Norcyi.
47
[Odtąd zaczyna się następny zeszyt a zarazem opubli
kowana w języku angielskim część dzienników pt. A Dia
ry in the Strict Sense of the Term]
Port Moresby, 20. Września 1914.
1 .Września rozpoczyna się nowa epoka w moim życiu: sa
modzielna i samotna wyprawa w tropiki. We Wtorek,
1 .IX. 14. odprowadziłem Brit. Ass. Do Toowoomby. Rozmo
wa i zaznajamianie się z Sir Oliwerem i Lady Lodge ; ofia
rowanie mi pomocy przez tegoż; moje fałszywe położenie
i „sprostowanie" przez Stasia. Pożegnanie z Desire Dickin
son; wściekłość na Stasia, która przerodziła się na głęboki
żal, trwający do tej chwili - to wszystko należy do poprze
dniej epoki, do wizyty z Brit. Assem w Australii. Wróciłem
sam do Brisbane wagonem salonowym; czytałem po drodze
Handbook australski. W Brisbane poczucie opuszczenia i sa
motności. Samotna kolacja. Wieczorami rozmawiam
z Grabnerem i Pringsheimem, którzy mają nadzieję, że bę
dą mogli wrócić do Niemiec; mówię z nimi o wojnie. Otwar
ty na sień, tandetnie umeblowany salon hotelu Danieli wiąże
się ściśle z tą epoką. Pamiętam wizytę rano w muzeum, do48
49
Witkacy, Pejzaż australijski, 1923 rok. Pastel.
Ilustracja za: Anna Micińska, Witkacy. Życie i twórczość. Warszawa 1985
213
5
kąd Pringsheim mnie odprowadza. Wizytę u Burnsa Philpa ";
wizytę u złotnika. Spotykam z Brownem , w Piątek rano,
który idzie tego dnia na lunch do Mayo'ow . We Czwartek
wieczór jadę do Dr=a Douglasa , ażeby pożegnać się
z Gol[d]ingami i dać Goldingowej list do Stasia, oraz oddać
jej książki. Chłodna noc księżycowa. Tramwaj jedzie podgórę, widzę przedmieście położone nisko, u stóp pagórka.
Boję się, że się zaziębię; U doktora spacer z jego siostrą, tłustawą blondynką. Potem przyjeżdżają Gold[ingowie]. Ponie
waż odczuwam silną tęsknotę za Brit. Assem. Odnoszę się do
nich z sentymentem, na który jednak nie znajduję oddźwięku.
Rozmowa o ich wycieczce; tańce na polance.
Znacznie milszy i b=ej osobisty wieczór u Mayo'ow. Wie
czór; deszcz pada; po kolacji jadę ku promowi; pogoda je
szcze; prom na rzece oświetlonej księżycem przez chmury.
Idę pod górę i błądzę; deszcz. Mayo spotyka mnie z paraso
lem. Rozmowa o możliwości rezygnacji Seymura o planach
na lato, o możliwości wspólnego spędzenia wakacji i.t.p. Nie
51
52
53
1
Ventnor na wyspie Wight u południowych wybrzeży Wielkiej Bry
tanii.
2
Annie Brunton, patrz poprzednie odcinki.
Otolia Retingerowa, Tośka.
W Breńa Baja na Wyspach Kanaryjskich Malinowski mieszkał
przez półtora roku po zakończeniu studiów.
Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego, Kraków 1915
G B . Shaw, Kandyd, 1896, drwił tam z ogólnego poglądu na ludz
ką siłę i słabość i na dążenia walczących emancypantek.
Kasia Chłapowska była przyjaciółką Otolii Retingerowej.
Malinowski jeszcze w październiku 1913 roku starał się w AU
o „udzielenie mu zasiłku z funduszu obrotowego fundacji s'p. W. Oslawskiego (...) celem przeprowadzenia badań z zakresu socjologii.(...) ma za
miar pracować nad zagadnieniami odnoszącymi się do ogólnej teorii wie
rzeń pierwotnych oraz nad etnologią ludów Afryki Północno-wschodn."
Zarząd A U na posiedzeniu 10.1.1914 przyznał Malinowskiemu zasiłek
w kwocie 300 koron. Patrz opracowane przeze mnie Listy Bronisława
Malinowskiego, w: M.Flis, A.K. Paluch, Antropologia społeczna Broni
sława Malinowskiego,
Warszawa 1985, s. 271-272. Nie wiadomo czy
chodziło o to stypendium czy o jakieś' inne, o które jeszcze się starał.
I
4
5
6
7
8
9
Możemy tutaj przywołać wspomnienia pani Tośki o swych wizy
tach u Conrada: „Mieszkał podówczas z rodziną w Capel House, w hrab
stwie Kent. Mały, skromniutki domek stał w odosobnieniu od wsi, wej
ście oplatały gałązki pnącej rośliny, nie pomnę już jakiej. Wokoło były
łąki, liściaste laski, miły spokojny krajobraz, pełen prostoty i pogody. Je
chało się z Londynu parę godzin do niewielkiego miasteczka Ashford.
Tam na stacji po raz pierwszy zobaczyłam Conrada". T. Zubrzycka, Syn
dwu ojczyzn, „Iskry" 1931, t. 9, s. 122
1 0
Mówi! „dużo o literaturze, ulubionych autorach, o francuskich mi
strzach słowa, których podziwiał. Mówił wtedy chętnie po francusku.
W angielskim miał zawsze bardzo wyraźną cudzoziemską wymowę. Po
polsku mówił czysto, swym przemiłym ukraińskim akcentem. Czasem
brakło mu jakiegoś słowa, wpadał znów we francuski", tamże, s. 124
J. Conrad, The Return, 1897 (Powrót). Najbardziej nielubiany
przez autora utwór. Nowela o rozkładzie mieszczańskiego małżeństwa.
Widać, że Malinowski odnosił treść Powrotu do swej własnej sytuacji.
Notes & Queries on Anthropology, London 1912, wyd.4, B. Freire-Mareco i J.L. Myres (eds) były jakby podręcznikiem prowadzenia ba
dań terenowych opracowanym przez W.H.R. Riversa, zawierały indeks
kwestii, które muszą zostać poruszone. W duchu N . & Q. napisana zosta
ła pierwsza monografia terenowa Malinowskiego, The Natives of Mailu,
patrz: M . Young, Introduction w: Malinowski among the Magi, London
1988
II
12
214
zmiernie sympatyczni ludzie. Wracam ku tramowi. Znajomy
konduktor, przypominający Litwiniszyna . Dużo pijaków.
W ogóle w Brisbane nie czuję się bardzo dobrze. Silna tre
ma przed tropikami; wstręt do gorąca i duszność - rodzaj pa
nicznego strachu przed możnością tak strasznego upału, jak
ten, który miałem w Czerwcu i Lipcu. Zastrzykuję arszenik,
po sterylizacji szprycy w kuchni. W Sobotę (dzień elekcji) ra
no jadę do muzeum ażeby ofiarować książkę dyrektorowi,
potem załatwiam lekarstwa (kokainę, morfinę i emetynę)
i wysyłam rekomendowany list do Seligmana oraz szereg l i
stów do Mamy.
Po zapłaceniu przesolonego rachunku jadę na statek. Gru
pa osób odprowadzających; o 12A wyjeżdżamy. Mayowie
stoją na brzegu; patrzę na nich długo przez lornetkę i macham
chustką - czuję że żegnam się na pewien czas z ludźmi mnie
życzliwymi i z cywilizacją. Jestem dość przygnębiony; mam
zasadniczą tremę i nieufność, czy podołam zadaniu, które
mam przed sobą.
54
J
13
Szpotańscy byli bliskimi krewnymi Malinowskiego ze strony mat
ki, wydaje się, że odwiedzał ich także z powodów finansowych.
Może chodzić o kuzynkę Mancie.
August Zaleski (1883-1972), dyplomata, z wykształcenia historyk;
podczas I wojny świat, działał w Wielkiej Brytanii jako emisariusz obo
zu niepodległościowego. Od 1918 w pracy dyplomatycznej (na placów
kach w Szwajcarii, Grecji, Włoszech); 1926-32 Min. Spraw Zagr, także
w rządzie Sikorskiego.
14
15
16
Żenią Zielińska była malarką, przyjaciółką Żuławskich, którą po
znał zapewne u nich w Zakopanem. Bardzo się w niej kochał. Tej miło
ści dotyczą wcześniejsze dzienniki.
Józef Rydel prowadził Biuro Akademii Umiejętności jako jego Adjunkt.
Józef Rostafiński (1850-1928), botanik, prof. UJ, dyrektor ogrodu
botanicznego, aktywny członek A U . Z tego powodu mógł mieć z nim
Malinowski kontakty.
17
18
19
August Witkowski, ur.1854, fizyk, prof. UJ, członek A U , jeden
z najważniejszych mentorów Malinowskiego zmarł 12 stycznia 1913.
Edward Strassburger (1882-1923), ekonomista, prof. uniw. w War
szawie od 1916, zwolennik kooperatywizmu, w którym widział urzeczy
wistnienie ustroju społ. opartego na zasadach sprawiedliwości spol.
Jerzy Żuławski (1874-1915), pisarz, miłośnik i znawca Tatr, zmarł
na tyfus jako żołnierz Legionów Polskich.
Bolesław Ulanowski (1860-1919), historyk i prawnik, prof. UJ,
Sekretarz Generalny AU od 1901.
Pani Maria Witkiewiczowa prowadziła od 1912 r. pensjonat „No
sal" na Bystrem, bez większego powodzenia zresztą.
2 0
21
2 2
2 1
2 4
Pensjonat „Konstantynówka" prowadziła p. Aniela Zagórska, ku
zynka Conrada i matka późniejszej jego tłumaczki, też Anieli.
W Lowranie na płw. Istna przebywał na kuracji Stanisław Witkie
wicz, spędził tam kilka lat (1908-1915).
Karol Szymanowski mieszkał wtedy w „Nosalu" u p. Witkiewiczowej.
Malinowski w młodości często mieszkał u znajomego gazdy na
Olczy.
J. Conrad, Nostromo, 1904
Może chodzić o Maurycego hr. Zamoyskiego (1871-1939), polityka
i działacza wielu organizacji kulturalnych i oświatowych. Z późniejszego
fragmentu wynika, że Malinowski także u niego szukał pomocy finansowej.
G.C. Seligman, Brytyjski antropolog, autor min. The Melanesians
of British New Guinea, 1910
' Zdzisław Jachimecki (1882-1953), muzykolog i kompozytor,
późniejszy prof. UJ, przyjaciel K. Szymanowskiego. W 1914 został
2 5
2 6
2 7
2 8
2 9
3 0
J
członkiem Komisji Etnograficznej AU (a w 1947 czł. zw.), mógł to być,
poza towarzyskim, powód spotkania z Malinowskim.
Maria Antonina Czaplicka (1886-1921), studiowała w Londynie
i Oxfordzie (jako stypendystka Kasy im. Mianowskiego), od 1912 wy
kładała etnologię na uniw. oxfordzkim (była pierwszą wykładowczynią
w dziejach tej uczelni), londyńskim i bristolskim. W latach 1914-15 pro
wadziła badania terenowe na Syberii, jako uczestniczka wyprawy nau
kowej, finansowanej przez uniwersytety w Oxfordzie i Filadelfii.
W szczególności badała kulturę Tunguzów u ujścia rzeki Jenisej i kultu
rę Samojedów. Prace na ten temat przyniosły jej duże uznanie choć mia
ła kłopoty z uzyskaniem stałej posady. Problemy te wraz motywami na
tury sentymentalnej spowodowały jej samobójczą śmierć. Patrz D. Col
lins i J. Urry, A flame too intense for mortal body to suport, „Anthropology Today" 1997, vol.13, no 6, s.18-20. W roku 1998 ma zostać wyda
na czterotomowa edycja Collected Works Czaplickiej przez Curzon
Press.
3 2
3 3
Roger Fry (1866-1934), brytyjski historyk i krytyk sztuki. Mali
nowski przyjaźnił się z jego siostrą.
Westermarck (1862-1939), socjolog, filozof i antropolog, wykładał
na uniwersytecie w Helsinkach i Londynie. Malinowski w czasie swych
studiów w LSE pracował pod jego kierunkiem.
3 4
3 5
Nieoceniona pani Otolia tak tę wizytę wspominała: „Nastał dzień
wielki, gdy Conradowie z chłopcami przybyli do Londynu i zamieszkali
u nas. - Byłyśmy obie z moją irlandzką gospodynią pełne obaw i niepo
koju, czy dogodzimy tak miłym, rzadkim gościom? - Mieszkanie, choć
szczupłe, dało się urządzić dość wygodnie. Goście zajęli dwa pokoje na
piętrze, nie przeczuwając, że gospodarstwo mieszczą się z trudem na ka
napkach na dole. - Zajmowaliśmy podówczas jedno z tych wygodnych,
umeblowanych 'apartaments', urządzone wyjątkowo niebanalnie przez
artystę malarza. - W czarnym saloniku, pełnym barwnych plam, przyj
mowałam upragnionych gości z biciem serca młodej i niedoświadczonej
pani domu", Zubrzycka, op. cit., s. 141
1 6
Jan Lewiński (1885-1930) ekonomista. Studiował w Antwerpii,
Londynie, Berlinie, Brukseli (gdzie się doktoryzował) i Lipsku W 1912
przedstawił cykl wykładów w L.S.E., które ukazały się drukiem pt. The
Origin of Property, London 1913, po polsku w „Ekonomiście". W 1913
podjął próbę habilitowania się na jej podstawie w UJ. Próba ta nie powio
dła się mimo pochlebnych opinii. Po wojnie pracował jako prof, ekono
mii na kilku polskich uniwersytetach.
3 7
Robert Mond, jak pisał w Podziękowaniach na wstępie Argonau
tów Zachodniego Pacyfiku sam Malinowski: „umożliwił mi tę pracę
przyznając mi przez pięć lat (1914 oraz 1917-1920) Stypendium Podróż
ne im. Roberta Monda (Uniwerytet Londyński) w wysokości 250 funtów
rocznie"
Pudełko było potrzebne Witkacemu na farby, gdyż obawiał się, że
w tropikach zjedzą mu je mrówki.
Andrzej Strug (1871-1939), prozaik i publicysta, działacz socjali
styczny i niepodległościowy w latach 1907-14 przebywał w Paryżu,
gdzie wstąpił do PPS-Frakcji Rewolucyjnej i uczestniczył w pracach
Związku Strzeleckiego, członek POW.
3 8
5 9
4,1
Dagoba to typ monumentalnego relikwiarza buddyjskiego wystę
pujący na Ceylonie (odpowiednik indyjskiej stupy)
Witkacy musiał być rzeczywiście w fatalnym stanie, bo 2.VII. 1914
napisał list do „Władz Ceylonu" wyjaśniający powody swego planowa
nego samobójstwa: „Po utracie mojej narzeczonej, która popełniła samo
bójstwo, przed czterema miesiącami chciałem się zabić. Moja rodzina
doradziła (!) mi udanie się w podróż. Mój przyjaciel (jeden z dwóch mo
ich najlepszych przyjaciół) wybierał się właśnie na Nową Gwineę z wy
prawą naukową. Był tak uprzejmy, że do sumy, jaką rozporządzałem, po
życzył mi pięćdziesiąt funtów szterlingów i zabrał mnie ze sobą w bar
dzo złym stanie psychicznym, na skutek czego miał wiele kłopotów. On
był tak dobry jak najlepszy brat. I jest mi bardzo przykro, że jestem zmu
szony popełnić wobec niego taką niegodziwość i opuszczam go w jego
niebezpiecznych wędrówkach. Ja jednak widzę, że podróżowanie za
miast poprawić mój stan sprawia mi okropne cierpienie, ponieważ fakt,
iż ja mogę oglądać piękne rzeczy, których Ona nigdy nie zobaczy, czyni
mnie w najwyższym stopniu nieszczęśliwym. Jeszcze bardziej niż byłem
poprzednio. (...) Proszę wybaczyć mój okropny angielski" S I . Witkie
wicz, Listy do Bronisława Malinowskiego, s. 77-78
4 1
4 2
Artykuł ten pt Z podróży do tropików, ukazywał się w częściach
w piśmie „Echo Tatrzańskie" dopiero w 1919 roku (nr 15-18). Przyjadę
le musieli na gorąco wymieniać wrażenia bo oba teksty są do siebie bar
dzo podobne (przynajmniej w warstwie opisowej).
Osoba, o której mowa pochodziła ze znanej australijskiej rodziny
przyrodników: Albert A.C. Le Souef był dyrektorem Ogrodu Zoologicz
nego w Melbourne. Trzech jego synów kontynuowało te zainteresowa
nia: Dudley odziedziczył stanowisko ojca i pisał książki o przyrodzie au
stralijskiej; Albert prowadził ZOO w Sydney; Ernest (1869-1937), który
gościł Malinowskiego, był dyrektorem Ogrodu Zoologicznego w Perth.
4 3
4 4
William John Dakin (1883-1950), zoolog. Wykładał w Belfaście,
Liverpoolu i Londynie, w 1913 otrzymał tytuł pierwszego profesora bio
logii na nowoutworzonym Uniwesytecie Australii Zachodniej. Był także
doradcą rządowym.
Durack, tak nazywała się duża rodzina farmerów-pionierów,
którzy pierwsi rozpoczęli hodowlę bydła na wielką skalę w zachodniej
Australii.
Chodzi zapewne o specjalne wydawnictwo z okazji kongresu Bri
tish Association for the Advancement of Science, którego członkami
w 1914 roku stali się obaj podróżnicy. Mieli z tego powodu bezpłatne bi
lety kolejowe w Australii podczas trwania zjazdu. Patrz, L. Paszkowski,
Malinowski i Witkacy w Australii, „Wiadomości", Londyn 1972, nr 41,
43/44
4 5
4 6
4 7
Alfred C. Haddon (1855-1940), „ojciec antropologii w Cambrid
ge", z wykształcenia zoolog, prowadząc badania przyrodnicze nad cie
śniną Torresa doszedł do wniosku, że bardziej pilne jest badanie tamtej
szych krajowców. Następna wyprawa (1898) miała już charakter antro
pologiczny i uczestniczli w niej m i n . : W.H.R. Rivers, CS. Myers, W.
McDougall, C G . Seligman.
4 8
Sir Oliver Lodge, wybitny fizyk, zainteresowany także problema
tyką psychologiczną, opublikował także szereg prac usiłujących połą
czyć religijny i naukowy punkt widzenia. Od 1900 był rektorem uniwer
sytetu w Birmingham.
Fritz Grabner (1877-1934), etnolog niemiecki, wybitny przedsta
wiciel podejścia kulturowo-historycznego w etnologii. Z wykształcenia
historyk. Razem z B. Ankermanem twórca koncepcji kręgów kulturo
wych. Nigdy nie przeprowadził badań terenowych. Gdy znalazł się
w Australii na zaproszenie rządu australijskiego, wybuch I wojny świat,
uniemożliwił mu prowadzenie badań, gdyż został internowany i wypu
szczony dopiero w 1919 r. Jednak wykorzystał ten czas na studia, po
równując mity ludów indo-europejskich, mongolskich, polinezyjskich
i hamicko-semickich, a także badając kalendarze starego i nowego
świata.
4 9
5 0
Firma „Burns, Philp and Co. Ltd" między innymi obsługiwała l i
nię parowców z Australii do Nowej Gwinei a także prowadziła tam roz
ległe i nteresy. Malinowski zapewne chciał kupić u nich bilet na statek do
Port Moresby.
Alfred Reginald Radcliffe-Brown (1881-1955) jeden z najwybit
niejszych antropologów pierwszej połowy X X wieku, współtwórca
współczesnej antropologii „społecznej" jako generalizującej nauki teore
tycznej. Pierwotnie chciał studiować w Cambridge nauki ścisłe, ale jego
tutor, entuzjasta Frazera, skierował zainteresowania swego ucznia w kie
runku „nauk moralnych". Istotne znaczenie miały także kontakty z Riversem, Haddonem i Myersem. W latach 1908-14 był członkiem Trinity
College w Cambridge.
51
5 2
Elton Mayo (1880-1949), twórca socjologii i psychologii przemy
słu. Połączył zainteresowania psychonerwicami i „myśleniem obsesyj
nym" z antropologicznym podejściem do kultury i struktury społecznej
B. Malinowskiego i A R . Raddcliffe-Browna. Jeśli chodzi o metody ba
dawcze zaadoptował metodę wywiadu psychologii klinicznej do antro
pologicznych badań terenowych i zastosował je w badaniach organizacji
przemysłowych.
5 3
Prawdopodobnie chodzi o Johna Douglasa, który był specjalnym
komisarzem Brytyjskiego Protektoratu Nowej Gwinei (1886-1888). Tak
przynajmniej twierdzi autor przypisów do A Diary...
Józef Litwiniszyn był kolegą gimnazjalnym Malinowskiego i jego
bliskim przyjacielem. Studiował górnictwo w Leoben w Austrii. Kore
spondowali ze sobą przez kilka lat (listy Malinowskiego w posiadaniu
prof Jerzego Litwiniszyna).
5 4
215
