a4f1b85d4678af219d23770b87b20e60.pdf

Media

Part of Czudeccy Żydzi w pamięci współmieszkańców / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.1-2

extracted text
Alicja Małeta

CZUDECCY ŻYDZI W PAMIĘCI WSPÓŁMIESZKAŃCÓW

Czudec, leżący na lewym brzegu Wisłoka, przy starym trakcie
z Rzeszowa przez Strzyżów, Jasło, Krosno w stronę Przełęczy
Dukielskiej, wprawdzie przed półwieczem utracił prawa miejskie, ale
zachował wygląd i charakter miasteczka. Należy do miejscowości
0 długiej przeszłości historycznej, gdyż jako osada wzmiankowany
był już w X I I I w. Z racji położenia nie omijały miasteczka klęski
wojen i najazdów. W latach trzydziestych X V I I w. zniszczyli je
Tatarzy, a w sześćdziesiątych tego samego wieku, wojska Jerzego
Rakoczego I I , księcia siedmiogrodzkiego. Z najazdami tatarskimi
związana jest miejscowa legenda, powszechnie znana wśród miesz­
kańców, tłumacząca powstanie nazwy miasteczka. Czudec strawiły
dwa wielkie pożary, jeden w 1751 drugi w połowie X I X wieku.
W tym pierwszym spłonęła m.in. drewniana bóżnica „37 łokci długa
1 18 szeroka" , którą zastąpiła murowana synagoga zachowana do
dzisiaj.
Po ostatniej, XIX—wiecznej odbudowie, przez blisko sto lat
wygląd centrum miasteczka niewiele się zmienił. Ośrodkiem jest
nadal czworokątny rynek, przylegający od południa do przelotowej
szosy. Przy tej drodze, na zachód od rynku znajduje się barokowy
kościół otoczony murem, na wschód zaś, w większej odległości
zespół dworski. W północnej pierzei, zwanej, ze względu na podwy­
ższenie terenu, Górnym Podcieniem, zachowały się XIX-wieczne
zrębowe domy, zaopatrzone od frontu w szerokie okapy, które są
pozostałością po dawnych podcieniach handlowych okalających
niegdyś rynek.
Miasteczko stanowiło centrum rzemiosła i handlu dla okolicz­
nych wsi. Jeszcze w okresie międzywojennym, z okazji cotygodnio­
wych targów rynek zapełniał się tłumem sprzedających i kupujących.
W podcieniach mogących pomieścić całe wozy, sprzedawali na
straganach swe wyroby piekarze, masarze, szewcy, krawcy. Na
środku placu targowano tanie sprzęty miejscowego wyrobu, inne
produkty rzemieślnicze oraz zboże i żywy inwentarz. Rynek ognis­
kował także odmienne przejawy życia miasteczka. Tu, od czasu do
czasu, wychodził pracownik gminy (zwany „stróżem", „dziesiętni­
kiem", , jurystą"), odziany w służbowy mundur i uderzając w bębe­
nek dla zwrócenia uwagi obecnych głosił publicznie wiadomości.
W porze wypasu, codziennie rano gminny pasterz sygnałem trąbki
dawał znać mieszkańcom, by wyprowadzali z obór bydło, które
pędził na wspólne pastwisko. W czasie targów, odpustów, świąt
pojawiał się na rynku miejscowy kataryniarz z małpką i myszkami
ciągnącymi losy, a także przyjezdny fotograf.
W okresie międzywojennym samo „miasto", które poza rynkiem
obejmowało jeszcze kilka małych uliczek, liczyło ok. 1,5 tys.
mieszkańców, z czego mniej więcej połowę stanowili Żydzi. Wkoło
otaczały je rolnicze przedmieścia. Zasiedziałych mieszkańców same­
go miasteczka, wysoce się ceniących i mieniących się między sobą
obywatelami, nazywano z zewnątrz „bechami". Oni zaś odwzajem­
niali się, uważając wszystkich chłopskich sąsiadów za „chamów".
Żydzi pozostawali poza tymi dwiema kategoriami.
Ludność żydowska skupiała się w głębi wschodniej pierzei rynku
gdzie do dziś stoi odnowiona synagoga (obecnie gminna biblioteka
i dom kultury), „rabinówka", a nieco dalej nad rzeczką łaźnia
rytualna (obecnie poczta). Wszystkie te budynki są murowane,
współcześnie pozbawione wyraźniejszych cech stylowych. Żydzi
mieszkali również poza tym obszarem lecz już w większym rozpro­
szeniu. Na wzgórzu niedaleko od rynku znajdował się cmentarz
żydowski, zwany tu „okopem". W czasie okupacji został doszczętnie
zniszczony, a płyt nagrobnych użyto wówczas do wybrukowania
ulic. Żydowscy właściciele sklepów, warsztatów utrwalili się w pa­
mięci współmieszkańców pod swymi zdrobniałymi imionami, prze­
1

2

100

3

zwiskami i przekręconymi nieraz nazwiskami. Tak też tu zostaną
przedstawieni. Różnie ocenia się obecnie ich ówczesny status
ekonomiczny w Czudcu. Jedna z opinii mówi: „Byli biedni,
ale trochę lepiej im się powodziło niż Polakom". Ktoś inny, opi­
sując skupisko domów żydowskich za synagogą, powiedział: „Nie
macie pojęcia, co za zlepek był tych budek żydowskich, biedne,
zanieczyszczone, droga ogrodzona żerdziami, (a przy tej dro­
dze) wychodki, coś wstrętnego. Straszna biedota była". W oknach
żydowskich mieszkań nie zapamiętano ani kwiatów, ani firanek.
Społeczność ta, jak każda, była wewnętrznie zróżnicowana majątko­
wo, co podkreśla inna z opinii:„W rynku więcej było bogatszych
Żydów".
Głównym źródłem utrzymania „obywateli" czudeckich do ostat­
niej wojny było rzemiosło, nieliczni tylko trudnili się handlem, który
stanowił domenę Żydów. Pracowali tu rzemieślnicy różnych specjal­
ności, wśród których najwięcej — bo kilkunastu, a w pewnych
okresach nawet kilkudziesięciu — było szewców. Fachem tym
tradycyjnie zajmowali się m.in.Kusztybowie, Dragoniowie, z której
to rodziny wywodził się ostatni miejscowy cechmistrz, Baranowie,
Porębowie itd. Zapamiętano tylko jednego żydowskiego szewca
nazwiskiem Giec lub Giecel, szyjącego buty na zamówienie z paru
pomocnikami. Sytuacja bytowa większości tutejszych rzemieślni­
ków nie była dobra. Żyli w ciasnocie, w małych izdebkach, gdzie
warsztat łączył się z kuchnią i miejscem do spania dla całej rodziny.
Wielu szewców pracowało chałupniczo, będąc uzależnionymi od
swoich nakładców. Wspominano, że szewc, który zrobił dodatkową
parę butów, wędrował pieszo do Rzeszowa, żeby ją sprzedać, gdyż
nie stać go było na jazdę pociągiem, a jego dorastający syn
zastanawiał się często, „kiedy wreszcie w życiu naje się do syta
chleba". Szyło tu kilku krawców Polaków, Zięba, Gorczyca,
Wojciechowski, Moskal i trzech Żydów, wśród nich Kile, wspomi­
nany najczęściej jako „portki-maszyna-nie-chce-szyć", od ciągle
powtarzanego przez siebie zwrotu oraz drugi, zapamiętany pod
imieniem Ślam. Krawcy zajmowali się również szyciem czapek.
Warsztaty stolarskie prowadzili Pielowie, Chrzanowski, Hus, Gielata, Albinowski, a dopiero tuż przed wybuchem ostatniej wojny
zaczął pracować samodzielnie Chaim Bank, pierwszy stolarz żydow­
ski, wyzwolony u miejscowego majstra. Wśród kołodziejów, ryma­
rzy i kowali, których było tu po kilku, nie znajdujemy Żydów,
natomiast na dwóch blacharzy i dwóch fryzjerów jeden był Żydem.
Pracowali tu dwaj szklarze, wymieniany tylko z imienia Jutka i ubogi
Lejbuś Micner, który cały swój warsztat w postaci zapasu szyb nosił
na plecach, szkląc okna w miasteczku i pobliskich wsiach. Nie
zapamiętano nazwisk piekarzy żydowskich, a było ich podobno
kilku. Znani z imienia Icek i Srulik, jako wozacy najmowali się do
przewożenia towarów do tutejszych sklepów.
Do najzamożniejszych ludzi w Czudcu należeli Jan i Michał
Moskwowie, bracia zajmujący się na szeroką skalę skupem cieląt
i nierogacizny, którą wysyłali następnie koleją przede wszystkim do
Wiednia. Prócz tego trudnili się na miejscu rzeźnictwem i masarstwem. Mieszkali w okazałych, murowanych domach przy rynku.
O ich pozycji świadczy fakt, że Michał Moskwa pełnił funkcję
jednego z ostatnich burmistrów Czudca. Kilku Żydów zajmujących
się handlem bydłem i jego ubojem (m.in. bracia Rejznerowie,
Haftuła, Szpajzer) nie dorównywało im rozmiarem swych przedsię­
wzięć. Do bogatszych zaliczał się również Molenda, posiadający
duży szynk-restaurację z kręgielnią, gdzie odbywały się „miastowe
wesela" i zabawy karnawałowe. Konkurowali z nim Żyd Margulis
oraz Wajs, także posiadacze szynków. Ten ostatni był prócz tego
właścicielem sporego sklepu artykułów mieszanych i małego gospo-

darstwa na przedmieściu, które obrabiał wynajęty parobek. Jeszcze
jeden wyszynk prowadził Herszek, właściciel domu z podcieniami
przy południowej pierzei rynku, zwanej Dolnym Podcieniem. Her­
szek ów jako jeden z nielicznych uratował się z zagłady i wkrótce po
zakończeniu wojny pojawił się w Czudcu przed wyjazdem zagranicę,
sprzedając swój dom sąsiadowi. Z zamożniejszych wspomina się
także rodzinę rabina Micnera, utrzymującą się z trafiki. Sam rabin,
który podobno jako jedyny z tutejszych Żydów „chodził w białych
pończochach", nie pracował zarobkowo. W tym kontekście wymie­
niano ponadto sklepikarzy, Bujaka (artykuły żelazne). Rubinfelda
(sklep bławatny) i handlującego zbożem Nebencala. Sklepów żydo­
wskich było tu więcej, w drewnianym narożnym domu Górnego
Podcienia niejaka Chajda posiadała sklep korzenny, w innym,
Majlech prowadził sklep ze skórą i różnymi z niej wyrobami,
organizował on także szewców-chałupników.
Przyczynek do działania mechanizmów przekształcania nazwisk
i nadawania przezwisk stanowi przypadek kupca Bekiera, zwanego
powszechnie Żróbkiem. Tylko jedna osoba z naszych rozmówców
podała jego prawdziwe nazwisko, wyjaśniając zarazem, skąd wzięło
się owo przezwisko. Wg niej, Bekierowie przybywszy do Czudca
z jakiejś wsi zajmowali się początkowo skupem starzyzny. Za
wózkiem, który ciągnął mały Bekier biegli często chłopcy wołając:
źróbek, źróbek... Z czasem rodzina ta wzbogaciła się, mały „źróbek"
w wieku dojrzałym doszedł do własnego sklepu, a dawne przezwisko
przylgnęło, trwale zastępując nazwisko. Kiedyś, w przypływie
dobrego humoru, nieco melancholijnie zwrócił się Bekier do klienta
tytułującego go, „panie Źróbek": „Jaki ja tam źróbek, ja już jestem
stary koń nie źróbek".
Zaledwie trzy sklepy w okresie międzywojennym były prowadzo­
ne przez Polaków, wśród nich wyróżniał się zasobnością i wielkością
kolonialny sklep Juliana Guniewicza, połączony z mleczarnią.
Podobno wcześniej miało ich być więcej, ale bankrutowały, przegry­
wając z konkurencją sklepów żydowskich.
Apteka tutejsza była początkowo zespolona z drogerią, a gotowe
mieszanki ziołowe i popularne lekarstwa sprzedawał w niej Żyd
Ajzner. Dopiero przed samą wojną, po dojściu Hitlera do władzy
w Niemczech, przybył stamtąd aptekarz, Żyd o nazwisku Tewel,
który prowadził aptekę do wybuchu wojny.
Okresowo pojawiali się w Czudcu Żydzi z większych miast,
zwłaszcza z Rzeszowa, wynajmując mieszkania na wakacje.
Bardzo różnie jawi się współczesnym mieszkańcom sprawa
uczęszczania dzieci żydowskich do szkoły. Zdaniem jednej z osób,
„Żydzi mieli swoją szkołę dla chłopców, a dziewczyny chodziły do
polskiej szkoły". Wg jednak powszechniejszej opinii wszystkie
dzieci, łącznie z żydowskimi, uczęszczały razem do tutejszej czterok­
lasowej szkoły, a chłopcy żydowscy dodatkowo uczyli się w chederze, prowadzonym przez niejakiego Wajmana.
i Do dziś żywo zapamiętano liczne nakazy i zakazy dotyczące
różnych sfer życia żydowskich mieszkańców Czudca, zwłaszcza
spraw zewnętrznych, dziejących się na oczach szerszej społeczności,
jak np. nakazy wiązane z koszernością pożywienia. Żydzi korzystali
tylko z własnych jatek, gdyż zwierzęta musiały być zabijane
rytualnie. Drób zabijał „hazyn" jednym pociągnięciem noża. Sztuki
zabite nieprawidłowo oraz tylne części tuszek Żydzi przeznaczali do
sprzedaży dla Polaków, sami jadali bowiem tylko przody. Żydówki
biorące mleko od gospodarzy przynosiły własne naczynia i czasem
nawet dobrze sobie znanej gospodyni asystowały przy udoju.
Potrawy mięsne i mleczne były gotowane w osobnych garnkach,
a jak zaobserwowano, te dwie grupy produktów były rozdzielane
w czasie gotowania na płycie kuchennej ruchomymi blaszkami.
Jedna z osób zauważyła, że Żydzi gotowali osobno „mleczne
jedzenie, mięsne jedzenie i parowe jedzenie", nie umiejąc jednak
wyjaśnić, co by to ostatnie oznaczało. Zapamiętano że Żydzi
posiadali odrębne świąteczne naczynia, które po użyciu starannie
Myli i „konserwowali", co jest związane z nakazami dotyczącymi
święta Pesach. Nie wszyscy Żydzi przestrzegali nakazów koszerności, widywano młodych mężczyzn jedzących ukradkiem, gdzieś
w zaułku, kiełbasę.
Podkreślano czystość Żydów, nie zdając sobie zapewne sprawy
z jej głównie rytualnego sensu. Żydzi myli ręce po każdorazowym
4

korzystaniu z ubikacji. Po powrocie z cmentarza mężczyźni opłukiwali ręce w przepływającym nieopodal „okopu" strumyku, w piąt­
kowy wieczór przed szabasem tłumnie udawali się do łaźni. Nie
zapamiętano, aby korzystały z niej kobiety.
Uważano Żydów za pobożnych, zachowujących posty („posty
trzymali"). Widywano bogatych obdarowywujących biednych np.
kawałkiem kury z okazji święta. Świadczona pomoc miała swe
źródło zarówno w przyjaźni, sympatii, jak i w religijnym obowiązku
pełnienia micw, wśród których są również dobre uczynki w popular­
nym rozumieniu. Łatwo zauważalne były, przytwierdzone do futryn
mieszkań żydowskich po prawej stronie drzwi, apotropeiczne mezu­
zy.,,, „miały (Żydzi) coś, jak u nas kropielniczka, co palcem dotykały
i palec całowały".
Świętowanie soboty rozpoczynało się w piątek po zachodzie
słońca. Żydzi zamykali wówczas swoje sklepiki, a w ich domach
rozbłyskiwały świece zapalane przez kobiety. Jedna z osób skwito­
wała krótko sobotnie przygotowania, (Żydzi) „w każdą sobotę
świecili". W sobotnie święto obowiązywał Żydów zakaz pracy,
obejmujący również różne drobne, z pozoru błahe dla postronnych
czynności. Gdy Żyd udawał się w święto do synagogi, to „książkę do
modlitwy polskie dziecko mu nieść musiało, były takie, co im nosy
ucierały, papier do ustępu nosiły." Te i inne usługi świadczyli Żydom
za drobne kwoty pieniężne przeważnie katoliccy chłopcy. Ci ostatni,
chociaż podobno często zaglądali do bóżnicy, z ciekawością podglą­
dając odprawiane tam modły, zapamiętali właściwie niewiele. Żydzi
modlili się ubrani w „szmaty w czarne i białe pasy" (tałesy).
Wywołani przez rabina mężczyźni brali na ręce „coś, jakby posąg"
(zapewne zwój Tory w ozdobnym pokrowcu) i obchodzili z nim bimę
dookoła po kilku naraz, to znów chwytając się za ręce chodzili wokół
sali. Kobiety modliły się w oddzielnym pomieszczeniu na górze. Ta
sama osoba zaobserwowała niezbędne w czasie modłów filakterie
(„klocek na czole i sznury owijające rękę") tylko u widzianego
w pociągu Żyda, modlącego się samotnie podczas podróży. Z rytual­
nych strojów wymieniano, zauważone u chłopców żydowskich,
płócienne, białe kamizelki z zwisającymi trokami, które ci chłopcy
od czasu do czasu całowali. Polscy chłopcy usiłowali te sznurki
obrywać, wierząc, „że przyniosą one szczęście" i „będą gołębie łapać
się" w zrobione z rozkręconych sznurków oka sideł.
W sobotę wieczorem „po znaku" (nie wyjaśniono jakim),
kończyło się cotygodniowe święto. Wówczs choćby na chwilę kupcy
żydowscy otwierali swe sklepy, zachęcając klientów do wejścia.
Pierwszego kupującego po szabasie Żyd „nie puścił bez towaru,
boby szczęścia nie miał w handlu".
Pewne fakty z życia społeczności żydowskiej zostały przez
różnych obserwatorów zapamiętane odmiennie. Przypomniano so­
bie, że każdego dnia wcześnie rano, około godziny czwartej,
wychodził na rynek „hazyn" i chodząc od domu do domu żydows­
kiego stukał młotkiem w drzwi wołając „ajnszelajn". Wg innej
wersji, Żyd ten stukał w bramy domów tylko w sobotnie poranki,
w porze gdy dzieci szły do szkoły, wołając „enszelajn". Nikt
z opowiadających nie wiedział, jaki cel miało to stukanie.
Zauważono, że Żydzi z szacunkiem odnosili się do świąt
i uroczystości katolickich. Gdy w okresie międzywojennym przyje­
chał do Czudca biskup, najwcześniej i najdalej wyszli na jego
powitanie właśnie miejscowi Żydzi, niosąc ze sobą „tablicą — dzie­
sięć przykazań". Trudno określić, na ile takie postępowanie Żydów
było nadal poddawaniem się dawnemu zarządzeniu, nakazującemu
im oddawanie pokłonu hierarchii katolickiej, a na ile reliktowy czy
kurtuazyjny gest.
Spośród religijnych obrzędów rodzinnych współcześni mie­
szkańcy Czudca zapamiętali nieco szczegółów dotyczących ślubu,
wesela i pogrzebu. Utrwalony obraz, jak zwykle, nie jest wolny od
dodanych własnych interpretacji.
Zdaniem niektórych rozmówców Żydzi najchętniej brali ślub na
drodze, blisko domu i w okresie pełni księżyca, co nie znaczy
oczywiście, że w nocy. „Dlatego Polacy wyśmiewali się z Żydów, że
biorą ślub na końskim g...". Widziano też ślub udzielany na
stopniach bóżnicy. Pannę młodą w białej sukni, takimż welonie
i czarnej opasce na oczach przyprowadzili pod baldachim mężczyź­
ni, zaś pana młodego w czarnym ubraniu i opasce na oczach
5

101

przywiodły kobiety. Kiedy owe opaski były zdejmowane i co one
oznaczały, nie zostało zapamiętane. Natomiast zachował się w pa­
mięci obraz tłuczenia „na szczęście" kielicha przez młodą parę. Nie
uszło uwadze mieszkanek Czudca, gdzie która z córek miejscowych
kupców brała ślub. „Szandla Rider (koleżanka szkolna jednej
z rozmówczyń) wydawała się w chałupie, a Necha Wajsówna
i Gołda, córka Herśka, a i chyba Źróbkówna wydawały się na
gościńcu. Żydy zapraszały nas na wesela, można było potańczyć, ale
raczej nikt z Polaków nie tańczył. Oni tańczyli inaczej i osobno, Żydy
z Żydami, a Żydówki z Żydówkami. Żydy tak śmiesznie kicały przed
sobą, a Żydówki tańczyły ładnie. Zapraszali przeważnie specjalnego
śpiewaka na swoje wesela." Z weselnych poczęstunków jedna
z rozmówczyń zapamiętała tylko pierniki, nie wykluczając, że były
i inne potrawy.
Sporo obserwacji dotyczy żydowskiego pogrzebu. Przyglądano
się z daleka konduktom pogrzebowym zmierzającym na kirkut, lecz
samego pochówku raczej nikt z postronnych nie widział (czasem
tylko jakieś dzieci może coś podejrzały), bowiem obserwację zastę­
pują tu często wyobrażenia i utarte mniemania na ten temat. Wg
jednych, Żydzi nie chowali swoich zmarłych w dzień tylko w nocy,
„żeby nikt nie widział, żeby dzwonem kościelnym nie ruszył".
Zwłoki niesiono w prostej zapewne skrzyni, o której dlatego
mówiono pogardliwie „paka". Tylko mężczyźni szli za pogrzebem,
kobiety, bliskie krewne zmarłego zostawały w domu na pokucie.
Przez okres siedmiu dni trzeba było siedzieć nieprzerwanie cały czas
na kamieniu za piecem. (Tak podobno pokutowała po śmierci ojca
wspomiana wcześniej Szandla Rider). Skrzynię na cmentarzu roz­
kładano, a zwłoki po rytualnym obmyciu w małym budyneczku,
stojącym w rogu cmentarza chowano w pozycji siedzącej, „w kucki",
żeby zmarły wcześniej zmartwychwstał od tych, którzy zostali
pochowani w pozycji leżącej. W pierwszą rocznicę śmierci rodzina
zapraszała płaczki do opłakiwania zmarłego.
Święta doroczne zostały zapamiętane wyrywkowo, bez osadze­
nia w czasie i bez znajomości długości ich trwania. Jesienne święto
rozpoczynające rok religijny, Rosz-ha-Szana, następujące po kilku
dniach Jom Kippur (Sądny Dzień) oraz przypadające między nimi
Jamim Noraim (Straszne Dni) zlewają się w pamięci rozmówców
w jedną całość. „Sądny Dzień to dla nich wielkie święto, jak dla nas
Nowy Rok. Wszyscy idą się do bóżnicy modlić, śpiewać, tylko dzieci
zostają. Oni bardzo bali się tego dnia, bo wtenczas diabeł Żyda albo
Żydówkę może ze sobą porwać. A Żydy rano chodziły grzechy topić
do Wisłoka." (Jest to oczyszczający obrzęd Taaszlich, polegający na
symbolicznym pozbyciu się grzechów przez wyrzucenie okruchów
z kieszeni do wody). Ktoś inny, tenże rytuał zapamiętał w zupełnym

oderwaniu od określonego dnia świątecznego. Następujące wkrótcel
po wymienionych, święto Sukkot, czyli Święto Szałasów, obchodzo-1
ne na pamiątkę pobytu Żydów na pustyni, mocniej zapadło!
w pamięć mieszkańcom Czudca zapewne ze względu na przy gotowy-1
wanie przez Żydów owych szałasów. Wg jednych powszechniejsze I
były „kuczki" budowane na podwórkach żydowskich domów. I
Szopy te były kryte daszkami z zielonych gałęzi. Inni zaś uważali, ż e l
Żydzi częściej przygotowywali je na strychach domów, aby ustrzec |
się przed psikusami ze strony Polaków. Taka kuczka miała charak-1
ter stały, a jedynie na czas trwania święta uchylano nad nią specjalną i
klapę w dachu. Jak wyglądało to świętowanie, nikt dokładnie nie |
wie. Rozmówcy pamiętają, że Żydzi wyczekiwali w czasie święta 1
deszczu, który był wówczas dla nich dobrym znakiem. „Mówili, ż e l
manna leci (z nieba)." Istnieje przekonanie, że „Żydzi tę mannei
lizali". Zdarzało się w związku z tym, że co zuchwalsi przedstawicielef
miejscowej kawalerki oblewali kuczki moczem. Jedna z rozmówczyń !
zapamiętała takie właśnie zdarzenie, wiążąc je z postacią tutejszego
pastucha. „Żydzi to wykryli i pastuchowi uczynili tak, że już długo ]
nie pożył i młodo zmarł." Na czym owo „uczynienie" polegało, nie i
umieli powiedzieć.
Mówiąc o katolickich świętach Zesłania Ducha Św., popularnie
nazywanych Zielonymi Świętami, jedna z rozmówczyń wspomniała
przedwojenne „majenie" domów „mainą", na którą składały się
gałęzie buka lub grabu, nigdy jednak brzozy, gdyż „używali jej \
Żydzi". Kiedy i z jakiej okazji to ostatnie wydarzenie miało miejsce
rozmówczyni nie zdołała sobie przypomnieć, lecz skądinąd wiado­
mo, że z palmą (tj. gałązką zielonego krzewu) udawali się do bóżnicy
Ż y d a w ostatni dzień Święta Szałasów.
W Przypadku bliższej znajmości z rodziną żydowską, bardziej
zażyłych kontaktów bywało, że Żydówki zapraszały do siebie, albo
też przynosiły w poczęstunku jakieś niezapamiętane świąteczne
potrawy oraz macę. Wspominając macę rozmówcy wyrażali błędne,
choć mocno zakorzenione w zbiorowej świadomości mniemanie
o niezbędności krwi chrześcijańskiej do jej wyrobu.
Naszedł czas pogardy życia, I I wojna światowa. Postawy miesz­
kańców Czudca wobec Żydów, w obliczu zbliżającej się ich zagłady
były jak wszędzie ambiwalentne. Jedna osoba przyznała, że odmówi­
ła przyjęcia do domu dwójki dzieci żydowskich (zresztą za propono­
wanym znacznym wynagrodzeniem), w obawie przed możliwymi
konsekwencjami ze strony Niemców. Inna z kolei stwierdziła, że
w miasteczku został uratowany mężczyzna z rodziny sklepikarza
Bomby oraz dziewczynka żydowska
Po wojnie trójka Żydów powróciła do Czudca. Dwie z tych osób
wyjechały wkrótce potem do Izraela, a „po trzeciej ślad zaginął".

PRZYPISY

1

W skrócie przedstawia się ona następująco: Kiedyś gdy Czudec
nazwywał się jeszcze Nowogródek, na drugim brzegu Wisłoka stał
warowny zamek, którego szczątki można oglądać jeszcze na Górze
Zamkowej, połączony z osadą podziemnym tunelem. Właściciel zamku
(o niezapamiętanym nazwisku) przetrzymywał w lochach zamkowych
licznych więźniów. Zdarzyło się, że pod gródek podeszli Tatarzy
zagrażając nie tylko osadzie, ale i warowni. Wówczas pan zamku obiecał
najodważniejszemu więźniowi wolność za zabicie wodza Tatarów. I tak
się też stało. Jeden z więzionych, z łuku ustrzelił tatarskiego chana.
Ocaleni mieszkańcy zamku i grodu wołali w zachwyceniu, czudo!, czudo!
Po tym wydarzeniu właściciel nadał gródkowi nazwę Czudec.
Istniejąca do dziś, inna znana wśród Żydów tutejszych legenda
mówiła, że nazwa Czudec pochodzi od „cudownego" zabicia smoka,
który wcześniej pożarł siedmiu chłopców i tyleż dziewcząt. Pełniejszy
zapis legendy zawierają Materiały do monografii Czudca, zebrane
i opracowane przez miejscowego nauczyciela Stanisława Króla.
Materiały do monografii.., zawierają nieco danych na temat
owej drewnianej bóżnicy, a także starań Żydów o budowę nowej, bez
wskazania źródła tych wiadomości (Fragmenty niepublikowanego
rękopisu Materiałów.., znajdują się w Archiwum Muzeum Budowni­
ctwa Ludowego w Sanoku, kopia maszynopisowa w Arch. Pracowni
2

IS P A N w Krakowie).
Podane przez informatorów nazwiska żydowskie są pisane
fonetycznie, gdyż trudno obecnie ustalić ich prawidłową pisownię.
„parowe jedzenie", czyli „parve", tzn. obojętne, które można
łączyć zarówno z potrawami mlecznymi jak i mięsnymi. (Wyjaśnie­
nie dr Olgi Mulkiewicz-Goldbergowej).
tzn. „wychodzić do szkoły = bóżnicy", zniekształcony zwrot
w jęz. jidisz. (Wg informacji prof. dr Chone Shmeruka z Uniwersyte­
tu Hebrajskiego w Jerozolimie).
Podstawę niniejszego szkicu stanowią materiały zebrane w 1986 r,
podczas wspólnych badań terenowych nad kulturą miasteczka,
prowadzonych w Czudcu przez pracowników Muzeum Budownict­
wa Ludowego w Sanoku oraz pracownię Instytutu Sztuki PAN
w Krakowie. Wiadomości dotyczące problematyki żydowskiej uzys­
kano poza głównym tokiem badań, stąd fragmentaryczność poru­
szanej tematyki. Najwięcej danych do artykułu dostarczyły wywiady
dr Ewy Fryś-Pietraszkowej oraz autorki. Pełniejszych wypowiedzi
udzieliło piętnastu mieszkańców Czudca, kilku innych dorzuciło
tylko krótkie informacje. Materiały te znajdują się w Arch. Pracowni
IS PAN w Krakowie.
3

4

5

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.