Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego – na przykładzie programu antykoncepcji u brytyjskich nastolatek / Lud 2012, t. 96

Item

Title
Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego – na przykładzie programu antykoncepcji u brytyjskich nastolatek / Lud 2012, t. 96
Description
Lud 2012, t. 96, s. 281-290
Creator
Rukat, Rafał
Date
2012
Subject
antropologia płci i seksualności, Wielka Brytania
extracted text
Lud, t. 96, 2012

Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego...

281

RAFAŁ RUKAT
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej
Uniwersytet Warszawski

NIECHCIANA CIĄŻA JAKO CHOROBA.
MEDYKALIZACJA ŻYCIA SEKSUALNEGO – NA PRZYKŁADZIE
PROGRAMU ANTYKONCEPCJI U BRYTYJSKICH NASTOLATEK*

Wprowadzenie
Niniejszy tekst dotyczy medykalizacji życia seksualnego. Dokonuję w nim
antropologicznej krytyki dyskursu biomedycznego, pokazując konsekwencje
jego dominacji w publicznej dyskusji na temat seksualności. Punktem wyjścia
jest artykuł autorstwa dziennikarki Sophie Borland (2012) dotyczący antykoncepcji wśród brytyjskich nastolatek, opublikowany na stronie brytyjskiego serwisu internetowego Mail Online, w dziale „Zdrowie”. Jego analizę uzupełniam
przeprowadzonymi, na niewielką skalę, badaniami opinii na temat tego artykułu,
które uzyskałem od siedmiu losowo wybranych studentek Uniwersytetu Warszawskiego. Przeprowadziłem z nimi wywiady pogłębione, za pośrednictwem
komunikatora internetowego. W doborze rozmówczyń nie kierowałem się kryterium „reprezentatywności próbki”. Ważne było dla mnie zdobycie opinii osób,
które mogą odnieść się do własnych doświadczeń i odczuć, dlatego rozmawiałem
przede wszystkim z młodymi kobietami, które okres nastoletni mają już za sobą,
a jednocześnie przechodziły go w czasach charakteryzujących się podobnymi
realiami kulturowymi jak te, z którymi stykają się dziś europejskie nastolatki1.
Uzupełniający charakter dla tych badań miała także moja dyskusja ze środowi-

* Praca ta zwyciężyła w drugiej edycji konkursu dla studentów etnologii z całej Polski, ogłoszonego
w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu, w którym nagrodą było opublikowanie najlepszego tekstu w czasopiśmie „Lud”.
1
Postanowiłem ponadto podjąć poszukiwania rozmówczyń w środowisku studenckim, ponieważ
jako student liczyłem na łatwiejsze nawiązanie kontaktu i porozumienie z respondentkami.

282

Rafał Rukat

skiem polskiej, prawicowej młodzieży, na ich forum internetowym (niestety ich
wypowiedzi, z powodu zbyt łatwego dostępu do nich w Internecie, nie pozwolono mi cytować dosłownie)2.

Pojęcie medykalizacji
„Medykalizację” rozumiem, za Irvingiem Zolą, autorem książki Medicine
as an Institution of Social Control (1972), jako zjawisko definiowania elementów rzeczywistości społecznej w kategoriach biomedycznych. Jest ono wynikiem
rosnącej specjalizacji w dziedzinie zdrowia i choroby, co skutkuje koniecznością polegania w tej sferze na autorytecie ekspertów. Zola uważa, iż w wyniku
tego procesu medycyna zostaje wyposażona w kapitał sprawowania społecznej
kontroli, w czym zastępuje tradycyjne instytucje, takie jak religia i prawo (Zola
1972: 487).
Ivan Illich, w artykule The Medicalization of Life (1975), opisuje medykalizację jako proces uzależniający jednostki i społeczeństwa od instytucjonalnej
medycyny. Jest on związany ze wzrastającym autorytetem medycyny i przekonaniem, że jej postęp prowadzi nieuchronnie do zmniejszenia liczby zachorowań
i poprawy kondycji zdrowotnej człowieka (Illich 1975: 73-74). W wyniku medykalizacji ludzie nabierają przekonania, iż nie są w stanie radzić sobie z chorobami, schorzeniami i ułomnościami bez pomocy lekarzy i nowoczesnych leków.
Proces ten zmienia „zdolność do adaptacji w pasywną dyscyplinę konsumenta
medycyny” (Illich 1975: 77).

Środki antykoncepcyjne dla brytyjskich nastolatek – według
brytyjskiej dziennikarki i w opiniach polskich studentek
Artykuł Sophie Borland (2012), który jest podstawowym przedmiotem mojej
analizy, dotyczy aplikowania nastoletnim uczennicom szkół brytyjskich hormonalnych środków antykoncepcyjnych, w celu tymczasowej ich ochrony przed
zajściem w ciążę. Autorka przytacza statystyki podające liczbę 1700 brytyjskich
dziewcząt w wieku 13-14 lat, które skorzystały z możliwości otrzymania implantu antykoncepcyjnego, podczas gdy 800 zdecydowało się na środki antykoncepcyjne w formie zastrzyku. Natomiast według przedstawionych w artykule statystyk brytyjskiej Narodowej Służby Zdrowia (National Health Service – NHS)
3200 dziewcząt dostało implanty, a 1700 – iniekcję. Działanie takich implantów
ma trwać do trzech lat, natomiast zastrzyków – około trzech miesięcy.
2
Nie zamierzałem początkowo wykorzystywać tych materiałów, dopiero kiedy zauważyłem użyteczność pojawiających się tam treści, postanowiłem je uwzględnić, z poszanowaniem anonimowości
autorów wypowiedzi.

Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego...

283

Dostęp do implantów i zastrzyków uzyskały uczennice dziewięciu szkół średnich i sześciu koledżów w Southampton, według programu, który wprowadził
w 2009 roku lokalny oddział Narodowej Służby Zdrowia w celu zmniejszenia
wskaźnika nastolatek w ciąży. Autorka artykułu zwraca uwagę, że w Southampton wskaźnik ten jest „bardzo wysoki”, a nawet „najgorszy w całym kraju”.
Wspomina też, że w 2008 roku Ministerstwo Zdrowia zwróciło się do 21 jednostek administracyjnych z zachętą do zwiększenia wykorzystania środków antykoncepcyjnych, z uwagi na wysoką liczbę odnotowanych tam przypadków zajścia w ciążę przez nastolatki. Aktywistka Stowarzyszenia na rzecz Planowania
Rodziny (Family Planning Association), Natika Halil, której wypowiedź cytuje
Borland, nazywa takie działania „zapewnianiem zdrowia seksualnego” (provision of sexual health) i twierdzi, że jest to metoda redukowania tych niepokojąco
wysokich wskaźników (jednych z najwyższych w Europie) przyjęta przez rząd
brytyjski.
Autorka zauważa, że niektórzy parlamentarzyści i działacze społeczni uważają aplikowanie nastolatkom środków antykoncepcyjnych w szkołach bez
wiedzy ich rodziców za moralnie niewłaściwe. Twierdzą, że takie działanie
„narusza prawo rodziców do ochrony ich dzieci” i wskazują na różne „skutki
uboczne”, które tego rodzaju środki mogą powodować u dziewcząt. Wśród nich
wymienia się przyrost masy ciała, depresję, trądzik oraz nieregularne cykle miesiączkowe.
Tytuł artykułu brzmi: „Rodzice są wściekli, że trzynastoletnie dziewczęta otrzymują implanty antykoncepcyjne bez ich wiedzy”, jednak przytoczono
w nim tylko jedną wypowiedź matki, której córka otrzymała implant. Wyraża
ona swoje zdenerwowanie zaistniałą sytuacją. Tłumaczy, że rozumie ważność
uczenia dzieci o „zdrowiu seksualnym” i antykoncepcji, jednak to, co stało się
z jej córką, uznaje za „zbyt dalekie posunięcie” (a step too far).
Według autorki artykułu, „zasady poufności obowiązujące wobec pacjenta” nie tylko nie pozwalają, ale wręcz zabraniają personelowi szkolnemu pytać
o zgodę rodziców na wykonanie takiego zabiegu. Młodzi ludzie winni mieć takie
same prawa do dyskrecji, co dorośli. Sophie Borland przytacza deklarację Ministerstwa Zdrowia, mówiącą, że „bez tego zabezpieczenia nastolatki mogłyby
zostać zniechęcone do poszukiwania pomocy”.
Już samo użycie terminu „zdrowie seksualne” w odniesieniu do celu przyświecającego podawaniu nastolatkom środków antykoncepcyjnych jest przejawem wysokiego stopnia medykalizacji życia płciowego w społeczeństwie,
którego dotyczy omawiany artykuł. Według Zoli to właśnie ciąża jest jednym
z „obszarów interwencji” (obok m.in. alkoholizmu, narkomanii, starzenia się),
którymi zawładnęła nowoczesna medycyna (Zola 2011, s. 495). Przejawem tego
procesu jest chociażby fakt, że dystrybucja środków antykoncepcyjnych, a więc
narzędzia służącego regulacji ciąży i planowaniu życia rodzinnego, odbywa się
w przychodniach i aptekach, za pośrednictwem lekarzy. Oczywiście można to

284

Rafał Rukat

tłumaczyć faktem, iż to właśnie biomedycyna takie środki stworzyła i przez to
posiada kompetencje w zakresie ich właściwego stosowania. Czy nie stawia
to jednak pod znakiem zapytania celu pracy lekarza, tradycyjnie kojarzonego
z ratowaniem życia i zdrowia ludzkiego oraz zapobieganiem jego zagrożeniom?
Można by tu zadać pytanie: co leczy antykoncepcja? Moje polskie rozmówczynie
nie miały jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie:
R.R.: Czy środek antykoncepcyjny jest lekiem?
A.K.3: Nie, czemu lekiem?; p4 W aptece są też różne inne rzeczy (…). Mamy nowe
wynalazki, więc definicje niektórych „instytucji” się rozszerzają, a poza tym operacjami mającymi na celu poprawienie wyglądu też zajmują się lekarze, tak że
widzisz.

W tym wypadku rozmówczyni tłumaczy dystrybucję środków antykoncepcyjnych w ośrodkach związanych z medycyną, odwołując się do innych sfer życia, również zawłaszczonych przez nią, jak na przykład uroda, „dobry wygląd”.
Prawdopodobnie to wielokierunkowość i powszechność medykalizacji powoduje, iż nie wzbudza ona większych wątpliwości.
Inna respondentka tłumaczy obecność środków antykoncepcyjnych w aptekach ich specyficznym działaniem, wymagającym kontroli kogoś o odpowiednich kompetencjach farmakologicznych:
R.R.: Powiedziałaś, że takie działania nie należą do zadań szkoły...
K.Z.: Bo nie należą. Od tego są szpitale, przychodnie.
R.R.: Dlaczego szpitale? szpitale i przychodnie są przecież miejscami, w których
ludzi się leczy.
K.Z.: Bo środki antykoncepcyjne są traktowane tak samo jak leki, są na receptę.
R.R.: Co leczą środki antykoncepcyjne?;)
K.Z.: O to zapytaj osoby tworzące prawo:) nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za potencjalne skutki uboczne, dlatego hormony są sprzedawane w aptekach nie w sklepach spożywczych.

Inna studentka buduje swoją opinię na porównaniu ciąży do choroby, sugerując, że uznanie środka antykoncepcyjnego za lek jest jak najbardziej uprawnione:
D.K.: Ciąża jest stanem patologicznym. Ciało kobiety przez 9 miesięcy jest wykorzystywane przez małego potwora, który pasożytuje na jej organizmie, poza tym
dlaczego nie mam mieć prawa zadecydować, co chcę zrobić ze swoim ciałem?

3
Wprowadziłem fikcyjne inicjały rozmówczyń, dla zachowania ich anonimowości. W tekście pozostawiłem pisownię (ortografię, interpunkcję, emotikony) zastosowaną przez respondentki.
4
Emotikona imitująca pokazanie języka.

Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego...

285

dlaczego ktoś w imię swojego sumienia ma mi reglamentować dostęp do środków
farmakologicznych, które wg prawa winny być ogólnie dostępne?

Tutaj z kolei można zaobserwować odpodmiotowienie dystrybutorów antykoncepcji (lekarza, aptekarza). Mimo że to oni i tylko oni posiadają kompetencje
do właściwego wykorzystania technologii, to samo jej wykorzystanie jest aktem
woli tego, kto z niej korzysta, w tym wypadku pacjentki. To ona „robi coś ze
swoim ciałem”, to ona decyduje o takim działaniu i rości sobie do niego prawo.
Dystrybutorzy traktowani są jak automat, o którym z góry zakłada się, że w wypadku takiej a nie innej decyzji pacjentki zadziała według planu dostosowanego
do jej potrzeb.
Nawet jeśli środek antykoncepcyjny nie jest wprost nazwany lekiem, a ciąża
nastolatki (teenager pregnancy) chorobą, to sposób mówienia o nich w omówionym powyżej artykule niewątpliwie nadaje im takie cechy. Charakterystyczne
dla współczesnego świata zachodniego normy określające „właściwy” dla kobiety wiek zachodzenia w ciążę wynikają przecież z wielu czynników natury
społecznej, na przykład z systemu edukacji. Szkoła jest instytucją, która nie tylko
narzuca konieczność dostosowania do niej planów dotyczących życia rodzinnego
(wielu młodych ludzi myśli o jego rozpoczęciu po skończeniu szkoły, zainicjowanie go wcześniej często wiąże się z pewnymi trudnościami), ale w oparciu
o nią definiowana jest dojrzałość człowieka. Innymi ważnymi aspektami są na
pewno specyficzne środki produkcji i konsumpcji oraz złożoność współczesnej
obyczajowości, której rzetelne omówienie daleko wykraczałoby poza rozmiary
i możliwości tej pracy. Nie jest to zresztą konieczne do wykazania, że normy
o skomplikowanej genezie społecznej zostały tu przejęte przez dyskurs biomedyczny poprzez zdefiniowanie ich w kategoriach zdrowia i choroby. Informacja
o wysokiej liczbie zajść w ciążę nastolatek w rejonie Southampton nie różni się
w formie od popularnego przedstawiania w mediach „wskaźników zachorowań”.
Nazwanie tych wskaźników „najgorszymi w całym kraju” zdradza wyraźnie negatywne wartościowanie tego zjawiska. Owe statystyki są tu uwikłane w specyficzny rodzaj narracji. Zostają przedstawione jako patologia, którą należy wyeliminować za pomocą narzędzi biomedycznych. Przedstawiają pewną ułomność
społeczeństwa, odstępstwo od normy, które należy zlikwidować, aby to społeczeństwo stało się zdrowe. Ustawienie tej ułomności na przeciwległym biegunie
czegoś, co zdefiniowano jako „zdrowie seksualne” legitymizuje wykorzystanie
biomedycyny do rozwiązania problemu.
Można uznać, że kapitał symboliczny takiego ujęcia jest znaczny, jeżeli wyklucza inne możliwe dyskursy. W przypadku omawianego artykułu bardzo uderza
fakt, że wszystkie argumenty przemawiające „za” i „przeciw” przedstawionym
w nim działaniom dotyczą spraw zdrowotnych. Protesty rodziców związane są
nie z samym faktem, że szkoła aplikuje ich niepełnoletnim córkom jakieś środki
farmakologiczne bez ich zgody, ale że są to środki, które mogą zaburzać ich

286

Rafał Rukat

gospodarkę hormonalną i powodować inne niepożądane skutki uboczne. Argumenty „za” są wyrazem dbałości o „zdrowie seksualne” nastoletnich dziewcząt.
Jedyne argumenty etyczne, jakie się tu pojawiają, dotyczą zasady poufności między lekarzem a pacjentką (już samo użycie wobec otrzymującej implant nastolatki słowa „pacjentka” świadczy o silnym skojarzeniu antykoncepcji z działaniem
przeciwchorobowym), a więc wywodzą się z samej biomedycyny. Wszelkie inne
wątpliwości moralne, jakie mogłyby budzić opisywane działania, są tu przemilczane. Nie mówi się też zupełnie o społecznych przyczynach wysokiego odsetka
nastolatek w ciąży, o specyficznych relacjach i stylach życia (m.in. wczesna inicjacja seksualna młodzieży, konsumpcyjne postawy wobec seksualności), które
powodują, że problem ten istnieje. Nikt nie zadaje sobie pytania (które, swoją drogą, często zadawały moje rozmówczynie), czy wiek 13 lat jest właściwy
dla rozpoczęcia życia seksualnego. Brak jakichkolwiek sugestii, że być może
w owych kwestiach społecznych należałoby dążyć do jakichś zmian. Tego elementu brakowało często moim respondentkom:
BG: Tak, dziewczynki zapewne w ciążę nie zajdą, ale czy o to chodzi w edukacji
seksualnej? Moim zdaniem nie. To, co zrobiono, to zahamowanie jakiegoś naturalnego procesu, w sensie owulacji i nie wiem czego ma to nauczyć. I co mają te
dziewczynki przez to zrozumieć, bo raczej nie to, że seks to przede wszystkim
przyjemność psychiczna i psychiczna bliskość, a żeby ją osiągnąć i zrozumieć,
trzeba też do tego dojrzeć (…) i zaczyna się pytanie o to, jak daleko może sięgać
szkoła, a jak daleko rodzina. Ja uważam po prostu, że 13 lat to za wcześnie na
rozpoczęcie współżycia. To w jaki sposób się je zacznie i jak do tego przygotuje,
może stanowić o tym, jak będzie wyglądało to życie seksualne w przyszłości. Więc
myślę, że środki anty tak, ale niech ta dziewczynka ma chociaż z 15, 16 lat.

W przypadku działań przedstawionych w artykule, społeczne podłoże zjawiska, z którym próbuje się walczyć, przyjmuje się jako rzecz zastaną. Ośrodki biomedyczne w Wielkiej Brytanii chronią nastolatki przed zagrożeniami płynącymi
z ich własnego stylu życia, co sprawia że styl ten zostaje niejako usankcjonowany, uznany za oczywisty i nie poddawany krytyce. Można powiedzieć, że biomedycyna poprzez swoją obojętność na społeczne przyczyny problemów, którym
pragnie przeciwdziałać, „betonuje” owe przyczyny. Starając się wyjaśnić, skąd
może brać się owa obojętność, przywołam inny przykład medykalizacji problemów społecznych.

Przykład medykalizacji biedy
Amerykańska antropolożka Nancy Scheper-Hughes, w książce Death without
Weeping. The Violence of Everyday Life in Brazil (1993), opisuje problemy ludzi
żyjących w faweli Alto do Cruzeiro, leżącej na obrzeżach miasta Bom Jesus da

Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego...

287

Mata w północno-wschodniej Brazylii. Wynikające z ubóstwa chroniczne niedożywienie oraz spowodowane nim frustracje wywołują u tamtejszych mieszkańców objawy, które w lokalnej kulturze są identyfikowane jako choroba zwana
nervoso. Tym terminem określa się szeroką gamę zaburzeń na tle nerwowym,
między innymi stany depresyjne, napady gniewu, lęku, silne rozdrażnienie,
rozkojarzenie, drgawki itp. Autorka krytykuje działalność pracowników lokalnych ośrodków państwowej służby zdrowia, którzy próbują leczyć wspomniane
dolegliwości środkami nasennymi, uspokajającymi i witaminami. Twierdzi, iż
definiując problemy zdrowotne swoich pacjentów wymagające interwencji psychiatrycznej, zacierają w ich świadomości związek owych objawów z głodem.
Jeszcze kilka dziesięcioleci wcześniej w fawelach powszechnie mówiło się o głodzie jako o przyczynie nervoso. Dziś jednak ośrodki biomedyczne, poprzez swoje praktyki, zastąpiły dyskurs głodu dyskursem choroby (Scheper-Hughes 1993:
167-215).
Opisaną sytuację można zinterpretować dwojako. Sama Scheper-Hughes
uważa, że taki stan rzeczy wiąże się z ukrytymi instrumentami społecznej kontroli państwa. Władze brazylijskie postrzegają opisywane przez antropolożkę
fawele jako potencjalne zarzewie buntu, dlatego świadomie prowadzą politykę
wyłączania ich z publicznej dyskusji (Scheper-Hughes 1993: 211-212). Problem
społeczny, którego rozpoznanie mogłoby prowadzić do otwartej krytyki rządu,
jest przedstawiany pod postacią choroby, a tym samym odpowiedzialność za jego
rozwiązanie zostaje zrzucona na biomedycynę:
Z czasem głodni ludzie z Bom Jesus da Mata zaczęli wierzyć, że desperacko potrzebują tego, co jest dla nich łatwo dostępne, a zapomnieli, że to, czego potrzebują
najbardziej, jest im sprytnie odmawiane (Scheper-Hughes 1993: 170).

Jak trafnie stwierdziła, omawiając badania Scheper-Hughes, polska antropolożka Anna Wądołowska: „choroba, w odróżnieniu od głodu, nie szuka odpowiedzialnego za swój stan” (Wądołowska 2008: 16). Według amerykańskiej badaczki, lekarze pracujący w ośrodkach dostępnych dla omawianej społeczności pełnią
rolę agentów państwa, utwierdzając swoją aktywnością politykę polegającą na
odbieraniu głosu najbardziej pokrzywdzonym obywatelom (Scheper-Hughes
1993: 211-212).
Można jednak mieć pewne wątpliwości, czy pełnienie przez każdego pracownika brazylijskiej służby zdrowia, pracującego w Pernambuco, roli rzetelnego
agenta państwowego jest prawdopodobne. Lekarze nie są bezrefleksyjni, a poza
tym ich samych także dotyczą różne problemy społeczne (jakkolwiek ich pozycja
różniłaby się od zamieszkującej fawele klasy robotniczej). Być może należy poszukać innego wytłumaczenia, dlaczego lekarze odpowiadają lekami uspokajającymi na niedożywienie. Pożytecznym dla tych rozważań jest zdanie sobie sprawy
z tego, że w języku biomedycyny brakuje pojęć takich, jak „głód” czy „bieda”.

288

Rafał Rukat

Są one niemedyczne i nieprofesjonalne, a rozwiązywanie tych kwestii nie mieści
się w zadaniach lekarza zdefiniowanych przez jego zawód. Problemy pacjentów
identyfikuje on zgodnie z paradygmatem, którego został nauczony i reaguje metodami, w których stosowaniu jest specjalistą.

Siła dyskursu biomedycznego
Obydwie przedstawione powyżej interpretacje można odnieść do przypadku opisanego w analizowanym przez mnie artykule. Wprawdzie porównanie
nie może być do końca współmierne (przykłady dotyczą różnych kontekstów
społeczno-kulturowych), w obydwu jednak przypadkach mamy do czynienia
z wchłonięciem przez dyskurs biomedyczny kwestii posiadających konkretne
podłoże społeczne, od którego właśnie poprzez ową medykalizację dyskursu
zostały odcięte. Nazwanie wysokiego odsetka nastolatek w ciąży problemem
zdrowotnym (niedostatkiem „zdrowia seksualnego”) pozwala na użycie dużo
prostszych metod działania niż w przypadku konieczności zmierzenia się z problemem społecznym. Łatwiej i zapewne taniej jest wyposażyć szkoły w implanty
i zastrzyki niż na przykład zorganizować wielopoziomowy program edukacji seksualnej. Ponadto zrzucenie odpowiedzialności za rozwiązanie tego problemu na
biomedycynę chroni władzę od zarzutów niewłaściwej polityki społecznej i edukacyjnej, a także zwalnia z konieczności zagłębienia się w spory natury etycznej.
Daje również państwu większą kontrolę nad ludnością poprzez narzucenie norm
odnoszących się do „odpowiedniego” planowania rodziny5. Państwo pomaga już
nie tylko rodzić, leczyć się i godnie umrzeć, ale też zabezpiecza przed niechcianą
ciążą i sugeruje, kiedy przychodzi właściwa pora na macierzyństwo.
Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę, że tak jak w profesjonalnym języku
brazylijskich lekarzy nie istnieją pojęcia: „bieda” i „głód”, także w Wielkiej Brytanii język medycyny nie jest wyposażony w nomenklaturę pozwalającą dostrzegać problemy społeczne, a już na pewno – roztrząsać etyczne wątpliwości związane z problemem dużej liczby nastolatek zachodzących w ciążę. Przygotowanie
specjalistyczne lekarza medycyny nie daje mu kompetencji do oceniania, czy
trzynastolatka zgłaszająca się po środki antykoncepcyjne jest już w odpowiednim wieku, by podjąć współżycie, czy jest wystarczająco społecznie dojrzała
i wyedukowana, czy rozumie dobrze, czym jest seks itd. Poza jego zasięgiem
leży też ocenianie pod względem moralnym samej antykoncepcji. Te kwestie
są równie (a może nawet bardziej) nieprofesjonalne, jak kwestia niedożywienia
mieszkańców brazylijskich faweli.
5

To budzi skojarzenia z Foucaultowską koncepcją biowładzy.

Niechciana ciąża jako choroba. Medykalizacja życia seksualnego...

289

Kiedy odwiedziłem jedno z polskich forów internetowych związanych ze środowiskiem katolicko-prawicowym, na którym internautki mocno krytykowały
wspomniany artykuł, zauważyłem, że ich argumentacja przeciwko zaprezentowanym działaniom brytyjskich szkół również skupia się jedynie na możliwych
powikłaniach zdrowotnych u pacjentek. Zdziwiło mnie to o tyle, że właśnie po
tym środowisku spodziewałem się żywej krytyki etycznej strony działań podjętych przez szkoły w Southampton. Gdy zapytałem, dlaczego brak argumentów
odnoszących się do moralności, jedna z użytkowniczek odpowiedziała mi, że
o ile można mieć różne poglądy na temat etyki czy religii, to negatywne oddziaływanie przyjmowanych hormonów na zdrowie młodocianych pacjentek można
stwierdzić obiektywnie, i jest to niepodważalne. Abstrahując od tego, czy rzeczywiście miała rację, jej wypowiedź ujawnia, skąd bierze się kapitał paradygmatu
biomedycznego, który pozwala mu przejmować w społeczeństwach ponowoczesnych funkcje dawniej pełnione przez instytucje takie, jak religia czy prawo.
Wobec charakterystycznego dla czasów współczesnych pluralizmu poglądów
i propozycji poznawczych, podawania w wątpliwość wszystkiego, co zgłasza
pretensje do uniwersalności, a także delokalizacji pierwiastka religijnego z wielkich religii instytucjonalnych w kierunku sfery indywidualnego przeżywania,
to właśnie biomedycyna może być instytucją, do której jednostka odwołuje się
w poszukiwaniu prawd niepodważalnych, konstytuujących jej bezpieczeństwo
ontologiczne, rozumiane tak, jak je opisywał Anthony Giddens, czyli jako „poczucie trwania i porządku zdarzeń wykraczających poza obszar bezpośredniego
doświadczenia jednostki” (Giddens 2001: 314).
Mimo że poziom zaawansowania technologii medycznej dawno już sprawił, że
biomedycyna jest „systemem eksperckim” (Giddens 2001: 26-27), a więc akceptacja jej ustaleń przez jednostkę w założeniu opiera się na zaufaniu do reprezentujących ją autorytetów, to przedmiot takiej postawy wierzeniowej jest przez samą
jednostkę obiektywizowany, by mógł stać się składową tworzonego przez nią
„kokonu ochronnego”. Ten ostatni jest efektem wyselekcjonowania pewnego zadowalającego zestawu spośród ogromnej liczby możliwych sposobów myślenia
o świecie. Człowiek nie może żyć w ciągłym rozdarciu pomiędzy wszystkimi
dostępnymi mu propozycjami poznawczymi, ponieważ skutkowałoby to nieustannym podważaniem albo nawet niemożnością skonstruowania jego własnej
tożsamości. Wytworzenie kokonu ochronnego ma więc na celu przygotowanie
warunków do życia w świecie pełnym sprzecznych dyskursów, a jednocześnie
niepodawania w wątpliwość na każdym kroku tego, czego człowiek doświadcza
i poznaje. Jest to możliwe dzięki „podstawowemu zaufaniu”, czyli „wywiedzionemu z wczesnego dzieciństwa przekonaniu o trwaniu innych i świata obiektywnego” (Giddens 2001: 174-184).

290

Rafał Rukat

Podsumowanie
W czasach ponowoczesnych obserwujemy silną medykalizację wielu aspektów życia społecznego. Problemy o często bardzo skomplikowanym podłożu
społecznym zostają zdefiniowane w ramach paradygmatu biomedycznego, który
z jednej strony zaciera ich powiązania z owym podłożem, z drugiej strony owo
podłoże utrwala, uznaje za coś oczywistego i właściwego, kończąc wszelkie dyskusje na ten temat. Ujęcie problemu w kategorii choroby rodzi przekonanie, że
należy coś zrobić z tą „chorobą”, a nie z jej przyczyną. Należy więc przyznać
rację Irvingowi Zoli, że biomedycyna przejmuje dziś rolę tradycyjnych instytucji, takich jak prawo i religia (Zola 2011: 487). Staje się kosmologią, w której
człowiek poszukuje odpowiedzi na wszystkie pytania, jednak w niektórych kwestiach jej wyroki są ograniczone. Człowiek, oddając jej ostateczny głos w każdej
sprawie, przestaje dostrzegać te aspekty problemów społecznych, w których rozpoznawaniu biomedycyna się nie specjalizuje.

LITERATURA
Borland S.
2012

Giddens A.
2001

Illich I.
1975

Parents Furious as 13-Year-Old Girls Given Contraceptive Implants
at School without their Knowledge, www.dailymail.co.uk/health/article-2097662/Parents-furious-girls-13-given-contraceptive-implantsschool-knowledge.html (02.03.2012).
Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej
nowoczesności, przeł. A. Szulżycka, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe
PWN.

The Medicalization of Life, „Journal of Medical Ethics” 1, s. 73-77,
wersja online, www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1154458/pdf/jmedeth00176-0022.pdf (24.09.2012).
Scheper-Hughes N.
1993
Death without Weeping. The Violence of Everyday Life in Brazil, Berkeley:
University of California Press.
Wądołowska A.H.
2008
Pigułki zamiast chleba, „(op.cit.,)” 4 (41), s. 15-17.
Zola I.K.
1972
Medicine as an Institution of Social Control, „The Sociological Review”
20: 4, s. 487-504, wersja online, www.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/
j.1467-954X.1972.tb00220.x/pdf (24.09.2012).

Item sets
Lud 2

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.