Rozbiory i sprawozdania, cz. 3 / Lud 1899, t. 5

Item

Title
Rozbiory i sprawozdania, cz. 3 / Lud 1899, t. 5
Description
Lud 1899, t. 5, Rozbiory i sprawozdania, cz. 3 , s. 275-286
Creator
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze
Date
1899
Subject
ludoznawstwo
extracted text
-

275 —

naszym jest zaznaczyć, iż szan. współpracownik winien był bajkę tę zap isać
d o s ł o w n i e , tak, jak ją od opowiadającego słyszał, w dowolny bowiem
sposób podana traci połow ę swojej rzeczyw istej wartości źródłow ej.
Treścią bajki tej są rozm yślania pastucha, idącego z m lekiem na targ,
na tem at przyszłego swojego gospodarstwa, jakie pragnąłby założyć za p ie ­
niądze uzyskane ze sprzedaży mleka. R oi więc pastuszek, iż zakupi kury,
potem kaczki i gęsi, cielę i konia itd., z radości dalej wywraca nogą dzba­
nek, wobec czego w szystkie zamysły zostają całkow icie zniw eczone niepowrotnie. Otóż bajka ta posiada dwie bardzo zbliżone wersye, na które przy­
padkowo obecnie natrafiłem. Jedna z nich zawarta jest w najobszerniejszym
zbiorze bajek staro-indyjskich p. t. „ P a n c z a - 1 a n t r a “ t. j. (p ięciok siąg),
jakkolw iek tam rzecz ma się nieco inaczej niż w naszej polskiej bajce.
O wiele więcej zbliżoną do naszej bajki jest wersya, która znajduje się
również w zbiorze staroindyjśkich opowiadań p. n. „ H i s t e p a d e s z a“ ,
który to zbiór posiadam y w niem ieckiem tłumaczeniu J. H ertela. T r eść-za ś
bajki tej je st następująca : U bogi bramin imieniem W edasarusa chce, otrzy­
mawszy m iskę m ąki ryżow ej, sprzedać ją , ażeby za uzyskane stąd pienią­
dze rozpocząć jakie przedsiębiorstw o, poezem dorobiwszy się w ielkiego m a­
jątku mógłby poślubić aż cztery żony, z których jednakże najm łodszą by tylko
kochał, z zazdrości zaś tamtych by się cieszył. W śród takich marzeń uderza
W edasarusa kijem w naczynie z mąką i rozbija je w kawały, czyniąc k o ­
niec swoim rojeniom . Osnowa w ięc bajki tej nadzwyczaj je st zbliżona do
bajki naszej, sam o nawet zakończenie ma ten sam motyw, bo i nasz p a ­
stuszek podobnie jak ten bramin staroindyjski marzy o ożenku z k s ię ­
żniczką. N ie raniej analogicznym je st także i motyw zawarty w słynnej bajce
L afontaina o m leczarce, która niosąc na targ dzbanek mleka, marzy o sz c z ę ­
śliw ej przyszłości, kiedy aagle rozbija naczynie, kładąc kres rojeniom ra ­
dosnym.
Dwa tedy wspólne motywy „bajeczki o pastuszku“ jesteśm y w stanie
tutaj podać. Nadzwyczaj pożądaną byłoby rzeczą, gdyby czytelnicy tej n o ­
tatki w iedząc o podobnych wersyach wspomnianej bajki, chcieli zakom unikoStanisław Zdziarski.
wać redakcyi „Ludu“ .

ROZBIORY 1 SPRAWOZDANIA.
F r a n e i s z e k Z y c h : Zelman W olfowicz. (Odbitka z „G azety N arodo­
w ej“) . Lwów 1 8 9 6 , str. 4 4 , mał. 8 °.
J. G rom iński, em. radca rachunkowy, napisał w r. 1 8 obszerną
„M onografię m iasta D rohobycza“, która mimo uchwały Rady miejskiej drohobyckiej, by wydać ją kosztem gminy, zalega dotychczas w rękopiśm ie.
W p r a c y ’tej p o św ięcił autor cały ustęp życiu Zelraana W olfowicza, który

.

— 276 —
dyr. Fr. Z ych streścił, dodając od siebie odnoszące się do tej sprawy akta
wyjęte z m iejskiego archiwum.
J est to ciekaw y obraz życia i stosunków m ałom iejskich z początku
18 w ieku, na którego tle postać żyda Zelmana przybiera niem al m ityczne
rozmiary, jak ie spotyka się tylko w podaniach ludowych o op rysîk ach tego
rodzaju jak Jan o sik itp. Spraw ki jego, jakich dopuszczał się nietylk o na
żydow skich swoich w spółwyznawcach, ale także na chrześcijańskich m ie­
szkańcach D rohobycza, przedstaw iają jeden stek b ezczeln o ści i gw ałtu, wobec
których sądy wójtowski, assesorski, nawet m ięszany w ójtow sko-grodzki oka­
zały się bezwładnym i, dając tem samem smutny dowód słabości ów czesnych
sądów, z których wyroków drwiło sobie nie tylko m ożnow ładztwo, ale i tego
rodzaju ludzie jak W olfow icze, jeżeli tylko m ieli poparcie jak iejś osob i­
stości możnej a w dodatku — pieniądze.
Osobistość Zelm ana nie tylko z tego względu ma pew ne znaczenie, źe
je s t m ateryałem wdzięcznym do badania stosunków obyczajowych owego
wieku, ale także i dlatego, że dostała się do pieśni i podań ludowych, się ­
gających daleko poza D rohobycz i jego ok olicę. Znane są pieśni śpiewane
na chachułkach przez lud ruski, których autor przytacza 2 waryanty. N ie ­
którzy badacze biorą Zelm ana w pieśni ludowej za identycznego z żydem
Zelmanem z D rohobycza, którego złe czyny miały stać się powodem, że stal
się bohaterem pieśn i i podań ludowych. P on iew aż sprawa ta może być ro z­
strzygniętą tylko na podstawie gruntownych badań etnograficznych, dlatego
w tej notatce nie m oże być mowy o jej choćby w przybliżeniu tylko roz­
wiązaniu. D odam jednak, że byłoby rzeczą wprost niem ożliwą, żeby osob i­
stość ta z powodu spraw sw oich, m ających lokalny charakter i będącą tylko
jednem ogniwem całego łańcucha gwałtów i nadużyć, w jak ie obfitują ów cze­
sne kroniki dziejów wewnętrznych naszej rzeczypospolitej, m iała w pieśni
ludowej zatoczyć tak szerokie k ręgi i przybrać na siebie nawet pew ien
charakter religijny, przyw iązany do pewnej u roczystości i okazujący ściśle
zarysow ane formy zw yczajow e. T ego nie widzimy w podaniach o takich bo-'
haterach złości i bezpraw ia publicznego, jakim i byli np. Siciński lub staro­
sta Kaniowski, tego także nie podają pieśni lu d o w e . o Z elm anie z w yjąt­
kiem przytoczonej przez autora na str- 2 0 , która śpiewana przez l i m i k a ,
osnutą je st w idocznie na tradycyi lokalnej drohobyckiej. J eżeli dodamy do
tego, że pieśń o Z elm anie znaną je st także w Czechach i na M orawie i śp iwaną je st przy zabawie okazującej te same rysy i mom enta co ruska, to
trudno nie przypisać pieśn i ludowej o Zelmanie głębszego znaczenia, niż
którą ma m ałom iasteczkow y żyd choćby n iew iedzieć jak wyrafinowanym był
opryszkiem . P oniew aż do tej kw estyi, o której dość dawno już m im ocho­
dem tylko pisałem , zob. W arta, Poznań 1 8 8 4 , nr. 54 1 i nast., mam zamiar
jeszcze powrócić, przeto pod koniec dodam, żc dyr. Zychowi należy się
wdzięczność, iż z aktów drohobyckieli postać Zelm ana uczynił nam p rzy­
stępną, historyczną, przezco dał m ożność badanie o tej k w estyi oprzeć na
gruncie realnym .
D r. A . K alina.

Seweryn Udziela: 1) Dw’ a n a á c i e l e g e n d i p o d a ń z p o d
K r a k o w a . Z 8 obrazkami L. W interow skiego. W e L w ow ie. N akładem
T ow arzystw a pedagogiczego. 1 8 9 9 . Str. 4 7 . 8 ° min. — 2) T en że: Z p o ­
d a ń i d z i e j ó w z i e m i h i e c k i e j . Tarnów. N akładem autora 1 8 9 9 . Str.
3 0 . 8° min.

— 277 Tow arzystw o nasze ludoznaw cze je st zaledwie dopiero w pierw szem
stadyum swojego rozwoju — a już .prace jeg o poczynają wydawać bardzo
miłe i pożyteczne ow oce. „Jeszcze śnieg na G órach bieleje — jeszcześm y
się pierwszych dni ciepłego L atka po Świętym Janie nie d o czek a li“ — a już
jeden z najgorliw szych członków Towarzystwa p. Seweryn U dziela uszcz­
k n ął w niew ielkim sadku ludoznawczym dwie dojrzałe w isienki w formie 2
małych k sią żeczek , zaw ierających legendy i podania z pod Krakowa i B ie­
cza, a jako dobry pedagog i ojciec ofiarował jedną z nich m alutkiej dzia­
twie szkolnej do rąk swojego Sewerka, swej Haluni, Z osi, W andzi i sw o ­
jego M ięcia, obiecując im, że jeż e li będzie im smakowała, to kiedyś jeszcze
więcej i sm aczniejszych przyniesie im jagódek. D ruga w isienka dostała się
rodzicom tej dziatwy szkolnej, ażeby i oni „posłuchali bajek starego ga­
duły“ i zasm akowawszy w nich,, w około się w swojej m iejscow ości r o z ­
glądnęli i podobnych w isienek: „bajecznych dziejów — podań sięgających
nieraz początkiem lat tysiąców “ sami sobie obficie narwali — a gdyby
m ieli ochotę, to i z nim się podzielili.
Przypatrzm y się bliżej obydwu tym pracom. Pierw sza ma cele czysto
pedagogiczne. Napisana je st bowiem wyłącznie dla dziatwy szkolnej celem
rozbudzenia w niej „szacunku“ do „drogiej spuścizny po przodkach naszych“,
do naszych legend i podań ludowych, bo nie powstały oné przypadkowo, ale
wytworzyła je wiara głęboka praojców naszych i wielka m iłość ziem i r o ­
dzinnej“ . Druga napisana jest przedew szystkiem dla poparcia jednego ż g łó ­
wniejszych celów naszego Towarzystwa ludoznawczego : zbierania lokalnych
podań w rozm aitych m iejscowościach naszego kraju, stanowiących ich ba­
jeczne dzieje - bo nietylko m iasta wielkie i starożytne jak Rzym, K r a ­
ków, K artagina i t. p. mogą się niemi poszczycić, ale „każdy skrawek z ie ­
mi, przez który kiedykolw iek przeszła stopa ludzka, ma swoje bajeczne dzieje
obok historyi pew nej“ , tylko trzeba je należycie zebrać i zestawić. Obie
prace ściśle wypełniają drugą część zadauia naszego Towarzystwa ludoznaw­
czego : „rozpow szechnianie zebranych o ludzie naszym w iadom ości“ . Są za ­
tem doskonałym wzorem w tym kierunku dla innych członków T ow arzystwa
i przykładem godnym do naśladowania. Członkowie bowiem naszego T ow a­
rzystw a ludoznaw czego winni lud polski nietylko „um iejętnie b ad ać“ , ale
i zebrane o nim wiadomości w narodzie naszym jak najbardziej pielęgnow ać
i rozpow szechniać, bo tylko przez rozpowszechnianie te wiadomo гсі mogą
narodowi naszemu wyjść na pożytek — mogą napowrót w siąknąć w jego
soki i spowodować jeg o narodowe odrodzenie się na w szystk ich polach :
m yśli, poezyi, malarstwa, sztuki, muzyki, przemysłu — a co najw ażniejsza:
narodowego wychowania.
Oprócz powyższej, patryotycznej swojej wartości, obydwie prace p.
U d zieli mają jeszcze wartość czysto naukową. D ostarczają bowiem ludoznawstwu polskiem u kilkanaście ciekawych urywków podań ludowych, od n o­
szących się do rozm aitych m iejscowości naszego kraju. W prawdzie tu i ów ­
dzie oprawione są te urywki w ramy bądźto z historyi polskiej lub h om i­
letyki kościelnej w yjęte, bądź też na prędce przez sam ego autora przy
pomocy własnej obserwacyi przyrody zrobione celem nadania im pewnej za­
okrąglonej całości, potrzebnej dla czytającej publiczności nie zajmującej się
ich naukową stroną. W szelakoż bystre i wprawne oko badacza, obeznanego
z mitami naszego ludu dokładnie, bez najm niejszej trudności potrafi je od
w szelkich dodatków upiększających w tej chwili odłączyć. To też dodatki

— 278 —
te odnośnym podaniom pod w zględem naukowym nie przynoszą n ajm n iej­
szego uszczerbku — ale owszem są cennym przyczynkiem do ich historyi
pow stania i rozwoju. W ięk szość bowiem ich, a zw łaszcza w tak zwanyeh
legendach, nie pochodzi wcale z pod pióra p. U dzieli, lecz je s t poprostu
wytworem fantazyi rozm aitych kaznodziei z pierwszych wieków ch rześcijań ­
stwa w P o lsce i dlatego należy je śm iało uw ażać jako zabytki śred n io w ie­
cznych kazań ludowych w tych stronach. D odatki historyczn e są przez a u ­
tora zaczerpnięte przew ażnie z D ługosza, Paw ińskiego i innych i jak o takie
mają dla ludoznawstwa tylko wartość w zględną, tem bardziej, że często z od­
nośnym i urywkami m iejscow ych podań jakoś n iechętnie się łą czą i wykazują
widoczne śłady sw ego św ieżego z nim i zestaw ienia.
D la lep szego poparcia słuszności powyżej wypowiedzianych zapatrywań
przypatrzm y się w szystkim podaniom i tak zwanym legendom , w obu d z ie ł­
kach p. U d zieli zawartym, bez względu na cel, do jakiego przez autora
zostały przeznaczone.
L egenda zatytułowana : „ T o też“ ma tylko ty le ludowego w sobie, że
lud łachoski w okolicach K rakowa, P odgórza i W ieliczk i, a może i dalej,
nazywa jedną roślinę przydrożną „ T otysem “ , że ta roślina ma na listkach
swoich plam kę podobną niby do palca, niby do trupiej głów ki.
(Stąd też
druga jej nazwa „Trupio głów k a“ *) — i że ta plam ka je st dla ludu pewną
zagadką, dającą mu w iele okazyi do rozm aitych domysłów. R eszta je s t do­
syć zręcznym utworem jak iegoś k aznodziei z pierw szych wieków c h rześci­
jaństw a, prawdopodobnie którego z Benedyktynów tynieckich, które to p o ­
danie stosow nie do potrzeb hom iletyki albo sam przy pom ocy podań biblij­
nych i późniejszych skom ponował, albo je ju ż gotow e przez kaznodziei n ie ­
m ieckich zapożyczył. Nazwa bowiem „ T o ty s“ je st niew ątpliw ie n iem ieckiego
pochodzenia. (P oró w : wyraz „ to d t“ — „ to d te s“ ).
T ego rodzaju legend, m ających swoje źródło w pierw szym
rzędzie
w ludowych kazaniach, je st bardzo w iele. Do nich też należy podanie o „ K a ­
m ieniu św. Stanisław a“ w Św iątnikach, w którem tylko sam „kam ień gra­
niczny ze znakiem podkow y“ ma m itologiczne znaczenie. Tajem nicze bowiem
znaki czyto w k szta łcie nieznanego pism a jak „podkow y“ , „k rysek “, „ k ro ­
pek“ , „ k ó łek “, „krzyżów “ i t. p., czy w reszcie w postaci niezw ykłyęh przed­
m iotów , mniej lub więcej w yraźnych: „ lu d zk iego palica“ , „trupie głów k i“ ,
„m łotka z koronom “ i t. d,, znane są w podaniach ludowych jako „dobre
lub złe znaki“ bóstw „ B io ły g “ lub „C ornyg“ . (Porów , m ój: „Z arys pierw o­
tnej re lig ii L achów na tle podań ludow ych“ w „ L u d zie“ Y. str. 53 i nast.
L egendy o „Cudownych źródłach“ czyli, jak Lachy mówią, „ ło Sw ienty
W o d zie“ : kolo W ieliczk i, koło Tyńca i B ie c z a są niedokończonem i poda­
niam i o m iejscach pobytu, „D ziw B io ly g “ w tych stronach, również do ce­
lów religii chrześcijańskiej zmodyfikowanemi. T akich m iejsc pełno, nietylk o
w naszym kraju ale i na całym św ieeie.
P odania: o olbrzym ach podających sobie „S iék iére“ , o dyabłach z „ G r o ­
dzisk a“ , o bezbożnym w łaścicielu „Zam ku w K onarach“ i zapadłego m iasta
„ S k rzeszow a“ , co nie ch ciał do k ościoła chodzić, o „Z bójniku B eczu “, v
o „M yáliwym -M ikolaju“ i „B a b ie-S itn icy “ , o okrutnym „ D zied zicu “ zapa­
dłego „Zam ku“ i m iasta pod C iężkow icam i, eo się z córką swoją ożenił,

*) W Sierczy zw ie się ta trawa „M ysoczewem “.

— 279 o „Śpiących R ycerzach“ , „Skarbnikach“ i „Królu podziem nym “ kopalni
w ielickich, są tylko m aleńkim i fragm entam i w ielkiego cyklu podań o n a ­
szych T ytanach, zwanych przez Lachów „M oeorzam i“ , skupiających się
głów nie około „Cornyg i B iołyg D ziw : M^oza — M iedżwiedzia — Turonia,
Skarbnika, T opielca i P łanetnika-P ierona“ , skandynawskiego „T horra“, „Odhin na“ i innych. Są one bardzo pospolite w naszym krnju, a przyw iązane
są niem al do każdego w iększego zagłębienia lasu i wzgórza, zwanego p o ­
w szechnie : „Górom “, „B rzegom “, „Grodziskem “, „Z om kem “, „Z om cyskem “ ,
itp. Te w zgórza, zagłębienia i lasy; to pierwotne miejsca pobytu „ B io ły g “
lub „Cornyg M ocorzy“ — to ich ołtarze ofiarne i św iątynie pogańskie —
to greckie „Olim py“ i skandynawskie „W alhalle“ . Z m iejsc tych prowadzą
zwykle podziem ne wejścia i chodniki na „Tamten Św iat“ , składający się
z „N ieb ios“ i „ P ie k ie ł“. (Porów , mój „Zarys pierwotnej religii L achów “
ja k powyżej). Podaniom tym o „M ocorzag“ przeciwstawia lud nasz podania
0 małyah „B ździochag ‘, zamieszkujących szczeliny skał, starych murów itp :
podobnie, jak lud niem iecki podaniom o „Olbrzymach (R iesen )“ przeciw sta­
wia podania o „K arłach (Z w erge, H einzelm ännchen)“ . „S iék iéra“ , którą
sobie owi „M ocorze z Góry na Góre“ podają, „Carodziejski Luk ze Strza- J
łam i M yśliw ego M ikołaja“ , „Zbójecko P olk a В еса “, straszna władza w ręku
bezbożnych panów : . Skrzesowa i Zapadłego M iasta“ pod Ciężkowicami,
ogromne skały w ręku „D jabłów “ z „Grodziska“ itp. to w ielki „M łot-M jollnir“ w rękach potężnego „B oga Thorra“ , pod którego ciosam i padały o l­
brzymie drzewa, góry i sk a ły . T o owa „ W łó czn ia “ , którą niem iecki „ W o ­
dan“ pierw szą wojnę na św iecie rozpoczął. To ciężka „R apa“ prastarego
króla naszych puszcz „M iedżw iedzia“, zwanego pow szechnie: „N iedżw iedziuchem “, „M rozem “ , „T uroniem “ , , Bokusem “ itp., To straszny „E ogień -N ieb iesk i“ w rękach „B oga-P ieron a“ , najstarszego „D ziw a -B io łeg o “ zsyłają­
cego na ziem ię, „H aje“ , „ B u rze“ , „N ow alnice“ , „ D y see Ł uliw ne“, „G rzm o­
ty “ , „ B łysk aw ice“, „P ieruny“ i „Grady“ , ilekroć „Ludzie na ni żyjący
łoddadzo sie pod moc Dziw u Cornemu“ . Owo podawanie sobie „ S iék iéry “,
a raczej owo rzucanie jej z „Głóry na G órę“ , owo rzucanie skał na „ K lo stór scyrzycki“ , owa walka „M yśliw ego M ikołaja“ z „B abom -Sitnicom “ ,
która go zjeść chciała, owa walka „B eczą z ludźm i“ , którzy go pojmali
1 na śm ierć skazali, owo bezbożne życie „Panów Zapadłych M iast i Zam­
ków “ tudzież „strasno Kora B o ż o “ , jaka ich za to spotkała: to walka
, D ziw B io ły g “ z , Cornerai“, to walka bóstw młodszych ze starszym i, to
w alka: „ L a ta “ ze „Z im om “ , „ P o g o d y “ ze „P sotom “ , „ D n ia “ z „N ocom “ ,
„M roza-M iedźw iedzia-T uronia“ z „P ieronem “ i innymi „P łanetnikam i“ , to
walka „T horra“ z „Odhinnem“ , „K ronosa“ i innych „T ytanów “ z „Z eusem “ ,
to w alka „P ogaństw a“ z „Chrześcijaństwem “ . T akie walki powtarzały się
— pow tarzają — i będą powtarzały zaw sze aż do skończenia św iata: skan­
dynaw skiego „R agnaroku“ t. j. poki „ B ioli“ nad „C ornem i“ całkiem nie
odniosą zw ycięstwa. (Por. mój „Zarys pierwotnej r e lig ii L achów “ jak p o ­
w yżej).
Co się tyczy późniejszych dodatków w tych podaniach, to są one
rów nież hom iletycznej natury, choć może nie w tym samym stopniu co
w legeudach, bo gdy tam k aznodzieja chrześcijański prócz tajem niczego
znaku na listku rośliny lub kamieniu musiał wszystko inne sam sobie wy­
m yślić, tu korzystał już podobnie jak w podaniach o „ Ś w ięty-W od zie“
z gotowej kom pozycyi. Praca zaś jeg o autorska ograniczała się tylko do

— 280 —
zm iany imion pogańskich na chrześcijańskie. T akie przemiany starożytnych
podań na chrześcijańskie legendy były w pierw szych w iekach chrześcijań­
stwa rzeczą zw ykłą, podobnie jak przem iany pogańskich : św iątyń, uroczysk,
m alowideł, zwyczajów i obrzędów na chrześcijańskie.
P ozostała nam jeszcze anegdotka o „ K ija k a ch “ czyli „ P ioscan ag łod
P odgórzo“ . J e stto mały urywek z hum orystyki polskiego „Sow iźrola —
Sow iżdrzała — Św idrygoła“ ,
który
według
p. Św iętka przypom ina
k sięcia litew sk iego Św idrygełłę — a naszem zdaniem : został przetłóm aczony wprost z n iem ieck ieg o : „ E u len sp ieg el“ i u nas przez kolonistów
niem ieckich rozpow szechniony.
U stęp pod tyt. : Św iątniki nie ma nic na sobie ludowego i je st prawdo­
podobnie, jak to bardzo często się zdarza, przez któregoś z in teligen in ik ów
św iątn iek ich niedawno utworzony i przez p. U d zielę ładnie ustylizow any.
L ecz nawet i tego rodzaju opow iadanie dodatnio wpływa na m łodzież i bu­
dzi szacunek do drogo nabytej spuścizny Św iątniczan. N ie należy go przeto
ani n iem iłosiern ie elim inować — ani p otępiać. A co się tyczy jeg o w arto­
ści naukowej — to i ono jest owocem swojskiej a nie obcej fantazyi, cho­
ciaż i nie ludowej. Ludowi to opowiadanie je st zupełnie obce.
N a zakończenie naszego om ówienia powyższych dziełek p. U d zieli w y­
pada jeszcze w spom nieć, że napisane są one gładko i potoczyście — - nadto,
że ilustracye p. L. W interow skiego są w cale udatne.. Może tylko nieco za ­
mazane. Perspektyw a na obrazku: , Św iątniczanie w itają Jadw igę“ za bar­
dzo słabo oddana. Obrazek pierw szy nieskończony; brak tła. K ostium „ O l­
brzym ów“ nieprawdopodobny. Mimo tych drobnych usterek, oba dziełka pod
każdym w zględem pożyteczne,
L . M łynek.

Gilasnik zemaljskog muzea {Sprawozdania muzeum krajowego)
u B ośni i H erzegovini. U rednik (redaktor) K osta Hörman. Sarajewo 1 8 9 8 ,
zeszyt I. str. 174.
P ow yższy G lasnik, wydawany nakładem rządowym, obejmuje rocznie
4 zeszyty i zaw iera rozprawy z różnych działów naukowych.
Z rozpraw etnograficznych zwraca na siebie główną uwagę rozprawa
prof. E m . L i l k a : Ž e n i d b a i u d a d b a (Ż enienie się i w ychodzenie za
mąż) u B o ś n i i H e r z e g o v i n i .
Zwyczaje ślubne i w eselne serb sk o-k roick ie były już kilkakrotnie o p i­
sywane przez ludoznawców krajowych. Zajmowali się nimi W uk Karadžič,
M edakow ić, W rczew ić, B ogiszić, Ilić, M iliczew ić, Poludniow osłow iańską A k a ­
demia. Najmniej w iadom ości było w tym w zględzie z B ośni i H ercegow in y,
dokąd za panowania tureckiego trudny był dostęp. D opiero po aneksyi tych
krajów przez A ustryę można było swobodniej badać tam tejsze obyczaje lu ­
dowe. Z przed aneksyi posiadamy tylko rozprawę Bogoljubą. Petranow ića
w „Glasniku srpskog uczenog d ru sztw az r. 1 8 7 0 ; po aneksyi pojaw iło się
już kilka rozpraw, zajmujących się zwyczajami weselnym i. Mamy Ł u k a s z a
G r d z i ć a B j e l o k o s i ć a : I z n a r o d a i o n a r o d u , M ostar 1 8 9 5 , L iw adica w broszurze : B a s a n c z i c e , J a n a K l a r i ć a o o b y c z a j a c h w e s e l ­
n y c h r z y m s k o - k a t o l i k ó w w G l a s n i k u muzeum krajowego z r. 1 8 9 7 .
Ciekawe szczegóły znajdują się także w dziełach n ailepszego prawnika S ło ­
wian południowych B o g i s z i ć a :
„Prawni obiczaji kod Slaw en a
(K niżew nik 1 8 6 6 ) i „Z b o r n i к p r a w n i h o b i c z a j a k o d j u ż n i h S l a w e n a K i w obszernej k sią żce K ra u ssa : S i t t e u n d B r a u c h d e r S ü d -

s l a v e n “. Najdokładniej jednak opisał zwyczaje ślubne i weselne w B ośni
i H ercegowinie prof. L ilek. N ie ograniczając badań na jedno w yznanie,
czyto rzym sko-katolickie, czy to prawosławne lub m ahom etańskie, które
w tych prowincyach istnieją obok siebie, ani na jedną m iejscow ość, p rzed ­
stawia nam obszerny i dokładny obraz zwyczajów, jakie wyznawcy trzech
tych r elig ii zachowują przy w eselach . P oniew aż zw yczaje te są bardzo p o ­
dobne do naszych i noszą często ślady dalekiej przeszłości, warto im ob szer­
niejszą pośw ięcić wzm iankę.
Że są stare, św iadczy najpierw ta okoliczność, że są one prawie równe
u wyznawców w szystkich trzech religii. R óżnice, nieznaczne zresztą, w yło­
niły się później z pow oda zapatrywań i odmian religijnych pojedyńczyeh
wyznań. Dowodem starożytności zwyczajów tych w Bośni i H ercegow inie
jest także poryw anie dziew ic, i to nie sym boliczne, lecz rzeczyw iste, którego
naw et kilkunastoletnie sądy austryackie wykorzenić nie zdołały, pomimo
źe przew inienie takie bywa karane w ięzieniem 2 — 6 lat. Rozpraw sądowych
o porw anie dziew czyn było m iędzy rokiem 1 8 8 2 — 1 8 9 7 aż 1 3 . Ile zaś było
wypadków, w których sprawę załatwiono pojednaniem i pomocy sądu nie
w zyw ano?
P orw anie dziewczyny może być trojakie: 1) Gwałtowne, zasadza się
ono na tem, że m łodzieniec zakochany, którem u albo panna albo jej ro ­
dzice nie sprzyjają, napada z towarzyszam i na pannę, zajętą przy jakiej
robocie w polu albo i na dom jej rodziców i porywa gwałtem dziewczynę.
Że się przytem nie obejdzie często bez bijatyki, a nawet krwi rozlewu,
łatw o się dom yślić. Porw anie takie kończy się albo ugodą albo sądem.
2 ) Moralne porwanie, pociągnięcie ku sobie, praktykuje się u mahom etan.
M łodzieniec nie mogąc w dobry sposób uzyskać swej bogdanki, chwyta
ją na jakiem publicznem m iejscu za rękę i całuje ją 2 lub 3 razy. Na
dziew czynie takiej, publicznie pocałowanej, leży w edług zapatrywania mahom etańskiego plama, skutkiem której żaden inny m łodzieniec za żonę jej nie
w eźm ie. D la zm azania tej plamy nie pozostaje rodzicom nic innego, jak przepro­
wadzić zw iązek m ałżeński między pocałowaną a jej napastnikiem . 3) W y ­
kradzenie panny je st najłagodniejszą formą porwania, gdyż odbywa się albo
w porozum ieniu z panną, której rodzice nie chcą pozw olić na małżeństwo
z wybranym m ężczyzną, albo nawet z wiedzą rodziców w celu uniknięcia
w ielkich kosztów weselnych.
Zdarza się także, że dziew czyna sama z domu rodzicielskiego ucieka
do swego kochanka, spowodowana do tego albo przykrościam i, jakich doznaje
w domu (zw ykle od macochy) albo lekkom yślnością. K ochanek poślubia
praw ie zaw sze taką dziewczynę, choć w życiu późniejszem narażona jest
ona często na wymówki. Nazywają ją też pogardliw ie b j e g a n i c a .
B ardzo starym zabytkiem je st wysługiwanie żony, czego ślady mamy
już w starym T estam encie (M ojż, I. 2 9 ). Autor opowiada o znanym sobie
podobnym wypadku z r. 1 8 9 7 . Parobek chcący w ten sposób zdobyć sobie
żonę, służy gospodarzow i tylko za jedzenie i odzienie 5 — 1 0 lat. Zwykłym
jednak sposobem pojęcia żony je st proszenie o nią rodziców.
Charaktery­
styczną cechą starożytną je st i ta też oki liczność, że młody pan musi za
narzeczonę płacić, podczas gdy przyszła żona oprócz ubrania, nie dostaje
żadnego posagu. P ła ca za żonę wynosi 2 0 , 3 0 , 50, czasem nawet 1 0 0 r e ń ­
skich, stosow nie do stanu m ajątkowego nowożeńców. Pan młody ponosi
także prawie w szystkie k oszta w esela, które są dość znaczne, gdyż oprócz

19

-

28á —

Zapłaty właściwej teściow i musi się jeszcze opłacać m atce, braciom , siostrom
i innym krewnym swej żony juźto gotówką, jużto podarunkami. W łaściw e
w esele nie odbywa się także w domu narzeczonej, lecz narzeczonego i na
jego koszt, przyczem nikt ze strony panny młodej nie bierze udziału we
w eselu.
P ojedyncze fazy w esela są, następujące. Gdy m łodzieniec ma zam iar się
żenić, idzie na o g l ę d z i n y (zagled). W pewne św ięta k o ścieln e zbierają
się dziew częta, kandydatki do m ałżeństw a, przed kościołem , aby im się m ło ­
dzieńcy m ogli przypatrzeć. W niektórych okolicach noszą dziew częta, chcące
w yjść za mąż, naw et strój odmienny. J eżeli sobie m ężczyzna jaką pannę
upatrzy, nawiązuje już tu z nią znajom ość, dając jej jaki podarunek, zwy­
kle lusterko na odpuście kupione, albo zabierając jej podczas zabawy chu­
stkę, którą trzyma w ręce.
Gdy dziew czyna przyjm ie podarunek albo o chustkę się nie upomina,
oznacza to, że sprzyja konkurentowi. W tenczas wyprawia on ja k ą babę do
rodziców swej wybranej, aby wybadała ich wolę. Gdy z w i a d y te wypadną
pom yślnie, następują m a ł e o ś w i a d c z y n y , podczas których omawia się
po drzedstawieniu sprawy dzień w i e l k i c h o ś w i a d c z e ń . Służą one nie
tylko do pow tórnego uroczystego ośw iadczenia się, k tórego nie przedstaw ia
nigdy sam pan młody, lecz jego zastępca, i do oznaczenia czasu w esela,
lecz głów nie do um ówienia się o cen ę dziew czyny. Umowa ta uważana jest
za integralną i najw ażniejszą część w esela. Teraz dopiero następują z a r ę c z y n y , które u katolików odbywają się u plebana, u prawosławnych i m a­
hom etan w domu.
W niektórych okolicach zachow ała się uczta pożegnalna kaw alerstw a
i dziew ictw a narzeczonych. P ierw sza odbywa się w pierw szą, druga w drugą
niedzielę zapow iedzi.
W reszcie odbywa się w e s e l e , składające się znowu z różnych części.
K ilka dni wprzódy zaprasza albo młody pan, albo zw ykle głow a domu, lub
ktoś z fam ilii osob iście swatów i gości. W dniu oznaczonym zbierają się oni
w domu narzeczonego i po przekąsco udają się po m łodą pannę ; narze­
czony nie id zie nigdy z nimi. Swatowie składają się z kum a, starszego
swata, dwóch dziew ierzy, ojca i najstarszego brata narzeczonego, innych
braci, sąsiadów i zwykle także błazna, którego obow iązkiem je st bawić to ­
warzystwo. Przed dom em panny młodej zastają zw ykle wrota zam knięte.
Swatowie domagają się otwarcia ich i wydania narzeczonej. W tenczas wy­
prow adzają domownicy prawie zaw sze jaką starą babę, a dopiero później
w łaściw ą dziew czynę. W przódy wszakże zaprasza się swatów do izby, c zę­
stuje się ich jadłem , przyw iezionym najczęściej z domu m łodego pana, i po
zapłaceniu umówionej ceny wydaje się narzeczoną. Oprócz tego trzeba p ła ­
cić wykupno za kuferek z rzeczam i panny m łodej, za uździenice p rze­
chowane swatom i za inne drugie rzeczy.
Panna młoda mając w yjeżdżać żegna się z rodziną, służbą, z domem,
który w kolo obchodzi, albo z ogniskiem , na który kładzie dukat, albo ca­
łuje próg domowy. Często także zdejm uje stare trzew iki, a wdziewa nowe
darowane jej w tej chw ili przez m atkę. W końcu wsiada na koń lub wóz
a za nią wylewają w wielu m iejscach dwa kubły wody. W drodze strzelają
i śpiew ają swatowie, częstując każdego spotkanego wódką.
Gdy przybędą
do pierw szej wody, rzuca panna m łoda we wodę lub na m ost coś ze swego
ubrania, np. chustkę. K atolicy w stępują zw ykle po drodze do k o ścio ła , gdzie

— 28В —
już czeka miody pan, dla odbycia ślubu. W ogóle jeduak uważa sig ślub źa
coś pobocznego nawet u katolików , tak że kościół katolicki wydał surowe
upomnienie dla tych , którzyby go odprawiali dopiero po weselu. U praw o­
sławnych odbywa sig ślub zwykle w domu podczas w esela, a u mahometan
dopiero po w eselu przed odpowiednią, władzą,. Jeżeli nowożeńcy byli w k o ­
ściele, natenczas z kościoła, jeżeli uie byli, natenczas wprost z domu panny
młodej udaje sig całe towarzystwo do domu m łodego pana,
Tutaj oczekuje panng młodą świekra i koło dziew cząt śpiew ających;
pannie młodej podają na koń dziecko m gskie, które ona przekłada 3 razy
z ram ienia na ramig, rzeszoto ze zbożem, które przerzuca przez sieb ie lub
przez chatg, albo i jabłko z utkwionemi w nie pieniądzm i, które także
rzuca. P rzed wejściem do chaty wylewają przed nią i tutaj wodg, czgsto
wylewa ją sama, przewracając nogą ustawione w tym celu naczynie; potem
całuje próg składając na nim ja k iś upominek. W progu samym stoi zwykle
m łody pan z w yciągnigtą ręką, tak, iż narzeczona jego musi pod nią przejść
na znak swej u ległości. U katolików kropi ją
świekra świgconą wodą, u m a­
hom etan zaś jest zwyczaj, że nowo wprowadzona wstępuje bosem i nogami
w miskg z miodem i m asłem ; spotyka sig to czasem i u prawosławnych.
P o wejściu do chaty idzie nowo przybyła zwykle najpierw do ogniska, k tóre
obchodzi 3 razy i na
którem coś ofiaruje i całuje w szystkich starszych
w rękg a m łodszych w twarz.
P otem dopiero zaczyna sig w esele, na którem młoda panna usługiw ać m usi,
każdemu sig nisko kłaniając. Na jed zen ie i picie składają się, jak to i u nas
gdzieniegdzie we zwyczaju, wszyscy goście. Potrawy są rozm aite, na zakończenie
jednak uczty w eselnej podają pewną znamienną strawę, oznaczającą koniecjedzenia ; je s t nią u mahometan i u części katolików barani ogon, a u .p ra ­
wosławnych kura, u innej części katolików gotowany ryż. W tenczas chwyta
sig każdy za k ieszeń i zostaw ia podarunek pieniężny na talerzu. P rzy stę­
puje potem panna młoda w tow arzystw ie dziew ierza starszego z m iednicą
i ręcznikiem i myje zgromadzonym ręce, za co otrzymuje od każdego w y­
nagrodzenie. T akie samo mycie połączone z czesaniem gości podejmuje panna
młoda i na drugi dzień rano.
Gdy nadszedł czas spania, odprowadza sig nowożeńców do łożnicy,
przed czem panna młoda w szystkich całuje i daje odkup za pościel. Przed
oknem sypialni swatowie strzelaią, śpiewają i puszczają różne swawolne
żarty. Na drugi dzień budzą państwo młode i oglądają pościel, na której
państwo młodzi zostaw iają dla starszego swata, lub dla ścielącej łóżko p o ­
darunek. U prawosławnych jest zwyczaj, źe po nocy ślubnej prowadzą młodą
m ężatkę do źródła lub ruczaju, gdzie sobie myje ramiona i głow ę. Czy
istn ieje znany u nas zwyczaj wywodu (chodzenie kobiety do w ywodu, t. j.
do k ościoła w drugi lub trzeci dzień po ślubie je st u nas ogólnie znane),
autor nie wspomina. W esele trwa zwykle 2 — 3 dni. Gdy się goście r o zch o ­
dzą, dostają od nowo poślubionej podarunki (chustki, czapki, spodnie itd .)
Jednakże obrzęd w eselny nie kończy się jeszcze ; następują bowiem o d ­
w iedziny m iędzy rodziną zaślubionej i zaślubionego, m iędzy młodem pań­
stwem a swatami i gośćm i w eselnym i, co często trwa cały m iesiąc. D opiero
po załatw ieniu w szystkich tych w izyt mają spokój państwo m łodzi. Jak wi­
dzim y, je s t zaw ieranie m ałżeństw połączone u Serbów i Kroatów z wielu
zwyczajam i i cerem oniam i, z których tylko najw ażniejsze przytoczyliśm y.

— 284 —
Ш dalszym ciągu rozprawy stara się prof. L ilek przeprowadzić dowód,
że w obrzędach w eselnych serbsko-kroackich zachował się dawny zwyczaj
kupowania żony, która tem samem spadała do poziom u niew olnicy. Na w y­
wody jego zgodzić się można zupełnie. U wydatnia dalej resztk i kultu sło ń c a ,
ognia, wody i bóstw domowych w opisanych obrzędach w eseln ych . Mniej
zadawalnia porównanie obrzędów w eselnych serbsko-kroackich z obrzędam i
starodawnych Żydów , Greków, Kzymian i Germanów. N ajlepiej wypada
jeszcze porównanie ze zwyczajam i żydowskim i, opisanym i w starym testa ­
m encie. Praktyczniej byłby autor p ostąp ił, gdyby był porównał opisane
przez siebie zwyczaje ze zw yczajam i innych Słow ian, o czem w szakże zu­
pełnie zapom niał. Malo także znajdujemy pieśn i w eselnych, P rzytacza wpra­
w dzie autor niektóre, ale nic ma np. pieśni śpiewanych przy wyprowadzeniu
z domu rodzicielsk iego, przy wprowadzeniu do domn męża, przy tow arzy­
szeniu do łożnicy itd. Z obrzędów ślubnych kościelnych opisany tylko obrzęd
m ahom etański, kato lick i i prawosławny opuszczone, a prawdopodobnie w k o ­
ściele zachow ały się poza cerem oniałem kościelnym jeszcze ja k ie dawne
sw ojskie zw yczaje. Całość jednak przedstaw ia się korzystnie i św iadczy
0 w ielkiem zam iłowaniu do przedm iotu i znajom ości ludu.
W pom ienionym zeszy cie G lasnika znajdujemy jeszcze w R ozm aitościach
k ilk a drobnych przyczynków etnograficznych z w yspy Chwara (po w łosku
L esin a), podanychi przez A n t o n i e g o E l i a s z a C a r i ć a :
a) O p rzesą ­
dach ludu przed
po porodzie kobiety, b) o śpiewaniu w ieczornem i noenem pod oknami dziew czyn, с) o procesyi, mającej na celu zw iedzanie
bożego grobu w kościołach parafialnych w w ielkim tygodniu, d) o zabawach
ludowych, pom iędzy którem i znajdujemy kilk a podobnych do znanych u nas
(n. p. grę w guzik i, grę o m igdały, u nas o groch, ślep ą babkę), e) o uroku
1 spędzaniu go i f) podanie m iejscow e o założeniu wsi Swircze.
S ą to drobne ale cenne w iadom ości, bo badane gruntownie i opisane
dokładnie.

Dr. J . Leciejewski.

E. Мошеиг: Ľ Inde et ľ Occident. (Odb. z Revue de ľ Universit,
de Bruxelles t. Г Ц . juin ju illet), W B rukseli І 8 9 8 , str. 1. 4 3 .n l. 3. w 8 -ce
Na innem m iejscu podaję szczegółow o treść broszury tej, która je st
sprawozdaniem z dotychczasow ych badań nad wzajemnym stosunkiem cyw ilizacyi hinduskiej i tak zwanej zachodniej, oraz nad wpływem wzajemnym.
Tu dotknę tylko strony ściśle folklorystycznej. A utor na dwu m iejscach
porusza stosunek folkloru hinduskiego do zachodniego. Na str. 1 4 . om aw ia­
jąc to, co kupcy sem iccy przynieśli pożytecznego cyw ilizacyi hinduskiej, p o ­
w iad a: N adto opow iadali im pow iastki, bajki i m ity, które tym sposobem
w eszły do skarbnicy piśm iennictw a h in d u sk iego“ . W uwadze zaś rozprow a­
dza pogląd ten szerzej, przyczem rzuca też m yśli, godne uwagi pod w zglę­
dem m etodologicznym . Powtarzam w ięc je za nim : „N ie m yślę utrzym ywać,
żeby g em ici nie przyjęli przy tej sposobności bajek i opowiadań od H in d u ­
sów. P ragnę tylko tu zw rócić pośrednio uw agę na tę okoliczność, że n i e ­
k t ó r e podobieństw a m iędzy folklorem greckim a hinduskim należy z wsżelkiem prawdopodobieństwem tłum aczyć wymianą literatury ustnej, sięgającą
czasów pierw szych stosunków Hindusów z Sem itam i w drodze m orskiej.
B a jk a taka np., jak o ośle, odzianym skórą lw ią, bajka, której istnienie
w Grecyi i Indjach przed wyprawą A leksandra W . je s t stw ierdzone, a któ­

-

285 -

rej nie m ożna bezwarunkowo pojmować jako utworzonej oryginalnie i w A te ­
nach i w Benaresie, mogła bardzo łatwo powstać nad brzegami E ufratu
i stąd powędrować w jedną stronę aż do wybrzeży jońskich, w drugą zaś
aż do kraju Abhirów (tj. Indyi, bo p. M. utożsam ia bajeczny Ofir z wyr.
sanskr. Abhiras). T ak samo rzecz się ma z cyklem o lw ie i o szak ala,
którego Grecy zastąpili lisém nietylko dlatego, że nie było
szakali,
w Grecyi, lecz także być może dlatego, że cykl ten przek ształcił się p ra ­
wdopodobnie pod wpływem cyklu północno-europejskiego o niedźw iedziu
i lisie, który zlał się w średniowieczu z ułamkami cyklu greckiego, p rze­
chowanymi w książkach, by skończyć na naszej epopei zw ierzęcej. M uszę
dodać, iż nie sądzę wcale, iżby bez wymiany tego rodzaju nie mogły były
pow stać czy to bajki w Indyach, czy też opowiadania w Grecyi względnie naodwrót, jak to niestety utrzymywały znakomite nawet mole biblioteczne. Opo­
wiadania i bajki nietylko chadzają gościńcam i i ścieżkam i, odkąd św iat
światem , lecz także pow stają wszędzie, a Indye mają W tym w zględzie li
ten przyw ilej, że bardzo w cześnie zebrały w jedno swoje piśm iennictw o
ludow e — posługiw anie się bowiem bajkami propagowali kaznodzieje b u dystyczni — i stąd to pochodzi, że taki „Ocean rzek op ow ieści“ (napis
jednego z takicn zbiorów, po sanskrycku nKatha,saritsag&rahLl) wywarł w ielk i
wpływ, jeśli nie w drodze ustnej, to przynajmniej książkow ejtradycyi na
literaturę ludową innych krajów “ .
Na str. 3 3 . zaś do zdania, że „folklor hinduski z pew nością wchłonął
w iele opowiadań greckich, z których niektóre następnie pisarze hinduscy
przejęli do dzieł swych z tradycyi swego ludu“, dodaje u w agę: „W yp ad a­
łoby jednak w każdym razie zbadać dokładnie zaznaczone isto tn ie wypadki
zapożyczeń. Ażeby zaś udowodnić zapożyczenie, nie dość jest w ykazać, że
opow iadanie zaw arte w pewnym tek ście sanskryckim czy palickim , jest po­
dobne do pow iastki, zawartej w tek ście greckim , w cześniejszym chronolo­
gicznie, i że podobieństwo jest tak uderzająeem , iż nie można przypuszczać
każdorazowo pow stania sam oistn ego; należy je sz c z e wykazać, że oba op o­
wiadania nie m ogły, każde niezależn ie, wypłynąć z opowiadania X , u tw o­
rzonego w kraju Y w okresie czasu Z, przyczem kraj i czas mogą zresztą
pozostać nieokreślonym i bliżej ; a to można zbadać li przez studyum iunych
odm ianek tej samej p o w ia stk i,— odmianek, które znajdziemy prawie zaw sze,
byle szukać dobrze
Aby dać przykład na wypadku, który wydaje mi się
zupełnie pewnym, historya hinduska o W idżaji na wyspie Lance (tzn. Ceylon ie), odpowiada historyi greckiej o U lisesie na wyspie Kirki. Że zachodzi
tu fakt derywacyi (pow stania jednej z drugiej), to wynika nie tyle z l i ­
cznych podobieństw m iędzy obiema tekstam i, co z tego faktu, że te podo­
bieństw a tw orzą z tych dwu tekstów grupę osobną pom iędzy odm iankam i
tem atu tego, jak go znamy ze studyów, jeszcze n ied ostateczn ych
(prw.
Cosquina C o n t e s
p o p u l a i r e s d e L o r r a i n e I, 6 2 — 7 і 7 8 — 8 1 ).
Z apatrując się na nie z tego punktu w idzenia, nie będziem y np. przyw ią­
zyw ali w ielkiego znaczenia do tej okoliczności, że w tekście palickim rów nie,
jak greckim , bohater opowiadania rzuca się na czarow nicę i grozi jej śm ier­
cią, któryto szczegół, zachodzący wr w iększej części odm ianek tego tem atu,
m oże w ykazać tylko stosunek pokrew ieństwa w lin ii pobocznej ; natom iast
zwrócimy baczniejszą uwagę na rysy, które mogą w ykazać stosunek p ok re­
wieństwa w lin ii prostej, jak np. szczegół o p rzybyciu bohatera na wyspę
z pokaźną liczb ą tow arzyszy, mimo, że nasze opow ieści ludowe nie określają

— 286 —
ściśle m iejsca akeyi, m ówią li o 3 braciach. T ea rys — jak się zdaje, po­
chodzi z Odysei, a co do liczb y tow arzyszy to m ożaa naw et wytłum aczyć,
dlaczego szczegół pierwotny, który w edług m ego zapatryw ania przechow ał
się w opowiadaniach, jeszcze żyjących, u leg ł tam zm ianie. Z chw ilą m iano­
w icie, gdy pieśniarze (aojdow ie), którzy w zbogacili „w ątek “ eposu greek.
N o s t o j szczegółam i, zebranymi z „p o w ieści“ i legend żeglarzy i rybaków
greck ich “, przezwali bohetera opow ieści o K irce Odyseusem, m usieli się
liczyć z tradycyą epicką, która mu w yznaczyła była w ielką liczb ę tow a­
rzyszy, a tylko w osob ie E urylochosa dochował się ślad daw nego stanu
rzeczy w opow ieści co do liczby osób d ziałających “.
W skazów ki te m etodologiczne może się przydadzą naszym badaczom
stosunku pokrew ieństw a opow ieści ludowych. D latege je przytoczyłem . D o ­
dam zaś, że broszurą prof. M onseura, znanego ludoznaw cy belgijskiego, z a ­
w iera oprócz jasnego przedstaw ienia głównngo przedm iotu m nóstwo podo­
bnych uwag trafnych a w każdym razie pobudzających do m yślenia, i g o ­
dną j e s t bliższego poznania.

D r. F r. -K rezek.

Dr. Eugieniusz Romer: Spis prac odnoszących się do fizyografii
ziem polskich za lata 1 8 9 1 — 9 5 . (Odb. z „K osm osu “) . Lwów (!) 1 8 9 8 .
str. nl. 2, 1. 1 2 7 .
P olsk ie Tow. przyrodników im. K opernika uczyniło zadość potrzebie,
odczuwanej oddawna, rozpoczynając w ydawnictwo, które — jak wolno wno­
sić — będzie trwałym pulsom etrem badań nad fizyografiją ziem p olskich.
D r. Romer, zaszczytnie już znany gieograf, sp orząd ził spis pierw szy, po
którym będą następow ać dalsze, coroczne (za r. 1 8 9 6 — o ile w iem y,
już się ukazał w druku). P oniew aż czyteln icy i pracownicy, grom adzący się
k o ło naszego pisma, b ezw ątp ieria zechcą dow iedzieć się, czy praca m łodego
badacza lw ow skiego przyda się też na co ludoznawczym ich studyom , podam
przedew szystkiem układ treści taj bibliografii. Oto on : I . bibliografia fizyograficzna polsk a; II . a) gieografia, a m ianow icie t o p o g r a f i a ,'g ie o d e z y a ,
gieografia fizyczna, klim atologia, g i e o g r a f i a h i s t o r y c z n a , historya
gieogr., o n o m a t o l o g i a , przew odniki; b) karty gieograf.; III. a) g ie ologia, tj. stratygrafia, tektonika, paleontologia ; b) karty g ieol. ; IY . f l o r a ;
Y . fau n a; Y I, a n t r o p o l o g i a , a n t r o p o g i e o g r a f i a , e t n o g r a f i a ,
demografia.
P ozycye, odznaczone drukiem rozbitym , przedstaw iają działy, które
mogą i powinny obchodzić ludoznaw cę. Z natury rzeczy dział V I., obejm u­
jący 4 3 9 nrów tzn. 1/s całośei, która liczy 1 9 4 4 nrów, uporządkow anych
w każdej grupie abecadłowo, nie wyczerpuje dorobku naukow ego w d zie­
dzinie ludoznaw stwa p o lsk iego za p ięciolecie om awiane. D ow odzi tego choćby
porównanie zestaw ienia liczbow ego prac, zapisanych w bibliografii D ra R .,
z rzeczyw istym stanem rzeczy. Z estaw ienie to dokonane przez autora na
str. 1 2 6 , wykazuje w dziale Y I. niem al stale zm niejszanie się tw órczości : w r .
*) W artoby w zestaw ieniach następnych dodać trzecio obliczenie": ile
prac wyszło z pod pióra Polaków bez w zględu na język , w jakim praca się
pojawiła.

— 287 —
1 8 9 1 — 111 nrów , w latach następnych 9 7 . 100, 7 3 , 8 2 — ogółem 4 3 9
nrów w 4 6 3 publikacjach, z czego część m niejsza, bo tylko 2 1 0 nrów
w języku polskim *). A przecież tej statystyce przeczy znany i uznany fakt,
że od r. 1 8 9 0 , a zw łaszcza od ostatniej wystawy ruch na polu ludoznaw czem wzmaga się i rośnie stale ; że nadto prace, wydane w jęz. polskim ,
przeważają, należy przyjąć a p r i o r i bez wahania.
N ie
myślę i nie wolno mi
czynić z tego by najm niejszego zarzutu szan. autorowi, bo
w iedział sam najle­
piej, że niew yczerpał w szystkiego.. A nie nczynił tego z 2 przyczyn: l ) b i bljografia jego je st przedew szystkiem przyrodniczą i kładzie nacisk li na
prace o wybitnym charakterze przyrodniczym , 2) poza osobnemi publikacjam i
uw zględnił tylko 50 wydawnictw czasowych polskich, a 46 obcych z w yłą­
czeniem dzienników. Mimoto j.S p is“ Dra R . ułatwia niepom iernie zapoznanie
się z pracami w zakresie ludoznawstwa
naszego w okresie
1891— 95.
Szkoda tylko, że nie posiada wskaźnika im iennego na końcu, któryby pracy
autora, dokonanej z ogromnym nakładem i pracy i w iedzy, nadał w yższy
jeszcze stąpień i dosk on ałości i praktyczności. W noszę jednak z podniesio­
nych w łaśnie zalet autora i z własnego dośw iadczenia, że on chyba byłby
uw ieńczył swe dzieło chętnie wskaźnikiem, gdyby zwykły u nas, nieco k r a ­
marski wzgląd red a k cji naw et poważnych wydawnictw, rozrzutnych nieraz
aż nadto w najnieodpowiedniejszym kierunku, a skąpych, gdzie nie należy,
owa „szczupłość m iejsca'1 stereotypow a „nie była stanęła na zawadzie, że
się nie stało zadość autorowej ra d zie“ . Miejmy nadzieję poprawy w przy­
szłości, a za to, co dano, należy się wdzięczność komu należy.

Dr. Fr. Kresek.

SPRAWY TOWARZYSTWA.
I. Posiedzenia Zarządu.
D r u g i e p o s i e d z e n i e Zarządu Tow. ludoznaw . za r. 1 8 9 9 odbyło
się dnia 31. maja b. r. w sali instytutu botanicznego na U n iw ersytecie.
Obecni: pp. Bal, prof. D r. Dybowski, Dr. S. E lia sz-R a d zik o w sk i, Gaw roński-Raw ita, D r. G orzycki, Dr. L eciejew ski i Zdziarski.
P rzew odniczył prezes Tow. prof. Dr. Kalina.
1. Przyjęto 46 nowych członków.
2. P rzyjęto do w iadom ości ośw iadczenie prezesa Tow ., że c. k. N a ­
m iestnictw o zatw ierdziło istnienie oddziału Tow. w Krakow ie.
3. Z atw ierdzono nowe oddziały, m ianow icie w Tartarow ie i T ar­
now ie.
4 . Po d ł u ż s z e j
dyskusji uchwalono poruszyć w odpo­
w i e d n i s p o s ó b s p r a w ę o d m ó w i e n i a s u b w e n c у i To w a r z y s t wu
p r z e z Sejm krajowy.

Item sets
Lud 2

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.