Niektóre wierzenia ludowe w Rudkach / Lud 1899, t. 5

Item

Title
Niektóre wierzenia ludowe w Rudkach / Lud 1899, t. 5
Description
Lud 1899, t. 5, s. 346-357
Creator
Józef z nad Wiszenki
Date
1899
Subject
folklor tradycyjny, wierzenia ludowe, Ukraina (rejon złoczowski), Galicja
extracted text
Niektóre wierzenia iudowe w Rudkach,
S p i s a ł J ó z e f z nad W is z e n k i w lata ch 1 8 7 0 —3

S p isy w a n ie w ierzeń lu d o w y ch i zw yczajów sądzę, że często
b y w a o s ią g a n e sposobem n iew łaściw y m . Z tąd cz y ta się, że „w iele
tru d n o śc i pociągła za so b ą w y d o b y c ie ze s k ry te g o u m y słu d z ie c k a
n a tu ry , ch o ciażby jednej p ie ś n i, je d n e g o p rz e s ą d u “. U m y sł ludu
nie pow iem , żeb y b y ł „ s k r y ty “, a le raczej o tw a rty , szczery, dla
zn ajo m y ch , ży czliw ych. „ S k ry ty m “ nie ty lk o ludu okazuje się
u m y sł w ty c h ra zac h , g d y k to ś zbliża się do n ieg o za m ało znany,
za m ało b u d z ą c y zaufania, ch c ący u ch o d zić za coś w yższego i m ę d r­
szego , a jeszcze g d y się p o d p atrz y , że te n k to ś chce nas
b a d a ć . W ta k ic h razach k a ż d y czło w iek j e s t n ie c h ę tn y m i p rz e ­
zo rn y m , b y sw y ch ta je m n ic nie p o w ierzać B ó g w ie ko m u ; w ięcej
n a tu ra ln ie l ud, k tó ry częściej i łatw iej b y w a ł w y z y sk iw a n y . A le
zn a n y lu d o w i, je g o p rzy jaciel, życzliw y, m iną i u b io rem n ie z b y t
ró ż n ią cy się od lu d u , znajduje ła tw o drzw i do tajem n ic jeg-o
o tw arte . A je d n a k n iech um ie k o rz y sta ć. N iech się n a jp ie rw ro z­
g a d a o g o sp o d a rstw ie , o p o trze b ach , n ie d o s ta tk a c h , a serd eczn ie,
ja k ró w n y z ró w n y m , a nie będzie się m ó g ł n a słu c h a ć dosyć
w szy stk ieg o , co m u n a w y śc ig i jed n i p rz ed d ru g im i b ęd ą chcieli
o p o w iad ać. — P rz y
gościnie,
w
o g ro d z ie
p rz y
d rz ew ­
k ach , p rz y pszczołach, gdzie je s t czas do o p o w iad a n ia , lecą,
o p o w ia d a n ia ze serc, jak z w oreczka. A le n iech n o te n sam znany,
ży czliw y w yjm ie ołów ek, a b y coś z o p o w iad a n eg o zazn aczy ć dla
p a m ię c i, wt tej jednej chw ili zm roził opow iadaczy, osow ieli p ra w ie
i n a długo, albo n a zaw sze ich serca w ty m k ie ru n k u d la siebie
zam knął. L u d opow iada, a b y się ro zw eselić i a b y d ru g ic h z a b a ­
wić, lecz teg'O, co w ie jak o ja k ą ś tajem n icę, chce pozostać n a d a l
w łaścicielem .
Z auw ażę n ad to , że zb ieracze w ierzeń ludow ych, k tó rz y nie
zrośli się od m łodości z d a n ą okolicą, lecz są później p rz y b y ły m i,
ch o ćb y św iatły m i b y li b ad aczam i, często ty lk o p o w ie rz c h o w n ie
p o d ają, że to i ow o w tak iej lub innej fo rm ie istn ieje, ale g łe b ie j
tk w iące j p rz y c z y n y lu b c h o ć b y b liższeg o o b jaśn ien ia, nie u m ieją
p ra w d ziw ie po d ać. P o d tym w zg lęd em pew n iejsze są ob jaśn ien ia
osób zresztą w y k sz ta łc o n y c h nie sied zą cy ch w sw em m iejscu w y ­
ch o w an ia o tejże m iejscow ości, niż osób za m ie szk ały ch w m iejsco­
w ości, k tó re b ad a ją , ale są p rz y b y ły m zk ą d in ąd . P rze zto n iech c ę
je d n a k p o w iedzieć, iż b y 'p rzez p rz y b y szó w zeb ran e w iadom ości
o ludzie, b y ły nie dosyć, cen n e, ale że, co się jeszcze dzieckiem

-

347 —

sły szało , głęb iej i doskonalej się dziś po la ta c h pojm uje m yśl d a ­
n e g o w ierzen ia i zk ąd m ogło pow stać.

N ieco z o p o w iad a ń i w ierzeń.
D aw n iej b a rd z o sta ry c h ludzi, g d y już ro b ić nie m ogli, ży w ­
cem za k o p y w an o w ziem i. A le raz b y ł w ielki głód, ludzie m a rli
z g ło d u , w szy stk o zjedli tak , że nie m ieli n a w e t co posiać. T e d y
je d e n b ard zo s ta ry ojciec, k tó re g o n ajstarsz y sy n chciał zak o p ać
w ziem ię, bo już nic ro b ić nie m ógł, prosił się, a b y go jeszcze
je d e n ro k zostaw ił. A g d y syn m ó w ił: „to cóż w am dam je ś ć ? ! “
— p o ra d z ił m u ojciec : »Synu, weź sn o p k i n ajstarsz e z dachu, po­
siek aj n a d ro b n o i posiej n a polu«. S yn po słu ch ał. Z teg o docze­
k a ł się b a rd zo p ię k n y c h żniw. O d te g o czasu już p rz estali sta ry c h
ludzi żyw cem g rz eb ać , »bo i o n i się jeszcze na coś p rz y d a ć m ogą.«
L u d w ierzy , że często c h o ro b y pochodzą od „z łe g o “, — lecz
a b y o w szy stk ich ch o ro b ach ta k w ie r z y ł, nie je st praw d ą.
W zło czo w sk iem we w si W o ro n ia k i, ży ł pew ien chłop u w a­
ża n y za cz a ro w n ik a , k tó ry „w szy stk ie ch o ro b y zam iaw iać u m i“.
O tóż te n ch łop razu p ew n eg o sam mi o p o w ia d a ł, że on w p ra w ­
dzie od n ieb o szc zy k a sw ego ojca zn a k ilk a chorób leczyć ziołam i,
m iędzy in n em i i w ściekliznę, ale w ięcej nie. „A ludzie ta k g łu p i —
d o d aje — że m yślą, że ja w szy stk o m ogę jak im iś czaram i uleczyć.
J a n iech c ę n ik o g o przyjm ow ać, bo ja nie m am czasu, ja m am g o ­
sp o d arstw o , ja ludziom n a w e t tłum aczę i m ów ię, że ja nie m am
czarów , ale oni mi nie w ierzą. P o k ilk a mil przyjeżdżają i n iech cą
się u stąp ić, p ó k i im co nie pow iem . N ieraz ze złości, a b y sobie
poszli, cob ąd ź im k ażę zrobić, choć w to sam nie wierzę. I to im
ja k o ś p o m ag a. P o tem przychodzą, dziękują, przy n o szą różne po­
d aru n k i. J a n iech cę nic przyjm ow ać, bo ja W iem , że to się mi
n ie n ależy . A le oni n ie chcą się u stąp ić, że p ó k i od nich co nie
w ezm ę, ja k g'dyby się b a li, że inaczej im się co złego s ta n ie “.
W R u d k a c h p rz y w ynoszeniu u m arłeg o z dom u n a cm en tarz
u d erzają trz y ra z y tru m n ą o p ró g dom u. J e s t to p o żeg n an ie z dom em .
J e ź lib y się dom zap alił od pio ru n a, nie godzi się ra to w a ć
w odą, ja k zw y k ły pażar.
Jeźli k o g o p io ru n porazi, najlepiej go po szyję zak o p ać
w ziem ię, a ziem ia w y c ią g n ie porażenie..
W s ta ry m m ły n ie d iab eł straszy .
P rz y ro zstajn ej drodze nie należy ch a łu p y staw iać , bo się
nie b ęd zie pow o d zić. R ó w n ież źle b u dow ać dom n a b aź n ik a ch —
n a m ie js c u , g d z ie b zy czarn e ro sły — bo b ę d ą często słab o ści.

— 348 —
N a w ilię B o żeg o N a ro d z e n ia 24 g ru d n ia uw ażają b ard zo , kto
p ierw szy z o b cy c h p rzy jd zie do dom u Z te g o w różą n a c a ły ro k
o szczęściu lu b n iepow odzeniu. N p. g d y ja k i n ie p rz y ja z n y w ejdzie,
alb o b a rd z o b ied n y , te d y g n iew a ją się n ań i ro b ią m u w y rzu ty .
Z tąd to w ty m d n iu chodzą do sieb ie sąsied z i lub są s ia d k i ty lk o
w jak ie jś nadzw yczajnej p o trzeb ie.
P o d o b n ie ż w pierw szy dzień B ożego n aro d zen ia n ie b y w ają
u sieb ie n a g o ścin ac h , bo się nie g odzi. W ty m dn iu g o szczą się
ty lk o sam i d o m o w n icy . W dru g im d n iu id ą w g o śc in ę do k r e ­
w n y ch , a w trze cim do p iero do znajom ych.
W w ilię B o żeg o n a ro d z e n ia po w ieczerzy c h ło p c y i k a w a ­
lero w ie id ą p ró b o w a ć szczęścia, osobliw ie tam , g d zie je s t c ó rk a
n a w y d an iu . W ó z, sa n ie w y c ią g n ą i p o sta w ią g d zieś n a drodze
lu b n a rzece n a lodzie. D rzw i p rz y w iążą. L asy , k tó re m i się
z a m y k a o b o ra , w y n io są do s ą sia d a i p o sta w ią u g a n k u lu b p o d
o knam i. C zasem cielę p rz y w iążą do d rzw i w łaścicielow i lu b in ­
nem u, a w szy scy boją się w yjść, bo „coś się tłu c z e “. N iek ied y
zd arzają się ta k ie p ró b y ze szk o d ą ja k ą ś połączo n e, ale b y w a ją
p o tę p ia n e i k a rc o n e surow o, g d y się w y k ry je sp ra w ca. R z e c z y
ta k ie m „ p ró b o w an iem szczęścia w y n iesio n y ch , n ik t nie zab ierze
n a w łasność, ale zaw sze w łaśc ic iel znachodzi, c h y b a d ro b iazg i
ja k np. k a w a łk i p o stro n k ó w . N ik t się też za ta k ie sp ra w k i nie
g n iew a , ow szem cieszy się, że nim się zajm ują. K to z ludźm i nie
żyje, do te g o zw y k le nie ch o d zą p ró b o w a ć szc zęśc ia“.
W d n iu w ilii n ic się n ik o m u nie pożycza, c h o ć b y m u nie
w ied zieć ja k b y ło trze b a.
Z m ierżw y , k tó rą się ściele n a ziem i n a B oże N aro d zen ie,
ro b ią p o w ró sła , i opasują d rzew a ow ocow e, a b y lepiej ro d z iły i od
g ą sie n ic w olne b y ły .
W ie le z w ierzeń u trzy m u je się w ięcej sp o so b em zw yczaju,
niż a b y w nie k o n iecz n ie lud m iał w ierzyć, ja k to w ielu p iszący ch
o ludzie się w y ra ż a i k rz y w d zi go, P rze cież i dla w a rs tw y p ó ło św ieconej istn ie ją do dziś ta k zw ane „k a le n d a rz e s tu le tn ie “ choć
w nie m ało k to w ierzy , d la w yższych jeszcze istn ie je F alb , i choć
od w ielu n a z y w a n y „ z n a c h o re m “, a m im o to ciek aw ie je g o p rz e ­
p o w ied n ie są rozszerzane.
R a z je d e n s ta ry , p o w a ż n y m ieszczanin m ó w i: J a znam
w sz y stk ie m iesiące n a ca ły ro k naprzód, k tó r y będzie m o k ry ,
a k tó ry suchy. Á to z k ą d ? O to n a N ie p o k a la n e poczęcie (czy też
n a w ilię B ożego N aro d zen ia), p o ro z k ra w y w a ł 12 cebul, p o zd z ie rał
z każdej ceb u li po p o ło w ie łu p y czerw onej, p o u sta w ia ł n a oknie
w p o rz ąd k u , ja k id ą m iesiące i w k aż d ą p o n a sy p y w a ł soli. P e ­

— 349 —
w n eg o d nia, n iep o m n e czy nie n a N o w y R o k , p r z e g lą d a ł sól,
g d zie b y ła m o k rą, znaczyło to, że ten m iesiąc będzie sło tn y , g d zie
su ch ą — p o g o d n y . Czy on w to isto tn ie w ierzy ł?! — sądzę, że
m oże w części, m niej niż w stu letn i kalendarz.
W sam ą wilię, bo ta k n azy w ają w ig ilię B ożego n aro d zen ia,
zach o w u ją b a rd zo p ięk n y , p a try a rc h a ln y zw yczaj.
G o sp o sia się sk rz ąta, a b y w szy stk ie zw yczajow e p o tra w y
b y ły go to w e, a w in n y b y ć w szy stk ie te p o tra w y n a wilię, k tó re
się w ro k u ja d ły , n a tu ra ln ie postne. C órki m yją ław k i, p o m ag ają
m atce, p rz y g o to w u ją bieliznę i u b ra n ia n a p a ste rk ę . N ik tb y się
n ie od w aży ł zbliżyć do sto łu w bru d n ej koszuli, lub w u b ra n iu
co d zien n em , c h y b a ca łk ie m n iem a innego. C h ło p cy k łu ją g w iazd ę
z o p łatk ó w . G o sp o d arz w nosi snop ze ziarnem , w b ra k u je g o bez
ziarn a. W n o sz ą sian o n a stół, k tó re obrusem p rz y k ry w a ją biały m ,
a n a ziem i ścielą k ilk a w iązek sło m y m ierzw iatej. D zieci przez
o k n a p iln ie p atrz ą, a p ie rw sz ą g w iazd ę n a n ieb ie z uciech ą w szy­
stk im p o k azu ją. N ik t się tera z nie gniew a, nie krzyczy, nie złości
się, n ie płacze, n ie u d erzy , b o b y się cały ro k złościł, p ła k a ł itp.
D z iw n y n a s tró j! w szy stk im serce topnieje p ra w ie aż do łez już tu
p rz y tem k rz ą ta n iu się. O statn ia u b ie ra się gosposia. M oże ona
p rzez cały ro k osobno gdzieś k ą c ik ie m jadała, dziś ona i słu żb a
w szy stk o p rz y stole m usi być, bo inaczej „niegodzi s ię “. W tem
„nie g o d zi s ię “ co za siła ja k a ś tk w i dziś i w czasie ś w ią t“ .
D zieck o u padnie, ro zp łacze się, m a tk ą p rz y b ie g a : »nie p łacz dziś
Jo a siu — m ów i dziw nym g ło sem — bo dziś się nie godzi p ła k a ć “.
D ziecię, czy ono pojm uje, co m u m a tk a p o w ied z ia ła? — a je d n a k
n a ty c h m ia st oczy o b ciera, ani się gn iew a, ani o d g ra ża, ale bierze
się do sło m y n a ziem i pościelonej, ro zstrząsa, roznosi, p o p ra w ia ,
p rz e w ra c a się sam o rozkosznie po niej, dziw ny n astró j u dzieciny.
W re sz c ie ojciec, g ło w a dom u, zw ołuje do o p ła tk a “. T e n j e ­
szcze coś w y k o ń cza, coś w nosi. O jciec ja k nig'dy w ro k u c ie rp li­
w ie czeka, g ło sem ła g o d n y m zgrom adza] w szystkich. A g'dziež
jeszcze M ary sia, a gdzie Ja sio ? (M arysia i Jasio to słu żąca i p a ­
ro b e k ). „Za-wołajcie ich, tu w szy scy m uszą b y ć, ja zaczekam , ale
n iech się spieszą, bo już czas, już się „nie g o d zi robić, już g w ia ­
zd a d aw no n a n ie b ie " . — S ą już w szyscy. Jeszcze raz p rz e g lą d a
g o sp o d arz - ojciec czy k o g o nie b rakuje. „A o g ień n a k u c h n i za ­
g a rn ię ty ? — k ro w y już n ap o jo n e? — czyście o d w iązali p s a ? bo
dzisiaj się g o dzi go w cześniej spuścić z łań cu c h a. — T a k dziś
o w szystko się dopytuje, o w szystkiem p a m ię ta . K ie d y ż ta k
w ro k u w ty m ciężkim ro k u b y w a ?

-

350 -

G o sp o d arz u k lę k a n a słom ie p rz ed stołem , o b o k n ieg o żona,
a z m a tk ą dzieci, bo „inaczej się dziś n ie g o d z i“. R e s z ta inni, g dzie
k to chce i m oże u k lę k a . M ów ią w spólnie w szy scy ra zem c a ły p a ­
cierz n a g ło s, ojciec przew odniczy. W s z a k w szy scy te n sam p a ­
cierz codzień o dm aw iają, ale osobno, to spu ścizn a po m atce, k tó ra
go w y u czy ła. — W sta ją . O jciec b ierz e o p ła te k te n raz bez m iodu.
Z w raca się do żony i m ów i: „ P a n B ó g pozw olił nam znow u B o ­
żego N a ro d zen ia d o cz ek ać i o p ła tk ie m się p o ła m a ć “. W s p o m in a
0 tem , czego d o zn ali w ro k u p rz y k re g o lu b p o m y śln eg o , w s p o ­
m ina rzew n ie o u m a rły c h c z ło n k a c h rodziny, „iż im już z n am i
P a n B ó g o p ła tk ie m podzielić się nie p o z w o lił“. W sz y scy p o c h y ­
lają oczy i czoło w dłonie, n ik t w tej chw ili nie je s t w sta n ie
w strz y m a ć się od łez, c a ła słu żb a szlocha, bo jej się p rz y p o m in a
w tej ch w ili b ra k sto łu ro d zin n eg o , czy w dzięczność d la ty ch ,
k tó rz y ją p rz y g a rn ę li i po ludzku się z n ią obchodzili, „choć ona
s łu g a “ — a dziś p rz y jed n y m sto le z g o sp o d a rz e m “.
P o tak iej chw ili rzew nej i cichej, ojciec łam ie się o p ła tk ie m
z m a tk ą n ajp ierw . P ro s i ją : „przebacz mi w szy stk o dziś - różnie
b y w a ło w ro k u — bo człow iek czasem p rę d k i, czasem, nie r o z ­
w aży, n ie zastan o w i się, coś pow ie, coś zrobi, a p o te m żałuje. Ot
1 ta k n ie d łu g o tu już n asz eg o życią, już więcej przeszło, niż przyj •
dzie. D aj n am B oże znow u p rzeży ć i d o czek ać p rz y szłeg o o p ła tk a ,
a b y n a s P a n B ó g od nieszczęść u c h ro n ić r a c z y ł! “ —
B oże,
o d p o w iad a — daj Boże, rów nież i ty m i nie p am iętaj ! życie cięż­
kie, w p ra c y ciężkiej nie raz przy jd zie do czegoś, coś się pow ie,
m oże P a n B ó g dopom oże nam jak o ś w ty m ro k u ! — D z ie c i!
w o ła ojciec — chodźcie tu. Jasio , Juicio, K a z iu ! — chodźcie no
tu ! — P rzy ch o d zą. Ojciec, ze w szy stk im i się łam ie o p łatk iem i ze
służbą, ró w nież m a tk a ze w szystkim i, i ze służbą. N a stę p n ie d ziec i
m ięd zy sobą, p rz y n ajm n iej starsze, a g d z ie są do b rze cho w an e
b ard zo uw ażają, a b y o służbie n ie zap o m n ieć, g d y ż oko ojca p atrz y ,
a b y dziś n ik o m u nie u ch y b ić ; tem b ard ziej, że słu żb a w ta k im
dom u p ra w ie n a ró w n i z dziećm ijest tra k to w a n a . N ierzad k o też
zanoszą k a w a łe c z e k o p ła tk a , zw y k le k o lo ro w e g o k ro w o m „k a rm icielk o m sw o im “ i z p o k a rm e m dają. In n n y m zw ierzęto m n ie
dają.
P o p o ła m a n iu się op łatk iem , zasiad ają w szy scy w ok o ło stołu,
zw y k le w p o rz ą d k u s ta rs z e ń s tw a
G osposia, znosi p o tra w y p r z y ­
rządzone. S łu ż b a zw y k le p o m a g a lub có rk i, a b y m am a ta k ż e m o­
g ła choć dziś n a w ilię coś zjeść, b o ca ły ro k oni czasu n ie m ają
k ied y ja k ludzie z je ś ć ! “ Z upa z p isk o rz y p ra w ie k o n ieczn ie b y ć
m usi — su sze h in a
uszk a z niej — śliw k i z ju szk ą. B y w a p o tra w

— 351 do 12. N a k o ń c u „ k u tia z m ak iem “ (nie : kucya). Po „ k u ti“ kolen d u ją w szyscy, a rozpoczynają k o le n d ą : „A nioł P a ste rz o m m ó ­
w ił“ — później in n e ta k aż do pó łn o cy . K a w a le rz y po dw óch
trz e c h k o len d ach rozchodzą się „szczęścia p ró b o w a ć “. M atk a g d zieś
k ąc ik ie m zasy p ia, bo um ęczona. In n i n a słom ie k ła d ą się sp ać,
a b y się do p a s te rk i nieco przespać, bo o 5-tej p a ste rk a , to trz e b a
już o 4 -tej w stać. W isto cie już o 3-ciej bu d zą się i p o czynają się
zb ierać. P rzy tem z a g lą d ają to przez okna, to w ychodzą n ąd słu ch iw ać, ja k to już ludzie ze wsi o tej g o d zin ie idą do kościoła, bo
nię m ają zeg ara, w ięc lepiej w cześniej !“ P rze z całą tę noc św ieci
się lam p a, i n ieg o d zi się jej g asić na p a m ią tk ę jasn o ści w B e tle ­
jem . Czy je s t t a k do dziś? czy w szędzie? po 25 la ta c h ? Z daje mi
się, 'że coś się zm ieniło, a zm ieniło się w iele z po w o d u zw iększo­
n e g o u b ó stw a, i z pow odu w p ły w ó w czy w iększych sąsied n ich
m iast, pism , przy b y szów , urlopników . U jaw n ia się też b ra k coraz
w ięk sz y m ieszczan i g o sp o d arzy p o w ażnych, a znać coraz liczniej
„letk iew iczó w i ta n d e tę “.
N a św. S zczepana przynoszą w c h u stk ac h i za p ask ac h do
k o śc io ła p rz ed sum ą ow ies, k tó ry k siąd z św ięci a po sum ie g d y
w ra c a do z a k ry s ty i tym że ow sem b y w a o b sy p a n y n a p a m ią tk ę
k am ien io w a n ia św. S zczepana
G d y w iatr k rę c i się i p ro c h w znosi się w g'óre, m ów ią: „to
k u s y ta ń c z y “. Choć m ało k to w ierzy, a b y ta k b yło, są to w y ra ­
żenia w ięcej z tra d y c y i po ch o d zące niż zabobonnej w iary .
A b y d y a b e ł w p ro w ad ził burzę, i a b y go kto stra sz y ł dzw o­
n ieniem , w o d ą św ięconą, obrazam i religijnej treści, o tem tu nie
sły ch ać . Im p u to w ać coś ta k ie g o ludow i, znaczy krzy w d zić go
i poniżać. L ud p ro si B o g a w nieb ezp ieczeń stw ie, dzw oni, g d y się
zan o si n a burzę, n ie k ie d y w ynosi o b razy np. w czasie pożarów ,
lecz n ie w ty m celu, a b y ta k im sposobem stra c h u nap ęd zać d y ab ło w i, bo p rzecież sam się w ted y bardzo boi, i nie w g ło w ie m u
jeszcze d y a b ła straszy ć. A le p ro sić B o g a o pom oc w n ieb ez p ie­
czeń stw ie to je s t coś in n eg o , niż „straszyć d y a b ła “.
G d y g o sp o d y n i ro b i p iero g i i leżą n a stolnicy, nie n ależ y
ich rach o w ać, bo się ro z g o tu ją “.
W p o n ie d z ia łe k nie należy coś w ażniejszego ro z p o czy n a ć,
a n i p o d ró ż y p rz e d się b ra ć , bo się nie pow iedzie ; po d o b n ież w dni
fe raln e. A k tó re to są dnie fe raln e w roku, to s ta rs i w iedzą.
J e s t p ta sz e k w lecie nazy w a się „ b łą d “, k tó ry człow ieka
m oże za p ro w ad zić w lasy , g d y b y człow iek za nim p o szed ł i ch ciał
g o złapać. Zaw sze on się człow iekow i p rz ed oczy pokazuje.

— 352 —
B y w a człow iek, k tó ry m oże „rzucić u ro k i“ g d y się n a k o g o
w złej chw ili p o p a trz y . A le są znów k o b ie ty , k tó re u m ieją „u ro k i
zd ejm o w ać“.
W n ied zielę p alm o w ą ojciec po sum ie p rz y n o si z k o ścio ła
p alm ę p o św ięconą, lek k o u d e rz a n ią d zieci k olejno i m ów i r a ­
d o ś n ie : „ P a lm a bije, nie zabije, za sześć n o c y W ie lk a n o c y “.
N a stę p n ie b io rą d o m ow nicy po jed n ej baźce z p a lm y i p o ły k ają.
P a lm ę za k ła d a ojciec za obraz, g d zie pozostaje przez c a ły rok.
G d y p rz era źliw a b u rza, m ów ią, że się k to ś pow iesił. C zęsto
dziw ny zb ieg zd arzeń u m acn ia w ia rę n a długo. B y ła raz w y ją t­
k o w o s tra s z n a burza. W s z y s c y w dom u, ja k b y n a k o m en d ę p rz e ­
rażen i, poczęli m ów ić, że się m u siał k to ś n ie z w y k ły pow iesić. B y ło
to ok o ło p ó łn o c y . R a n iu tk o isto tn ie p rzy n o szą w ieść, że się żyd
w n o c y w b o żn icy pow iesił. B y ł to fakt. N ik t n ie w iedział, o ja­
k im czasie żyd się p o w iesił, a je d n a k w szy scy tw ierdzili, że tuż
p rz e d burzą, a w ięc p rz e d p ó łn o cą. D o bożnicy m ożna było is to ­
tn ie każdej chw ili wejść. Żydzi n a w e t przez c a łą noc n a ła w k a c h
w b o żn icy sy p iali. In n i znów już o 4-tej a n a w e t o 3-ciej rano
p rz y ch o d zili tam n a m odły.
W y c ie p só w n o cą zaw sze z a p o w iad a coś złow rogiego. L udzie
się trw o żą i p rz ep ęd z ają p sa, a b y p rz e s ta ł w yć. P s y w y ją albo
p y sk a m i w g ó rę , zw y k le do księżyca, alb o w dó ł k u ziem i. P ie rw ­
sze w y c ie o zn acza w ojnę, d ru g ie p o m o r i słabości.
„K to się w p ią te k w eseli, ten w niedzielę p ła c z e “, m a p ew n e
znaczenie. D ziw n ie często się ziszcza, i to w p a m ię c i zostaje.
K a ż d e w y d a rz e n ie n ie sy m p a ty c z n e w czasie ślu b u u w ażają
za zły p ro g m o sty k n a p rz y szło ść dla m łodych.
G d y w p ra w em u ch u dzw oni, d o b ry znak; b o w lew em , zły.
G d y p ra w a dło ń św ierzbi, b ęd z ie się z kim ś w itać, g d y lew a,
b ęd z ie p ie n ią d z e rachow ać.
G d y p rz y n a k ry c iu do o b ia d u jeden ta le rz albo je d n ę
w ięcej położy, m ó w ią : „G ość p rz y jd z ie “.

łyżkę

G dy k to ś n ad e jd z ie w czasie obiadu, te d y p o ch w aliw szy
B ogu, m ó w i: „Czas do objadu! — o d p o w ia d a ją : „ P ro s im y !“ Na
to g o ść : P o ży w a jc ie z B o g ie m !“ — „ P ro sim y “ je s t ty lk o form ą,
a nie znaczy, a b y u lo tn ie z a p rasz ali do je d z e n ia , te d y jeszcze raz
pro szą. G ość zw y k le silnie w y m aw ia się.
G d y k to
m in a !“

d o stan ie czk aw k ę, m ó w ią:

„ K to ś o to b ie

w spo­

— 353 —
G d y k to d o stan ie „jęczm ień n a o k u “, m usi dziew ięć z ia rn
jęcz m ie n ia rzu cić w piec, g d y się pali, i u ciek ać do izby ta k
p ręd k o , a ć y trz a s k u ty c h ziarn, g d y się p o czną palić, nie sły szał.
G d y zając p rz eleci przez drogę, lub k o b ie ta p rzejd zie z p ró - '
żnem i ko n ew k am i, znaczy niepow odzenie w tej spraw ie, w jak iej
w te d y szedł.
S zp ilek i ig ie ł n iech ę tn ie pożyczają, bo po śm ierci b ęd ą
w tru m n ie k łu ć (te szpilki i igły).
K rz y ż y k a n ik om u się w p o d aru n k u nie p o sy ła , bo to zły
zn ak .
J a s k ó łk i (łastów ki) g d y la ta ją tuż p o n ad w odą ta k , że n a ­
w e t, sk rz y d ła m i m u skają, znaczy, że w k ró tce będzie deszcz, g d y
w y so k o — p o g o d a.
B o ćk o w i n ie g odzi się g n ia z d a strą c a ć z dachu, bo p o d p ali
dom .
G d y się k o t m yje, przyjdzie g-ość.
Sow a, g d y n o c ą la ta p o n a d dom i piszczy, znaczy, że ktoś
u m rze, zw łaszcza jeśli kto w ty m czasie ciężko choruje.
K sią d z g d y w P o p ie lc o w ą śro d ę pocznie z p aty cz k ó w robić
ro d zaj w id ełek , i g d y codzień bez w y ja tk ą przez c a ły w ielki p o st
coś k o ło n ich robi, a n a W ie lk a n o c w czasie re z u re k c y i założy
je n a m o n stra n c y ę i przez nie p o p a trz y po ludziach, to zobaczy
k a ż d eg o , k to je s t upiorem .
W y ra z u „z n a c h o r“ nie znają i nie używ ają, lecz „czarow nik,
cz aro w n ica, u p ió r“.
N a „ z a p u s ty “ w e w to re k w ieczorem , w szędzie po dom ach
jed zo n o w ięk szą i lep szą w ieczerzę, niż k ied y indziej. Z w ykle b y ły
p ie ro g i b u lb ia n e , k ap u śc ia n e lub h u rd zian e *) ze sło n in ą. Z w ykle
w sz y stk ie trzy g a tu n k i. P o w ieczerzy w szyscy dom ow nicy zw ykle
z dziećm i szli do „b u d y n k u n a z a p u s ty “. B y ł to szy n k w ry n k u
o b sze rn y , k tó ry dziś już nie istnieje. N azy w ał się „ b u d y n e k “ i pod
tą n az w ą b y ł zn a n y w szy stk im z m iasteczk a i ze w si okolicznych.
T u m u zy k a g ra ła , k aw alero w ie „z arzu cali“ czyli po 4 k r. rzu cali
do b a sa m u zy k an to w i, a te n ja k iś czas g ra ł. T e n co zarzucił, m iał
p ra w o sta w a ć w p ierw szej p arze z w y b ra n ą, za nim sze reg par,
ile się zm ieścić m ogło 2 0 —40 p ar. P rze w o d n ik o d śp iew a ł k ra k o ­
w ia k a p rzed m u zy ką, tu p n ą ł n o g ą i pu szczał się w ta n w około.
N a ja k ą n u tę zaśpiew ał, n a ta k ą m u zy k an c i g ra li. G dy o k rą ­
ży ł raz, sta w a ł znów p rz ed m u zy k ą i śp iew a ł in n ą zw rotkę. T a k

*) hurdziane =

ze świeżego makucha.

-

354 —

za 4 c e n ty o k rą ż a ł w koło 4— 5 razy, i ty leż ra z y zw y k le śp iew a ł ;
m ó g ł je d n a k d ru g i lub n a s tę p n y raz nie śpiew ać, m ó g ł też p o ­
zw olić in n em u śpiew ać, g'dy k o n c e p t n ie d o p isy w ał. Bo och o ta
zaw sze b y ła . T a k tań czo n o aż do 12-tej g o d z in y w nocy. N ie
w iele pito, ch y b a k a w a le ro w ie lub b a w ią c y n a u rlo p ie w ojskow i.
0 12-tej g-odzinie g d y w ielk i dzw on p o cz ął dzw onić n a ro z p o c z ę ­
cie W , P o stu , w szy scy co prędzej opuszczali g ro m a d n ie „ b u d y ­
n e k “ bo za p u sty się sk o ń czy ły . C zasem ja k i u rlo p n ik je d e n lub
d ru g i zo stał jeszcze w b u d y n k u , a b y co w ypić, ale zre sz tą n ik t,
1 g a rd z o n o tak im i.
„ P o p łu c z y n y “ w śro d ę P o p ie lc o w ą . J e s tto zw yczaj m ieszczan,
p rz y n ajm n iej p ew n ej części, iź w śro d ę popielcow ą. po m szy w p ro st
z k o śc io ła id ą do szy n k ó w n a „w ódkę i śle d z ie “. „C zęstują s ię “
ta k zw y k le do p o łu d n ia, p oczem w ra cają do dom u do p ra cy .
„ W to re k o b le w a n y “ ; ta k się n a z y w a w to rek po W ie lk a n o c y
od teg o , że się m łódź o b le w a “ w odą. Zw yczaj te n o d b y w a się
w e w to re k p ra w d o p o d o b n ie z tej p rz y c z y n y , iż w ty m d n iu k a ż ­
dego ty g o d n ia o d b y w a się ta r g ty g o d n io w y , zatem dzień te n le ­
piej n ad aje się do o blew ania. S ta rs i n a ta rg u , a m łodsi czatu ją
n a sieb ie z w odą. Z w ykle ekscesów nie m a. R a z w c ią g u w ielu
la t rzucono je d n ą dziew czynę do rzeki, te n je d n a k p o s tę p e k o p in ia
o stro s k a rc iła . O b lew an ie z resztą je s t zw yczajem s y m p a ty c z n y m
d la w szy stk ich . N azw y „d y n g u s, ś m ig u s “ są tu zup ełn ie niezn an e
i nieu ży w an e. Zw yczaj te n gdzieindziej o d b y w a się w p o n ie d z ia ­
łe k W ie lk a n o c y .
C h rzest o d b y w a się zw ykle już d ru g ie g o albo trz e c ie g o d nia
p o n aro d zen iu dziecka. B y w a w ięcej p a r „ k u m ó w “. W o g ó le p ro ­
szą ty c h „za k u m y “, od k tó ry c h b y li proszeni. P ie rw s z a p a ra ,
k tó ra trz y m a dziecię do chrztu, są „rodzicam i ch rzestn y m i". Z tąd
w R u d k a c h i o k o licy w o łają się w z ajem n ie: „k u m ie! k u m o ! n a ­
w e t c h o ć b y ów nie b y ł kum em . P o chrzcie z w y k le w ieczorem k u ­
m ow ie i k u m y p rz y ch o d zą do m a tk i leżącej jeszcze i sk ła d a ją sw e
życzenia. P a trz ą c n a dziecię sp lu w ają trz y k ro tn ie n a bok, a b y
dziecięcia nie „ u rz e c “. P o d o b n ie ż ilek ro ć później k to ś ze znajo­
m y ch przyjdzie, i g d y p a trz y n a dziecię, k tó re g o jeszcze n ie w i­
dział, alb o n a dziecię, o k tó re m m a po w ied zieć lu b dać w yraz,
że je s t b ard zo p ięk n e, су z w y k le m a m iejsce „ a d c a p ta n d a m ben e v o le n tia m “ m atk i, a b y rów nież nie „ u rz e c “ d zieck a, sp lu w a
trz y k ro ć n a bo k , lub n a w e t k u d zieck u i m ów i: „n a p s a u r o k i! “
a g d y chce w yrazić, że dziecię je s t p ię k n e l d o d aje: „a to niew roko !“ N a ch rzcin y k a ż d a k o b ie ta z za p ro szo n y ch p rz y n o si jak iś

-

355 -

p o d a re k : flaszkę w ina, m iodu, cukru, ciast, p łó tn a n a k o sz u lk ę
dla d ziecin y itp.
Z w ykle po k u m y trz e b a chodzić po d w a i trz y razy, nie d la ­
teg o , a b y ta k nie ch c ia ły przyjść, bo „w ym ów ić się nie g'odzi“,
ale iż ta k i u s ta lił się zw yczaj, w ięc o tern w szyscy w iedzą, i n ik t
się tem n ie o b raża. Z w yczaje ch rzestne w iele p o d trzy m u ją pożycie
sąsiedzkie.
D zień p rz ed ślubem „m łoda z d ru ż k ą “ chodzi w szędzie choćby
najm niej zn ajo m y ch „prosić o b ło g o sław ień stw o “. N ajbiedniejszego
nie m ija. G d y p rzy jd zie do dom u w szyscy p ow stają, a „m ło d a“
p a d a k aż d em u do n ó g począw szy od n ajstarsz y ch aż do dzieci
i s łu g i k to b y k o lw ie k się w ów czas ch o ćb y całkiem obcy znajdo­
w ał w ty m dom u, całuje sto p y , n astęp n ie ręce, ale ty lk o n a jsta r­
szy ch i m ó w i: „proszę w as o b ło g o sła w ie ń stw o !“ — N a to odpo­
w iad a k a ż d y : „niech ci P a n B ó g b ło g o s ła w i!“ — ta k trz y razy
u p ad a, prosi, i trz y k ro ć o trzym uje b ło g o sław ień stw o . D ru ż k a cza­
sem ta k ż e u p a d a do nóg, przy n ajm n iej starsz y m razem z m łodą,
zw y k le cału je w rękę, a dzieci w tw arz i m ów i: proszę dla p a n n y
m łodej o b ło g o sław ień stw o . G dy m łoda m a zlecone k o g o p ro sić
n a w esele, m ó w i: „tato i m am a proszą, b y ście b y li ła sk a w i przyjść
n a m oje w e se le “. — P o te m g o sp o d y n i dom u daje m łodej p rz ę ­
dziw a, alb o k ilk a „szó stek “ n a „ro z ro b e k “. W ten sposób m łoda
u z b ie ra ta k ic h d aru n k ó w w w arto ści k ilk a d z ie sią t złr. k tó re o b ra ca
n a za p o czątk o w an ie n o w ego g o sp o d arstw a . Zw yczaje te u sta ją ,
ale też w m iejsce p ożycia, w stępuje co raz bardziej n ie n a w istn a
obojętność.
W w ig ilię ślu b u o d b y w a się o b rzęd n a d e r rz ew n y „ ro z p la ­
ta n ie k o s “, p rzy czem starsze k o b ie ty ro z p lą tu ją c w łosy, śp iew ają
rzew n ie, chw ilam i płaczą. J e s tto dłuższy a bardzo rz ew n y obrzęd
p rz ed ślu b n y .
P o ślu b ie już po p ó łn o c y n astęp u ją „o c zep in y “, p rz y stro je n ie
m łodej w czepiec. S k ła d a się „z p o że g n an ia przez rów ienniczki,
p a n n y — a z p rz y ję cia w grono kobiet. „O cze p io n a“ ta ń c z y n a ­
stę p n ie z każd y m g-ościem w eselnym bez w y jątk u po ra zie w koło
p rz y g rz e m uzyki. K a ż d y z tak ich gości p o cz y n ając ten ta n ie c ,
rz u ca m łodej do fa rtu szk a stosow nie u p ięteg o p e w n ą kw otę, w e­
d łu g m ożności i w oli począw szy od k ilk u cen tó w do k ilk u i k il­
k u n a stu złr. K w o ta ta k u z b ie ra n a nazy w a s ię : „oczepinow e,
o c z e p n e “ — i słu ży rów nież n a zap o czątk o w an ie n o w ego g o sp o ­
d arstw a.
W czasie w esela „p ań stw o m ło d zi“ siedzą n a pierw szem
m iejscu. W stosow nej chw ili starsz y drużba w yg-łasza m ow ę, to

— 356 —
je s t je g o o bow iązkiem , w ym ów ić się od niej n ie m oże. M ow y tej
n ajp rz ó d u czy się, d o staw sz y ją z tru d e m od b y ły c h d ru ż b ó w n a ­
p isan ą, lu b też p o b ie ra n a u k ę ty g o d n ia m i, g d y je s t „ n ie p iśm ie n n y “ .
N ad to zw y k le m a tak że „m o w ę“ starsz y s ta ro s ta ze sta n o w isk a
żo n aty ch . P is a n e m ow y w eseln e p rzech o w u ją k a w a le ro w ie w dość
w ielkiej tajem n icy , d o stać je nie ła tw o .
C hcąc w szy stk ie zw yczaje d o k ła d n ie o p isać tu te jsz y c h stro n ,
trz e b a b y tom ów . S k a rb n ic a to p ra w ie bez dna, a zw yczaje p rz ew aż n ie
ta k ie p ięk n e, serd ecz n e, id ealn e, zdrow e i p e łn e ży cia u te g o ludu,
k tó ry ta k ciężko i z tru d e m p o d trzy m u je sw e i rodzin życie, k tó ry
ch leb p o w szed n i z d o b y w a w uczciw ej p ra c y , choć ta k c z ę s to ’
w e d łu g m n iem an ia w ielu, d a le k ie j od id e a łu p ię k n a , k tó ry w n a j­
w ięk szy m n ie d o sta tk u , p ra w ie z g ło d u p rz y m ie rając , nie w y c ią ­
g n ie do d alszy c h rę k i ze sło w e m : ,,daj ! — ale k a ż d ą p ra c ę p rz y j­
m ie, b y le z a p rac o w ać. O burza się duszą n a „zapom ogi b e z p ła tn e “,
k tó re d o sta je w la ta c h n ieu ro d zaju bez o b o w iąz k u „ p ra c y lub
z w ro tu “ — ale g d y w idzi in n y c h b io rą c y c h , bierze, w d uszy j e ­
d n a k czuje, że p rzez to s ta ł się czem ś niższem , niż b y ł, tra c i
p ię k n ą am b icy ę , a raz w szedłszy n a tą drogę, ro n i p rz y m io ty
i p ię k n e siły d u c h a sw ego, a d la ta k ic h d aw có w p rz y zw y cz aja się
o d d aw ać „w dzięczność“ słow em , g d y ż m u się zd o b y ć n a „serd eczn ą
i is to tn ą “ za ciężko. P rzyjm ie je d n a k po m o c b ez u szc zerb k u am b icy i od k re w n y c h , g d y m u życzliw ą dłonią w p o trz e b ie podadzą,
p rzy jm ie ta k i od sw ego proboszcza, rów nież, g'dy je g o życzliw ości
nie po d ejrzy w ają. T o je s t cech a lu d u n ieze p su teg o , z ta k ic h p rz e ­
k o n a ń p ły n ą w o g ó le i w z a sad zie je g o zw yczaje.
*

*

*

Z a m iastem p rz y tra k c ie k o m a rz e ń sk im n a m ałem w z n ie sie­
n iu sto i do dziś fig u ra św. J a n a N e p o m u c en a o b o k w ysokiej to ­
p o li oto czo n a w y s o k ie m i. sz tac h etam i d re w n ian em i. Co ro k u przez
całą o k ta w ę św . J a n a N e p o m u c en a w deczoram i sch o d zą się d z ie w ­
częta i śp ie w a ją „W itaj Ja n ie z B o le sła w a “ i „S zczęśliw e C zechy
co w y d a ły J a n a “. P o o d śp iew a n iu ty c h dw óch p ieśn i w ra c a ją do
dom u. W czasie te g o ch ło p cy p a lą k ilk a k ro k ó w o b o k o gień, do
czego służą im b ec zk i z m azi i k a w a łk i p o lan , k tó re p rzynoszą,
z k ą d m o g ą, najczęściej z dom u. B ecz k i n a 2 —8 ty g o d n ie z a b ie ra ją
z ry n k u , g d zie cały ro k w y sta w io n e sto ją n a znak, że o b o k sp rz e ­
d aje się maź. P rze z o g ień p rz e s k a k u ją z b ra w u rą , ze z b y tk ó w .
N azw a „ so b o tk i“ zu p e łn ie n iezn a n a.

-

35? —

P rze z R u d k i p rz e p ły w a rzeczka W isz e n k a i oddziela od
m iasta część zw an ą „M y tn ia “ od „ m y c ia “, bo isto tn ie m ieszkańcy
zw łaszcza p rz ed W ie lk . św iętam i m yją drzw i, o k n a i w szystko
co się w y n ieść da. W w ig ilię S ą d n e g o d n ia Ż ydzi i Ż ydów ki w y ­
ch o d zą cały m i ro jam i n a d tę rz e k ę i m odlą się — po m odlitw ie
trz ę są sw e c h a ła ty i spodnie k u w odzie. L udzie m ów ią, że to
g rz e c h y w y trz ą s a ją do w ody. P rz y te m ży d ziak i za p alają św ieczki
u m o co w an e n a d eszczu łk ach i puszczają n a wodę.
*

*

*

K to się p rz e stra sz y , trz e b a m u koszulę n a przodzie rozedrzeć.
G d y dziecię choruje n a ro b a k i, w ieszają m u n a n itce n a
szyji z ą b k i czo sn y k u (czosnku).

Podará i É ľ /e r á

а

M a te ry a ły etnograficzne w naszym k raju , w sk u te k w iekow ej
p ra w ie p ra c y ludzi dobrej w oli w zrosły niepospolicie. C zasby może
już zw rócić się do nich, w y z y sk a ć je w k ażd y m k ie ru n k u . S ądzę,
że p o ró w n a w c z e tra k to w a n ie n aszy ch w ierzeń, podań, pieśni i le­
g e n d d o p ro w a d ziło b y do ciek a w y ch rezu ltató w , ta k pod w z g lę­
d em języ k o w y m , ja k i ściśle etnograficznym .
J a lu d o zn aw stw em zajm uję się ty lk o p rz y g o d n ie , a p rzecież
c z y ta jąc n ied aw n o p ra c ę p. P a rc z e w sk ie g o o K a sz u b ach , w iele
z n alazłem w niej rzeczy p o d o b n y ch do n aszy ch , tu p o d k a rp a c k ic h .
O d n o si się to ta k do pieśni, w ierzeń i zw yczajów , ja k n iem n ie
i do leg en d . O to ta k a p io sn eczk a ja k :
„Tanca ryba z rekom
Zelena petraszka z pesternekom,
Cebulka sa nemodze dzeujewa,
Jak na zelena pietruszka tamować mojegła“.
p ra w ie że bez zm ian y znajduje się i u n as n a całem P o d k a rp a c iu
w G a lic y i zachoduiej, a m oże i w K ró le stw ie .

Item sets
Lud 2

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.