"Czyż nie byliśmy jak para rozbitków...' / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2

Dublin Core

Tytuł

"Czyż nie byliśmy jak para rozbitków...' / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2, s.161-162

Twórca

Benedyktowicz, Zbigniew

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

1997

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3697

Format

application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:3474

PDF Text

Text

„Czyż nie byliśmy jak para rozbitków...'

5

Dotknięcie historii. Listy i archiwum Bronisława Malinowskiego
Zbigniew Benedyktowicz
Dobrze się stato, że właśnie w tym numerze poświęconym
Historii i Antropologii możemy rozpocząć cykl publikacji
fragmentów listów a w przyszłości także i Dzienników
Bronisława Malinowskiego, udostępniając je po raz pierwszy
polskiemu czytelnikowi. Cykl ten będziemy kontynuować
w następnych numerach. Stało się to możliwe dzięki życz­
liwemu zainteresowaniu i pomocy okazanej ze strony pani
Heleny Wayne dla naszego projektu. Na czym polega ów
projekt? Zamierzamy sukcesywnie publikować na łamach
„Kontekstów" dostępny dotąd jedynie w postaci okrojonego
angielskiego tłumaczenia, nie zawsze zresztą najlepiej ocenia­
nego (A Diary in the Strict Sense of the Term ), słynny już
Dziennik Bronisława Malinowskiego, przyczyniając się tym
do przygotowania jego pełnej polskiej edycji. Byłoby to
pierwsze wydanie oryginalnej wersji zapisków Malinows­
kiego - mimo tego, że prowadzonych w ponad 11 językach,
jak obliczył to jeden z wnikliwych autorów komentarza do
tego polifonicznego i poliglotycznego dzieła, to jednak - głó­
wnie przecież sporządzanych w języku polskim.
1

2

3

W tej sprawie miałem przyjemność spotkać się i rozmawiać
z panią Heleną Wayne w listopadzie 1996 najpierw w Cam­
bridge, a potem w Londynie w Archiwum London School of
Economics, gdzie razem pochylaliśmy się nad zeszytami
Dzienników jej ojca, listami, które pani Helena, po sprowadze­
niu ich z Meksyku, zdeponowała w archiwum LSE. Dziś
chciałbym podziękować Jej nie tylko za przychylne zro­
zumienie dla naszych zamierzeń, za okazaną serdeczność i za
czas, jaki poświęciła na to, by choćby wstępnie, być przewod­
nikiem po tych zbiorach i dać orientację ile jeszcze w związku
z tym przedsięwzięciem czeka nas pracy, ale przede wszyst­
kim chciałbym podziękować za to niezwykłe spotkanie. Co
innego bowiem znać kogoś wielkiego z historii, z historii
nauki, poznawać go i obcować z nim poprzez jego dzieło - od
razu staje przed oczyma czas studenckiego terminowania,
seminariów, egzaminów, zaliczeń i zdawań z Argonatów
Zachodniego Pacyfiku, z teorii kultury, obrzędów Kula - co
innego zaś dotykać historii i czuć jak ona nas w siebie zagarnia
i dotyka. (Przeżycie jakiego z pewnością doświadcza po­
wszechnie każdy historyk w swoim kontakcie i pracy z doku­
mentem, o ileż jednak może okazać się silniejsze dla nieprzyzwyczajonego do tego laika). Czy mogłem bowiem w tamtych
studenckich latach, w najśmielszych, jak to się mówi, marze­
niach, wyobrażać sobie, że oto po wielu, wielu latach,
w towarzystwie córki uczonego wyjmować będę z kolejnych
teczek, odwijać z ochronnych opakowań, brać w ręce kolejne
zeszyty zapisywane ręką autora, przewracać kolejne kartki,
których on również dotykał, wczytywać się w jego, czasem
niejasne, czasem przejrzyste, wyraźne, równo kładzione at­
ramentem pismo, niekiedy znów zaś w wyblakłe znaki,

zapiski, mając świadomość, że „te" były czynione podczas
wycieczek (zawierają opisy tras) z „czasu" Zakopanego, „te"
znów w Australii, a „te" zapisane zostały podczas badań na
Trobriandach. Czy mogłem sobie wyobrażać, że razem
z kolegą Maciejem Krupą, etnografem, Zakopiańczykiem,
niegdyś moim studentem z Uniwersytetu Jagiellońskiego,
który zdążył już być po drodze Przewodniczącym Związku
Gmin Tatrzańskich, a obecnie od paru lat pracuje w BBC
w Londynie tłumaczyć będziemy podczas tego krótkiego
spotkania, chociaż nie znającej i nie posługującej się językiem
polskim, pani Helenie (nie Helen!), to jednak przecie bezbłęd­
nie wymawiającej wszystkie polskie nazwiska i polskie
nazwy miejscowości pojawiające się w tych zapiskach,
niejasne jeszcze dla niej fragmenty i , że wczytywać się
będziemy w opisy miasta i pierwszych wrażeń Jej ojca po jego
przybyciu do Londynu, jakie zawarł w liście do Anieli
Zagórskiej. - Zdziwienie i poczucie niezwykłości tym więk­
sze jeśli zważyć historię tych dokumentów. Oto pośród tych
zachowanych zeszytów, przywiezionych przez panią Helenę
z Meksyku zachował się szkolny zeszyt matki Bronisława
Malinowskiego, z lekturami i wypracowaniami, z nadrukiem
galicyjskiej Organizacji Szkół Ludowych. Zarówno ten jak
i pozostałe zeszyty nic tylko, że przetrwały dwie wojny, ale
ileż świata objechały zanim osiadły na powrót(?) w Londynie.
Wyobraźmy sobie tę topografię wędrówki i ocalenia zapisaną
w tych zeszytach, mogącą przyprawić nie tylko Warszawiaka
0 zawrót głowy: Galicja - Londyn? - Australia? - Nowa
Gwinea? - Trobriandy? - Wyspy Kanaryjskie? - Tyrol?
- Francja? - Anglia? - Szkocja? - Stany Zjednoczone?
- Meksyk - Londyn.
Czas i przestrzeń. Dobrze więc się stało, że w numerze
poświęconym historii i antropologii, w zgodzie z wezwaniami
1 nawoływaniami zawartymi pośród wielu zamieszczonych tu
artykułów, upominającymi się o historię zachowującą wymiar
przeżycia, barwę, smak, klimat epoki, historię bliską swym
romantycznym tradycjom, historię bliską literaturze i sztuce,
pojawia się tu w postaci tego bloku ów element biograficzny,
że obok Wielkiej Historii, historii i antropologii jest tu miejsce
na Historię małżeństwa ułożoną z listów Bronisława Malino­
wskiego i Elsie Masson przez Helenę Wayne. Bo nie idzie tu
przecież tylko o jeszcze jeden przyczynek do historii ant­
ropologii, o jeszcze jedno ustalenie „prawdziwej kolejności
faktów" w historii naszej dyscypliny, czy o jeszcze jeden
bardziej prawdziwy i dokładny biogram. Historia małżeństwa
pokazuje to dość wyraźnie, i zda się też mówić o tym dobitnie,
że historia to także (a może przede wszystkim?) ów tajem­
niczy, dziwny splot okoliczności i spotykających się ludzkich
losów. - Myślałam, że jesteś niestałym, wędrującym Polakiem
- Że historia składa się z historii doświadczania i przeżywania

161

śmierci najbliższych, - ... /' nagle zdajesz sobie sprawę, że już
nigdy tak nie będzie. - jest historią opłakiwania straty
najbliższych - i bardziej niż kiedykolwiek odniosłam wrażenie,
jakby wszystko z naszej młodości było nam wyszarpywane... Że
historia składa się też z historii zwątpień, melancholii, apatii,
samotności, zmęczenia - Potem przyszedł czas na ponure
katalogowanie i nigdy przedtem nie odczuwałem większej
niechęci do pracy; nigdy też przedtem świat za dużymi oknami
muzeum nie wydawał mi się tak ponury i pusty. - Że jest
pokonywaniem, przeciwności, podejmowaniem trudu, i jest
historią, w której pojawia się i taki obraz: - . . . wszystko jest
zalane słońcem, lelki kozodoje szlochają, a kukubury zanoszą
się śmiechem w oddali. Nie widziałeś chyba nigdy tej okolicy
w świetle słonecznym? Jest naprawdę dużo piękniejsza, niż
w świetle szarego dnia i dostarcza znacznie więcej tego
prawdziwego australijskiego przeżycia... kiedy widzisz od­
dalone o całe kilometry blado błękitne szczyty gór w słońcu
obezwładnia cię wrażenie bezmiaru i wielkości.
Bo historia to także wspomnienie: W uniwersyteckiej
księgarni w Cambridge Pani Helena Wayne radzi się nas, które
tłumaczenie niedawno ogłoszonej Noblistki - Wisławy Szym­
borskiej wybrać (w domu ma starsze przekłady Adama
Czerniawskiego). Schodzimy na dół do półek z Antropologią,
przeglądamy obok klasyki umieszczone tam najnowsze tytuły:
Antropologia snów. Antropologia sportu, Antropologia rowe­
ru (autor Holender, ale uwzględnia i historię bicykla w Wiel­
kiej Brytanii). Pani Helena mówi: Ciekawe, co by powiedział
na to ojciec, gdyby mógł zobaczyć dokąd to doszła zakładana
przez niego nauka. Stoimy tak i rozmawiamy przed tą półką.
Bo historia to także anegdoty: rozmawiamy o kwiatach, o tym
dlaczego w Polsce jest zwyczaj, że składa się zawsze ich
nieparzystą liczbę. „Kiedy byłam na cmentarzu poszłam na
grób ojca Witkacego i złożyłam mu kwiaty mówiąc - wiem, że
nie lubiłeś mojego ojca, ale składam Ci te kwiaty, polem na
grób Witkacego i powiedziałam: wiem, że Ciebie tutaj nic ma,
i że to nie Ty tutaj leżysz ale też Ci je składam." Na półce leży
także Historia małżeństwa. Pani Helena żałuje trochę, że tak tu
jednoznacznie w katalogu ją przypisano, że właściwie mogli ją
też zaklasyfikować do działu literatury: mémoires. Stoimy tak
i rozmawiamy, i gdyby nie napis na tej półce „ANTHROPOLOGY", nie wiedziałbym, że jestem w Cambridge. Bo
w towarzystwie Pani Heleny czuję się tak jakbym nigdzie nie
wyjeżdżał, jakbym nic ruszał się w ogóle z Warszawy, przez
myśl przemykają podobne osoby, przypominają twarze, jakie
znam tak dobrze. Do kogo jest podobna?, Jakże podobna
do tamtych osób. Jakbym się w ogóle nic ruszał z Mokotows­
kiej, Wilczej, Kanoni, Mianowskiego, Niemcewicza, jakbym
się nie ruszał z Krakowa, z Salwatorskiej, Wiślnej, z Worcela,
z Józefa. Czuję się jakbym tkwił nie przed tą półką, nie tu
w Cambridge ale prawie jak w Fantomach Kuncewiczowej.
Czym jest ta książka poskładana z listów przez panią
Helenę? Co to wszystko jest - Historia? Antropologia?
Literatura? Sztuka? Wspomnienia?
PRZ
' A Diaryin the Strict Sense ojlheTerm.lv/yd.Nev/Yoik
1967; II wyd.
Athlone 1989
Obok patronującej temu przedsięwzięciu Heleny Wayne, Prof. And­
rzeja Palucha nad przygotowaniem polskiej edycji na tamach „Konteks­
tów" czuwać bedq ze slrony Instytutu Socjologii UJ: prof. Zdzisław Mach,
Grażyna Kubica-Heller oraz ze strony redakcji dr hab Czesław Robotycki
2

162

Za wcześnie, żeby zaraz na początku wszystko analizować.
Skoro postawiono już na jednej półce obok siebie Dziennik
Malinowskiego i Jądro ciemności Conrada. Może też trzeba
by ją przenieść na górę i położyć na półce obok pisanych
przecież w tak nieodległych od Historii małżeństwa czasach.
Listów Franza Kafki Do Felicji, Do Mileny. - Co to wszystko
jest, listy, biografie, dzienniki, - Czyż nie byliśmy jak para
rozbitków zmytych razem z pokładu tonącego statku?...
Historia? Antropologia? Literatura? Sztuka? Wspomnienia?
Któż powie?
Niech więc na koniec zamiast konieczności rozstrzygania
posłużą nam słowa nic tak bardzo odległego i od tych listów
od nas w czasie galicjanina:
„Pamięć ludzką najtrafniej porównać do sita. Że - jak przez
sito - co drobniejsze wypada i gdzieś się podziewa, a co
ważniejsze - pozostaje. Oka sita bywają większe lub mniej­
sze. Tak i z pamięcią: u jednych gorsza, u innych lepsza,
czasem się powie n i e z a w o d n a . Ale czy naprawdę taka
niezawodna? Czy zawsze przeprowadza właściwą selekcję,
zachowując tylko grubsze ziarna, a pozbywając się drobniej­
szych? Jakże często się zdarza, że coś czy ktoś utrwali się
w pamięci akurat jakimś drobnym faktem czy przypadkowym
powiedzeniem, o którym sam dawno pewnie zapomniał! Jak
choćby moja surowa babka Gabriela, gdy mawiała, że
'niemęskie'jesl, gdy chłopiec myje się w cieplej wodzie. Albo
pamiętne dla brata i dla mnie: 'Czy wytarli buty?' - pierwsza
reakcja obudzonego nagle ze snu wuja Tadeusza Malisza, gdy
późnym wieczorem powróciliśmy do oleszowskiego dworku,
w którym spędzaliśmy wakacje, z kilkunastokilomelrowej
wędrówki, zziębnięci i przemoczeni do ostatniej nitki po
nieoczekiwanej burzy, jednej z najgwałtowniejszych i naj­
dłuższych, jakie pamiętam, z wszelkimi jej możliwymi
ingrediencjami: błyskawicami, piorunami, ulewnym wielo­
godzinnym deszczem, a bodaj i gradem. (...) Ale z pamięcią
jeszcze coś dziwnego się się zdarza. Opowiadamy o jakimś
wydarzeniu, które nas spotkało, czy o rozmowie, którąśmy
odbyli. No i z tym, co było n a p r a w d ę , splata się jakiś
szczegół, któryśmy dodali odruchowo, aby ubarwić opowieść,
uplastycznić charakterystykę uczestnika omawianego wyda­
rzenia, czy podkreślić wagę naszego udziału w tym wydarze­
niu lub rozmowie. A potem pamięć przechowuje już ów
szczegół jako nieodłączną część wspomnienia, tak że po
latach sami nie potrafilibyśmy rozróżnić, gdzie dokładnie
przebiega granica między Warheit a Dichtung. Że zdarza się
to i mnie, jakaś skaza gotowa niekiedy zamącić bezwzględną
ścisłość mojej narracji. I dlatego to muszę prosić czytelnika
aby zechciał traktować niniejszą opowieść nie tyle jako
kronikę historyczną, co raczej jako pewnego rodzaju impres­
jonistyczny fresk. Użyłem wyrazu 'impresjonistyczny'w zna­
czeniu malarskim, zatem obrazu, w którym zacierają się
podrzędne szczegóły, a pozostaje ogólne wrażenie barwy
i światła, w naszym więc wypadku - aura epoki czy
środowiska, grupy ludzi, czy pojedynczego człowieka."
4

PISY
(Instytut Etnologii UJ), Maciej Krupa, Sławomir Sikora.Zbignicw Bcnedyktowicz
Por. James Clifford, O etnograficznej autokreacji: Conrad i Malinow­
ski, tłum. Maciej Krupa, „Konteksty" nr 3-4/1992, w którym autor
zestawia Dziennik z Jądrem ciemności Conrada
* Stanisław E. Nahlik, Przesiane przez pamięć, Kraków 1987 s. 5-7
5

Cytat

Benedyktowicz, Zbigniew, “"Czyż nie byliśmy jak para rozbitków...' / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 4 grudnia 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/9544.

Formaty wyjściowe