Warszawa. Miesiące, lata, wieki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2

Dublin Core

Tytuł

Warszawa. Miesiące, lata, wieki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2, s.149-151

Twórca

Baranowska, Małgorzata

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

1996

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2561

Format

application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2380

PDF Text

Text

Warszawa.
Miesiące, lata, wieki*

WAKbZAW*..

VARSOVIE.
Kue, dc

Msri.:ht1

Małgorzata Baranowska

I widzi jakichś jeźdźców w tumanach kurzawy,
I słyszy dźwięk mazurka i tłumu wołanie,
Dąbrowski z ziemi włoskiej wraca do Warszawy.
„Czy warto?" ... Odpowiedział: „Ach! śmieszne pytanie!"
Jan Lechoń, Przypowieść
15 stycznia 1940 roku Warszawa dostała list. Adresowany nie
do kogoś w mieście, ale „Do miasta stołecznego Warszawy",
pochodził od przebywającej na obczyźnie pisarki, Marii Kun­
cewiczowej, a wysłany był z Paryża:
„Nigdy nie byłaś dla swoich tak wielka w zygmuntowskiej
chwale, jak teraz jesteś wielka dla obcych w grozie twoich ruin.
Europejczycy nie znali ciebie za twoich dni powszednich. Nie
znali wdzięku' Krzywego Koła, Wąskich Dunajów, rozbrajają­
cej śmieszności drewniaków Grójeckiej i Grochowa, brzosk­
winiowych zachodów nad Mariensztatem, zapachu twoich
bzów nad parkami Powiśla, tych godzin zmierzchu, kiedy twoje
okna wyglądają jak krzyże na świetlanych chustach. Nie znali
zuchwałych gołębi z ulicy Wspólnej, wróbli oblepiających
pierzem i świergotem akacje twoich skwerów w czasie mrozu.
Nie znali twoich d z w o n ó w , twoich kolęd, lampek czerwono
mrugających przed figurami barokowych świętych, spiczastych
kamieniczek, wierzb i kaczeńców nad gliniankami, kóz na
podmiejskich wygonach i wielkich gwiazd nad Kopernikiem,
kiedy wychodzi się z teatru. Europejczycy nie znali twoich
obwarzanków. Ale w dniach twojej krwi i chwały świat poznał
twoje dumne serce. [...] Bohaterstwo Warszawy zaraziło naro­
dy. Czujesz chyba, Niezmożone Miasto, lęk Berlina przed Tobą.
Przed twoimi ranami, przed twoim głodem i przed twoją sławą.
Wiesz, że źli śmiertelnie boją się nieśmiertelnych."
- Do jakiej Warszawy było to pisane?
Mimo że to kilka miesięcy po kapitulacji Warszawy, mimo
strasznej, śnieżnej i mroźnej zimy czterdziestego roku, mimo
egzekucji Warszawa na różne sposoby przygotowuje się do
przetrwania i zwyciężenia okupanta. Przed kapitulacją „psycho­
logiczną" warszawiacy bronią się nadzieją, powtarzanymi
piosenkami, muzyką, nawet przepowiedniami. Właśnie wtedy
ukazuje się w wydaniu konspiracyjnym zbiorek: Losy Polski
przepowiedniach: Tęgoborskiej, Mickiewiczowskiej i Cz.
Czyńskiego. Oczywiście znajduje się w nim i urywek z M i c ­
kiewicza z / / / części Dziadów. Poeci zawsze towarzyszyli
historii tego miasta i ten, który w Warszawie nigdy nie był
w

~ M -

C

^

e

w

c

'

z

j

'

e

s

t

w

n

'

e

J

s

t

a

'

e

о

о

е

с

п

У -

Nieśmiertelność, o której mówi Kuncewiczowa, nie ograni­
cza się do chwały obrońców, przechowywana jest przez
edycję. Nawet tytuł pisma, w którym ukazał się list - „Polska
У) , na to wskazuje. Warszawa była najsilniejszym w EuroP'e ośrodkiem ruchu oporu i Berlin będzie się jej bał jeszcze
okrotnie,
najważniejszy dowód stanowi nieumotywoane żadną wojskową, wojenną koniecznością zrównanie
* ziemią imiasta po powstaniu warszawskim w 1944 roku.
к Kuna
cewiczowa pisze, że, jak wszyscy na obczyźnie, tęskni za
do к ° '
^ '
е т Warszawy, za czymś, co nie przenika
War °
'
ó
wojennych ani nie jest zrozumiałe dla nie
rad
! ^ - Autorka Dyliżansu
Warszawskiego i audycji
j Dzień powszedni państwa Kowalskich z daleka przeе

n

Г е Ш

m u m

z a w

l a

Z a

и

c a t

a

c

т

o

е с Г |

w

o w

w e

a

ment

- w * T £ y książki pod tym samym tytułem. Autorce i Wydawcy
awnictwom Dolnośląskim, dziękujemy za zgodę na przedruk.

Pocztówka ze zbioru dra Heinricha Racka
czuwała, że ulica warszawska znalazła dla okupacyjnych
realiów własne ironiczne nazwy, że broni się wytrwale. „Sposo­
b e m " przekładano ciężkie warunki i ważkie wydarzenia na
komentarze opatrzone dowcipami. „ S p o s o b e m " znajdowano
nowe zajęcia umożliwiające utrzymanie. „ S p o s o b e m " przera­
biano przedmioty, żeby je dostosować do ograniczonych moż­
liwości. Na przykład zaczęto używać rowerowej rikszy osobo­
wej, która zresztą z początku żenowała warszawiaków nie
przyzwyczajonych posługiwać się cudzym „ n o ż n y m " napę­
dem. Co innego samemu jeździć na rowerze, co innego dać się
wieźć. W styczniu roku 1941 ruszyło na miasto parę taksówek
z gazogeneratorami, podobno było też kilka taksówek z napę­
dem drzewnym. Ale cóż, to jednak przepełniony tramwaj
pozostał prawdziwą „ u l i c ą " , tutaj zachodziły zmiany języka, tu
puszczane były w ruch aktualne powiedzonka.
Życie dostosowywano do warunków wojny. Nikt nie przewi­
dywał, że historia Warszawy w drugiej wojnie śwatowej
skończy się marsjańskim, pustym - zamieszkałym jedynie przez
„robinsonów warszawskich" - krajobrazem ruin. Profesor
Wacław Borowy brał udział w zorganizowanej przez biblio­
tekarzy i muzealników akcji ratowania książek i dzieł sztuki,
pod czujnym okiem N i e m c ó w , zamierzających co cenniejsze
ocalałe zbiory wysłać do Rzeszy. Trzeciego grudnia 1944 roku
znalazł się w kamienicy Baryczków:
„ W pewnej chwili przerywamy pracę, żeby wyjść przez sień
domu i spojrzeć na Rynek Starego Miasta. Tak sobie mniej
więcej wyobrażałem góry Hoggaru na Saharze. Cały plac poryty
lejami od bomb, zasypany blachą z dachów, cegłą i miazgą
tynku. Najlepiej utrzymała się strona między Nowomiejską
a Krzywym Kołem: fasady wprawdzie poszczerbione i częś­
ciowo ścięte, ale wszystkie stoją; wnętrza zresztą wypalone,
dachy zmiecione, gruzy sypią się na ulicę. Świetny to jeszcze
stan wobec strony od Krzywego Koła do Celnej, na której nie ma
ani jednej fasady (dom przedostatni tylko wystercza j a k i m ś
wysokim dosyć kikutem). Między Dunajem a Zapieckiem
stosunkowo mocno się trzymają obydwie fasady Kamienicy
Książąt Mazowieckich, choć bardzo pokaleczone, w stanie też
jakim takim utrzymały się dwie fasady w środku (jedna

149

z fragmentem łuku gotyckiego), obydwie zresztą szczerb pełne
i ścięte. Z Fukiera gruzy tylko. W głębi Świętojańskiej czer­
wieni się oskalpowana boczna ściana kościoła Jezuitów, za nią
majaczeje jedna z iglic Katedry, nad resztą Świętojańskiej (o ile
z oddali sądzić można) panuje przestwór powietrzny".
Nawet gdy przypominał Saharę, warszawiacy nie zamierzali
dobrowolnie opuścić tego krajobrazu, który nakładał i m się na
inny, dawniejszy, pełny, prawdziwy. Już w parę tygodni
później, w początku stycznia 1945 roku, nie czekając na
zakończenie działań wojennych, zaczęli powracać. Dlatego też
styczeń stał się tak ważnym miesiącem dla Warszawy.
Jakie jest to miasto, do którego odbudowania dążyło tylu
ludzi? Co się złożyło na jego życie?
Zaczęliśmy od daty, na której właściwie zakończymy akcję
tej książki ułożonej jak kalendarz, według miesięcy, a zawiera­
jącej szkic z życia Warszawy: od przeniesienia się tu króla
Zygmunta I I I Wazy w roku 1596 do roku 1945 - do powrotu
warszawiaków do zniszczonego miasta.
Dobrze by było objąć jednym rzutem oka te wszystkie lata
i zmiany, choćby w jednym, wybranym miesiącu, zobaczyć
ulice, budynki, nawarstwiające się tutaj zdarzenia. Skoro to
niemożliwe, korzystajmy z cudzych oczu, z dawno utrwalonych
widoków i opowieści.

Franciszek Salezy Jezierski w haśle Warszawa
(Niektóre
wyrazy porządkiem
abecadła zebrane, 1791) pisał:
„ W a r s z a w a - miasto stołeczne Księstwa Mazowieckiego
i miasto pomieszkania królów polskich; kiedy i od kogo
założone, ani pewności, ani wiadomości żadnej mieć nie można;
to miasto uważać należy dwojako: raz, ile jest miastem, drugi
raz zaś, ile dopiero nim ma być na potem; ile j u ż jest miastem
[...]"
Czy to nie dziwne? Jezierski ma wyjaśnić, co to Warszawa,
a mówi, że musi być ona rozumiana także jako przyszłe miasto.
Na razie - w końcu osiemnastego wieku - wydaje mu się ono
ciasne i młode. W stosunku do zasiedziałego i potężnego
Krakowa, który jeszcze długo zdaje się odpowiedniejszy na
siedzibę króla, rzeczywiście Warszawa może sprawiać takie
wrażenie. Autor Niektórych wyrazów... świetnie zdawał sobie
sprawę, że Warszawa jest w trakcie rozwoju, że to w pewnym
sensie miasto przyszłości. I co więcej, podobne wrażenie miało
się w jej dziejach wielokrotnie powtarzać.

Bolesław Prus, najwspanialszy jej kronikarz, przez ponad
trzydzieści lat piszący felietony warszawskie, ulegał oczywiście
również magii wyobrażania sobie pięknej przyszłości, co
znaczyło dla niego, pięknej Warszawy. Zwłaszcza początek
wieku był dobrą do tego chwilą, płot między polami wieków, jak
p i s a ł - r o k 1900. W „Kurierze Codziennym" z 14 stycznia 1900
roku przepowiadał, że miasto rozgęści się. Powstaną małe
miasteczka wśród ogrodów. Kształty d o m ó w miały być wzoro­
wane na grotach, skałach, muszlach, kryształach, kwiatach.
Sielankowe domy wymyślone przez Prusa okazały się j u ż
niebawem zwalistymi czynszówkami z ciemnymi podwórkami.

Nie dała sobie podgrymaszać!
Dlatego tyż może gdzieindziej są ładniejsze widoczki, lepsze
powietrze, wygodniej się żyje, ale j a pasjami lubię W a r s z a w ę " .

W każdym razie, jeśli nawet gdzie indziej bywa lepsze
powietrze, to powietrze Warszawy międzywojennej przesycone
jest zapachem bzu.
A polski bez jak pachniał w maju
W Alejach i w Ogrodzie Saskim,
W koszach na rogu i w tramwaju.
Gdy z Bielan wracał lud warszawski!
Julian Tuwim, Kwiaty polskie
Warszawa międzywojenna nurzała się w bzach. To kwiaty
maja, kwiaty miasta, kwiaty miłości.
Oto wiersz Antoniego Słonimskiego Żal:
Gdy cię spotkałem raz pierwszy
Mokre pachniały kasztany.
Zbyt długo mi w oczy patrzałaś ogromnie byłem zmieszany.
[...]

/ tak się jakoś stało,
Że bez tak pachniał - jak bez,
I słowo ,,pachnieć'' pachniało,
I łzy były pełne łez.
Często ludzie mający niewiele do czynienia z poezją sądzą, że
poeci w swych wierszach umieszczają kwiaty jakiekolwiek,
żeby tylko wzmocnić nastrój. Owszem, wiadomo, róża, fiołek,
niezapominajka to kwiaty życzeń imieninowych, miłości, zalo­
tów, wierności. A jednak bzy w wierszach poetów warszaws­
kich pojawiają się nie znikąd, a właśnie z Warszawy. A kasz­
tany? One przecież też są dla tego miasta charakterystyczne.
Mówi się nawet: kasztany kwitną, najwyższa pora uczyć się do
matury. Na naukę j u ż wtedy za późno, ale kasztany z tego
powiedzenia są autentyczne. Nigdy by się tak nie mówiło,
gdyby nie było tu tych drzew.

Ciekawe, że dla Marii Dąbrowskiej kwiatami charaktery*
tycznymi dla Warszawy są fiołki i mimoza.
Trudno się powstrzymać od zdziwienia, że dla kogoś mimoza
mogła się stać symbolem miasta północy - Warszawy.
Miała widać Warszawa modę mimozy, którą kupowali ty
niektórzy i modę bzu prawdziwie dla wszystkich.

Wiosna w dawnej Warszawie wydaje się przesycona zapa­
chem kwiatów. Ale wszystkie pory roku odznaczają się bez­
ustannym gwarem.
*

Trudno, przynajmniej niektórym, zwiedzać pejzaże nieist­
niejące. Udajmy się więc raczej śladami rzeczywistych wjF
rowek. T y m razem podążymy za pewną pensjonarką, która
miała właśnie zdawać do szóstej klasy i po raz pierwsz)
w czerwcu 1904 roku przyjechała z Kalisza do Warszaw)
Piętnastoletnia uczennica nazywała się Maria Szumska. ZnaiJ.
j ą jako pisarkę Marię Dąbrowską. W Warszawie mojej
^°r\
wspomina tamte, pierwszy raz zobaczone ulice: ,,P *~!
gładkość i szerokość chodników, ulice wykładane drewni
kostką, która mnie zachwycała; czuję zapach tego drewnia
bruku polanego czerwcowym deszczem, słyszę, jak p°^
tętnią miękko niezliczone, jak mi się zdawało, kopyta ko
słyszę cichy szmer pojazdów na gumach. W porów
z Kaliszem dużo światła nie wiem j u ż jakich latam,
gazowych, podniecające wrażenie, gdy zapalono je, z ^ r L
jeszcze ściemniło, i gdy potem na chodnikach igrały P " ^
światłem cienie liści z drzew, którymi ulice, a w k a ż d y ^
Marszałkowska, były wysadzane. Ta gra świateł i cieni li"
na wieczornym trotuarze tak mi się złączyła z pierw oglądaną Warszawą, że gdziekolwiek to potem zobat'
zawsze stawała mi w oczach czerwcowa Warszawa
uszawa
1

m

anue

K i l k u pisarzy odpowiedziało na pytanie „Kalendarza War­
szawskiego" z roku 1948 - Dlaczego właśnie
Warszawa?.
Wiech zasłonił się panem Piecykiem, który charakter warszaw­
ski dobitnie uwydatnił:
„ O w s z e m , Kraków uważam i szanuję. Miasteczko nie za
duże, ale w swoim rodzaju odpowiedzialne. Wszelkie uroczys­
tości i odpusta narodowe najlepiej w Krakowie wychodzą, ale
w Warszawie, uważasz pan się żyje..."
Jedną z głównych przyczyn, za które, jak podał, kocha
Warszawę, było to, że sobie „ p o d g r y m a s z a ć " nie pozwala.
„Ani Krakowa, ani Poznania pod krytykie nie biorę, skarż mnie
Bóg, ale Warszawa zawsze pierwsza była o wiele się roz­
chodziło o to, żeby popęd nieprzyjacielom dać albo manto jem
spuścić. [...]

150

0

n

piętnastu lat. Oszałamiała mnie ogromność i wysokość kamie­
nic, długość - nieskończona dla mnie - Marszałkowskiej ulicy,
jej liliowe przed zmierzchem perspektywy, błękitniejące głębie
przecznic, a na końcu znany mi z Prusa Ogród Saski z jego
mitologicznymi posągami, zapachem kwitnących akacji i wspa­
niałą fontanną, samotną w tej jedynej chyba na świecie stolicy
dotąd bez wodotrysków. Nawet «studzienne», głębokie war­
szawskie podwórza nie osądzane były przeze mnie jako brzyd­
kie czy ładne; stanowiły także po prostu cechę wielkiego miasta.
Niektóre, zwłaszcza w starych kamieniach, były obszerne
i słoneczne, a teraz latem rozlegało się na nich tyle odgłosów
gęstemu zaludnieniu właściwych. T u siekano mięso, a tam
rąbano drewka; gdzie indziej bito pianę, ówdzie ktoś grał na
fortepianie albo coś sobie śpiewał; płakało dziecko albo dziecko
się śmiało; jakieś kobiety przekrzykiwały się kłótliwie lub coś
gadały monotonnie. Tu najsilniej rozlegały się okrzyki, którymi
obwoływali swoje usługi albo towary wędrowni rzemieślnicy
i handlarze. Po społu z rzewną i śpiewną wrzawą ulicy,
dolatującą spoza wielkiej bramy, stanowiło to nie znaną mi
dotąd muzykę wielkiego miasta, zupełnie inną niż dzisiejsza
i dotąd dźwięczącą w moim uchu.
W takim to właśnie podwórzu przy Wspólnej ulicy za­
trzymałyśmy się z matką u moich stryjostwa Franciszkostwa
Szumskich. Tam, siedząc na małym balkoniku czwartego bodaj
piętra, patrzyłam w głąb podwórza, wdychałam jego specyficz­
ną «warszawską» woń i słuchałam, jak dźwięczy miasto,
a szczególnie czarowały mnie właśnie owe głosy wędrownych
rzemiosł i handlów, ulicznych muzykantów, ostrzycieli noży,
sprzedawców cytryn albo warzyw, piaskarzy, węglarzy (węgiel
drzewny do samowara), handełasów, sklejaczy porcelany i lut­
ników blachy. A każdy śpiewał innym tonem, inne sobie słowa
wymyślał, inną do każdych melodię, której nigdy nie zmylił.
Wtedy długo potem umiałam naśladować te wszystkie głosy;
budziły we mnie jakieś na wpół wesołe, na wpół nostalgiczne
uczucia."
Te różnorodne, głosy, a raczej krzyki i śpiewy ulic i podwórek
warszawskich, dla mieszkańców tak znane, że j u ż niezauważal­
ne, odzwierciedlały całą mozaikę typów domokrążców, drob­
nego handlu i rozrywki. Każdy reklamował się, jak umiał.
„Piaskuuu, białegooo, wiślanegooo, piaskuuu..." wołali piaskarze. Wiadomo, że każda gospodyni po wyszorowaniu do
białego kuchennej podłogi z desek posypywała j ą piaskiem.
Długo używano także spluwaczek z piaskiem ustawionych
w mieszkaniach. „Garnkii, garnkiii, drutuje, reperuje, gaamki..." krzyczeli druciarze. „Orzechy włoskie! Orzechy" - to
przybysze aż z Andrychowa, z Galicji, skąd przywozili wyborne
płótna, a przy tym, orzechy, których reklamę wzmacniali
grzechocząc nimi w wielkich siatkowych workach. Cebularze
obwieszeni warkoczami cebuli i czosnku handlowali i innymi
rzeczami: „Cebuli, czosnku, koszałki, sieci!" - w o ł a l i . Zaraz się
rozlegało: „Sklej-jam - szkło - porcel-janę - fajans!"
Nie trzeba było daleko udawać się po egzotykę. Przychodzili
Różnymi drobnymi przedmiotami Chińczycy i Tatarzy, i Araczasem, i oczywiście Rosjanie z lodami,
zawsze było tu dużo ruchu. Kiedyś bezczelni i wygadani
arnicy, którzy na zawołanie oświetlali drogę, posłańcy
e erani wielu bojów, mali gazeciarze. Tu i gazeta nie zawsze
У potrzebna. Wychodziło się na ulicę i wszystko się słyszało
* <ych krzykach.
W l e

a

a

r

C U

W

s a

r a t u s z o w e

foczv
''
°'
''
J Towarzystwo Dob>ch v v ' .
y ' wystawę kart pocztowych ilustrowaP°nad ^

sześćdziesiąt tysięcy kart. Obejrzało je
no c ?
ś c i e tysięcy osób. Pokazano trzysta kart z włas|ц
Уг™ rysunkami lub autografami wybitnych osobistości,
także k j j " ' J
kartach pocztowych przysłały. Ogłoszono
anowi°t t* " J
y
- ..dobrą n a z w ę " . Nagrodę
Prus w• » ? У
y czasie, album do kart pocztowych.
k i e n n y . . ^ K 'kach
Tygodniowych w „Kurierze CoProsciej к ) k ^ 8 d n i a ironicznie napisał:
nierównie
*ysta an'-- •
P J
ubogich bez oglądania
' ' Ч kupić za 20 kopiejek bilet na wystawę bodajby
n

SC

o t

w o r z

s t a w

0

n o

s l e m n a

r

c z

0ге

1 1

s,

6

e n

rS

т о

(

SW

a

a

e c m o w

п

w

cn

o

w

2

0

r a z o w a

m

ron

ni

Z

ru

d

w

ад ге

a

Ć

k o

i e

e k

n

a

kart pocztowych, zapłacić za dorożkę 25 kopiejek, za rękawi­
czki rubla, za nowy kapelusz 10 rubli i tak dalej.
Zdaje mi się jednak, że do podobnej reformy obyczajów
mamy jeszcze kawał czasu. Kierownicy zaś wydziału dochodów
niestałych przy naszym Towarzystwie Dobroczynności będą
musieli zrobić niejedną setkę zabawnych i genialnych wynalaz­
ków, ażeby po długiej pracy i odtrąceniu kosztów obdarzyć kasę
Towarzystwa kilkoma tysiącami r u b l i " .
Publiczność zwabiła na wystawę wszechpotężna moda na
pocztówki, która się wtedy właśnie w Europie rozpowszechniła.
Pocztówka, tak młoda, że nie miała jeszcze swej stałej nazwy,
ledwie trzydzieści lat wcześniej wcale na pocztę nie wpusz­
czana, nagle stała się królową poczty, przedmiotem kolekcji
i skarbnicą popularnej wyobraźni. Sfotografowane lub naryso­
wane ważne wydarzenia, znane budowle, sławni ludzie i oczy­
wiście życzenia śwąteczne, a także pozdrowienia z uzdrowisk
zapełniały tysiące kartoników. Projektanci pocztówek przeja­
wiali nieprawdopodobną pomysłowość. Na pocztówkach fru­
wały kobiety motyle. Na pocztówkach góry miały ludzkie
głowy, koty ruszały oczami i ogonem ze sprężynki, damy miały
kołnierze z prawdziwego futerka, prawdziwe włosy i prawie
prawdziwe klejnoty ze szkiełka. W świecie pocztówkowym
nieraz nad miastem unosili się święci Mikołaje i listonosze, by
przesłać życzenia lub pozdrowienia, czasem torba listonosza
otwierała się i z niej wysuwała się cała harmonijka widoków
z miasta, którego nazwa widniała na otwieranej klapie torby.
I jak można było znaleźć nazwę dla tych różnorodnych
kartoników, mających wówczas j e d n ą stronę całą zastrzeżoną
tylko dla adresu, kartek, na których korespondencja widoczna
była dla każdego. W parodystycznym wykonaniu Prusa propo­
zycje nadesłane przez publiczność do „Kuriera Warszaws­
kiego" brzmiały:
Nalistek, Oszczędnica,
Kartocha, Dopiśnica,
Niedyskretka, Odsłonka,
Naguska, Oglądka,
Wyczytki przy Zawidkach,
Wreszcie - Łatki przy Gadkach...
Kilkadziesiąt było tych propozycji, wreszcie przyjęła się, jak
wiemy, nazwa pocztówka. Prus przedstawiał j ą jeszcze jako
niezbyt logiczną, bo mogłaby oznaczać także skrzynkę po­
cztową, znaczek albo urzędniczkę pocztową.
Jeszcze chwilę zatrzymalibyśmy się chętnie na warszawskiej
wystawie, zwłaszcza że dziś znów się zrobiły modne pocztówki
z przełomu wieków, ale pocztówki można spotkać na całym
świecie.

Jest coś w Warszawie nie tylko niepowtarzalnego, ale nie do
zniszczenia, coś odradzającego się, czego nie mają inne miasta,
pozbawione owego niezwykłego geniusza, ducha miejsca,
w jaki wierzyli starożytni. Duch wolności, a jednocześnie
bezgranicznego przywiązania do tego miasta, duch fantazji,
ruchu, duch odwagi i zaradności, walki i niefrasobliwości
zarazem, własny, nie do podrobienia duch języka, ostrych
powiedzeń, piosenek, dowcipu i liryzmu - mieszanina sprzecz­
nych często cech obdarza W a r s z a w ę charakterem, jakiego
próżno szukać gdzieś poza nią.
Często mówi się o Warszawie jako o Kartaginie. Ale to nie­
dobre porównanie. Kartagina nie miała sił podnieść się z ruin.
Jan Parandowski odpowiadając na ankietę „Kalendarza War­
szawskiego" z 1948 roku Dlaczego właśnie Warszawa pisał
o owej tajemniczej mocy: „Nie miał tej siły Babilon, Niniwa,
Kartagina, była ona w Rzymie, w Atenach. Gdy po zrzuceniu
niewoli tureckiej, rozważano, gdzie założyć stolicę niepodległej
Grecji, król Otton wskazał Ateny. W y d a w a ł o się to absurdem.
Ateny - to była garść lepianek, zamieszkałych przez nędzarzy,
pod ruinami Akropolu. Lecz król się uparł i zwyciężył. Ateny
bowiem, w swej pustce, były czymś więcej niż przestrzenią, na
której można rozplanować ulice i wystawić domy. Były hasłem,
zaklęciem magicznym, powołującym do życia geniusza tego
skrawka spiekłej ziemi.
Taki sam geniusz kształtuje losy Warszawy".

/57

Cytat

Baranowska, Małgorzata, “Warszawa. Miesiące, lata, wieki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.1-2,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 1 lipca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/8230.

Formaty wyjściowe