Etnologa kłopoty z globalizacją ; czy w nią wierzyć, jak ją badać, jak o niej mówić? / Antropolog wobec współczesności

Dublin Core

Tytuł

Etnologa kłopoty z globalizacją ; czy w nią wierzyć, jak ją badać, jak o niej mówić? / Antropolog wobec współczesności

Temat

Zadrożyńska, Anna
globalizacja - aspekt antropologiczny

Opis

Antropolog wobec współczesności pod red. Anny Malewskiej-Szałygin i Magdaleny Radkowskei-Walkowicz s.136-147
tom w darze Profesor Annie Zadrożyńskiej

Twórca

Wasilewski, Jerzy S.

Wydawca

Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW

Data

2010

Prawa

Licencja PIA

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4998

Format

application/pdf

Język

pol

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:4635

PDF Text

Text

Jerzy S. Wasilewski
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW

Etnologa kłopoty z globalizacją:
czy w nią wierzyć, jak ją badać, jak o niej mówić?

Antropologowie zajmujący się problematyką globalizacji mają obecnie chwilę przer­
wy O t o bieżąca rzeczywistość: niedawna zapaść w światowym systemie finanso­
w y m , załamanie ekonomiczne, a w ślad za tym, w sferze zjawisk społecznych, kryzys
zaufania do podstawowych instytucji społecznych, głód nowych rozwiązań politycz­
nych - wszystko to z bolesną naocznością przekonało sceptyków co do wszechobecności i siły mechanizmów ponadpaństwowych, odsłoniło zarazem negatywne
konsekwencje tych „ponadnarodowych" czynników. Dla studiów globalnych jest to
więc czas (przejściowo) marny tylko w t y m sensie, że trudno o fascynację zjawis­
kiem, które akurat ukazuje swe ciemniejsze oblicze. Jeśli nawet sytuacja taka nie
unieważnia dotychczasowych rozważań teoretycznych, to przynajmniej zmniejsza
zapotrzebowanie na takie debaty T r u d n o też proponować czytelnikowi kolejny et­
nologiczny przyczynek do studiów globalnych, oparty na schemacie: „badać lokal¬
nie, interpretować globalnie". A przecież był to sprawdzony - i w gruncie rzeczy
całkiem niezły - sposób, w jaki badacz (empiryk, terenowiec) mógł bezpiecznie
wypowiadać się na temat tak złożony i wieloaspektowy jak globalizacja. Etnolog
przedkładał swoje obserwacje i refleksje co do lokalnego sposobu, w jaki globalny
proces przeciska się przez ściśle umiejscowione ucho igielne, czyli wybrane przezeń
miejsce akcji.
Ten tryb pisania o globalizacji (szczególnie w wydaniu popularyzatorskim i dzien¬
nikarskim) stawał się pewną manierą. Tekst zaczynał się od migawki, która przed¬
stawia barwny przypadek, uderzający kontrastem między egzotyczną lokalizacją
a pojawiającym się tam ponadnarodowym elementem kultury: czasem przybywał
on z Zachodu, a wtedy treść ta była ultranowoczesna; czasem szokujące zjawisko
przybywało z innej, równie egzotycznej plemienności; i wreszcie trzeci wariant: scen­
ka pokazywała plemienność, która zawędrowała do metropolii. Po przykłady w y ­
starczy sięgnąć do znanych publikacji: mogą to być artykuły pioniera-klasyka bada­
nia przepływów ponadnarodowych Ulfa Hannerza (2006, s. 11, 31, 137), programo­
wy wstęp w niedawno wydanej podręcznej antologii tekstów The Anthropology of
136

Etnologa kłopoty z globalizacją

Qlobalization (2005, s. 3-4) czy wreszcie, na rodzimym gruncie, publikacje Walde­
mara Kuligowskiego, niestrudzonego w ukazywaniu globalnego wymiaru dominują­
cych zjawisk współczesnej kultury (2007 i liczne teksty wcześniejsze).
Zauważę bez złośliwości, że pewnie to obserwacja tej rodzącej się wtedy maniery
skłoniła przed 10 laty Jonathana Friedmana, skandynawskiego antropologa zasłużo­
nego w badaniu społeczno-historycznej infrastruktury procesów globalizacyjnych,
do porównania stylu i języka większości publikacji z zakresu antropologii globaliza­
cji d o audycji telewizji C N N . Jego uogólnienie brzmiało:
N i e k t ó r e prace na t e m a t g l o b a l i z a c j i są a n a l i t y c z n i e i t e o r e t y c z n i e doniosłe, j e d n a k
w i ę k s z o ś ć z n i c h t o j e d y n i e z b i ó r luźnych o p i n i i i refleksji. N a m y s ł n a d g l o b a l i z a c j ą
w o b r ę b i e s t u d i ó w n a d kulturą jest b e z t r o s k i i b a z u j e g ł ó w n i e na i n t e l e k t u a l n e j
o b r ó b c e p r z e k a z u medialnego, w y n i k ó w poszukiwań w I n t e r n e c i e i p o d r ó ż a c h (Fried¬
man, publ. i n t . ) .

Przypomnę jeszcze kilka jego sarkastycznych pytań.
C z y świat stał się g l o b a l n y d o p i e r o o d niedawna? C z y dzisiaj w s z y s t k o r z e c z y w i ś c i e
jest inne? C z y p r a k t y k i l u b ( p r o s z ę o w y b a c z e n i e ) „kultury" t e r y t o r i a l n e f a k t y c z n i e
p r z e s t a ł y i s t n i e ć ? [ . . . ] p o s t ę p t o g l o b a l i z a c j a , t w o r z e n i e g l o b a l n e j w i o s k i , k t ó r a jest
tak naprawdę g l o b a l n y m m i a s t e m . Jakie t o e k s c y t u j ą c e ! . . . t y l k o - dla kogo? (Fried¬
man, publ. int.)

Ironia tych uwag nie straciła chyba całkiem na aktualności.
A zatem wspomnianą na wstępie chwilę przerwy proponuję wykorzystać na re­
fleksję ogólniejszą i przyjrzeć się naszemu dotychczasowemu ujmowaniu globaliza­
cji. C h c ę podzielić się własnymi kłopotami w odbiorze i ocenianiu globalizacji, tak
jak jest ona przedstawiana w literaturze antropologicznej. To piśmiennictwo
powinno być przecież źródłem inspiracji, wskazówek metodologicznych i pomocą
w kształtowaniu osobistej postawy wobec globalizacji. Oczywiście da się t u je za¬
prezentować tylko w skromnej próbce, siłą rzeczy mało reprezentatywnej wobec
jego natłoku.
Zacznę od zasygnalizowanej dopiero co wątpliwości, w jakim stopniu studia globalistyczne w wykonaniu naszej dyscypliny są czymś nowym, na ile otwierają oczy
na to, co nieznane lub niedostrzegane, a ile w nich kontynuacji dawnych etnologicznych aksjomatów albo, co gorsza, oczywistości i banału (ktoś napisał „globanalistyka"). By nie zakwalifikować się t y m i słowami od razu do zrzędliwej ariergardy i nie
wpaść w jej ton, podkreślę naprawdę ambiwalentny, dylematyczny charakter tej sy¬
tuacji. Z jednej strony wystarczy przypomnieć, że etnologia od zawsze akcentowa¬
ła globalny dyfuzyjny charakter kultury; z drugiej - czy wobec jakościowej odmien¬
ności dzisiejszych przepływów ktoś miałby prawo kwitować najnowsze odkrycia
słowami „to od dawna wiadomo"?
137

Jerzy S. Wasilewski

A przecież to i owo wiadomo. Jak długo już trwa przywoływanie w literaturze
etnologicznej owego Lintonowskiego rodowitego Amerykanina, który budzi się w łóż­
ku (wynalazku pochodzącym z Bliskiego Wschodu), w bawełnianej pościeli (wyna­
lazku indyjskim), w piżamie (z C h i n ) , a potem spędza dzień wśród przedmiotów
rodem z wszystkich możliwych kultur i kontynentów? Ta pouczająca historyjka ma
lat ponad 70, kursowała po podręcznikach etnologii moich lat studenckich, a dziś
cytują ją przywoływani Hannerz czy Kuligowski (2007, s. 28-29), teraz w związku
ze zjawiskiem globalizacji.
Ale nawet jeśli globalizacyjna lekcja nie we wszystkich punktach jest lekcją nową,
to nie mam zamiaru dziś jej zbywać - już choćby dlatego, że ja sam (a tylko w swoje
piersi się t u biję) wcześniej nie wyciągałem z niej wniosków i ignorowałem ją w swo­
ich badawczych paradygmatach. Jak wyrzut sumienia brzmi cytat z Wyspiańskiego,
który przed stu laty usłyszał od chłopa z podkrakowskiej wsi pytanie, czy Chińcyki
trzymają się mocno. M n i e ten cytat - zbanalizowany w setkach użyć, aktualnych
w różnych czasach z różnych powodów, a dziś szczególnie - służy jako przypo¬
mnienie, że informacja z drugiego końca świata bywała obecna także w środowisku,
które wolałem widzieć raczej jako „zakapsułowany" orbis interior.
G w o l i wyjaśnienia: pierwsze z trzech ostatnich słów to było ulubione wyrażenie
Witolda Dynowskiego, patronującego ze swej pozycji wiekowego dyfuzjonisty kul¬
turowego młodzieńczym próbom mojej strukturalizującej generacji, która z kolei
wprowadziła do obiegu łacińskie sformułowanie po t y m słowie następujące. Tyle że
dla staromodnego dyfuzjonisty owe kapsuły były tylko oazami względnej izolacji
w szerokiej przestrzeni transkontynentalnych wędrówek. Młodzi strukturaliści nie
wiedzieli jeszcze, że to globalne przepływy wczesnego kapitalizmu na terenach ko¬
lonialnych prowadziły czasem do powstania takich zredukowanych systemów ple¬
miennych, które zachodnia etnologia (nie tylko strukturalizm) odhistoryzowała,
zamroziła i uznała za wzór prostych i chodzących jak zimny zegar społeczeństw bez
historii.
N i e bez poczucia złośliwej satysfakcji czytam w książce Hannerza (2006, s. 72),
z jakim zdziwieniem uświadomił on sobie, że studia nad globalizacją oznaczają pe­
wien powrót do koncepcji o charakterze dyfuzjonistycznym, który to kierunek w an­
tropologii uznawał za dawno pogrzebany Moja schadenfreude bierze się tylko stąd, że
sam przeżywam podobne zaskoczenie, widząc, jak zagadnienia, niegdyś przeze mnie
odrzucone jako nieinteresujące, wracają dziś w glorii globalistycznej aktualności i at¬
rakcyjności. „Dlaczego Inuici z północnej Kanady zachłysnęli się technologią GPS,
rezygnując z wypracowanych przez stulecia sposobów poruszania się po lodowych
pustyniach" - pytają Burszta, Czubaj i Kuligowski (2007, s. 49). W pierwszym od¬
ruchu chciałoby się odpowiedzieć serią równie retorycznych pytań: a dlaczego pol¬
scy górale noszą dziś adidasy skoro kierpce sprawdzały się nawet lepiej? A dlaczego
Tyrolczycy chodzą do dyskotek, zamiast pięknie jodłować i klepać się w tańcu po
łydkach, jak ich dziadowie? A dlaczego lapońscy pasterze reniferów ganiają za zgu138

Etnologa kłopoty z globalizacją

bionymi sztukami helikopterem, zamiast pytać o to sprawdzonych szamanów
nojdów? A mieszkańcy kanaryjskiej Gomery - czy nie mogliby nadal używać języ¬
ka donośnych gwizdów zamiast telefonów? A dlaczego chłop białostocki jedzie do
żniw na kombajnie, wszak już Kaziuk z Konopielki ustalił, że kosą prędzej, a i snopki
wyglądałyby piękniej niż te białe plastikowe bele? Wszystkie takie zagadnienia
dyskwalifikowałem przez lata jako należące do nieciekawego dla mnie obszaru stu¬
diów modernizacyjnych, bo w praktyce badawczej oznaczało to trywialne docieka¬
nia nad dojazdowością robo-chłopów do miasta, rolą zlewni mleka w życiu wsi i t d .
Ale pochopnie odrzucony bumerang wraca i uderza w głowę, boleśnie przypomi¬
nając, że realiów - nawet tych poziomych, a może ich t y m bardziej - ignorować nie
wolno, pod karą zasłużonej dezaktualizacji własnego paradygmatu.
Dylemat „globalizacja: nowe zjawisko czy odwieczny fenomen" staje się wyraź­
ny kiedy różni autorzy sięgają do antecedensów historycznych. Podawane są różne
cezury czasowe, zawsze zresztą ze świadomością, że mogą one być tylko umowne.
Nowoczesna siatka komputerowych łączy? A może raczej o kilka dziesięcioleci
wcześniejsza sieć telewizyjna, która wedle proroctw pewnego, skądinąd ultrakatolickiego, wizjonera sprzed ponad ćwierćwiecza miała zmienić świat w globalną
wioskę? A dlaczego nie położenie transatlantyckich kabli telegraficznych w poło¬
wie X I X w.? A l b o oświeceniowy pochód rozumu? Kolonialna ekspansja renesanso­
wej, kapitalistycznej Europy? Światowe rozpowszechnienie uniwersalistycznego
chrześcijaństwa? Hellenizm, podboje Aleksandra Wielkiego i wszelkie pochody i m ­
perialne? Powstanie rolnictwa przed 12 tysiącami lat? A czemu nie - regressus ad infinitum - wszystkie inne, wcześniejsze i późniejsze wędrówki ludzi i dóbr kultury od
wyjścia człowiekowatych z wąwozu Olduvai poczynając?
W a r t o pamiętać, po części wbrew Anthony'emu Giddensowi i tylu innym, że
kompresja czasu i przestrzeni to zjawisko bynajmniej nie nowe; przypomnieć sobie
czasem o istnieniu w dziejach transkontynentalnych przepływów, pomostów i połą¬
czeń, o przemieszczaniu się ludzi, towarów, pieniędzy, informacji, symboli. Wpraw¬
dzie dzisiejsza globalizacja to proces dużo szybszy i bardziej intensywny niż daw¬
niejsze ekspansje, ale ta intensywność to przecież tylko pochodna naszego późnego,
zaawansowanego miejsca na krzywej ewolucji gatunku i rozwoju społeczno-kulturowego; wzrastając w porządku wykładniczym, wspina się coraz szybciej w górę,
ale jest to stale ta sama krzywa.
By tak całkiem nie ignorować przełomowych zmian jakościowych, które zdarzy­
ły się na tej drodze, zaryzykuję tezę, że ciągłemu procesowi globalizacji w dziejach
towarzyszą okresy skokowej, wzmożonej „świadomości globalizacyjnej", która wzra¬
sta w momentach wyraźnych skoków - politycznych, geograficznych, cywilizacyj¬
nych. N i e k t o inny, jak rzymski historyk Polibiusz, sformułował zdanie, że „przed¬
tem rzeczy, które działy się na świecie, nie wiązały się ze sobą, [ale od powstania
Imperium] wszystkie wydarzenia tworzą jedną wiązkę"; cytuje go też nie k t o inny
a klasyk tematyki globalizacji Roland Robertson, który wprowadził to pojęcie do
139

Jerzy S. Wasilewski

obiegu socjologicznego (i który sam zdaje się rzecznikiem takiego właśnie odleg¬
łego datowania początków globalizacji - Robertson 1990, s. 21). Podobny wzrost
świadomości odczuwamy dziś, a skłaniają nas do tego zachodzące na naszych oczach,
niewyobrażalne jeszcze przed ćwierćwieczem przemiany polityczne (upadek M u ¬
ru, osłabienie pozycji państwa narodowego, rozszczelnienie jego granic, sukcesy
uniwersalistycznej idei praw człowieka), deregulacje rynkowe, ułatwienie maso¬
wych przepływów ludzi, towarów, zasobów kapitałowych, nieograniczona potęga
Internetu.
Antropologiczna dyskusja nad t y m , czy jakieś odległe zjawisko historyczne sta¬
nowiło już przejaw globalizacji czy jeszcze nie, to oczywiście potrzebne ćwiczenie
erudycyjno-intelektualne. Świadomość, że uderzające nas swą globalnością feno¬
meny współczesności mają swe analogie w niedalekiej (ale jednak przedponowoczesnej) przeszłości, może też obniżyć gorączkę, z jaką się je prezentuje. O t o przy¬
kład indyjskiego Bangaluru, żyjącego z przekazywania telefonicznie i internetowo
informacji i świadczenia usług zewnętrznych (outsourcing) dla całego świata, co - naj­
zupełniej słusznie - przedstawia się jako ukoronowanie dzisiejszej delokalizacji. Ja­
ko szczytowy element owego oderwania podaje się informację - pod robiącym wra­
żenie hasłem Outsourcing Qod - że zachodnioeuropejskie kościoły cierpiące na braki
kadrowe i zmuszone do oszczędności, właśnie duchownym w Indiach zlecają od¬
prawianie mszy zamawianych przez wiernych (cena usługi wynosi tylko 1-3 euro
zamiast europejskich 50 - Srivastava 2004). Sensacyjność takich doniesień zbled¬
nie jednak, kiedy przypomnimy sobie, że już przed laty polskie kościoły i poje¬
dynczy księża otrzymywali podobne zlecenia (stanowiące zarazem pomoc finanso¬
wą) od parafii niemieckich. A skądinąd w y m o w n y m świadectwem zaiste ponowoczesnej dysjunkcji (Appadurai, 2005) i niekoherencji zjawisk jest dla mnie raczej
okoliczność, że w żyjącym z angielszczyzny stanie Karnataka, którego Bangalur jest
stolicą, nauka angielskiego w szkołach podstawowych jest od l a t . . . zakazana, a to
w obawie przed utratą przez dzieci umiejętności posługiwania się rodzimym języ¬
kiem (Das, publ. int.).
Pora na postawienie kolejnej zasadniczej kwestii, w porządku logicznym może
nawet pierwotnej wobec pytania o to, czy globalizacja jest zjawiskiem starym czy
nowym. Czy ona w ogóle istnieje? W antropologii takiej tezy bodaj nie stawiano
(bo koncentracja w badaniu na lokalności i ignorowanie wymiaru globalnego to jed¬
nak co innego niż jego otwarta negacja) i nie mam zamiaru być jej eksponentem.
Trzeba jednak pamiętać, że nawet w ekonomii słychać głosy przestrzegające przed
przecenianiem globalnego, ponadnarodowego wymiaru produkcji, handlu, przepły¬
wów finansowych, migracji siły roboczej, a więc tych najbardziej oczywistych skła­
dowych. Nazwałbym to na własny użytek teorią 10 procent, za harwardzkim ekono¬
mistą Pankajem Ghemawatem (2007), który w ciągłych polemikach z Thomasem
Friedmanem i jego zawołaniem „Ziemia jest płaska" proponuje studzące hasło semiglobalizacji; pokazuje on, że owszem, umiędzynarodowienie zjawisk rynkowych
140

Etnologa kłopoty z globalizacją

jest faktem, ale obejmuje ono tylko owe 10 proc. rynku; cała reszta ma nadal wymiar
lokalny czy narodowy.
Jeśli zatem można wątpić w istnienie jakiejś istotnej procentowo ekonomii global¬
nej, to t y m bardziej wolno pytać, czy istnieje coś takiego jak kultura globalna. Dy¬
skusja na ten temat będzie czasem przypominać debatowanie, czy szklanka jest w p o ­
łowie pełna, czy w połowie pusta, a i tak skończy się oczywistym kompromisem, że
niezależnie od wszelkich ograniczeń globalizacji kultury narodowe i społeczności
lokalne podlegają jej działaniu i przechodzą istotne przeobrażenia. Jeśli abstraho¬
wać od politycznego aspektu sprawy, warto przypomnieć przynajmniej dwa najoczywistsze, związane ze sobą mechanizmy, pracujące najefektywniej na rzecz kul¬
turowej uniformizacji świata. Pierwszy to szerzenie się ideologii konsumeryzmu,
obejmującej w przybliżeniu tę samą grupę towarów, czy raczej marek; drugi to maso¬
wy medialny przekaz treści kultury przeważnie o charakterze rozrywkowym. W tej
sferze dochodzi do znacznego ujednolicenia kulturowego, chociaż niebawem trze¬
ba będzie wprowadzić korektę do takiego uproszczonego obrazu.
Ale jeśli stawiam pytanie o istnienie globalizacji, to także dlatego, by nie zapomi¬
nać, że wartość teoretyczna tego pojęcia jest mocno problematyczna. Zwłaszcza
krytyczni wobec systemu intelektualiści zachodni traktują je nie jako neutralny ter­
min opisowy ale jako fikcję, stan istniejący tylko w mediach (głównie dzięki Inter­
netowi), jako mit czy „metamit", czasem wręcz „skrypt gwałtu" (Suzanne Bergeron)
czy „narrację eksmisji" (Saskia Sassen), zaś w najlepszym razie tylko „projekt"
(Pierre Bourdieu), stworzony w istocie przez ponadnarodowy wielkokorporacyjny
kapitał dla uzasadnienia i odproblematyzowania zachłannej ekspansji. W szczegóło¬
wych studiach antropologicznych nad działaniami wielkich instytucji finansowych
pokazywana jest zresztą fikcyjność, a co najmniej wieloznaczność i rozmyty cha¬
rakter owej domniemanej globalizacji jako ich sztandarowego hasła. Okazuje się
ono raczej instrumentem promocji i mobilizacji, narzędziem perswazji i autorekla¬
my, elementem wewnętrznej religii wielkiego banku, a nie spójnym programem, bo
nie jest przekładane konsekwentnie na konkretne działania (Ho, 2005). Globalizacja
ma więc najwyraźniej swoje - mówiąc językiem Appaduraia - dysjunkcje, rozszcze¬
pienia i nieciągłości, jak wszystko w ponowoczesnym świecie.
Wiąże się z t y m pytanie, czy globalizacja jest dobra czy zła, i dla kogo. Utrwala
się przekonanie, że jej beneficjentem jest Zachód/Północ (a ściślej: finansowe elity
tego obszaru, bo nawet na t y m uprzywilejowanym terenie wzrastają nierówności
między bogatymi i biednymi), że dopływ korzyści wynikających z globalizacji do
krajów Trzeciego Świata co najwyżej wyrównuje poczynione przez nią szkody,
w każdym razie jest wątpliwy lub ograniczony (ochrona zdrowia, walka z głodem,
oświata). By jednak obserwacje te nie przerodziły się w orientalizujący dyskurs
supremacji (bo mogą wyglądać na dowodzenie wyższości ekonomicznej i technologiczno-intelektualnej Zachodu, składając się na ogólną postawę the West and the rest),
uzupełnia się je kontrastowymi przykładami kulturowych importów z dawnych
141

Jerzy S. Wasilewski

kolonii, głównie w takich obszarach jak działalność artystyczna i rozrywka, np. ta¬
niec czy muzyka. W gruncie rzeczy to od postawy politycznej badacza będzie za¬
leżeć, czy przywoływane fakty będzie on interpretował jako przejaw żywotności
treści kulturowych peryferii, zajmujących eksponowane miejsce w życiu metropolii,
czy też potraktuje je jako kolejny przejaw dominacji korporacyjnego przemysłu k u l ­
tury, i tak decydującego o tym, który z plemiennych artystów będzie się cieszył glo¬
balnym rozgłosem.
W przypadku etnologa taki wybór polityczno-aksjologiczny przekłada się na de¬
cyzje co do miejsca badań i obranego przypadku. Trzeba być tego świadomym, bo
pewnie nie da się w ogóle oczyścić od przedsądów, jeśli zajmujemy się tematem tak
siłą rzeczy upolitycznionym. A skoro już o t y m mowa, zauważę bez przygany dość
oczywisty fakt, że na pytanie, czy można badać globalizację, nie zajmując stanowis­
ka politycznego, polscy antropologowie (znów mówię „my", nie „oni") nie śpieszą z o d ­
powiedzią ani t y m bardziej z deklaracjami. A przecież to od tej postawy zależy de­
cyzja, co badać, a na co zamknąć oczy; to ona jest w gruncie rzeczy pierwszą instancją
przy - tylko pozornie neutralnym politycznie - wyborze terenu, ona bowiem wy¬
znacza naszą wrażliwość na pewne informacje i czyni ślepym na inne.
Pora wreszcie na pytanie do niedawna dyżurne w antropologii, o zasadniczej wa¬
dze: czy globalizacja prowadzi do homogenizacji kulturowej świata, czy raczej d o
wzrostu różnorodności w procesie hybrydyzacji, kreolizacji, powstawania nowych
lokalnych jakości? T u znów powtarza się sytuacja ze szklanką połowicznie wypeł¬
nioną: kasandryczne proroctwa tych, którzy ubolewają nad grożącym zanikiem od¬
rębności kulturowych, są równoważone autorytatywnymi zapewnieniami Appaduraia i wielu innych, że globalizacja różnicuje, a nie odróżnicowuje. W a r t o chyba
zauważyć, że te dwa wielkie a sprzeczne dyskursy są takimi samymi elementami rze­
czywistości społecznej, jak obiektywnie zachodzące w świecie procesy homo- i heterogenizacyjne. Dość oczywisty kompromis dawno temu sformułował Friedman i częs¬
to się jego słowa powtarza: „fragmentaryzacja kulturowa i modernistyczna homoge¬
nizacja to dwa równie konstytutywne trendy rzeczywistości globalnej" (1990, s. 311).
Przyglądając się szczegółowym antropologicznym propozycjom w tej kwestii,
warto pamiętać o istnieniu pewnego antropologicznego skrzywienia. Jest nim zawo¬
dowe przekonanie, że różnorodność kulturowa jest wartością, że sens i przyszłość
antropologii leży także w dokumentowaniu odmienności. C z y takie nastawienie da
się jednak pogodzić z neutralnym spojrzeniem na globalizację? M o t y w o w a n y wiarą
w wartość odmienności badacz ryzykuje, że jego obserwacje będą dowodzić istnie¬
nia groźnego, unifikującego działania globalizacyjnego walca albo przeciwnie - po¬
stępującej dywersyfikacji jako efektu nałożenia się globalizacji na różne tła lokalne
(oba warianty będą zapewne skorelowane z osobistymi uwarunkowaniami badacza,
z postawą polityczną na czele).
Antropolog za swój zawodowy obowiązek uważa ochronę kulturowej rozmaitości
świata - przynajmniej przez jej dokumentację, popularyzowanie wiedzy o niej i sty142

Etnologa kłopoty z globalizacją

mulowanie troski o nią. Ale zarazem d o b r y badacz to taki, który dostrzeże różnice
pod poziomem podobieństw, który potrafi pokazać, że ta sama treść globalizacyjna
oznacza co innego w różnych adaptujących ją środowiskach. Urządzenia systemu
GPS służą Eskimosom d o orientacji w trudnym terenie, wypierając narzędzia i me­
tody tradycyjne (jak piszą cytowani powyżej trzej autorzy), ale już Indianom Z u n i
pozwalają - jak ustala ich monografista - na precyzyjniejsze ustalenie granic pól
i t y m samym przyczyniają się do lepszego rozwiązywania sporów o ziemię, które
zakłócały rewitalizację tubylczego rolnictwa (Cleveland 2000). Brazylijska salsa,
importowana przez Zachód i tańczona w wielkomiejskich zbiorowiskach, okazuje
się innym zjawiskiem społecznym w Sacramento, gdzie wyraża postawy kosmopo¬
lityczne, innym w Belfaście, gdzie służy segregacji, a innym w Hamburgu, gdzie jest
elementem niemieckiego multikulti (Skinner 2007).
Najważniejszy przykład to oczywiście sieć McDonald's. Badacze prześcigali się
w wychwytywaniu jej lokalnej specyfiki i odmienności recepcji społecznej, mimo wzor­
cowo zestandaryzowanych procedur działania. W Pekinie M c D o n a l d y będą dawały
młodym aspirującym yuppies poczucie uczestnictwa w kulturze amerykańskiej czy
nawet globalnej, w Moskwie będzie wokół nich tworzona atmosfera „naszości",
choćby przez wprowadzenie rosyjskiej kartoszki, zaś dla mieszkańców Hongkongu
jakoby liczy się wygoda, niezobowiązujący styl i czystość toalet (Caldwell 2008).
Wszystko to są może i trafne obserwacje (pytanie, w jakim stopniu odkrywcze),
ale czy zawodowy nawyk przyglądania się przez lupę nie doprowadza do pewnego
rozregulowania skali? Skoncentrowany na niuansach antropolog nie przyzna, że choć
może nie wszędzie identyczny ale w smaku to jednak nieomylnie... M c D o n a l d .
Będzie obstawał, że telefonu komórkowego inaczej używa się w Indiach, gdzie prze­
kazuje się SMS-em długie teksty epickie, a inaczej w Japonii, gdzie jest on obwie¬
szony dyndającymi plastikowymi laleczkami, nawiązującymi do dawnych miniaturo¬
wych dziełek sztuki, przywieszek netsuke, chociaż noszących nowoczesną nazwę
maskot; z kolei w Mongolii odnajdzie obyczaj dawania prezentu w postaci zasilenia
konta komórki osoby obdarowanej. A zatem globalizacja - powie taki badacz - nie
pociąga za sobą homogenizacji, a wręcz przeciwnie: heterogenizuje i stymuluje do
wielości. Dla nieantropologicznego obserwatora ważne zaś będzie to, że t u i tam
widać takie same telefony, że wszędzie oglądane są te same telewizyjne bajki, że
identycznymi symbolami wizualnymi, złotymi łukami McDonalda - nie mówiąc o je­
go sygnałach zapachowych i smakowych - będzie okraszony miejski pejzaż Zachodu
i Dalekiego Wschodu.
Nie jestem wcale pewien, czy antropologiczna obserwacja zróżnicowanych niuan¬
sów, choć precyzyjniejsza, jest ostatecznie słuszna. Jak bowiem ustalić, czyj punkt
widzenia jest t u słuszny, nie wpadając w zamknięte koło ani nie czyniąc z tego wy¬
łącznie kwestii smaku? Przecież przeciwnicy globalizacji będą mieli rację, twier¬
dząc, że obszar tego, co po przejechaniu globalizacyjnego walca zostało stracone
czy wyrównane, jest większy albo ważniejszy niż to, co powstało jako nowe; że ele143

Jerzy S. Wasilewski

menty zhomogenizowane, zglajchszaltowane są widoczniejsze i wyrazistsze od
lokalnych permutacji. Wyszukiwanie niuansów, powstałych w różnych miejscach
po przejściu fali globalizacji, przywodzi mi na myśl - choć obawiam się, że moja
metafora nie będzie przejrzysta - precyzowanie w kolejnych obliczeniach cyfr,
które znajdują się na coraz dalszych miejscach po przecinku; cóż z tego, że obliczy­
my następną, iluśtysięczną składową liczby pi - i tak nie wzniesie się ona od tego d o
wielkości 3,15; standard jest już bezlitośnie ustalony (przez centralę sieci M c D o ­
nald's, oczywiście).
Znów warto wspomnieć o rozterkach politycznych czy światopoglądowych,
które może przeżywać badacz, oraz o takich właśnie uwarunkowaniach jego badań.
Bowiem to od jego postawy politycznej bardziej niż od immanentnych cech rzeczy¬
wistości będzie zależeć, czy zechce akcentować dominację globalizacyjnego prze¬
mysłu kulturowego czy przeciwnie - potęgę małych, a więc pomysłowość konsu¬
mentów owego przemysłu. W pierwszym wypadku narazi się na zarzut ignorowa¬
nia podmiotowości czy sprawczości konsumentów i dokonywanego przez nich
„negocjowania znaczeń", albowiem podobno to „podmiot mediuje w procesie globa­
lizacji". W drugim przypadku badacz zgrzeszy niedocenieniem totalizującego efek¬
tu światowego kapitalizmu (nie mówiąc już o t y m , że czyha nań arystokratyczna
krytyka bylejakości tych treści). W sumie najbezpieczniej pójść na wyważony k o m ­
promis encyklopedycznego hasła: „Kultura popularna coraz mocniej kreuje global­
ny smak, ale jednocześnie wytwarza krytycznych konsumentów, którzy nie pozwa­
lają jej ostatecznie się zuniformizować" (Boli, Fechner 2001, s. 6 2 - 6 3 ) .
Inna postać tej samej zasadniczej niepewności - czy i w jakim stopniu konsekwen­
cją globalizacji jest upodobnienie, a w jakim zróżnicowanie - zawiera się w dwóch
często używanych, przeciwstawnych terminach: kreolizacja i bałkanizacja. Te dwa
hasła o geograficznym rodowodzie potraktujmy jako składowe następującego dyle¬
matu: w jakiej mierze przeniesienie jednej lokalności w obręb innej zlokalizowanej
kultury czy melanżu kulturowego (np. nigeryjskiej plemienności do Londynu) po¬
ciąga za sobą nową jakość kulturową, a na ile jest tylko dodaniem obcego ciała; skoro
taki proces nie skutkuje integracją, to można go również nazwać gettoizacją, choć
w praktyce odizolowanie kulturowe może mieć dziś jedynie względny charakter.
Zilustruję tę wątpliwość konkretnym, celowo wyrazistym przykładem. Londyń¬
ska policja poszukuje dziś d o współpracy antropologów znających realia kulturowe
różnych grup etnicznych, by pomóc we właściwej interpretacji przestępstw. O t o
np. odnalezienie martwego dziecka z wyciętą wątrobą byłoby interpretowane - gdy¬
by ignorować kontekst kulturowy - jako poszlaka wskazująca na handel organami.
Tymczasem, jeśli pojawi się t u jakiś ślad kulturowy, np. kontekst nigeryjski, to znają¬
cy go specjalista może przypuszczać, że kryje się za t y m zlecenie od starszego, cho­
rego Nigeryjczyka, który zgodnie ze starą metodą, nadal podobno praktykowaną,
będzie nosił ten organ przyłożony do ciała z nadzieją na wyleczenie własnej wątro­
by (informacja od dr. Kacpra Gradonia).
144

Etnologa kłopoty z globalizacją

Na przeciwległym biegunie można umieścić przykład muzyczny, choćby nigeryjski styl juju, który jest produktem skreolizowanym i nadal podlega kreolizacji. Muzyka
to oczywiście w czasach przekazu stechnicyzowanego składnik kultury szczególnie
łatwo poddający się globalizacji. Pokonuje międzykontynentalne odległości i przepaście
między kulturami (swego czasu tak zapewniał nas chórek We are the World'). Kariera ra­
pu w Japonii albo muzycznych filmów z Bollywood akurat w Nigerii to podręcznikowy
przedmiot zainteresowania antropologów globalizacji; na szczęście dostrzegają oni, że
„nawet world music nie płynie swobodnie przez świat" (Schade-Poulsen 1997, s. 79).
Bo koncentracja na przejawach, nazwijmy to, łatwej kreolizacji może doprowa¬
dzić d o wykrzywienia obrazu globalizacji. Pod wpływem takich przykładów jest
ona postrzegana jako proces nieledwie samoistny, jak reakcja chemiczna, jak roz¬
puszczanie i sklejanie. Tymczasem to przecież złożona, konfliktogenna praktyka,
w której nie wszystko płynie równie gładko przez świat jak Oda do radości. Z e globa¬
lizacja to proces realizujący się w starciach i tarciach, to niby oczywiste, ale trzeba
było dopiero książki p o d takim właśnie tytułem (Tsing 2005), by hasło friction stało
się bodaj najatrakcyjniejszym ostatnio pryzmatem, przez który patrzy się na globa­
lizację (przynajmniej w środowisku antropologów harwardzkich - informacja od H e ­
leny Patzer). Tytułowe „tarcie" to metafora opisująca istotę czy raczej całokształt
procesów zachodzących na styku społeczności Dajaków indonezyjskiego K a l i mantanu i przybyszów eksploatujących tamtejsze zasoby drewna - oprócz negatyw­
nych elementów są t u także te kreacyjne, które wskazują, że właśnie uciera się nowa
jakość. W t y m świetle trzeba przemyśleć zarówno tezy o uniwersalizującym działa¬
niu dobrze naoliwionej machiny globalistycznej, jak i katastroficzne przekonania
o zgubności zderzenia cywilizacji.
Na koniec ostatnia wątpliwość, którą dzielę się nie bez niepokoju, ma ona bo¬
wiem mało akademicki, acz na pewno nie antyakademicki charakter. O t o wiele teks¬
tów o globalizacji jest zwyczajnie nudnych, a zamieszczone tam migawki są do bólu
banalne. Przyznam się, że o taką właśnie „globanalizację" przykładów mam najwięk­
szą ochotę oskarżyć nie kogo innego jak Ulfa Hannerza, przypominając choćby jego
obserwacje dotyczące zróżnicowania etnicznego Sztokholmu albo wyliczenie cech
składowych miasta kosmopolitycznego (Hannerz 2006, s. 223-236). Wręcz wywo¬
łują we mnie zażenowanie jego obserwacje, że w kioskach dzielnic zamieszkanych
przez azjatyckich imigrantów sprzedawane są inne gazety niż w centrum, że widzi
się tam inne sklepy i inne marki albo że światowa metropolia musi mieć lotniska,
hotele i przemysł r o z r y w k o w o - k u l t u r a l n y . . . („Jakie to e k s c y t u j ą c e ! . . . tylko
- dla kogo?" Chyba dla kogoś, k t o tego sam nie miał okazji zauważyć, bo nie ruszał
się z miejsca; ale skąd wziąć dziś takiego prostaczka - coraz mniej ich wśród zglobalizowanych badanych, t y m trudniej zatem o nich wśród badających). Miałoby się
ochotę krzyknąć, że ten król teoretyzowania jest za skąpo przyodziany.
N i e chcę zostać oskarżony o etnologiczny eskapizm - nie uśmiechają mi się cię¬
gi, jakie odebrał (od Kuligowskiego 2007, s. 24) staruszek Lévi-Strauss za okazywa145

Jerzy S. Wasilewski

nie w czasie podróży do Korei zainteresowania wyłącznie archaicznym szamaniz­
mem, a ignorowanie osiągnięć przemysłowych gospodarzy Dlatego zadeklaruję, że
na pewno uznałbym za ciekawą próbkę „wiedzy lokalnej" sztokholmskich kioskarzy
na temat etnicznych uwarunkowań sprzedawalności prasy albo zrelacjonowane ze
znajomością rzeczy „modowe" nastawienia tureckich emigrantek. Antropologowi
nie wolno już pisać, że coca-cola i adidasy są sprzedawane na całym świecie, tak sa¬
mo jak pisarzowi, że markiza wyszła o piątej. Jeżeli chce powiedzieć coś poznawczo
wartościowego, powinien zapoznać się choćby z konkretnymi strategiami marketin¬
gowymi, przez których świadome, przemyślane, a więc zapewne elastyczne kulturo¬
wo zastosowanie taki efekt rynkowej omnipresence zostaje osiągnięty Ryzykuje
wprawdzie wtedy wyjście poza tradycyjny warsztat i zakres z d o b y t y c h na uczelni
kompetencji, ale przecież akurat antropologia globalizacji wcale nie każe szewcowi
pilnować jego kopyta.

Bibliografia
Appadurai A .
2005

Nowoczesność bez granic. Kulturowe wymiary globalizacji, przeł. Z . Pucek, Kra¬
ków

Boli J., Lechner EJ.
2001

Globalization and world culture, w: International Encyclopedia of the Social & Behavio­
ral Sciences, red. N . J. Smelser, P B. Baltes, O x f o r d , s. 6261-6266

Burszta W , Czubaj M . , Kuligowski W
2007
My handlarze zadziwienia i agenci miłości. Po Qeertzu, „(op.cit.,)", 2 (35), s. 44-51
Caldwell M .
2008
Domesticating the French fry: Mc Donald's and consumerism in Moscow, w: The An­
thropology of Globalization..., s. 237-253.
Cleveland D.A.
2000
Commentary: globalization and anthropology: Expanding the options, „Human Orga­
nization", jesień, http://findarticles.com/p/articles/mi_qa3800/is_200010/
ai_n8903560 (dostęp 20.04.2010)
Das G.
(publ. int.) Foreword to Guy Soman's book, Year of the Rooster,
http://ccs.in/gdas/?page_id = 72 (dostęp 20.04.2010)
Friedman J.
1990

Being in the world: globalization and localization, w : Global Culture. Nationalism, Glo­
balization and Modernity, red. M . Eeatherstone, London, s. 311-328
146

Etnologa kłopoty z globalizacją

(publ. int.) Konflikty rdzenne a dyskretny urok burżuazji, przeł. M . Turowski,
www.uni.wroc.pl/~turowski/friedman.htm
(Indigenous Struggles and the Discreet Charm of the Bourgoisie, „Journal of W o r l d Systems Research", t. 5, nr 2, s. 391-411, http://csf.colorado.edu/jwsr/5)
(dostęp: 20.04.2010)
Ghemawat P.
2007

Redefining Global Strategy: Crossing Borders in a World Where Differences Still Matter,
Boston

Hannerz U .
2006

Powiązania transnarodowe. Kultura, ludzie, miejsca, przeł. K. Franek, Kraków

H o K.
2008

Situating global capitalisms: A view from Wall Street Investment Banks, w : The Anthro­
pology of Globalization..., s. 137-164

Kuligowski W.
2007

Antropologia współczesności. Wiele światów, jedno miejsce, Kraków

Robertson R.
1990

Mapping the global condition: Globalization as the central concept, w: Global Culture.
Nationalism,
s. 15-30

Globalization and Modernity,

red. M . Featherstone,

London,

Schade-Poulsen M .
1997

Which world? On the diffusion of the Algerian rai to the West, w: Siting Culture. The
Shifting Anthropological Object, red. K.F Olwig, K. Hastrup, London, N e w
York, s. 5 9 - 8 5

Skinner J.
2007

The salsa class: a complexity of globalization, cosmopolitans and emotions, „Identities", t. 14, nr 4, s. 485-506

Srivastava S.
2004
Outsourcing religion, on a wing and a prayer, „Asia Times online", 1 maja,
www.atimes.com/atimes/South_Asia/ FE01Df05.html (dostęp 20.04.2010)
The Anthropology of Globalization.
2008

T h e Anthropology of Globalization. A Reader, red. J.X. Inda, R. Rosaldo, Malden

Tsing A . L .
2005
Friction. An Ethnography of Global Connection, Princeton, O x f o r d

147

Kolekcja

Cytat

Wasilewski, Jerzy S., “Etnologa kłopoty z globalizacją ; czy w nią wierzyć, jak ją badać, jak o niej mówić? / Antropolog wobec współczesności,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 4 grudnia 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/6015.

Formaty wyjściowe