"Kiedy Poznań był niemiecki". Życie codzienne w Poznaniu na przełomie XIX i XX w. z perspektywy niemieckiej rodziny Dittrichów / ETNOGRAFIA POLSKA 2003 t.47

Dublin Core

Tytuł

"Kiedy Poznań był niemiecki". Życie codzienne w Poznaniu na przełomie XIX i XX w. z perspektywy niemieckiej rodziny Dittrichów / ETNOGRAFIA POLSKA 2003 t.47

Opis

ETNOGRAFIA POLSKA 2003 t.47, s.149-170

Twórca

Szczepaniak-Kroll, Agnieszka

Wydawca

Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN

Data

2003

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:1731

Format

application/pdf
application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:1602

PDF Text

Text

„Etnografia Polska", t. X L V I I : 2003, z. 1-2
PL ISSN 0071-1861

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

Instytut A r c h e o l o g i i i E t n o l o g i i P A N , P o z n a ń

„KIEDY POZNAŃ BYŁ NIEMIECKI".
ŻYCIE CODZIENNE W POZNANIU NA PRZEŁOMIE X I X I X X W.
Z PERSPEKTYWY NIEMIECKIEJ RODZINY DITTRICHÓW
I
Problematyka tzw. życia codziennego podejmowana jest od wielu lat. Naukow­
cy zajmujący się codziennością wskazują na liczne walory tego typu badań.
Maria Bogucka (1996, s. 248-253) i Tomasz Szarota (1996, s. 243-244) podkreś­
lają możliwość dokonywania generalizacji poprzez analizę pojedynczych zda­
rzeń i indywidualnych doświadczeń jednostki. Wielkie wydarzenia wpływają
bowiem bezpośrednio na „życie codzienne", które z kolei odgrywa pośrednio
rolę w powstawaniu doniosłych faktów. Badania nad codziennością zmuszają do
inwencji w wynajdowaniu przekazów źródłowych, pozwalają realizować hasła
integracji nauk humanistycznych, dzięki nim można połączyć opis materialnych
warunków egzystencji człowieka ze strefą życia duchowego (mentalność, na­
stroje, postawy) oraz obyczajowością. Odtworzenie i analiza „życia codzienne­
go" stwarza okazję do ujęć komparatystycznych, a więc pokazywania podo­
bieństw i różnic sytuacji, w jakiej znaleźli się mieszkańcy porównywanych
państw, rejonów, grup religijnych lub społeczności.
Zalety badań nad codziennością zostały docenione przez badaczy dawnego
Poznania, o czym świadczy fakt, że tematyka ta podejmowana jest w dość szero­
kim zakresie od kilkudziesięciu lat. Powstały liczne prace poświęcone sposobom
ubierania się, mieszkania, szkolnictwa, życia społecznego, sposobów spędzania
wolnego czasu itd. Niektóre publikacje opisują dzieje znanych poznańskich ro­
dów, wraz z elementami ich życia codziennego, inne są rodzajem pamiętników
lub dzienników autorstwa mieszkańców miasta. Wśród wielu wydawnictw sto­
sunkowo mało jest osobistych wspomnień czy refleksji Niemców, zamieszkują­
cych przecież Poznań przez stulecia. Większość wydarzeń możemy oglądać
głównie z perspektywy Polaków-Poznaniaków. Tę lukę w pewnym zakresie po­
winien wypełnić artykuł poświęcony niemiecko-poznańskiej rodzinie Dittrichów,
wykorzystujący cenne źródło informacji, jakim jest pamiętnik jednego z człon­
ków rodu. Jego autor, Wilhelm August, urodził się w Poznaniu pod koniec
X I X w. i spędził w mieście lata swej młodości (w 1919 r. wyjechał do Wrocła­
wia). Należał do trzeciego pokolenia Dittrichów, zamieszkujących Wielkopolskę
od pierwszej połowy X I X w. Wilhelm August, obok zapisków dotyczących lo­
sów swojej rodziny, wiele refleksji poświęcił Poznaniowi, znajdującemu się pod

150

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

zaborem pruskim. To miasto uważał za swoją pierwszą „małą ojczyznę", a po
odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. długo nie mógł przyzwyczaić
się do myśli, że już nigdy nie będzie ono niemieckie.
Niemcy, a także Żydzi, tworzyli zawsze najliczniejsze - obok Polaków - gru­
py mieszkańców Poznania. Osadnictwo niemieckie w Wielkopolsce sięgało śre­
dniowiecza. Na przełomie X I I I - X I V w. na zaproszenie rady miasta Poznania
przybywać zaczęła zarówno ludność wiejska, jak i miejska. Władze stwarzały
dla niej dogodne warunki egzystencji oraz obdarzały licznymi przywilejami. Ko­
lonizacja ta była niezwykle korzystna dla rozwoju ekonomicznego ziem polskich.
Kolejne fale osadników napływały aż do upadku Pierwszej Rzeczypospolitej.
Ludność przybywała głównie z krajów niemieckich (po wojnie północnej osia­
dła w Poznaniu i jego okolicach duża fala emigrantów z Biskupstwa Bamberskiego) a także z Niderlandów. Niemcy należeli do tego samego kręgu kultu­
rowego, co Polacy, wyznaczonego głównie przez religię i wynikające z niej
wartości i postawy. Ten fakt miał wpływ na stosunkowo szybki proces ich asy­
milacji. Problemy ze scalaniem z miejscową ludnością pojawiły się w drugiej
połowie X V I I I w. i spowodowane były przez wydarzenia historyczne. W wyniku
pierwszego (1772 r.) i drugiego (1793 r.) rozbioru Polski cała Wielkopolska zna­
lazła się pod panowaniem Hohenzollernów. Władze zaborcze, zaraz po przejęciu
tych terenów, rozpoczęły akcję ich unifikacji z pozostałymi prowincjami Prus.
Wprowadzono administrację i prawodawstwo pruskie. Przybyli nowi urzędnicy
oraz kolejne fale osadników, złożone z ludności miejskiej i wiejskiej a także
szlachta zachęcona przez króla licznymi nadaniami ziemi pochodzącej z kon­
fiskaty dóbr kościelnych i królewszczyzn (Matelski 1997, s. 23-24).
Wśród Niemców przybyłych do Wielkopolski znaleźli się także Dittrichowie,
zachęceni korzystnymi warunkami osadniczymi. Poznań był dla nich drugim po
Legnicy miejscem osiedlenia na terenie Polski od czasu emigracji z południa
Niemiec, która - według pamiętnika Wilhelma Augusta - miała miejsce prawdo­
podobnie na przełomie X V I I - X V I I I w. Okoliczności przybycia Dittrichów na
tereny Śląska są jednak niejasne. W archiwaliach z okresu wskazywanego przez
Wilhelma nie pojawia się nazwisko Dittrich. Pierwsze informacje dotyczą chrztu
poszczególnych członków rodziny w kościele luterańskim Zu Unseren Lieben
Frauen (obecnie kościół katolicki pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny)
w Legnicy i pochodzą dopiero z połowy X V I I I w. Także fakty historyczne wska­
zują na to, że początków polskich dziejów rodziny należałoby szukać najwcześ­
niej w pierwszej połowie X V I I I w.
Schyłek X V I I w. nie był dla wyznawców luteranizmu najlepszym czasem na
emigrację w te strony. Okres silnego wpływu protestantyzmu na terenach Dol­
nego Śląska minął. Pod koniec X V I I w. miasto przeszło pod panowanie pruskie.
Katolicki cesarz Leopold I , sprawujący władzę absolutną w Księstwie Legnic­
kim, starał się osłabić swobody polityczne mieszkańców, z dużym niepokojem
patrzył również na istniejące w granicach państwa społeczności niekatolickie.
Wprawdzie sytuacja międzynarodowa ukształtowana po pokoju westfalskim
(1648 r.) uniemożliwiała mu nawracanie innowierców siłą, ale tam gdzie to było

„KIEDY P O Z N A Ń B Y Ł N I E M I E C K I "

151

możliwe, starał się utrudnić im życie i ograniczyć ich wpływy. Starosta królew­
ski dbał o to, by wszystkie urzędy w księstwie zajmowali wyłącznie katolicy.
Odrzucano kandydatury protestantów do rady miejskiej, odbierano im świątynie.
Wielu innowierców w tym czasie opuściło Legnicę udając się do Saksonii i Bran­
denburgii, a także do nadgranicznych polskich miejscowości, gdzie mieli za­
pewnioną swobodę praktyk religijnych. Osadnictwu Dittrichów nie sprzyjała
również sytuacja gospodarcza miasta, które nie mogło przez lata powrócić do
równowagi po wojnie północnej (Chutkowski 1996, s.102-103).
Rodzina przybyła do Legnicy prawdopodobnie dopiero w pierwszej połowie
X V I I I w., kiedy - po śmierci Leopolda I , za panowania jego syna Józefa - osła­
bły nastroje kontrreformatorskie. W 1707 r. Józef podpisał konwencję w Altrandstadt, na mocy której wyraził zgodę na swobodę wyznawania wiary przez inno­
wierców. Protestantom zwrócono kościoły, zapewniono dostęp do urzędów
i stanowisk, ułatwiono zakup ziemi (Galas, Galas 2001, s. 38-139). Chętnie
przyjmowano nowych osadników, także niekatolików. Mogło być to zachętą rów­
nież dla Dittrichów. W.1758 r. rozpoczęto likwidowanie murów twierdzy legnic­
kiej, co spowodowało rozbudowę miasta. Powstały nowe gmachy użyteczności
publicznej potrzebne rozrastającym się urzędom pruskim. Zaczęto brukowanie
ulic, wprowadzono oświetlenie gazowe. Pod koniec X V I I I w. Legnica była śred­
niej wielkości miastem, porządnie utrzymanym, choć pozbawionym perspektyw
awansu do rangi znaczącego ośrodka, z racji swego położenia z dala od ważnych
szlaków handlowych.
Na Śląsku przyszedł na świat pierwszy, znany z imienia, członek rodziny
- Chrystian. Jego syn, o tym samym imieniu, urodził się również w tym mieście
około 1809 г., lecz zmarł już w Poznaniu. To prawdopodobnie z jego inicjatywy
Dittrichowie zdecydowali się na emigrację do Wielkopolski. Przyczyny wyjazdu
mogły być złożone. Od początku X I X w. pogarszała się sytuacja gospodarcza
Legnicy. Nie do końca rozebrane mury dawnej twierdzy przeszkadzały w rozbu­
dowie miasta. Tylko pojedyncze ulice zostały wybrukowane, brakowało kanali­
zacji, wiele domów krytych było jeszcze gontem. Jak pisze Janusz Chutkowski
(1996, s. 115) „właściwie wszystko, co było potrzebne do życia mieszkańców:
oświetlenie ulic, zabezpieczenie przed zaprószeniem ogniem i powodziami,
a nawet szpital i szkoły znajdowało się w stanie dalekim od należytego. Pod­
upadło rzemiosło, nie mogące skutecznie konkurować z manufakturami, których
też nie powstało wiele. Jedynie handel rozwijał się stosunkowo dobrze, chociaż
był to głównie handel detaliczny". Miasto dotkliwie odczuło skutki wojen napo­
leońskich. Kontrybucje, przymus żywienia stacjonujących wojsk, dostarczania
drewna i materiałów budowlanych, zwiększały na długie lata zubożenie ludności.
W wyniku niezadowolenia społecznego pozbawionych pracy i zarobków miesz­
kańców, a także pod wpływem nastrojów rewolucyjnych (Wiosna Ludów) do­
szło w Legnicy w 1848 r. do rozruchów. W ich rezultacie zniszczonych i splądro­
wanych zostało kilka budynków.
Chrystian Dittrich, pracujący jako robotnik dniówkowy, zarabiał niewiele.
Ponieważ pracowników fizycznych nie zatrudniano wówczas na stałe, mógł mieć

152

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

okresowe problemy ze znalezieniem pracy. Pogarszająca się sytuacja materialna
rodziny oraz niesprzyjająca atmosfera w mieście były z pewnością bodźcem
do rozpoczęcia poszukiwań innego miejsca osiedlenia. Zamysły emigracyjne
Chrystiana jako pierwszy zrealizował jego syn Johann Wilhelm August, urodzo­
ny w 1829 r. Młody Dittrich pracował jako szewc, następnie powołano go do
wojska. Być może jeszcze jako żołnierz znalazł się w Poznaniu, gdzie poślubił
swoją rówieśniczkę, Niemkę - Juliannę Bahn. Dopiero po pewnym czasie przy­
byli tu także jego rodzice, zachęceni korzystnymi warunkami osadniczymi, gwa­
rantowanymi przez Niemców.
Na mocy decyzji podjętych w Wiedniu w 1815 r. potwierdzono przynależ­
ność ziem polskich I i I I zaboru pruskiego do Prus. Weszły one w skład monar­
chii Hohenzollernów jako Wielkie Księstwo Poznańskie. Polityka osadnicza oraz
narodowościowa władz pruskich zmierzała do zgermanizowania Księstwa. Czy­
niono wszelkie starania, aby ludność narodowości niemieckiej stanowiła co naj­
mniej połowę mieszkańców, włączając do niej nawet ludność żydowską. Od roku
1815 do 1910, w wyniku wysiłków czynionych przez władze centralne i pro­
wincjonalne, liczebność sprowadzanych przez Prusaków osadników wzrosła
w Poznańskiem z 27,6% do 38,4%. Jednak już w latach 70-tych X I X w. zaczęło
występować zjawisko powolnego odpływu osiedlanych na Wschodzie emigran­
tów do zachodnich prowincji państwa (Ostflucht). Związane to było z bardziej
dynamicznym rozwojem i wyższą stopą życiową ludności tamtych prowincji
Rzeszy oraz przekształceniem Wielkopolski w zaplecze surowcowe (głównie
płodów rolnych) i rynek zbytu. Aby temu przeciwdziałać w 1886 r. powołano do
życia Komisję Kolonizacyjną, która podjęła działania zmierzające do zahamowa­
nia tych procesów. Stosowano zachęty finansowe, przystąpiono także do osiedla­
nia w Poznańskiem ludności z centralnych i zachodnich regionów państwa oraz
tzw. Niemców zagranicznych (Matelski 1997, s. 24-25).
Wilhelm August - pamiętnikarz, również uważał, że czynnikiem przyciągają­
cym rodzinę do Wielkopolski były doskonałe warunki do osiedlenia: „Warunki
pracy w całej prowincji i w mieście Poznaniu były wówczas idealne. Potrzebo­
wano rolników, pracowników fizycznych, rzemieślników, państwowych i du­
chownych urzędników. Polityka niemieckiego cesarstwa gwarantowała przyby­
szom wysokie dochody. Taka zachęta była niezbędna, ponieważ Niemcy nigdy
nie osiedlali się na wschodzie z entuzjazmem. A wtedy przybywali całymi zastę­
pami" (Dittrich, Pamiętnik, s. 5) .
Wspólne życie nowoprzybyłych i miejscowej ludności układało się począt­
kowo dość dobrze. Działo się tak prawdopodobnie dlatego, że osiedlani przez
Komisję Osadniczą Niemcy nie tworzyli jednolitej grupy: byli wśród nich kolo­
niści z Westfalii, Saksonii, Turyngii, Pomorza Zachodniego, Brandenburgii, Ślą­
ska i Wirtembergii, a także reemigranci z Rosji, Węgier i Galicji (Jakóbczyk
1976, s. 103-112). Wśród emigrantów przeważali chłopi, choć pod koniec X I X w.
1

1

P a m i ę t n i k z o s t a ł napisany w j ę z . n i e m i e c k i m ; polskie t ł u m a c z e n i e : Agnieszka Szczepaniak-

-Kroll.

„KIEDY POZNAŃ BYŁ NIEMIECKI"

153

powstał pomysł powiązania osadnictwa wiejskiego z procesem wzmacniania
niemczyzny w miastach (Jakóbczyk 1989, s. 30). Każda grupa reprezentowała
inny styl życia, religię, system wartości, mówiła innym dialektem, a co za tym
idzie - nie wytworzyła się potrzeba „trzymania się razem". Poza tym prawie
wszyscy Niemcy przybyli do Wielkopolski, aby szybko się wzbogacić, a tylko
niewielka część przyjechała z przyczyn ideologicznych. Nie wykształcili więc
postawy wrogiej Polakom, którzy - według ich przekonania - mogli stanowić
jedynie konkurencję ekonomiczną. W pierwszych latach emigranci nie unikali
dokonywania zakupów u miejscowej ludności, korzystania z ich usług. W 1899 r.
nie poparli niemieckich kandydatów w wyborczych okręgach Wielkopolski,
prawdopodobnie na skutek małego zainteresowania polityką.
Z biegiem czasu jednak sytuacja zmieniała się. Organizacja nacjonalistyczna
Związek Rolników, nazywana przez Polaków potocznie od pierwszych liter na­
zwisk założycieli (Hansemanna, Kennemanna, Tiedemanna,) Hakatą, nasilała
swe działania propagandowe, podejmowane wkrótce również przez szkoły i spro­
wadzanych z Niemiec duchownych. Hasła antypolskie propagowały czasopisma,
np. Aus dem Posener Lande. Głosiły one Niemcom obowiązek związania się
z poznańską „Heimat". Dla osadników organizowano wykłady o słuszności roz­
biorów Polski, zasługach pruskich w cywilizowaniu tych ziem, itd. Urządzano
również imprezy rozrywkowe i artystyczne o zabarwieniu „narodowym". Wyda­
wano szereg ulotek i broszur o charakterze wrogim Polakom. W samym Poznaniu,
aby zwabić nowych przybyszów, a dotychczasowym ułatwić życie, wzniesiono
szereg nowych gmachów, będących jednocześnie symbolem niemieckiej władzy.
Powstały reprezentacyjne budowle urzędowe oraz Muzeum Fryderykowskie (obec­
nie Muzeum Narodowe) i biblioteka (obecnie Biblioteka Uniwersytecka). Obszar
miasta powiększył się o wsie: Jeżyce, Wildę, Łazarz i Górczyn. Założono także
Kónigliche Akademie (Królewską Niemiecką Akademię) pełniącą rolę uniwersy­
tetu, zlikwidowano stary teatr i wybudowano nowy (Teatr Wielki). Co najważniej­
sze - w mieście wzniesiono zamek cesarski (Jakóbczyk 1989, s. 85-97).
Johann Wilhelm August po zakończeniu służby wojskowej objął posadę
w sądzie. Wraz z żoną, Juliannę Bahn - Niemką pochodząca z podpoznańskiego
miasteczka Śrem, doczekali się dziewięciorga dzieci. Po objęciu przez Johanna
stanowiska w urzędzie polepszyła się nieco sytuacja materialna rodziny. Dzięki
dogodnym warunkom zagwarantowanym osadnikom niemieckim, mogła ona żyć
na o wiele wyższym poziomie niż w Legnicy.
Dittrichowie surowo wychowywali swoje dzieci. Starali się, by wyrosły na
porządnych, niemieckich obywateli. Wszyscy potomkowie Johanna i Juliannę
ukończyli Volksschule, w której poznali podstawy rachunków, historii, języka
francuskiego. Choć skromne możliwości finansowe rodziców nie pozwalały na
dalsze kształcenie, zaszczepione w domu ambicje spowodowały, że dzieci same
zadbały o edukację na wyższym poziomie. W rezultacie najstarszy syn August
Dittrich, doktor prawa, został współwłaścicielem największej w Poznaniu firmy
spedycyjnej Hartwig & Kantorowicz. Jego młodszy brat Richard, objął funk­
cję naczelnika stacji (Obrebahnhofsvorsteher) w Krotoszynie. Tę samą funkcję

154

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

w Jeleniej Górze sprawował kolejny syn Johanna Wilhelma Augusta - Paul. Karl
Dittrich był oficerem w koszarach w Poznaniu, a następnie urzędnikiem na
poczcie w Poznaniu. Najmłodszy z rodzeństwa, Oskar, został zatrudniony jako
główny inspektor na poczcie we Wrocławiu. Cztery córki Johanna Wilhelma
Augusta: Hilda, Clara, Ottilie i Martha, zgodnie z ówczesną obyczajowością, nie
pracowały. Dzięki korzystnym małżeństwom wiodły jednak dostatnie życie.
Z Poznaniem związali się więc tylko dwaj potomkowie Dittrichów - August i Karl.
Ponieważ pamiętnik Wilhelma Augusta, będący głównym źródłem wiedzy
0 rodzinie, dotyczył przede wszystkim losów Karla i jego potomków, tej gałęzi
rodu poświęcę najwięcej miejsca. Dzięki jej historii można będzie poznać rolę
Niemców w kształtowaniu obrazu Poznania oraz ich ogląd miasta.
Karl August, po ukończeniu szkoły zawodowej w 1887 г., został powołany do
wojska. Odtąd na długie lata związał się z armią pruską, stacjonującą w Pozna­
niu. W 1891 r. poznał swoją przyszłą żonę i jeszcze tego samego roku odbyły się
ich zaręczyny. Związek Karla wywołał oburzenie w całej rodzinie, ponieważ jego
wybranka była Polką i katoliczką. Burzyło to dotychczasowe, niepisane reguły
Dittrichów, zgodnie z którymi należało unikać kontaktów z Polakami nawet
w codziennym życiu, nie mówiąc o bliższych relacjach. Taka postawa przez wie­
ki konsolidowała rodzinę oraz umożliwiała zachowanie niemieckiej tożsamości.
Podobną rolę odgrywało wyznanie luterańskie. Obawy krewnych okazały się
jednak nieuzasadnione. Przyszła żona Karla - Marianna Szostkiewicz, nie była
wychowana w rodzinie o tradycjach patriotycznych i katolickich, właściwie pra­
wie w ogóle nie znała swoich rodziców. Jej matka zmarła krótko po porodzie,
kilka lat później śmiertelnie, na tuberkulóze, zachorował ojciec. Jedyną krewną
Marianny była siostra - Paula. Należy przypuszczać, że gdyby Szostkiewiczówny
nie zostały tak wcześnie osierocone, ich losy potoczyłyby się zupełnie inaczej.
Być może z przyczyn ideologicznych i patriotycznych rodzice nie pozwoliliby
na ślub córki z Niemcem. „Faktem jest, że w warunkach panowania obcej wła­
dzy, polskie rodziny tworzyły pod wieloma względami własną, hermetycznie
zamkniętą sferę polskości, dzięki czemu były w stanie przeciwstawić się inge­
rencji pruskich władz zaborczych. W związku z tym rodzina polska, jako naj­
mniejsza komórka społeczna - była już wówczas uznawana za podstawowy
1 niezwyciężony bastion polskości. [...] Bezpośredni wpływ na Wielkopolanki
miał wówczas kler katolicki. Odbiło się to wyraźnie w wychowaniu dzieci [...].
Próby bezpośredniego oddziaływania kościoła przejawiały się także w nieustają­
cych przestrogach przed zawieraniem związków małżeńskich z Niemcami-protestantami. Stale zmniejszająca się aż do przełomu wieków X I X / X X liczba za­
wieranych polsko-niemieckich małżeństw mieszanych, pokazywała dowodnie,
że przestrogi nie pozostały bez echa" (Jaworski 1990, s. 27-28).
Brak rodziny, a także charakter wykonywanego zajęcia sprawiły, że Marian­
na nie odczuwała szczególnego związku z polskimi, patriotycznymi ideami. Już
we wczesnej młodości musiała zadbać o własne utrzymanie. Znalazła zatrudnie­
nie jako służąca kolejno u kilku rodzin niemieckich. Ponieważ nie miała żadnych
krewnych wychowała się w kulturze swoich pracodawców, zachowując jednak

.KIEDY P O Z N A Ń B Y Ł N I E M I E C K I "

155

świadomość swych polskich korzeni. Dwa lata po zaręczynach, 13.10.1893 г.,
wyszła za mąż za Karla Dittricha. Rok później przyszedł na świat ich pierwszy
syn, który żył zaledwie kilka dni. W 1896 r. urodził się kolejny potomek,
Wilhelm August, autor cytowanego pamiętnika.
Rodzina żyła wówczas skromnie. Małżonkowie posiadali niewielki dom tuż
za murami Fortu IX, w którym Karl pełnił służbę wojskową w randze sierżanta.
W chałupie zbudowanej w konstrukcji szachulcowej, nieocieplonej, ogrzewanej
małym piecykiem, panowało przenikliwe zimno. W izbach zamiast podłogi było
klepisko. W tym czasie, w wyniku nieszczęśliwego wypadku Karl został po­
strzelony w lewą rękę, co wykluczało dalszą czynną służbę. Jego zaangażowanie
i dotychczasowa dobra praca zostały jednak docenione i mianowano go dowódcą
straży w więzieniu dla żołnierzy. Wraz z nim do mieszkania w budynku aresztu
przeniesiona została cała rodzina. Panowały tam o wiele lepsze warunki niż
w poprzednim miejscu. Ustabilizowana sytuacja finansowa umożliwiła nawet za­
trudnienie Pelasi, polskiej opiekunki do dzieci. W wieku 5 lat Wilhelm August
poszedł do niemieckiego przedszkola. Był to okres bardzo szczęśliwy dla rodziny.
Karl zyskał szacunek i sympatię swoich współpracowników. Marianna, nazywa­
na przez niego „Micze", pomagała mu w pracy z więźniami, choć, jak wspomi­
nał Wilhelm August: „Nie lubiła uniformów i wojskowego drylu. I miała rację,
ponieważ wówczas przeceniano wojskowe wychowanie, a oficerowie, szczegól­
nie ci młodsi uważali się za półbogów. Śpiewano: «der Soldáte, der Soldáte - ist
der beste Mann im ganzen Staate». Słowa piosenki znajdowały faktycznie od­
zwierciedlenie w życiu codziennym [...]. Według przepisów żołnierz znajdujący
się np. na spacerze ze swoją żoną, na widok wyższego rangą musiał stanąć na
brzegu chodnika i salutować. Było to dość uciążliwe, zwłaszcza, że na ulicy,
z racji istnienia w mieście koszar wojskowych, nieustannie spotykało się ofice­
rów" (Dittrich, Pamiętnik, s. 68).
W 1902 r. Karl Dittrich postanowił (za namową żony) zrezygnować za służby
i zdobyć nowe zajęcie. Szczególne szanse na znalezienie dobrej posady rysowa­
ły się wówczas dla Niemców w sądownictwie i administracji. Wpłynęły na to nie
tylko nieustannie rozbudowywana struktura pruskiej machiny biurokratycznej,
ale również stopniowe wypieranie z posad Polaków. Wobec dynamicznego roz­
woju poczty poznańskiej i pojawienia się szans na pracę, Karl zdał egzamin
na urzędnika pocztowego. Początkowo przyjęto go na stanowisko asystenta.
Według Wilhelma Augusta, „Ojciec pilnie wdrażał się do swojej nowej pracy.
Aby dobrze się przygotować zatrudnił nawet prywatnego nauczyciela, który
szkolił go z matematyki" (Dittrich, Pamiętnik, s. 69).
Jako nowy pracownik Karl Dittrich musiał zdobywać doświadczenie w ma­
łym urzędzie pocztowym i został skierowany na placówkę do miejsowości Buk
pod Poznaniem. Przydzielono mu tam mały domek z ogrodem, w którym za­
mieszkał wraz z rodziną. Na poczcie pracowały oprócz niego dwie osoby: kie­
rownik urzędu i listonosz.
W czasie pobytu rodziny Dittrichów w Buku doszło do wydarzenia, które po
raz kolejny potwierdziło niechęć rodziców Karla, a zwłaszcza matki, do jego

156

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

polskiej żony. Któregoś dnia kilku krewnych postanowiło odwiedzić Dittrichów.
Przy pięknej, letniej pogodzie siedziano w ogrodzie, smakując domowych spe­
cjałów Marianny i wyrabianego przez Karla piwa. Kiedy piwnica była niemal
opróżniona z zapasów trunku, sześcioletni Wilhelm August stwierdził: „całe piwo
nam wytrąbili", co strasznie zdenerwowało jego babkę. Teściowa Marianny uzna­
ła to za szczyt niegościnności i złego wychowania, czemu winna była synowa
i jej „polskie wychowanie". Stwierdziła, że w ten sposób młodzi chcą pozbyć
się gości i obrażona natychmiast udała się na dworzec, gdzie dwie godziny
w skwarze czekała na przyjazd pociągu do Poznania. Marianna natomiast pła­
kała przez całe popołudnie, ponieważ przygotowując ucztę dla gości próbowała
zjednać sobie rodziców męża.
Dittrichowie nie tolerowali Marianny z kilku powodów. Niewątpliwie głów­
nym zarzutem wobec niej było polskie pochodzenie i wyznawana początkowo
religia katolicka. Stopniowo dołączał do nich kolejny czynnik: wykształcenie.
Historycy wśród przeszkód, które w okresie zaborów uniemożliwiały lub znacz­
nie utrudniały zawarcie małżeństwa wymieniają - obok terytorium, narodowości
i wyznania - również barierę społeczną (Makowski 1992, s. 114-131). Niemcom
stosunkowo łatwo było ją pokonać, choćby dzięki wykształceniu. Polakom,
a zwłaszcza Polkom, przychodziło to o wiele trudniej. Tak więc, Karl uczył się
i awansował, zdobywając coraz wyższą pozycję, podczas gdy Marianna, prosta
dziewczyna z biednego, polskiego domu, nie miała żadnych szans na awans spo­
łeczny. Rudolf Jaworski (1990, s. 31) pisał: "Wprawdzie Wielkopolanki otrzy­
mywały solidne wykształcenie podstawowe, to jednak możliwości polskich
dziewcząt w Poznańskiem uzyskania wykształcenia wyższego, ewentualnie za­
wodowego były niezmiernie ograniczone". Nieliczne szkoły żeńskie, nie dość,
że niezwykle kosztowne, reprezentowały o wiele niższy poziom, niż szkoły
męskie. Kobiety przygotowywano w nich do roli żony i matki, „ozdoby towa­
rzystwa" a nie do pracy. Teściowie Marianny wydawali się nie dostrzegać
tej sytuacji. Awans syna jedynie utwierdzał ich w przekonaniu, że zasługiwał
on na „lepszą partię".
Marianna i Karl starali się nie zaprzątać myśli poglądami Johanna i Julianny
na małżeństwo. Bardziej martwił ich bardzo niski poziom szkoły w Buku, do
której posłali Wilhelma Augusta. Uczył się on w jedynej istniejącej tam klasie,
wraz z polskimi i niemieckimi uczniami w wieku 6-14 lat. Wraz z rozpoczęciem
prac polowych, jesienią i wiosną, w małym miasteczku, w którym spora grupa
mieszkańców trudniła się rolnictwem, szkoła praktycznie przestawała funkcjo­
nować. Rodzice potrzebowali swoich dzieci do pomocy, przez co niemożliwy
był ich udział w lekcjach. Ewaryst Estkowski, twórca Polskiego Towarzystwa
Pedagogicznego, autor podręczników szkolnych i czasopism dla dzieci, sam
podlegający swego czasu takiej edukacji, wspominał: „szkółki wyrosły z tradycji
katolickiej szkółki parafialnej, ale poddane państwowej, pruskiej kontroli miały
teraz nauczać w oficjalnym, niemieckim języku. Przy katastrofalnym braku
odpowiednio przygotowanych nauczycieli, nauczał w nich kto chciał, byle umiał
czytać i pisać. Z największą odrazą uczyłem się poznawania głosek, zgłosko-

„KIEDY P O Z N A Ń B Y Ł N I E M I E C K I "

157

wania i czytania. Rok prawie cały uczyłem się głosek, drugi rok zgłoskowania
a w trzecim zacząłem czytać. Również mechaniczna była nauka pisania, bo przez
całe trzy lata tylko ćwiczyłem się w niem z wzorów [...]. Kazano tylko liczyć
kółka na tablicy ściennej, pisać liczby, potem na tabliczkach dodawać, odejmo­
wać" (Estkowski 2001, s. 55).
Marianna i Karl, coraz bardziej zaniepokojeni dalszą edukacją syna, podjęli
decyzję o umieszczeniu go na pensji u mieszkającej w Poznaniu, zaprzyjaźnio­
nej, bezdzietnej rodziny Neck i posłaniu do niemieckiej szkoły przy ul. Fridricha
Naumanna (obecnie ul. Działyńskich). Była to tzw. „Mytelka", czyli rodzaj
formy przejściowej pomiędzy szkołą podstawową - Volksschule a gimnazjum.
Uczęszczali do niej synowie mieszczan, którzy w wieku 14-15 lat mieli poświę­
cić się pracy w zawodzie rzemieślnika, kupca, czy niższego urzędnika. Nauka
dla chłopców trwała siedem lat. Podstawą finansową szkoły było czesne oraz
częściowo pieniądze z funduszy miasta. Nauczano religii, języków niemieckiego
i francuskiego, matematyki, geografii, przyrody, historii, fizyki, kaligrafii,
rysunku, śpiewu i gimnastyki. Wysoki poziom edukacji, jak i ukierunkowanie
programu na praktyczne umiejętności, powodowały, że szkoła ta cieszyła się nie­
słychaną popularnością wśród mieszczan (Trzeciakowscy 1987, s. 301). Wilhelm
August wspominał z humorem swoje codzienne przygotowania do zajęć: „Przed
wyjściem do szkoły byłem starannie myty i czesany. Pani Neck robiła mi modną
wówczas fryzurę «na ksiecia», smarując włosy obficie tłuszczem, którego strasz­
ny zapach czuję do dziś. Podobny, okropny zapach miały moje polerowane
na błysk buty. Wstydziłem się być odprowadzany przez moją opiekunkę, więc
codziennie szła za mną około stu kroków, aby nikt się nie zorientował, że mnie
pilnuje" (Dittrich, Pamiętnik, s. 70).
Po pół roku zamieszkiwania Wilhelma Augusta u państwa Neck, do Poznania
powrócili Karl i Marianna. Skończył się okres rocznej praktyki Karla w Buku.
Marianna zadecydowała wówczas, że wobec bardzo dobrych wyników w na­
uczaniu Wilhelm August nie może poprzestać na „Mytelce", lecz powinien uczyć
się w lepszej szkole. Swoją edukację przy ul. Naumannna skończył więc najed­
nej klasie, kiedy rodzice zadecydowali o posłaniu go do jednego z najlepszych
poznańskich niemieckich gimnazjów im. Friedricha Wilhelma.
Gimnazjum było najwyższym szczeblem nauczania na etapie szkoły średniej.
Ten typ placówki oświatowej cieszył się w Prusach wysokim uznaniem. Ukoń­
czenie gimnazjum dawało abiturientom określone uprawnienia, przede wszyst­
kim do podjęcia studiów uniwersyteckich oraz jednorocznej służby wojskowej.
Nauka trwała 9 lat. Ponieważ w momencie przejścia Wilhelma Augusta z „Mytelki" wszystkie miejsca w drugiej klasie były już zajęte, musiał ponownie
uczęszczać do pierwszej klasy. Przez trzy lata Wilhelm otrzymywał najlepsze
oceny, co było dużym osiągnięciem. Jak pisali Maria i Lech Trzeciakowscy
(1987, s. 318-319): „Wymagania stawiane uczniom były bardzo wysokie.Ko­
nieczność opanowania kilku języków: łaciny, greki, francuskiego, niekiedy an­
gielskiego [...] wymagała wielkiego wysiłku. System nauczania oparty na werbalizmie nie zmieniał się przez dziesiątki lat. Od uczniów wymagano pamięciowego

158

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

opanowania materiału, niewiele uwagi przywiązywano do samodzielności in­
telektualnej".
Również Marianna i Karl nie byli pobłażliwi dla syna. Wilhelm August wspomi­
nał, że kiedy po raz pierwszy przyniósł ocenę dostateczną otrzymał solidne lanie.
Kary cielesne należały wówczas do kanonu metod wychowawczych. August nie
dostarczał rodzicom zbyt wielu okazji do ich zastosowania, lecz niekiedy, jak
sam przyznawał, były one całkowicie uzasadnione (np. za podrabianie podpisów
rodziców w dzienniczku). Wspominał, że mama z reguły „nacierała mu uszu"
lub lekko ściskała policzek. Ojciec natomiast przekładał przez kolano i bił cienką
gałązką. Wprawdzie nie było to zbyt bolesne, jednak, jak twierdził autor pamiętni­
ka, należało krzyczeć i płakać, w przeciwnym razie metody mogły być zaostrzo­
ne. Zaznaczył przy tym: „[...] lanie wówczas było czymś normalnym i to zarów­
no w szkole jak i w domu. Jako dzieci byliśmy z tym całkowicie pogodzeni
i muszę przy tym dodać - nikomu to nie zaszkodziło. Dziś jednak jestem jednak
przeciwnikiem takiego sposobu wychowywania" (Dittrich, Pamiętnik, s. 72-73).
Wilhelm August rozpoczął naukę w gimnazjum w 1906 г., a więc mając 10 lat.
Dwa lata wcześniej na świat przyszedł jego brat, Herbert, zwany przez rodzinę
„Bobbi". Dziecko, od małego bardzo chorowite, stało się „oczkiem w głowie"
całej rodziny. Marianna i Karl dbali o to, by synowie byli kochającym się ro­
dzeństwem. Ich zamiar całkowicie się powiódł, choć, jak wspominał August,
„Herbert od początku miał więcej swobody niż ja. Aby pokazać kto rządzi, na
początek, kiedy pierwszy raz zostaliśmy sami, spuściłem mu lanie i zakazałem
mówić o tym rodzicom. Po ich powrocie byliśmy już całkowicie zaprzyjaźnieni
i grzecznie się bawiliśmy. Jednak następnego dnia Bobby się wygadał, więc
ojciec spuścił mi manto. Po pewnym czasie odegrałem się na bracie, tłukąc go
niemiłosiernie" (Dittrich, Pamiętnik, s. 78).
W tym czasie rodzinie powodziło się finansowo zdecydowanie lepiej. Karl
został mianowany głównym asystentem pocztowym (Oberpostassistent). Ro­
dzina wreszcie mogła pozwolić sobie na zamieszkanie w przestronnym i wy­
godnym mieszkaniu w kamienicy, w nowej dzielnicy miasta na Wildzie, przy
Kronprinzenstrasse 104 (obecnie ul. Górna Wilda 85). Do roku 1900 Wilda była
obok kilku innych wsi „spichlerzem miasta". W momencie wprowadzenia się
Dittrichów przechodziła przeobrażenia po inkorporacji, przybierając stopniowo
miejski charakter. Dzielnicę podporządkowano Radzie Miejskiej i Magistratowi.
Jej mieszkańcy zostali zrównani w prawach i obowiązkach z pozostałymi oby­
watelami Poznania, co oznacza, że m.in. otrzymali prawo głosu w wyborach do
samorządu miejskiego, choć ograniczone przez cezurę majątkową. Organem
administracji samorządowej, z którym współpracowali mieszkańcy dzielnicy był
Urząd Rozjemczy, czyli sąd administracyjny I instancji, zajmujący się sprawami
sporno-administracyjnymi. Do jego kompetencji należało rozstrzyganie sporów
między właścicielami domów i lokatorami. W działalność urzędu zaangażo­
wał się Karl Dittrich. Magdalena Mrugalska-Banaszak (1999, s. 47-50) przy­
tacza jego nazwisko z listy rozjemców wildeckich okręgów z 1914 r. Figuruje
na niej jako Rozjemca Okręgu X I X , zamieszkały przy ul. Górna Wilda 85.

„KIEDY POZNAŃ B Y Ł N I E M I E C K I "

159

Członków Urzędu wyznaczał prezydent miasta, a jego wybór musiał uzyskać
akceptację prezesa sądu. Było to więc stanowisko, które powierzano osobom
cieszącym się ogólnym szacunkiem.
Tymczasem w gimnazjum Wilhelm przeżywał swoją pierwszą miłość. Jej
obiektem była Lottchen Braetz, której rodzice przyjaźnili się z rodzicami
Wilhelma Augusta. Aby się z nią widywać, codziennie maszerował z Wildy na
Jeżyce, czyli na drugi koniec miasta. Zdarzało się także, że spotykali się w miejs­
cach, gdzie lubili spędzać czas ich ojcowie, a więc w Bismarck Tümel lub
w Schillinggarten. W ogrodach takich jak Schillinggarten Poznaniacy, zwłaszcza
w lecie, chętnie odpoczywali, popołudniami przygrywały orkiestry, odbywały
się liczne zabawy taneczne, grano w kręgle i w bilard, występowały także trupy
teatralne. Obydwie rodziny wspólnie wyjeżdżały na wypoczynek do podpoznań­
skiego Puszczykowa. Było to popularne miejsce wypoczynku klasy średniej
oraz poznańskich elit intelektualnych i finansowych. Na początku X X w. wybu­
dowano tam wiele prywatnych willi, przypominających stylem architekto­
nicznym budynki sanatoryjne w licznych europejskich kurortach. Powstały także
luksusowe domy wypoczynkowe. Ceniono zdrowe powietrze, piękne krajo­
brazy (obecnie jest to teren Wielkopolskiego Parku Narodowego), bliskość
kilku jezior i Warty. Do oddalonego od Poznania o 20 km Puszczykowa kurso­
wały specjalne pociągi, przewożące letników. Jak pisał Waldemar Karolczak:
„Gdy dopisała pogoda władze kolejowe miały problem, jak przewieźć wszyst­
kich «lubowników» puszczykowskich lasów i nadwarciańskiej kąpieli. Pociągi
były przepełnione, mimo iż do lokomotywy dołączano nawet kilkadziesiąt
wagonów" (Karolczak 1995, s. 66).
Dittrichowie, z wyjątkiem Marianny, która wolała wygodną podróż koleją,
wybierali bardziej atrakcyjną, choć okrężną drogę-wiejską furmanką. Co sezon
zaprzyjaźniony gospodarz, wracając z targu, zabierał Karla z synami i całym
bagażem na wóz. Dzieci zasiadały koło woźnicy pilnie obserwując, co dzieje się
po obu stronach drogi. Podróż trwała 5-6 godzin. Co pewien czas robiono przer­
wy, by zjeść przygotowane przez Mariannę kanapki i napić się kawy. Dittrichowie
wynajmowali pokoje u rodziny niemieckich rolników - Kaldenbachów. Dzieci
jeździły konno, kąpały się w rzece lub którymś z jezior, przyglądały się żniwom.
Rodzice chodzili wieczorami na koncerty lub tańce do „Restaurant Oberberg"
(Dittrich, Pamiętnik, s. 82-83). W Puszczykowie należało bowiem bywać także
po to, by się pokazać i czynnie uczestniczyć w życiu towarzyskim. Panie pod­
patrywały u innych pomysły na najnowsze toalety, a panowie nawiązywali ko­
rzystne znajomości. Było to miejsce „neutralne", gdzie narodowość kuracjuszy
nie grała żadnej roli. Liczył się wypoczynek i dobra zabawa. Konflikty między
Polakami i Niemcami zdarzały się rzadko i natychmiast starano sieje łagodzić.
Przykładem może być historia przytoczona przez Waldemara Karolczaka (1995,
s. 68). Przydarzyła się ona wprawdzie w sąsiadującym z Puszczykowem Ludwi­
kowie, lecz wydaje się oddawać atmosferę panującą wówczas w tego typu miejs­
cach. Pewnego letniego dnia w znanej, prowadzonej przez niemieckich właści­
cieli restauracji kelner zwrócił uwagę paniom zamawiającym posiłek, że powinny

160

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

to uczynić w języku niemieckim. Wzbudziło to ogólne oburzenie zarówno wśród
niemieckich, jak i polskich gości. Historię opisano w prasie. Kilka dni później
w tej samej gazecie pojawiły się przeprosiny właściciela, który obiecywał, iż
w jego restauracji nigdy już taki incydent się nie powtórzy.
Wśród przyjaciół Marianny i Karla nie było żadnej polskiej rodziny. Zaprzy­
jaźnioną osobą była natomiast dużo starsza od Dittrichów pani Wendland, często
służąca, zwłaszcza Mariannie, cennymi radami. Jeszcze w czasach, kiedy Karl
uczęszczał do szkoły zawodowej, rozpoczęła się przyjaźń z rodziną Weichsmannów. Dom na Wildzie odwiedzali również Schulzowie. Dittrichowie spotykali
się z nimi co najmniej dwa razy w miesiącu. Często wspólnie spędzano wakacje.
Marianna dbała, by jej dzieci rozwijały swój intelekt także poza szkołą.
Wilhelm August bardzo lubił czytać. Jak wspominał, przy Berlinerstrafie (obec­
nie ul. 27 Grudnia) znajdowała się jego ulubiona księgarnia, będąca własnością
Niemca - Spiro. „Matka nie miała pojęcia o niemieckiej literaturze pięknej. [...]
Jednak kiedy tylko zbliżały się moje urodziny, czy nadchodziły święta, radziła
się pana Spiro, co do pozycji, którą warto kupić. Jemu z pewnością spra­
wiało wielką przyjemność wychowania czyjegoś dziecka niejako «za kulisami». Zaczął od polecenia przeczytania Karola Maya, później przez Roseggera,
Hauffa, poprowadził mnie do Goethego, Schillera, Friligratha, wreszcie Szekspira,
Romera, Kleista i Hebbla" (Dittrich, Pamiętnik, s. 85).
Marianna dbała również, by dzieci chodziły do teatru oraz do kina, w którym
wyświetlano wówczas nieme filmy. Stałym punktem spacerów były również
wizyty w którejś z wielu modnych kawiarni, służące nabraniu ogłady towarzy­
skiej. Wilhelm August szczególnie zapamiętał „Cafe Esplanade" przy Wilhelmsplatz (obecnie Plac Wolności), będącej stałym miejscem spotkań, szczególnie
niemieckich mieszkańców miasta.
Marianna i Karl poświęcali każdą chwilę wolnego czasu swoim dzieciom. Po
odrobieniu lekcji chłopcy grywali z rodzicami w karty, np. w „66", czy „Schaffskopf'. Często przychodzili goście - znajomi lub przyjaciele rodziców. Organizo­
wano wtedy tzw. „Loterię", zwaną także „Gottes Segen bei Kohn". Chłopcy mieli
do dyspozycji wiele rozmaitych zabawek, m.in. drewniane klocki, kolejkę, oło­
wiane żołnierzyki. W salonie na stole urządzali manewry dla swojego wojska
lub stacje kolejowe dla pociągu. Na zabawę Marianna i Karl pozwalali synom
dopiero po odrobieniu zadań domowych. Nauka w domu trwała 4-5 godzin
dziennie i odbywała się najpierw przy lampach napełnianych olejem, a następnie
przy oświetleniu gazowym.
Rodzice Herberta i Wilhelma Augusta dbali o zdrowie i kondycję fizyczną
synów. Jak wspomina autor pamiętnika: „Niemal codziennie na kilkanaście mi­
nut musieliśmy kłaść sobie na plecach drewnianą laskę, w ten sposób obejmując
j ą rękami, że byliśmy całkowicie wyprostowani. Zapobiegało to garbieniu się.
W kuchni, w futrynie drzwi mama kazała zamontować drążek, na który mogli­
śmy się podciągać i robić różne figury. [...] Jeździliśmy również na wrotkach
i łyżwach" (Dittrich, Pamiętnik, s. 88). W czasie nauki w gimnazjum Wilhelm
August należał do szkolnej organizacji „Wandervogel" („Ptaki wędrowne").

„KIEDY P O Z N A Ń BYŁ N I E M I E C K I "

161

W jej ramach chłopcy pod opieką nauczycieli wyjeżdżali na wycieczki krajo­
znawcze za miasto. Niekiedy były to nawet wypady dwudniowe. Główną atrak­
cją stanowił wówczas nocleg na sianie. W dzień odbywały się rozmaite zawody,
a wieczorem pieczono kiełbaski przy ognisku.
Jako nieco starsze dzieci Herbert i Wilhelm, zapaleni czytelnicy, odwiedzali
Kaiser-Wilhelm-Bibliothek. Chłopcy lubili spędzać czas także w fotoplastykonie
„Panorama", gdzie za kilka groszy, za pomocą specjalnego urządzenia, można
było obejrzeć ponad 50 zdjęć pokazujących m.in. egzotyczne kraje, ich miesz­
kańców i zwyczaje. Wielkie wydarzenie stanowiła również wyprawa do wesołe­
go miasteczka. Miejsce, na którym rozbijano wówczas główny namiot nazywane
było „Vogelwiese", czyli „ptasia łąka", prawdopodobnie z powodu niezwykle
barwnych kramików, wznoszonych w sąsiedztwie wozów cyrkowych, Polacy
nazwali je Fogielką W mniejszych budkach można było zobaczyć np. tresowane
pchły, przejrzeć się w zniekształcających postać lustrach w „gabinecie śmiechu",
pojeździć na karuzeli, czy kupić tanio różne używane przedmioty. Dorośli w tym
czasie jedli kiełbaski i pili piwo lub wino podawane w niektórych kramach.
Bobby i August lubili również przedstawienia teatrzyku kukiełkowego. W jego
repertuarze znajdowały się także sztuki przeznaczone dla widzów dorosłych,
np. „Doktor Faust" Goethego. Wilhelm August najbardziej zapamiętał przed­
stawienie rosyjsko-japońskiej bitwy morskiej: „Armaty błyskały i huczały, ogień
wybuchał na trafionych statkach, jeden okręt, po drugim ginął w toni wodnej.
To było wspaniale zrobione" (Dittrich, Pamiętnik, s. 91).
Ani Bobby, ani Wilhelm August nie zapraszali swoich szkolnych kolegów do
domu. Nie było wówczas dobrze widziane zapraszanie dzieci, których rodzice
nie utrzymywali wzajemnych kontaktów towarzyskich. W przypadku Dittrichów
było to niemożliwe, ponieważ większość uczniów Friedrich-Wilhelm-Gymnasium, wywodziła się z o wiele zamożniejszych kręgów.
Po ukończeniu 16 lat Wilhelm zaczął udzielać korepetycji z łaciny, francu­
skiego i angielskiego. Lekcje zajmowały 3-4 popołudnia w tygodniu, odbywały
się u uczniów i były niezwykle wyczerpujące: „Kiedy po długim marszu przy­
chodziłem do domu, byłem zmęczony, znużony i nie miałem apetytu. Przy lam­
pie gazowej do późna w nocy odrabiałem zadania domowe. Do łóżka szedłem
często z wielkim bólem głowy, lecz zadowolony, że udało mi się załatwić wszyst­
ko, co sobie zaplanowałem" (Dittrich, Pamiętnik, s. 92). Korepetycje przynosiły
dość wysokie dochody. Za godzinę Wilhelm August otrzymywał 50 feningów,
a - jak sam twierdził - za tyle można było kupić całą kurę lub 6 kiełbasek wie­
deńskich. Pieniądze jednak w całości przeznaczał na książki. Historycy podkreś­
lają wielorakie korzyści, wynikające z udzielania prywatnych lekcji: „Uczeń
udzielający korepetycji, mimo że z reguły należał do uboższych, w gronie kole­
gów cieszył się autorytetem, należał bowiem zawsze do najzdolniejszych gimna­
zjalistów. Same korepetycje przynosiły nie tylko zarobek, ale również pozwa­
lały niekiedy nawiązać cenne w przyszłości znajomości w domach rodziców
podopiecznych. Często bowiem traktowano korepetytora jako miłego gościa, po
odbytych zajęciach częstowano kawą i ciastkami" (Trzeciakowscy 1987, s. 323).

162

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

W życiu Dittrichów dużą rolę odgrywała religia. Co niedzielę cała rodzina
udawała się na mszę do kościoła luterańskiego pod wezwaniem św. Piotra.
August był wówczas ministrantem i pomocnikiem młodego, ogólnie lubianego
pastora Gürtla. Z sentymentem wspominał również czasy przygotowań do
komunii, kiedy to wraz z innymi chłopakami płatali różne figle starszemu pa­
storowi Albertowi.
W niedzielę często rodzina odwiedzała matkę Karla. Te wizyty, jak się wyda­
je, były jedynie spełnieniem pewnego obowiązku. Ojciec Karla zmarł wcześnie,
matka natomiast była osobą antypatyczną. Nie znosiła Marianny i nie przepadała
za swoimi wnukami. Rytuałem było świętowanie zakończenia roku szkolnego
u babki. Przy tej okazji spotykali się wszyscy członkowie rodu. W czasie wizyty
dzieci odczytywały swoje oceny. Ponieważ babcia była analfabetką niemal
wszystkie wnuki podawały, za cichym przyzwoleniem rodziców, noty lepsze, niż
były w rzeczywistości. Jak wspominał Wilhelm, na pogrzebie surowej i wynio­
słej matrony nikt nie uronił ani jednej łzy.
Pod koniec gimnazjum Wilhelm August za dobre wyniki nauczania został
zwolniony z połowy opłat za szkołę. Postępy w nauce zawdzięczał zarówno
swojej inteligencji, jak i sprytowi. W jego wspomnieniach z okresu szkolnego
zaledwie jeden raz pojawił się polski kolega. To właśnie on pomagał mu w mate­
matyce, za co August odwdzięczał się korepetycjami z języka niemieckiego.
Gimnazjum im. Friedricha Wilhelma uważane było za szkołę niemiecko-ewangelicką. Wprawdzie uczęszczali do niego również polscy uczniowie, lecz stano­
wili mniejszość. „Przez szereg lat stosunki pomiędzy uczniami Polakami, Niem­
cami i Żydami układały się normalnie, jak to bywa wśród kolegów zjednej ławy
szkolnej.[...] Mijały jednak lata a nasilająca się polityka wynaradawiająca zabor­
cy nie pozostała bez wpływu na stosunki między uczniami. Stopniowo wzrastał
między nimi mur nieufności, ustały kontakty koleżeńskie. Mimo, że uczniowie
siedzieli w klasie w ławkach wymieszani narodowo (władze bowiem skrzętnie
zapobiegały tworzeniu się odrębnych grupek uczniów polskich, czy niemieckich)
nie łączyły ich przyjacielskie uczucia. Podczas przerw Polacy i Niemcy trzymali
się oddzielnie. Nie odwiedzano się wzajemnie w domu. Uczniowie niższych
klas dawali wyraz swym uczuciom w formalnych bitwach, jakie toczono na
przerwach, lub po wyjściu ze szkoły" ( Trzeciakowscy 1987, s. 334)
W 1910 r. klasa Dittricha udała się z nauczycielem botaniki na wycieczkę za
miasto, by przez lunetę oglądać Kometę Halleya. Wtedy po raz pierwszy pojawiły
się pogłoski, że jest to zjawisko, które przyniesie nieszczęście. I rzeczywiście, jak
zauważył Wilhelm, cztery lata później doszło do wybuchu I wojny światowej.
II
Wiadomość o wypowiedzeniu wojny zastała rodzinę na wakacjach w Pusz­
czykowie. Natychmiast podjęto decyzję o powrocie do miasta. Na miejscu oka­
zało się, że przygotowania do wojny były w toku. „Poznań w planach strategicz­
nych przewidziany był jako jeden z głównych punktów oporu na wypadek

„KIEDY P O Z N A Ń B Y Ł N I E M I E C K I "

163

ofensywy rosyjskiej. Wśród ludności niemieckiej panował podniosły nastrój. Nikt
nie wątpił w rychłe zwycięstwo. Ulicami Poznania, przy dźwiękach orkiestry,
przemaszerowały oddziały miejscowego garnizonu, udające się na front i liczni
rezerwiści powołani pod broń. Witano ich z entuzjazmem. Do armii zgłaszało się
wielu ochotników, niekiedy 17-letnich chłopców" (Dzieje Poznania 1994, s. 759).
Również Wilhelm August chciał stawić się do wojska: „Chcieliśmy natychmiast
pospieszyć pod sztandary, umrzeć na polu walki, jeśliby tak chciał los. Dulce et
decorum est, pro patria mori!" (Dittrich, Pamiętnik, s. 102). Jednak, według
zarządzenia władz pruskich każdy, kto chciał być powołany do wojska a był
w szkole średniej, musiał najpierw zdać maturę. Wilhelm pisał: „Każdy z nas
chciał to zrobić, za wyjątkiem Polaków. Czy dla nich Niemcy coś znaczyły?
Przeciwnie! Oni mieli nadzieję dzięki tej wojnie zyskać szansę na powstanie
swojej ojczyzny" (Dittrich, Pamiętnik, s. 102).
Po maturze Wilhelm August natychmiast zgłosił się do armii pruskiej. Spot­
kało go jednak wielkie rozczarowanie. Z powodu słabego stanu zdrowia i mło­
dego wieku uzyskał odpowiedź odmowną. Dopiero po usilnych prośbach, popar­
tych nawet łzami, otrzymał przydział do mieszczącej się na poznańskiej cytadeli
kompanii telegraficznej. Taka decyzja nie ucieszyła ani Wilhelma Augusta,
ani jego ojca. Z ulgą przyjęła j ą natomiast Marianna, która wiedziała, że w ten
sposób syn nie będzie narażony na bezpośredni kontakt z wrogiem.
Augusta umieszczono wraz z innymi żołnierzami w poznańskiej twierdzy.
Już po kilku dniach stwierdził, że służba wojskowa „nie jest najłatwiejszym
kawałkiem chleba". Wraz z czternastoma kolegami ulokowany został w małym
pomieszczeniu, w którym nie mieściły się nawet łóżka. Żołnierze spali na podło­
dze, na materacach. Pobudka następowała o 5.30, pół godziny musiało wystar­
czyć na ubranie się, umycie i zjedzenie śniadania. Po posiłku odbywała się musz­
tra i ćwiczenia w terenie. Wilhelm podsumował ten okres życia: „Długie marsze,
strumienie potu, boląca od hełmu głowa, odciski na stopach, co to wszystko mia­
ło wspólnego ze świętą wojną na froncie, z miłością do ojczyzny? Tak myśleliś­
my za każdym razem przy tych mękach" (Dittrich, Pamiętnik, s. 127). Dopiero
po trzech tygodniach ćwiczeń zaczęto uczyć rekrutów obsługi telegrafu. Dalsze
szkolenie odbywało się w koszarach w Poznaniu, skąd żołnierzy rozsyłano do
konkretnych placówek. Wilhelm przebywał najpierw w Forcie Vila we wsi Mar­
celin, następnie w Zentrale der Grenadierkaserne, a także w szpitalu św. Łazarza.
W listopadzie 1914 r. skierowano go wraz z grupą dziesięciu żołnierzy na
front wschodni, w pobliże Mitau (obecnie Jelgawa), z rozkazem zbudowania cen­
trali telegraficznej. Wilhelm August pisał: „Było strasznie zimno, kiedy w górze,
na słupach, które wcześniej musieliśmy wkopać w zmarzniętą ziemię, rozciąga­
liśmy kable. W bezpośrednim sąsiedztwie zbliżającego się frontu, posuwaliśmy
się w bruzdach, które wcześniej wykopywaliśmy czekanami [...]. Często musie­
liśmy zrywać się w nocy, ponieważ połączenie telefoniczne zrywało się i trzeba
było je naprawiać" (Dittrich, Pamiętnik, s. 132).
Przed Gwiazdką 1914 r. August został zraniony odłamkiem granatu i skiero­
wany do lazaretu. Następnie posłano go na rekonwalescencję do Poznania, gdzie

164

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

trafił tuż przed nowym rokiem. Na początku 1915 r. zgłosił się do koszar i otrzy­
mał przydział do znanej mu już centrali telefonicznej Grenadierkaserne. Służył
tam przez dwa lata, do czasu ponownego skierowania na front. Służba w Pozna­
niu przebiegała bardzo spokojnie. Obsługą telegrafu oprócz Wilhelma zajmowa­
ło się jeszcze dwóch żołnierzy: Żyd i Polak, noszący nazwisko Górski. August
posiadał także polskiego ordynansa, Pietschmanna, nieustannie pijanego i w tym
stanie przeklinającego Niemców i cesarza. Dyskusje z kompanami, jak twierdzi
autor wspomnień, wstrząsnęły jego obrazem świata: „Zrozumiałem, że w naszej
cesarskiej Rzeszy nie wszystko było wolne od złego. Wprawdzie strasznie się
niekiedy kłóciliśmy, lecz nigdy nie przyszło by mi do głowy kogokolwiek z po­
wodu jego pustej mowy zadenuncjować" (Dittrich, Pamiętnik, s. 137).
W czasie pobytu w Poznaniu Wilhelm August zaczął myśleć o swojej przy­
szłości zawodowej. Ponieważ w szkole średniej wykazywał zdolności do języ­
ków obcych, postanowił kontynuować naukę. Uzyskał zgodę swoich przełożo­
nych i po pracy uczęszczał na zajęcia do Kónigliche Akademie (Królewskiej
Niemieckiej Akademii) w Poznaniu. Akademia miała pełnić czołową rolę w krze­
wieniu niemieckiej kultury umysłowej we wschodnich prowincjach I I Rzeszy.
Cel ten starano się osiągnąć przez prowadzenie fachowych kursów naukowych
dla urzędników administracyjnych, prawników, nauczycieli, lekarzy itd. oraz
przez organizowanie prelekcji na wzór wykładów uniwersyteckich. Była to uczel­
nia wyższego typu, jednak pozbawiona prawa nadawania stopni naukowych.
Szkoła gwarantowała, że ukończone dwa semestry zostaną zaliczone po wojnie
na uniwersytecie. August ukończył cztery semestry, kiedy w styczniu 1917 r.
ponownie skierowano go na front.
Należał wówczas do 555 Divisions-Fernsprech-Abteilung, biorącej udział
w oblężeniu Dyneburga (obecnie Daugavpil). Za swój udział w walkach otrzy­
mał Żelazny Krzyż I I klasy i został mianowany podoficerem. Po krótkim urlopie
spędzonym w Poznaniu powrócił na front i wraz ze swoim oddziałem posuwał
się na wschód, do Pskowa. W tym czasie zachorował na figówkę gronkowcową
(ropne zapalenie skóry na brodzie i policzkach), w wyniku czego skierowano go
do szpitala w Wilnie, gdzie przebywał trzy tygodnie.
Kiedy ponownie wrócił pod Psków, front uspokoił się do tego stopnia, że
oficerowie, aby utrzymać dotychczasowe morale, musieli zapewnić żołnierzom
zajęcia. Raz na tydzień odbywały się prelekcje o kulturze i historii państwa
niemieckiego, w których żywo uczestniczył Wilhelm August, wzbudzając swy­
mi wystąpieniami szerokie zainteresowanie. Również, już w węższym gronie,
coraz częściej dyskutowano o losach przyszłych Niemiec, w tym o Poznaniu.
Wilhelm wspominał fragment takiej rozmowy z polskim lekarzem Leszczyńskim,
służącym w pruskiej armii: „Siedziałem i rozmyślałem nad losem Poznania,
kiedy poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu. To był lekarz, Polak o nazwisku
Leszczyński. Pocieszył mnie, jakby odgadł moje myśli: «Nie zwieszaj głowy,
wszystko będzie dobrze. Niemcom w Poznaniu nic się nie stanie» - Ha, nic się
nie stanie! W to wierzyłem ale nie mogłem pogodzić się z myślą, że Poznań
już nie będzie niemiecki. «Z pewnością nie bedzie» odpowiedział Leszczyński

„ K I E D Y P O Z N A Ń BYŁ N I E M I E C K I "

165

beztrosko i cofnął swoją rękę. Cóż - on mógł się tylko cieszyć z takiego obrotu
rzeczy" (Dittrich, Pamiętnik, s. 166).
Po części z braku innych zajęć, a po części powodowany ciekawością świata
Wilhelm starał się nawiązać kontakt z miejscową ludnością. Zaprzyjaźnił się na­
wet z rosyjską rodziną Zarembów. Córka państwa Zarembów stała się dzięki
niemu żoną niemieckiego oficera. W czasie swego pobytu pod Pskowem August
odbył krótką wycieczkę krajoznawczą do Dorpatu w Estonii, gdzie zwiedził
najstarszy rosyjski uniwersytet.
10 listopada 1918 r. porucznik Claasen obwieścił żołnierzom, że cesarz Nie­
miec i król Prus Wilhelm I I abdykował, co powitano z wielkim entuzjazmem,
mimo świadomości, że wojna została przegrana. 25 listopada oddziały niemiec­
kie rozpoczęły wymarsz z Pskowa. Pociągi nie dochodziły już wówczas do mia­
sta, więc do najbliższej stacji trzeba było maszerować 15 km. W drodze powrot­
nej żołnierze często oglądali się za siebie, gdzie w oddali płonął Psków przejęty
przez bolszewików. Wszystkim było niezmiernie przykro, ponieważ przez czas
stacjonowania w mieście wielu żołnierzy zaprzyjaźniło się z miejscową lud­
nością. Pociągiem, który udało się w końcu złapać, można było dostać się tylko
do Dyneburga. Na miejscu żołnierze dowiedzieli się, że ustąpienie cesarza wcale
nie znaczy dla nich zwolnienie z wojska, lecz wcielenie do innych jednostek.
2 grudnia oddział został skierowany do Kónigsberg (Królewca), skąd żołnierze
wyruszyli do domów. Po powrocie, na dworcu w Poznaniu, Wilhelm został
zaczepiony przez dwóch polskich żołnierzy, którzy kazali mu oddać pas. Udało
mu się jednak wykręcić obietnicą, że natychmiast, kiedy tylko dotrze do domu,
pozbędzie się wojskowego ubrania.
Rodzice Wilhelma Augusta, w poczuciu zagrożenia ze strony Polaków,
w przededniu Powstania Wielkopolskiego opuścili mieszkanie przy Kronprinzenstr. 104 (obecnie ul. Górna Wilda) i przenieśli się do kamienicy należącej do
brata Karla, Augusta Dittrticha przy Tiergartenstr. 5 (obecnie ul. Zwierzyniec­
ka). Przyczyną przeprowadzki była również pogarszająca się sytuacja materialna
Marianny i Karla: „Na początku szał prawdziwej, ogromnej radości całego ludu,
marsz od zwycięstwa do zwycięstwa [...] nadzieja na szybkie zakończenie walk.
Lecz przecież front wzmacniał się, dochodziło do okropnych walk w okopach,
przy dźwiękach werbli. Coraz mniej było środków żywnościowych, niemiecki
naród zaczynał głodować. Z niemal codziennego, jednogarnkowego dania z su­
szonych warzyw, z bezziarnistego chleba bez masła, długo nie można było prze­
żyć" (Dittrich, Pamiętnik, s. 124).
Obok wspomnianych Dittrichów, przy Tiergartenstr. zamieszkiwał wówczas
syn Augusta - dr Arthur Dittrich wraz z rodziną. Wilhelm wspominał z rozrzew­
nieniem, że jeszcze dwa miesiące przed zakończeniem wojny w nowym miesz­
kaniu świętowano w gronie całej rodziny srebrne wesele jego ojca. Już wtedy
wujek Oskar Dittrich przewidywał przegraną Niemiec. W domu jednak panowała
atmosfera patriotyczna. Inny wujek, Hans Dittrich, przygotował dla rodziców
specjalną pieśń z życzeniami dla jubilatów, do melodii „Deutschland, Deutschland
über alies". Odzwierciedlało to nastroje panujące wówczas wśród niemieckich

166

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

mieszkańców miasta. Nawet pod koniec wojny, kiedy przegrana była nieunik­
niona, Niemcy odrzucali myśl o zmianach terytorialnych. Poznań miał pozostać
w ich rękach. Oficjalnie nie pojawiały się ostre wypowiedzi antypolskie, admini­
stracja zabraniała oświadczeń, mających zaognić stosunki między państwem
a ludnością polską. Jednak w rozmaitych wykładach i wystąpieniach podkreślano,
że Poznańskie na zawsze zostanie połączone z koroną pruską. Hakata nawoływała
do pełnej mobilizacji wszelkich organizacji niemieckich i rozwinięcia propa­
gandy wśród ludności polskiej, polegającej m.in. na straszeniu niskimi płacami
w Polsce, słabo rozwiniętymi świadczeniami socjalnymi itd.
Wraz z zakończeniem wojny rodzinę spotkało całe pasmo nieszczęść. W wyni­
ku panującej w Poznaniu grypy zmarła 19-letnia Imgard - córka Oskara Dittricha.
Ciężko przeszła chorobę również Marianna, której życie ledwie udało się ura­
tować. Rodzina była przerażona zmianami zachodzącymi w mieście. Jak już
wcześniej przewidywał Wilhelm August, Poznań z dnia na dzień przestawał być
niemiecki: „Często wędrowałem ulicami, które zupełnie się zmieniały. Słyszało
się coraz więcej ludzi mówiących po polsku. Niemcy byli zaczepiani, potrącani.
Towary w oknach wystawowych sklepów reklamowano wyłącznie po polsku.
Wielu niemieckich żołnierzy cofało się do koszar. Nawoływano do wstępowania
do straży obywatelskiej" (Dittrich, Pamiętnik, s. 157). W innym miejscu pisał:
„Już pod koniec 1918 r. Polacy przejęli władzę w Wielkopolsce. Moja ukochana
ojczyzna Poznań została utracona!" (Dittrich, Pamiętnik, s. 124).
W 1919 r. Wilhelm August otrzymał oficjalne zwolnienie z armii niemieckiej
i postanowił podjąć studia na uniwersytecie we Wrocławiu, na dwóch fakulte­
tach: filozoficznym i filologicznym. We Wrocławiu zamieszkiwali jego krewni,
córka Richarda Dittricha - Wally wraz z mężem Karlem Dumkę i dwójką dzieci,
na których zawsze mógł liczyć. Dzięki pomocy kuzynki wynajął pokój i zaczął
skromne, studenckie życie.
W tym czasie jego rodzicom, którzy pozostali w Poznaniu powodziło się co­
raz gorzej. Kształcenie obydwu synów (Herbert uczęszczał do Elisabeth-Gym­
nasium) było bardzo kosztowne, a Karlowi groziło zwolnienie z pracy na po­
czcie, gdzie coraz częściej zatrudniano Polaków. W końcu udało mu się w lipcu
1919 r. uzyskać przeniesienie do Wrocławia. Los wydawał się wówczas bardziej
sprzyjać Dittrichom. Okazało się, że nawet nie trzeba było sprzedawać mieszka­
nia, znalazła się bowiem polska rodzina, która przenosiła się w tym czasie do
Poznania, dokonano więc zamiany.
Jak podają źródła, najwięcej Niemców opuściło Poznań w latach 1919-1921.
Pierwsi wyjechali ci, którzy przed wybuchem Powstania stanowili aparat pań­
stwa pruskiego, czyli urzędnicy, policjanci, wojskowi z rodzinami. Nieco póź­
niej taką decyzję podjęła przytłaczająca większość zamieszkałych tu Niemców,
reprezentujących wszystkie grupy zawodowe i społeczne. Wyjeżdżano z przy­
czyn ekonomicznych i politycznych. Niemcy obawiali się pogorszenia lub utraty
dotychczasowych warunków egzystencji, zdegradowania do rangi mniejszości
narodowej, odwetu Polaków za prześladowania doznane przed 1919 r. itd. Duże
znaczenie miały także czynniki psychiczne.

„KIEDY P O Z N A Ń BYŁ N I E M I E C K I "

167

Kiedy Marianna i Karl przybyli do Wrocławia okazało się, że zostali oszu­
kani. Zostawili przestronne, dobrze urządzone mieszkanie, a zyskali kompletnie
zrujnowane pokoje. Po długich poszukiwaniach udało im się w końcu znaleźć
dach nad głową w przyzwoitej kamienicy przy Gottschalkstr. 6. Czteroma poko­
jami musieli jednak wkrótce podzielić się z innymi członkami rodziny. Do Wro­
cławia bowiem w ich ślady sprowadzili się: brat Karla, Oskar, z żoną Grete
i dwójką dzieci oraz siostra Marianny, Paula, z mężem Waldemarem Prietzem.
W rezultacie Karlowi, Mariannie, Herbertowi i Augustowi pozostały dwa pokoje
i komórka, którą przerobiono na sypialnię i pracownię Wilhelma. W pamiętniku
odnajdujemy krótką refleksję dotyczącą tamtych czasów: „Było nas dziesięć
osób, spotykaliśmy się codziennie w dużym pokoju rodziców. Od czasu do czasu
dochodzili do nas dodatkowi goście, tak, że nieustannie panował u nas duży ruch
i wrzawa. Ale zawsze wszyscy się świetnie dogadywaliśmy, wiedzieliśmy prze­
cież, że jest to sytuacja przejściowa"(Dittrich, Pamiętnik, s. 170). Rzeczywiście,
po pewnym czasie wujowie, pracujący podobnie jak Karl na poczcie, zaoszczę­
dzili nieco pieniędzy i wyprowadzili się do własnych mieszkań.
Na zakończenie studiów Wilhelm August przygotował dwie rozprawy, jedną
po francusku i jedną filozoficzną, lecz w sumie ukończył studia ze znajomością
trzech języków: francuskiego, angielskiego i rosyjskiego. W 1921 r. rozpoczął
praktyki w Breslauer-Johannes-Gymnasium. Po ukończeniu studiów każdy
nauczyciel otrzymywał przydział do pracy w konkretnej szkole. Wilhelmowi
zaproponowano objęcie stanowiska w gimnazjum dla dziewcząt we Wrocławiu,
lecz on miał inne plany. W Zgorzelcu czekała na niego przyszła żona, Wally
Fischer. Jeszcze przed ślubem ukończył trzeci fakultet - język rosyjski i napisał
pracę doktorską z pedagogiki. Wilhelm August powrócił na Śląsk, gdzie zaczął
się przed trzystu laty polski wątek historii rodziny Dittrichów.
Mimo tak długiego pobytu w Polsce Dittrichowie pozostali Niemcami. Ro­
dzina przez pokolenia podlegała konfrontacji z innymi narodowościami, najpierw
mieszkając na Śląsku, później w Poznaniu. Trwanie w niemieckości było formą
utrzymania jedności i niezależności od innych. Adaptacja do życia w Wielko­
polsce przebiegła bezproblemowo, głównie dzięki obecności innych Niemców,
powszechnemu zastosowaniu języka niemieckiego, silnie ugruntowanej niemiec­
kiej tożsamości i przekonaniu, że ten teren na zawsze już pozostanie w rękach
pruskich. Dittrichowie uznali Poznań za swą ojczyznę, będącą nieodłączną częś­
cią Rzeszy. Czytając pamiętnik można odnieść wrażenie, że Polaków w Wielko­
polsce prawie nie było. Wspomnienia Wilhelma Augusta nie zawierają żadnych
zapisków o oporze miejscowej ludności wobec władzy niemieckiej, o jej dąże­
niach niepodległościowych, których przecież wszyscy członkowie rodziny byli
świadkami. Nie pojawiają się też jakiekolwiek refleksje dotyczące prawa do za­
mieszkiwania Niemców w regionie przemocą zajętym i przez wiele dziesięcioleci
zarządzanym przez Prusaków. Świadczy to prawdopodobnie o celowej igno­
rancji autora wobec faktu kilkusetletniej przynależności miasta do Polski. Jego
uznanie spowodowałoby, że Wilhelm August - zagorzały niemiecki patriota,
musiałby wyciągnąć niezbyt dla Rzeszy korzystne wnioski. Być może jednak

168

AGNIESZKA

SZCZEPANIAK-KROLL

był to zabiegi świadomy, autor starał się bowiem opisywać codzienne życie swoje
i bliskich, pomijając doniosłe fakty, nie będące bezpośrednim udziałem rodziny,
znane wszystkim z historii. Wilhelm August interesująco pokazał specyfikę
życia w mieście na przełomie dwóch wieków. Wspomnienia są świadectwem
tego, jak wyglądała codzienna egzystencja niemieckich mieszkańców stolicy
Wielkopolski, wypełniona przede wszystkim pracą i nauką, ale i pełna rozmai­
tych rozrywek. Okazuje się, że życie w mieście znajdującym się pod zaborem
pruskim było niezwykle barwne. Ówcześni niemieccy Poznaniacy korzystali
w pełni ze stworzonych specjalnie dla nich lub odpowiednio zmodyfikowanych
instytucji, takich jak: kino, teatr, restauracje. Kwitło życie rodzinne i towarzy­
skie. Z polskimi i żydowskimi sąsiadami Niemcy starali się żyć zgodnie, zachowu­
jąc jednak odpowiedni dystans. Zamieszkiwanie obok siebie powodowało jednak,
że mimowolnie w podobny sposób wychowywano dzieci, spędzano wolny czas,
czy wakacje. Z czasem okazało się, że zarówno Polacy, jak i Niemcy podzielają
wspólne wartości: pracowitość i gospodarność, co z kolei przyczyniło się do
ugruntowania funkcjonującego do dziś etosu Poznaniaka. Prusacy przyczynili
się do zmodyfikowania takich instytucji, jak poczta, czy kolej, wznieśli szereg
budowli charakterystycznych dla Poznania. Przywiązanie do miasta, w równym
stopniu reprezentowane przez ówczesnych Polaków i Niemców, doprowadziło
do powstania specyficznego patriotyzmu lokalnego. Uwidocznił się on szcze­
gólnie w czasie I wojny światowej, kiedy Polacy i Niemcy, w tej samej armii,
z jednakowym oddaniem walczyli o tę samą poznańską ojczyznę, choć pierwsi
pragnęli by była ona częścią Polski a drudzy - Niemiec.

ARCHIWALIA
Dittrich

W . A . Pamiętnik

Wilhelma Augusta

Dittricha,

1.1, kopia p r z e c h o w y w a n a w P r a c o w n i

E t n o l o g i i I A i E P A N w Poznaniu.

LITERATURA
Bogucka

M.

Historii

1996, Ż y c i e codzienne - spory w o k ó ł p r o f i l u b a d a ń i d e f i n i c j i ,

Kultury

Materialnej',

Kwartalnik

nr 3, s. 2 4 7 - 2 5 3 .

Chutkowski

J. 1996, Opowieści

Dzieje

1994, J. Topolski, L . T r z e c i a k o w s k i (red.), t. I I , c z . l , W a r s z a w a - P o z n a ń , P a ń ­

Poznania

o dawnej Legnicy,

Legnica, W y d a w n i c t w o „ A t u t " .

stwowe W y d a w n i c t w o N a u k o w e .
Estkowski

E. 2 0 0 1 , Czego u c z y ć w polskich s z k o ł a c h elementarnych w o g ó l e a w w i e j s k i c h

s z c z e g ó l n i e (wypracowanie odczytane na X I I I . posiedzeniu pedagogicznem w Poznaniu),
Kronika
Galas

Miasta

A., G a l a s

Jakóbczyk

Poznania:

Pensje,

A . 2 0 0 1 , Dzieje

W. 1976, Pruska

gimnazja,

Śląska

Komisja

licea, nr 4, s.55-70.

w datach,

Osadnicza

Wrocław, Wydawnictwo „Rzeka".

1886-1919,

Poznań, Wydawnictwo Poznań­

skie.
Jakóbczyk
Jaworski

W. 1989, Kolonizatorzy

i hakatyści,

Poznań, Wydawnictwo Poznańskie.

R. 1990, K i l k a refleksji nad dziejami W i e l k o p o l a n e k w X I X i na p o c z ą t k u X X w.,

[ w : ] Kobieta

i społeczeństwo

na ziemiach

polskich

w XIX w., A . Ż a r n o w s k a , A . Schwarz

(red.), Warszawa, Instytut H i s t o r y c z n y U n i w e r s y t e t u Warszawskiego, s.25-35.

169

„KIEDY P O Z N A Ń B Y Ł N I E M I E C K I "

Karolczak

W. 1995, L u d w i k o w o - kurort dawnego Poznania, Przegląd

Wielkopolski,

nr 3 - 4 ,

s. 6 6 - 6 9 .
Makowski

K . 1992, Rodzina poznańska

w I polowie

XIX w., P o z n a ń , W y d a w n i c t w o N a u k o ­

we U A M .
M a t e 1 s к i D . 1997, Mniejszość

niemiecka

w Wielkopolsce

w latach 1919-1939,

Poznań, Wy­

dawnictwo Naukowe U A M .
Mrugalska-Banaszak

M . 1999, Wilda - dzielnica

Poznania

1253-1939,

Poznań, Wy­

dawnictwo Miejskie.
Szarota

T. 1996, Ż y c i e codzienne - temat badawczy, czy t y l k o popularyzacja?,

Historii

Kultury

Trzeciakowscy

Materialnej,

Kwartalnik

nr 3, s. 2 3 9 - 2 4 5 .

M . i L . 1987, W dziewiętnastowiecznym

Poznaniu,

Poznań, Wydawnictwo

Poznańskie.
AGNIESZKA SZCZEPANIAK-KROLL
A L L T A G S L E B E N i N P O S E N U M D I E W E N D E D E S 19. J A H R H U N D E R T S
AUS DER PERSPEKTIVĚ DEUTSCHER FAMILIE DITTRICH
Die

Z u s a m m e n fas s u n g

D i e Alltagsgeschichte Posens wurde fast auschlieBlich aus polnischer Sicht dargestellt. D e r
A r t i k e l iiber die deutsch-posener F a m i l i e D i t t r i c h versucht diese L ü c k e auszufiillen u n d stiitzt
sich h a u p t s á c h l i c h a u f das Tagebuch W i l h e l m A u g u s t D i t t r i c h s , einem M i t g l i e d einer deutschen
F a m i l i e . Diese lebte seit dem 18. Jahrhundert ais deutsche I m m i g r a n t e n z u n á c h s t i n L i e g n i t z u n d
iibersiedelte i n der ersten H á l f t e des 19. Jahrhunderts nach Posen. Der Verfasser des Tagebuchs,
er w a r zu Ende des 19. Jahrhunderts i n Posen geboren und hat dort seine Jugendzeit verbracht,
beschreibt i n seinen Erinnerungen sowohl seine F a m i l i e ais auch das Leben seiner Heimatstadt.
T r o t z des langen Aufenthalts i n Polen und der s t á n d i g e n K o n f r o n t a t i o n m i t einer anderen N a t i o n
hat sie sich, u m ihre U n a b h á n g i g k e i t und den Zusammenhalt der F a m i l i e zu bewahren, i m m e r als
Deutsche angesehen. Das Tagebuch vermittelt den E i n d r u c k , daB zwar die F a m i l i e D i t t r i c h Posen
als ihre H e i m a t angesehen haben, i n der keine Polen wohnten u n d die zweifelsohne fur i m m e r i n
deutschen H á n d e n bleiben s o l í t e . Es ist heute n i c h t mehr zu ermitteln, ob der Verfasser w o h l b e kannte Tatsachen, z . B . den Widerstand der Polen gegen die preuBische Regierung, absichtlich,
oder w e i l sie die Belange der F a m i l i e nicht unmittelbar betrafen, unerwahnt lieB. Dennoch d o k u mentiert das Tagebuch, trotz der aufgezeigten M a n g e l , einen E i n d r u c k v o m A l l t a g s l e b e n Posens
u m die Wende z u m 20. Jahrhundert.

A. Sz.-K

Cytat

Szczepaniak-Kroll, Agnieszka, “"Kiedy Poznań był niemiecki". Życie codzienne w Poznaniu na przełomie XIX i XX w. z perspektywy niemieckiej rodziny Dittrichów / ETNOGRAFIA POLSKA 2003 t.47,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 1 lipca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/10969.

Formaty wyjściowe